Kuncewiczowie

Z (nie tylko literackiej) szafy Marii Kuncewiczowej – o ubiorach opisanych oraz historiach, związanych z oryginalnymi strojami Marii Kuncewiczowej ze zbiorów Domu Kuncewiczów w Kazimierzu Dolnym

Wszystkim, którzy nie mogli uczestniczyć w e-konferencji na temat strojów muzealnych polecamy poniższy tekst:)

Kazimierz Dolny miał szczęście do artystów- w tym fotografów. Ich zdjęcia w połączeniu z dokumentem, reportażem bądź  literaturą dostarczają ciekawego materiału badawczego. W zbiorach Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym jest blisko 30 zdjęć Edwarda Hartwiga. Artysta tak  opowiadał o swojej fascynacji światem bohemy:

Widywałem ich u Berensa, gdzie przychodzili na posiłki zakrapiane nierzadko alkoholem, z zazdrością słuchałem dobiegających mnie odgłosów ich beztroskich rozmów, zachwycały mnie ich białe wymięte spodnie płócienne, kolorowe szale na szyjach i zgniecione kapelusze chroniące głowy przed słońcem. (…) Różnice zachowań i obyczajów w różnych środowiskach społecznych były wówczas ogromne. Panowie mieszczuchy potrafili jeszcze wybrać się na trawkę w lakierkach i nawet młodzi ludzie ubierali się na co dzień starannie. Co tu dużo mówić – zapragnąłem znaleźć się w tej atmosferze sztuki i pozornej beztroski, tego odmiennego fasonu i odmiennych trosk.[

E. Hartwig, Artyści w Kazimierzu Dolnym fot. Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

Opis malarni kazimierskiej w felietonie  Rezerwat dzikości z roku 1933 zamieściła Maria Kuncewiczowa. Dziwacy przystrajają się w jak najdziwaczniejsze kawałki: damy w spodniach i plantatorskich kapeluszach brodzą między furami, na których w słup soli zamieniaj a się chłopki; panowie odstawiają piratów, pasterzy, Sudańczyków, Colas Breugnonów albo plażowych incroyables. Tak ukostiumowani, jeszcze częściej – przy pogodzie – rozebrani do ostatecznych granic policyjnej wyrozumiałości, nic dziwnego, że malarze do dziedziny rzeczy zabawnych zaliczają letników w ich fabrycznych piżamach i uroczystych rękawiczkach. Do motywu podziału świata na barwnie przebranych artystów (przy czym słowa przebranie używam świadomie), odświętnie ubranych turystów oraz mieszkańców Kazimierza Dolnego w swojej codziennej odzieży pisarka będzie się odwoływać wielokrotnie. W jej licznych wspomnieniach powracał obraz kolorowo i dziwacznie  ubranej grupy, otaczającej Tadeusza Pruszkowskiego, profesora, potem  rektora warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, uważanego za twórcę i propagatora kolonii artystycznej w Kazimierzu Dolnym.  Nieodłączną uczestniczką tych maskarad była żona prof. Pruszkowskiego, Zuzia, utrwalona na kartach Oczarowań Ireny Lorenotowicz jako zwolenniczka krynolin noszonych na co dzień, cała jak ze starej powieści, co sama zdawała się być uśmiechniętym, swoim własnym portretem.

Tadeusz Pruszkowski, Portret żony fot. ze zbiorów polona.pl

Nie inaczej prezentuje się sama Irena Lorentowicz, opisywana przez Marię Kuncewiczową następująco: dziewczyna w wielkim kapeluszu słomianym, w sukni białej w różową kratkę, zamyślona, zapatrzona w kazimierzowskie dziwy, olśniona, roztargniona, z jasnymi lokami wkoło twarzy jak migdał, z maleńkimi ustami, które jak pyszczek rybi łapczywie chwytają słońce – dziewczyna z barankiem – a może to był piesek? – dziewczyna z książki o przygodzie, dziewczyna obraz.

Irena Lorentowicz fot. wikipedia.pl

Trzy kazimierskie gracje miały na swoim koncie nie lada odzieżową psotę. Maria Kuncewiczowa wraz z Zuzią Pruszkowską i Ireną Lorentowicz poszły na targ ubrane w dziwaczne kapelusze i koszule nocne w stylu empire. Z szokowania miejscowych handlarzy i Żydów nic nie wyszło. Zarówno jedni jak i drudzy oswoili się z widokiem „dziwaków”, przyjeżdżających do Kazimierza.

Samych mieszkańców Kazimierza udawało się także wciągnąć w przestrzeń wykreowanego strojem świata artystów. Było tak podczas zabaw kostiumowych, organizowanych przez Pruszkowskich.  Podczas jednej z nich bracia Seidenbeutle, zbroczeni krwią… olejną, z czaszkami rozłupanymi przez tasaki z… papier mache, które to tasaki uparcie tkwiły w strasznych ranach, nękali niewtajemniczonych[ Swoistym przedstawieniem kostiumowym była również ceremonia obłóczyn czyli pasowania na artystę.

Prof. Tadeusz Pruszkowski w otoczeniu studentów fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Artystom ubarwiającym kolorytem Kazimierz Dolny nie brakowało inwencji. W  opisie  Kuncewiczowej  Gauguin nie wiedział ciemniejszej Tahitanki niż Teresa Roszkowska – wamp kazimierskiej malarii. Aleksander Żyw chadzał w turbanie, Edzio John kapał się i sypiał w baskijskim berecie. Tadeusz Pruszkowski – patron bractwa Łukaszowców – chętnie przywdziewał sombrero. Podpatrywanych w czasie wakacji artystów pisarka sportretuje w cyklu opowiadań Dwa księżyce, które ukazały się w roku 1933 i przyczyniły do popularyzacji Kazimierza  jako kurortu  bohemy. Niezamierzonym celem Kuncewiczowej było również to, że opisani przez pisarkę artyści mieli jej za złe fakt robienia reklamy „ich” Miasteczku. Nie wspominając o tym, że niektórzy uczestnicy plenerów w Kazimierzu  poczuli się „wykorzystani”, bo sportretowani na w opowiadaniach. Tolerancja mieszkańców Kazimierza względem Marii Kuncewiczowej była większa – za Dwa księżyce roku 1938 pisarka otrzymała honorowe obywatelstwo Miasteczka. 

Teresa Roszkowska, fot wysokieobcasy.pl /gazeta.pl

Warto zaznaczyć, że pobłażliwość mieszkańców Kazimierza Dolnego na artystyczne wybryki miała  wymiar praktyczny: letnicy – a do tej grupy można zaliczyć także i artystów – byli dla mieszkańców źródłem zarobku na resztę roku.

Życzliwie do świata wykreowanego przez artystów w Kazimierzu Dolnym odnosił się kazimierski bywalec –  polityk, Ignacy Daszyński.  Regularnie przyjeżdżał do Miasteczka, miał też swój dom na Czerniawach. Kuncewiczowa opisała jeden z wieczorów, jakie Daszyński spędził u niej w chałupie (są to czasy sprzed willi „Pod Wiewiórką”). Daszyński przyszedł bardzo uroczysty: czarne ubranie, świetne palto o znakomity, nowiutki kapelusz. Podziwialiśmy go, skoro tylko brame przekroczył: między maciejka i nagietkami wyglądał nieoczekiwanie w tym dyplomatycznym stroju (…) Tłumaczył się, że nazajutrz rano będzie przyjmował parlamentarzystów francuskich, wiec w nocy zaraz jedzie do Warszawy, na przebieranie się nie będzie czasu.   Miły wieczór dobiegł końca. Goście zaczęli się rozchodzić, tylko Daszyński nie mógł odnaleźć swojego płaszcza. Okazało się, że młody pies Kuncewiczów upatrzył sobie akurat palto i kapelusz Ignacego Daszyńskiego. W płaszczu  wygryzł dwie gigantyczne dziury, a nakrycie głowy psie zęby pozbawiły ronda.  Daszyński zaskoczył zebranych (i uchronił psa Kuncewiczów przed karą). Zarzucił na plecy łach, włożył denko od kapelusza na głowę i odszedł taki sam, jak przyszedł – niezwykły  – wspominała Kuncewiczowa.

Ignacy Daszyński fot. polona.pl

Niezwykłych postaci w tym okresie nie brakuje. To nie tylko przyjezdni, ale również mieszkańcy. Kazimierska krawcowa, Waleria Zdanowicz doczekała się aż dwu portretów literackich. Reporterski zamieścił Konrad Bielski. Jak przystało na kogoś, kto przeżył wielką tragedię – wspominał Bielski w Spotkaniach z Kazimierzemchodziła zawsze w żałobie. Czarna obcisła suknia, pod szyją koronki, na rękach obowiązkowo czarne mitenki, w ręku parasolka. Czesała się w koronę i malowała się czarnym ołówkiem poniżej brwi. Jednak przesadnie żałobne szaty okrywały ciało kobiety, która swoim charakterem zaprzeczała na każdym kroku makabrycznym rekwizytom.  Wykwinty salon mody prowadzony przez pannę Walerię i jej siostrę, Teklę był  miejscem spotkań towarzyskich nie tylko  dam. Gościli tu artyści, a admiratorem talentu i urody panny Walerii był ć sam Tadeusz Pruszkowski.

Mniej pochlebna dla kazimierskiej krawcowej była Maria Kuncewiczowa, portretując ją w powiadaniu Szaleństwo, w cyklu Dwa księżyce. Przeszłość Walentyny Krajewskiej mieści się w portrecie – w owalnej ramie z mahoniu biust, zapieniony riuszkami z crepes lisse’y. Postać górą rozkwitnięta w loki, szumna od trenu z balayeuse’ ą, podobna do nabrzmiałej fali.   Portret jest zamykany w salonie, a sama krawcowa jest jak starodawny monarcha wobec swego państwa: rządzi i poufałości unika. Nie znosi dziwactw. Klosze, fulary, flamizol, godety, Femina – nic jej nie zaskoczy. Choć zna paryskie i wiedeńskie żurnale, sama nosi suknię „Princesse” – gładką, szarą, do kostek. Z tej sukni nikt nie żartuje, bo jej nie widać; jest elizejskim cieniem między toaletami.

Elizejskim cieniem z pewnością nie jest Flora, bohaterka opowiadania Ballada o pięknym dniu. Ma na sobie organdynową suknię białą z krótkim rękawem, szczupłą w pasie, dołem kolistą. Na głowie wielka pastera, w ręku żółte kwiaty, pantofle na wysokich obcasach. Nie tylko ten, ale i inne stroje Flory są na tyle zjawiskowe, że ich właścicielka ochrzciła je z francuska: jaskrawa sukienka zapowiada „Plaisir” a fiołkowa z niebieskim – „Espoir”. Biała, od której zaczął się opis to oczywiście „Amour”, wybrana specjalnie na spotkanie z Przyjacielem, który ma przyjechać do Miasteczka. Nie pomoże negliż „Passion”, bo Przyjaciel wybierze gołe ramię służącej – Kasi. Strój, opatrzony najpiękniejsza nazwą nie jest w stanie rozbudzić namiętności Przyjaciela, dla którego pociągające i egzotyczne jest brudne piękno wiejskiej dziewczyny.  Flora wraca spłakana – w zgasłej szacie Passion. (…) O smutku! Nasiąknięty rosą , leży tutaj – płaszcz Melancolie”.

Flora w sukni Amour (J. Szczepkowska) fot. Filmoteka Narodowa

W  opowiadaniu Turban i Dzika strój ma stać się przepustka do lepszego świata.  Szymon jest żydowskim malarzem zakochanym w aktorce , Madzi-prawdziwej słowiańskiej piękności. Artysta, aby zwiększyć swoje szanse przebiera się  za Araba. Do tego celu posłuży Szymonowi wzorzysty, jedwabny ręcznik. Maskarada okazuje się sukcesem. Schadzka tej pary zakończy się incydentem, który studzi żar w sercu.

Na poręczy – jak ptak na gałęzi – siedziała dzika kobieta. Wokoło głowy trzęsły się pióra, na tułowiu gorzały różnorakie kolory…(…) To była Madzia – aktorka.  (…) To jestem ja… prawdziwa. Nie cierpię mdłej urody, ona jest u mnie czymś przypadkowym… właściwie – czuję się dzika. Dodała namiętnie – Pan mnie lubi. I pan jest srogim, wspaniałym, egzotycznym mężczyzną… Chcę być dla pana piękna i prawdziwa. Szymon milczał.  Czuł. Jak na miejsce błogiej chuci wstępuje w niego bolesna czczość. Zaśmiał się (…) – A rzeczywiście… Wspaniała, dzika para… Może byśmy się wybrali do fotografa? Będzie pamiątka z wakacji.

Tak więc strój, który miał być biletem wstępu  do świata zarezerwowanego dla chłodnokrwistych blondynów okazał się  iluzją.

Sombrero i dzika czyli Teresa Roszkowska i Tadeusz Pruszkowski

Próbę zerwania z kreacją – podkreśloną oryginalnym strojem podejmuje się Iza, bohaterka opowiadania Kłamstwo. Iza odstaje od grupy. Nie znaczy to jednak, że nie zorganizuje pożegnalnego przyjęcia na zakończenie wakacji. Podczas zabawy Iza podejmie próbę zdemaskowania, odarcia z kostiumów, przebrań swoich przyjaciół. Sama- w imię prawdy – rozbierze się do naga. Powiało groza od nagiego ciała.(…) Oni-bezradni- zaczęli ciskać w ślad za nią szale i marynarki. Wyglądało, jak gdyby szmatami chciano zdusić ogień. Ale ona nie dała się ugasić.   Niestety, próba odarcia z kostiumów czyli pokazania prawdziwego ja uczestników zabawy kończy się niepowodzeniem. Przypadkowym świadkiem sceny będzie miejscowy pasterz, Michał. Zmiany – choćby w ubiorze – nie dostrzeże, bo jest ślepy.

Świat przebrań nie jest obcy również w powieści Tristan 1946. Kate – ukochana Michała, syna narratorki, za sprawą : sukni, butów i biżuterii – zmienia się z gąski w bywalczynię salonów. Potrafi – jak kameleon dostosować się tweedami zarówno do środowiska angielskich naukowców, jak również w seksownych czerniach – wtapia się w świat angielskiej bohemy. Tę zdolność mimikry Kate wykorzysta jak modelka.

Zaprowadziłem Jekaterinę do wielkiej agencji dla modelek, gdzie są kursy dla rajskich ptaszków, co zmieniają dziesięć upierzeń na godzinę.(…) Po miesiącu Katia z buzia w podkówkę, z długą grzywką przez którą widać oczy upatrujące niebieskich migdałów ukazała się w Vogue, owinięta w worek, który kosztuje sto funtów szterlingów. (…) Paris Match i Harper’s Bazar kupuje moje głupie miny i długie nogi (…) Raz jestem  dziewczyną ze wsi w kretonowej sukience z psem na smyczy raz diabeł w bryczesach i swetrze pod brodę raz syrena z gołymi plecami z kieliszkiem w ręku to znowu znudzona milionerka na jachcie albo oblubienica w welonie, niektóre pozy powtarza się dziesięć razy z rękami podniesionymi. Siedząc trzeba mieć nogi dokładnie tak skrzyżowane jak Peter (fotograf przyp. aut) każe żeby pokazać linię (…) Peter krzyczy nie rób smutnej miny wżyj się w uczucia dziewczyny która przezywa swój najszczęśliwszy dzień i ja się wżywam.

Eleen Herlie, pierwsza żona Witolda Kuncewicza (pierwowzór Kate z „Tristana 1946”

Strój jako komentarz rzeczywistości to częsty element autobiograficznych książek Kuncewiczowej. Stałymi cechami opisów jest ironia i nuta niedowierzania, ze oto mamy do czynienia nie tylko z elegancką kobietą, ale także uznaną pisarką. Któregoś zimowego wieczoru przyszłam na przyjęcie w Akademii Literatury na Krakowskim Przedmieściu dumna z żółtej bluzki i długiej spódnicy. Przez krepę i aksamit nie było widać pisarki. Flirtowałam. (…) Nie mam pojęcia, w jaki sposób odebrałam nowy patent, pamiętam żółtą bluzkę, koniak i zdziwienie – pisze Kuncewiczowa w Naturze.  Zwyczajny sweter urasta do stroju królów. Siedzę w białym swetrze przy obiedzie, kiedy Figaro w szynelu listonosza przynosi korespondencję. Za sprawa jego ukłonów, szastana nogą, całowania ręki mój sweter zakwita jedwabnymi różami, z włosów osypuje się wonny puder, w dali na miejsce puławskich Azotów wypływa Wersal i nadąża trąbka pocztyliona.

Opis stroju to również odautorski komentarz zmieniającej się rzeczywistości.  O wykładzie na uniwersytecie w Berkeley przed rewoltą studencką Kuncewiczowa pisała: dziewczyny Madonny i dziewczyny-kurtyzany z gołymi udami sprzedawały pęki narcyzów „na cel”. (…) Czarni kołysali biodrami, blondyny w szczątkowych bikini klaskały do taktu. Widziano kostiumy wszystkich epok i ras. Poważna dziewczyna dźwigająca bez wysiłku wiolonczelę, przeszła koło mnie ubrana w długa suknie biedermeier i biały fartuszek z falbanką, obok niej prześliznęła się grecka bogini w tunice przed kolana, zaraz za nią, tuląc skrypty do piersi, sunęła indyjska matrona w sari, przy niej malutki Japończyk w sztuczkowych spodniach. Strzępiaste kurty cowboyów, meksykańskie kapelusze, barbarzyńskie golizny  – i włosy, włosy. Ludzie ubrani zwyczajnie wyglądali jak przebrani.

Niestety, estetka literacka mnie ma litości dla starości. Tłok robią baby w spodniach pstrych, nierzadko kraciastych opinających tłuste zady- komentuje udział swoich – jakby nie było rówieśniczek – na wystawie impresjonistów we Francji. Brak tolerancji Kuncewiczowej dla wolności stroju seniorek jest co najmniej zaskakujący, bo w najgłośniejszej książce Cudzoziemka kazała głównej bohaterce, Róży nałożyć ubranie nielicujące z wiekiem i statusem. Zlekceważyła  córkę. Kupiła czerwony żakiet i jasne palto. To ziściło się – odrzuciła czerń. Nie dostojeństwo, jak chciała Marta: czerń w stroju Róży oznacza czekanie. Ciekawe, że ten cytat jest niemal ikoniczny dla polskich feministek.  Ich głosem przemawia literaturoznawczyni, Izolda Kiec: Królowa się nie poddaje. Jak Róża, która wbrew sugestiom córki kupuje żakiet w kolorze nielicującym ponoć z dostojnym wiekiem kobiety. Czerwony – na znak niezależności, wolności i…dumnej samotności. Jako sprzeciw wobec starości, odtrącenia… czerni… biernego czekania… cienia… wobec – szarej sukienki.

To, że Maria Kuncewiczowa była elegancką kobietą wspominają do dziś mieszkańcy Kazimierza. Z klasą nosiła zarówno garsonki, jak również… spodnie. W kolekcji zdjęć prof. Tadeusza Kłaka z sympozjów w Nałęczowie wypatrzyliśmy m.in. zdjęcie Kuncewiczowej w rozszerzanych spodniach. Pisarka wyglądała w nich świetnie. W garderobie Pani Marii wisiały niegdyś futra z norek, a kasetkę na biżuterię wypełniały zabytkowe oraz egzotyczne drobiazgi. Sporo oryginalnej biżuterii pisarka otrzymała w prezencie od swojego syna, Witolda. Działo się to w czasach, gdy pływał on na statkach u wybrzeży Afryki. Niestety, w oddziale literackim Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym zachowało się niewiele oryginalnych strojów Marii Kuncewiczowej. Powód jest prozaiczny – większość z nich pisarka rozdała rodzinie, bliskim i przyjaciołom. W dwóch wypadkach możemy jednak mówić o „cudzie” odnalezienia.

Pierwszym jest brązowa peleryna wełniana ze srebrną zapinką. Pisarka nosiła ją z szykiem do końca życia. Utrwalił to w filmie „Wspomnienia o ludziach, książkach i zdarzeniach” Ludwik Perski. Po śmierci pisarki, pelerynę otrzymała Barbara Mazurkiewicz, żona dyrektora Domu Prasy, sąsiadującego z willa „Pod Wiewiórką”. Po latach, peleryna wróciła do ekspozycyjnej garderoby naszego muzeum.

Drugim ciekawym eksponatem jest bluzka z jedwabiu w kolorze écru z drobne czerwone kwiatki. Pisarka kupiła ją we Włoszech. Bluzka również została podarowana. Jednej, a następnie kolejnej właścicielce. Na szczęście, materiał był tak mocny, że przetrzymał wędrówkę i noszące ją panie. Jedyną modernizacją, jaką przeszła bluzka było skrócenie rękawów. Ne mniej interesująca jak historia wędrówki jest ikonografia, dokumentująca „karierę bluzki”. Była ona ni mniej ni więcej na audiencji u Jana Pawła II. Okoliczności powstania fotografii Maria Kuncewiczowa opisała w Przeźroczach i Listach do JerzegoZ prasy włoskiej wiedziałam, że kardynał Wojtyła został uznany za papabile (ewentualnego papieża przyp. aut.) Wiedziałam o nim więcej: że kiedyś mianowany biskupem, nie zaniedbał swoich praktyk księżowskich z czasu okupacji – nadal odwiedzał chorych i pocieszał umęczonych.  Więc oczekiwanie przywoływało dwie postaci: uczonego teologa, przemawiającego wieloma językami i chrześcijanina o gorącym sercu. Czekaliśmy dość długo z przyczyny, którą młody sekretarz pokrywał dyskrecją. Nareszcie otwierają się drzwi i wchodzi, kuśtykając na nodze owiniętej bandażem, osoba duchowna o powierzchowności powszedniej, raczej zakłopotana, życzliwa.

Siadamy blisko siebie. Kardynał przeprasza za spóźnienie: skręcił nogę i musiał poddać się zabiegowi. Zatem spoza dwóch oczekiwanych postaci wyłania się trzecia: alpinista. (…) Oto Karol Wojtyła – aktor, poeta, alpinista, Polak, dusza miłosierna, kardynał papabile –siedział na krzesełku obok, taki sam stwór dwunożny i dwuręki jak ja, ale inny. I z całą tą innością materialnie obecny.

Leśnik Marii Kuncewiczowej po latach

Otrzymaliśmy bardzo miły list od poety, miłośnika literatury i kustosza jednego z naszych ukochanych skansenów w Holi, Tadeusza Karabowicza. W portalu pisarze.pl (Nr. 24/20 (469). 17 listopada 2020) zamieścił on recenzję książki Leśnik, wraz ze wstępem dotyczącym spotkania z Marią Kuncewiczową. Tm bardziej nam miło, że mogliśmy skorzystać zarówno z tekstu, jak i pięknego portretu autorki Leśnika.

Odwiedzając Marię Kuncewiczową w 1979 roku w jej domu na wzgórzu w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą, zabrałem ze sobą dwie moje ulubione książki pisarki Leśnik (Warszawa 1962) i Tristan 1946 (Warszawa 1979). Maria Kuncewiczowa przyjęła mnie wówczas w salonie z piecem huculskim, ale sama rozmowa odbyła się przed lustrem Heleny Modrzejewskiej. Rozmawialiśmy o nurtach estetycznych w literaturze i w poezji. Pisarka podzieliła naszą rozmowę na dwie części, jedna dotyczyła jej twórczości, a druga była poświęcona mojej poezji. Byłem onieśmielony otwartością pisarki i jej trafnymi przemyśleniami na temat roli literatury w życiu człowieka. Mimo ciepłej jesiennej pogody, w dolnej części domu kazimierskiego pisarki było chłodno, towarzyszył więc nam nawiew farelki elektrycznej. Na pożegnanie Maria Kuncewiczowa podpisała dla mnie obie książki i uradowany zbiegłem wąwozem Małachowskiego na Rynek. Upłynęło wiele lat od tamtego spotkania, a jednak pożółkłe książki z autografami nie straciły swojej mocy literackiej. W sierpniu tego lata, wróciły do mnie wspomnieniem ze zdwojoną siłą, a zwłaszcza Leśnik pisarki.

Zbigniew Ikona Kresowaty, Portret Marii Kuncewiczowej
Powieść Leśnik, w twórczości Marii Kuncewiczowej jest dziełem wyjątkowym. W literaturze polskiej drugiej połowy XX wieku, są właśnie dwie takie wyjątkowe książki, Marii Kuncewiczowej Leśnik i Czesława Miłosza Dolina Issy. Obie były wydane na emigracji przez Instytut Literacki, w numerowanej serii Biblioteki paryskiej „Kultury”. Powieści ukazały się w tym samym przedziale czasowym, Leśnik w 1952 roku, Dolina Issy w 1955 roku. Także obie powieści miały podobne losy czytelnicze. Zostały w krótkim czasie przetłumaczone na język angielski i z dużym sukcesem trafiły na amerykański rynek księgarski. Jednakże ich wyjątkowość tkwi zgoła w czym innym. Są one zmitologizowanymi opowieściami autobiograficznymi. Powieści mają wyraźnie retrospektywny charakter, o cechach duchowego przesłania. W obu, stosunek do przeszłości jest zbliżony, gdzie następuje apelacja do epickiego dystansu czasowego. Zwłaszcza w Leśniku, dystans ten jest przestrzenią indywidualną, określoną poprzez prywatność bohaterów powieści. Nie wstydzą się oni swoich emocji, są szczerzy i otwarci. To ważny psychologiczny aspekt wielu utworów Marii Kuncewiczowej.

Powieść Marii Kuncewiczowej zaczęła powstawać na progu kończącego się dwudziestolecia międzywojennego. Jej pierwszy rozdział, jako Mąż Róży, ukazał się  w 1939 roku w "Wiadomościach Literackich". Była to typowa praktyka pisarska, gdzie powieści drukowano w prasie, najczęściej o cotygodniowej częstotliwości w odcinkach. Praktykę tę, Maria Kuncewiczowa przeniosła w realia emigracjne, gdy gnana zawieruchą wojenną znalazła się we Francji, a następnie w Anglii. Niewielkie honoraria autorskie, dawały pisarce status bycia literatem. Jednak autorka zmieniła pierwotną koncepcję powieści, drukowaną w odcinkach prasowych. Dla  utrzymania statusu pisarskiego na emigracji, przygotowała powieść w całości i Leśnik, został ogłoszony drukiem w Instytucie Literackim w Paryżu. Poprzedzały go dwie inne ważne publikacje pisarki Klucze (Londyn 1943) i Zmowa nieobecnych (Londyn 1946). Wracając do tematu zawartego w Leśniku, Maria Kuncewiczowa przywoływała pierwotną koncepcję utworu. Polegało to na tym, że pisarka pogłębiła fabułę na poły biograficzną, typową dla powieści, a na poły wielowątkową z rozbudowanymi dialogami i opisami przyrody. Ogłoszając powieść w takiej konfiguracji treściowej, w 1952 roku, podbiła rynek angielskojęzyczny. Powieść bowiem towarzyszyła Kuncewiczowej w jej amerykańskim okresie emigracyjnym. Na rynek krajowy została wprowadzona przez Instytut Wydawniczy "Pax". Po częściowym powrocie Marii Kuncewiczowej z emigracji. Pisarka zawarła z Instytutem szereg umów na krajowe wydanie jej dzieł literackich.

Po powrocie do kraju w 1969 roku, Maria Kuncewiczowa przyjechała do Kazimierza Dolnego, by odzyskaać zajęty przez władze PRL jej przedwojenny dom na szczycie wąwozu. Dom ten przy ul. Małachowskiego 19, zwany willą "Pod wiewiórką", powstał 1936 roku według wykonanego z rozmachem projektu architekta Karola Sicińskiego. Było to zlecenie męża pisarki Jerzego, prawnika, literata i polityka ruchu ludowego, jako prezent dla jego żony Marii Kuncewiczowej. Poprzez odzyskanie domu, Kuncewiczowie dokonali świadomego wyboru –  powrotu z emigracji do Polski. Wracając do kazimierskiego domu, odtworzyli jego przedwojenną aurę literacką. Wprowadzili do domu kilka tajemniczych perełek, a mianowicie stół Leona Wyczółkowskiego, lustro Heleny Modrzejewskiej, obrazki Nikifora oraz ceramikę Pablo Picasso, zakupioną w jego pracowni w Paryżu. Odnowili również bibliotekę i własne gabinety pisarskie. Przez szereg lat, dzielili czas na letnie powroty do Polski i jednocześnie zimowe wyjazdy do Włoch, USA i na Zachód Europy. Jak wspominała pisarka w Listach do Jerzego (Warszawa 1988), dom ten miał być także gniazdowiskiem dla jej syna Witolda. Jednakże tak się nie stało, los napisał bowiem inny scenariusz wobec Witolda Kuncewicza, mieszkał on bowiem w USA. Letnie miesiące, spędzane przez pisarkę w Kazimierzu Dolnym, zaowocowały licznymi przyjaźniami z ludźmi kultury oraz literatury. Zawiązała się zwłaszcza prawdziwa serdeczność z Helenę Zaworską (1930-2014), wybitną krytyczką literacką i historykiem literatury. Plonem spotkań kazimierskich było wydanie książki  Rozmowy z Marią Kuncewiczową (Warszawa 1983). W książce tej pisarka ośmieliła się na bardzo prywatne poglądy na temat jej twórczości, rodziny, pisarstwa, i podróży po świecie. Tutaj znalazły się również nieznane zdjęcia z archiwum Marii Kuncewiczowej, ukazujące jej życie i twórczość na tle zmieniającego się XX wieku.

Status powieści pisarki, wydawanych po jej powrocie z emigracji w państwowej oficynie SW "Czytelnik" oraz Instytucie Wydawniczym "Pax", stawiał ich autorkę wśród grona elitarnych pisarzy polskich. Przedwojenna renoma Cudzoziemki (Warszawa 1936), przetłumaczonej na 14 języków, dawała Marii Kuncewiczowej laur pierszeństwa wśród ówczesnej elity pisarskiej. Żywe związki z Instytutem Literackim w Paryżu, jej aktywność w PEN-Clubie, wykłady w latach 1962–1968 na University of Chicago, zaowocowały dużą popularnością pisarki. Na spotkaniach autorskich, zwracano uwagę na jej wygląd zewnętrzy, głównie z dbałością upięte włosy i makijaż, ogólnie na jej amerykańskie ubiory - rzeczy które w rzeczywistości PRL-u wydawały się domeną ludzi bogatych. Niezależne poglądy wypowiadane na spotkaniach autorskich, także przez towarzyszącego jej męża Jerzego Kuncewicza, sprawiały, że rzadko zapraszano pisarkę do ówczesnych Domów Kultury i KMPiK-ów na prezentacje książkowe. Jednakże Maria Kuncewiczowa miała swoich wiernych czytelników, którzy czytali jej książki i śledzili za nowościami wydawniczymi pisarki.

Głównym bohaterem powieści Leśnik, Marii Kuncewiczowej jest Kaziuk, Casimir, czyli Kazimierz Krzysztofowicz. Ojcem Kazimierza jest Piotr Krzysztofowicz, szlachcic i Polak za pochodzeniem, lecz wrosły w prowincję i piastujący zawód urzędnika carskiego. Jest on człowiekiem nieszczęśliwie zakochanym w hrabiance Izabelli Rawicz. Hrabianka jest dziwaczką i nie przystaje do parametrów poleskiej prowincji, ale poprzez to jeszcze bardziej wzbudza zainteresowanie Piotra Krzysztofowicza. Matką Kazimierza jest Cecylia Eichler (Krzysztofowicz), córka protestanckiego Niemca i tutejszej prawosławnej Martyny. Kazimierz dobrze pamięta pokłony babki przed prawosławną ikoną Bogurodzicy i niemieckie modlitwy dziadka. Rodzina Kazimierza jest  więc  wielonarodową i religijną mozaiką. Jednak religijne i narodowe pochodzenie rodziny, umieszcza on w przeszłości. Dla Kazimierza jest to raczej połączenie różnorakich typów ludzkich. Szuka natomist swojej tożsamości, w tym co opowiada w tajemnicy i uniesieniu jego ojciec. Interesuje go zwłaszcza etos powstańczy rodziny. Wie bowiem od ojca, że powstańcy stacjonowali w puszczy, ukrywając się przed przeważającymi oddziałami carskimi, że dostawali od dziadków jedzenie do lasu. Matka ubolewa, że chłopiec marnuje się na prowincji i uważa, że syn osiągając odpowiedni wiek, powinien podjąć naukę w mieście. Dlatego zwraca się o protekcją do znanej z opowieści rodzinnych ciotki z Petersburga i wysyła syna do Warszawy. Ciotka okazuje się starą panną, hołdującą wygodom wielkich miast Petersburga i Warszawy. Za jej wstawiennictwem, chłopiec dostaje się do rosyjskiego gimnazium, gdzie tylko dwóch uczniów, to nie Rosjanie, czyli on i jego kolega, który jest wyznania mojżeszowego. Obaj mają czas na wspólne rozmowy, gdy trwa lekcja religii dla Rosjan, w której nie uczestniczą. Kazimierz próbuje nawet w tym czasie pójść do kościoła, ale zdradza go mundur rosyjskiego gimnazjum, pobity przez nieznane mu osoby, więcej nie ryzykuje.

Dzięki ciotce, która nazywa go Casimir, chłopiec odwiedza dom kuratora i może z bliska przyjrzeć się, jak funkcjonuje Warszawa wyższych elit rosyjskich. Ciotka jest bowiem boną w domu kuratora. Jej niemieckie pochodzenie, nie przeszkadza, by zachwycała się literaturą rosyjską i czytała francuskie książki. To impomuje Kazimierzowi, a jednocześnie zniechęca go do kosmopolityzmu dalekiej krewnej. Chłopiec mieszka na stancji, gdzie panują surowe normy życia. Właściciel niechętny Kazimierzowi, ze względu na naukę w rosyjskim gimnazjum, bez powodu poucza go i strofuje. Dzieje się to zwłaszcza przy wspólnych posiłkach. Gdy dochodzi do rewizji, oskarża Kazimierza, że to on doniósł władzom o przechowywanych w domu insygniach powstańczych. Zawiła sytuacja gimnazjalnego okresu Kazimierza Krzysztofowicza, kończy się jego wyjazdem  z Warszawy i powrotem w rodzinne strony. Na podstawie powieści, możemy wywnioskować, w jaki staranny sposób Maria Kuncewiczowa, buduje narrację Leśnika. Pisarka posługuje się  naogół psychologicznymi wzorcami ludzkich postaw. Tłem powieści jest ziemiańska i prowincjonalna obyczajowość, ocierająca się o dramaty i nastroje epoki. Większość prawd o epoce i życiu wypowiadana jest w dialogach, ustami samych bohaterów powieści. 

W konstrukcji literackiej, powieść Leśnik, tak jak i inne dzieła Marii Kuncewiczowej, nie posiada porządku chronologicznego. To cecha która wyróżniała twórczość autorki na tle powieści innych pisarzy. Chronologię czasową zastępuje wartka treść i krótkie, ale bardzo trafne charakterystyki bohaterów. To także nowość w pisarstwie polskim, którą zaproponowała Maria Kuncewiczowa. Powieść Leśnik, składa się z pobocznych wątków, które można nazwać dygresjami. Posiada również cechy retrospekcji wobec nowych wyznań, które władają głównym bohaterem powieści Kazimierzem. Akcja utworu rozgrywa się w różnych miejscach, ale głównym jej terytorium pozostaje daleka wielostrukturalna na ludzkie charaktery prowincja. Ma ona cechy szlacheckie i chłopskie, polskie i tutejsze, bowiem dzieje sie w poleskich błotach, a większym miastem tej prowincji jest Brześć Litewski. Czas, który nadaje pisarka dla swojej powieści, to okres powstania styczniowego.  Utwór ukazuje rekonstrukcję ludzkich uczuć i przeżyć z przeszłości, na tle tego, jak rozumie świat Kazimierz. W pewnym sensie uciekając od rzeczywistości, główny bohater styka się z nią i w niej głęboko uczestniczy. Ma poczucie obcości przebywając na naukach w Warszawie, zarówno na tle etnicznym, jak i wśród najbliższych mu osób. Po powrocie do rodzinnego domu, Kazimierz zagłębia się w  świat własnej prowincji. Pragnie swoją karierę leśnika realizować tylko tam, gdzie został ukształtowany i wychowany.

Powieść jest wielowarstwową panoramą ludzkich emocji i przeżyć. W jej psychologicznym dyskursie, jak w lustrze przegląda się osobowość  człowieka i  jego  namiętności. Samotność jako kategoria człowieczego zmagania się z rzeczywistością, nie zatrważa Kazimierza, a jest dla niego swoistym wyzwaniem. Bohater powieści nie ucieka od nadmiaru wrażeń w samotność i stara się godnie pokonywać wydarzenia przytłaczającej go rzeczywistości. Jego tajemnicą jest mikrokosmos świata w którym żyje i w którym porusza się według prawideł i ustalonych norm moralnych. Kazimierz dokonuje analizy swoich przeżyć, prawidłowo odczytując prawdy które z psychologicznego punktu widzenia mogą go zaskakiwać. Stara się zwłaszcza zrozumieć mityczne myślenie swojego ojca, który wierzy w zryw powstańczy i jednocześnie niewolniczo tkwi w realiach poleskiej prowincji. Chłopca intryguje romans ojca z hrabianką Izabellą Rawicz. Gdy w Warszawie, dociera do domu hrabianki, jest porażony tym jak Izabella mieszka. Widzi bowiem jej wyalienowanie i dziwactwa. W tej scenie Maria Kuncewiczowa porusza istotny problem mentalności prowincji i miasta. Na prowincji wszyscy znają się, wszystko wiedzą o sobie, z trudem ukrywają swoje indywidualne tajemnice przed sąsiadami. Natomiast miasto zaciera imienny charakter człowieka i jego podmiotowość. O ile bowiem hrabianka na prowincji mieszkała w Druwieńcach w wielkim dworze otoczonym parkiem, o tyle w mieście jej przestrzeń życiowa składa się z zaniedbanego mieszkania w czynszowej kamienicy.

Warto zwrócić uwagę na dbałość o realia językowe. Już z pierwszych kart książki widać jej niezwykłość lingwistyczną, a zwłasza w dialogach bohaterów,  stylizację językową poleską. Pisarka sięga także do dawnej polszczyzny i ku realiom nazewniczym epoki. Zewnętrzną warstwą owej stylizacji, jest to, że główny bohater spotykając się z warszawskim środowiskiem, zaczyna doceniać bogactwo  mowy wyniesionej z domu rodzinnego. W bogactwie tym upatruje głębszą treść wykreowaną poprzez wielokulturowość środowiska z którego wyrósł. Kazimierz uważa, że jest to jego tożsamość, która go ukształtowała.

Pozytywne rozumienie przez pisarkę prowincji, z jej poleskimi osobliwościami językowymi i barwnymi osobowościami bohaterów, nawiązuje do szerszej tradycji literackiej. Autorka sakralizuje swojskość, prostotę i bezpośredniość, ukazując jednocześnie dobre strony wzorców zachowań bohaterów. Uwypukla tradycję rodzinną Krzysztofowiczów, ich patriotyzm, a także wierzenia ludu oraz obyczajowość włościańską. Inaczej być nie może, jest ona bowiem dziedzictwem ziemiaństwa i własnością nadrzędną bohaterów powieści. Tutaj bowiem pamięć historyczna i naczelne wartości takie jak prawda, obowiązek czy wiarygodność, są przestrzegane i przekazywane dalej. 

Powieść Marii Kuncewiczowej Leśnik, na tle polskiej literatury powojennej, jest dziełem wybitnym. Posiada także ważne miejsce w dorobku literackim pisarki. Od paryskiego wydania w 1952 roku, utwór miał wiele wznowień krajowych i duże nakłady. Powieść zawsze wzbudzała zachwyt i czytelniczą wdzięczność. Pozostawała także przedmiotem badań naukowych i literackich. 

Ostatni portret Marii Kuncewiczowej

Pewnej październikowej niedzieli do Domu Kuncewiczów przyszła tajemnicza brunetka z pokaźnym pakunkiem. Prezent okazał się tyleż imponujący, co intrygujący. Był to portret Marii Kuncewiczowej, autorstwa Lecha Szypy. Ofiarodawczyni – Alicja Sękowska-Szypa, żona malarza postanowiła zrobić nam taką niespodziankę. To nie koniec prezentów – na odwrociu obrazu znaleźliśmy datę „1987”.

Stąd wniosek, że podobizna musiała być malowana za zgodą i wiedzą autorki Cudzoziemki. Postanowiliśmy poszukać – przede wszystkim w pamięci żony artysty. Pani Alicja Szypa potwierdziła nasze spostrzeżenia. Dodała także, że podobizna Marii Kuncewiczowej powstała podczas pleneru, jaki w latach 80. XX wieku zorganizowali w Kazimierzu Dolnym nauczyciele z okolic Kielc, uzdolnieni literacko i malarsko. Po nitce do kłębka (a nie wierzymy w zbiegi okoliczności) dotarliśmy do opisu tego spotkania. Na blogu swietokrzyskiewloczegi ukazał się post, odnoszący się do samego autora portretu.

Lech Szypa (niestety, już nieżyjący) był nauczycielem geografii w szkołach w Skarżysku-Kamiennej. Jego pasją była sztuka – nawet uczniowie i koledzy z pracy wiedzieli, że pisze wiersze oraz maluje obrazy. Rok 1987 – czyli okres pleneru w Kazimierzu Dolnym, którego pamiątką jest podarowany nam obraz – był przełomowy dla artysty. Być może sprawił to właśnie Kazimierz Dolny, a być może znajomość (potem przyjaźń) z piewcą Miasteczka, Stanisławem Łazorkiem. Byłam z Lechem w Kazimierzu na plenerze artystycznym dla nauczycieli. Widać było, jak on się w tym mieście zakochuje – wspomina na blogu jedna z koleżanek artysty –  Malował całymi dniami jak szalony. To pasja malarska zadecydowała o tym, aby Skarżysko zamienić na podkazimierską Bochotnicę. Kazimierz odwdzięczył się Lechowi Szypie. Był źródłem inspiracji, ale także dobrym losem na rynku sztuki. Obrazy Lecha Szypy były chętnie kupowane przez turystów, jak on sam zakochanych w Kazimierzu. 

Z pierwszym kazimierskim plenerem jest związana historia obrazu. Jak czytamy na blogu swietokrzyskiewloczegi, Lech Sypa  miał szczęście i niezwykłą jedyną okazję – Maria Kuncewiczowa wyraziła zgodę, by malował jej portret. Siedzieliśmy całą grupą przed jej domem (czy to w ogrodzie czy na tarasie, nie pamiętam), opowiadała o życiu i książkach, my zasłuchani, a Lech z z pędzlem i sztalugami. Jak mu potem zazdrościliśmy, że mógł jeszcze raz odwiedzić pisarkę i malować w skupieniu! Dzięki wydawnictwu Wśród pisarzy, pod redakcją Stanisława Nyczaja możemy odtworzyć przebieg tego spotkania.

Wszystko na ogół zapisuję – mówiła do młodszych kolegów „po piórze” Kuncewiczowa – już tak zostałam „zrobiona” przez naturę, Boga czy los, jak kto woli, że muszę się uzewnętrzniać w słowach. To mnie skłoniło także do zmiany życiowego kierunku, którym wydawała mi się być muzyka. Zamiłowanie do niej i trening muzyczny zawdzięczam matce, cały świat i ludzi odczuwającej głównie przez muzykę i starającej się to wyrażać. Oczywiście, wywierało to na mnie od dziecka duże wrażenie – tym bardziej, gdy się okazało, że mam głos dźwięczny i donośny. Dlaczego się z tego wycofałam? Gdyż bardzo nie lubiłam estrady, bycia kimś, na kogo wszyscy patrzą właśnie w tym momencie, będącym dla mnie chwilą jakiejś komunii między mną a światem piękna, do którego się zbliżam poprzez muzykę. To był czymś w rodzaju spotkania z mało uchwytnym, ale potężnym przyjacielem. I w tym momencie czułam oczy utkwione. I swoim kobiecym instynktem odczuwałam, że moje pantofle albo sposób, w jaki mam zarzucony szal, bardziej interesują tych, co na mnie patrzą, niż to, co śpiewam.

Maria Kuncewiczowa opowiadała również o pracy nad Listami do Jerzego. Rozmowa ze zmarłym jest ryzykowna – zaznaczyła – nie słyszy się odpowiedzi, trzeba sobie samemu dośpiewać w duszy, jaka to by mogła  ewentualnie być odpowiedź. Ale właściwie sprowadza się to w końcu do dialogu z sobą samą, dlatego, że człowiek się identyfikuje z osobą ukochaną, już nieuchwytna dla zmysłów, wobec tego dośpiewuje sobie w duszy te odpowiedzi, które chciałby usłyszeć. Tym jestem zajęta.

Pytana o liczną w tym czasie korespondencję od czytelników pisarka odparła uciążliwe usiłowanie bycia chrześcijanką nakazuje mi raczej odpowiadać na listy, wzruszające, świadczące że piszący do mnie mają te same konflikty wewnętrzne, te same wnioski wyciągają z życia, czują się samotni i potrzebują oddźwięku. No i wtenczas mi się wydaje, że pierwszym obowiązkiem jest raczej odpowiedzieć na list kogoś żyjącego, niż siąść i pisać do ukochanego zmarłego.

Maria Kuncewiczowa indagowana o pisarski warsztat tłumaczyła: pisarstwo jest właściwie owocem mojej potrzeby samotności. Nie piszę, broń Boże, żeby kogoś pouczyć, żeby dawać jakieś rady. Uważam, że pierwszym, naczelnym  obowiązkiem pisarza jest mieć osobiste zdanie. Oczywiście, nikomu go nie narzucam, ale takie mam przekonanie, że obowiązana jestem mówić prawdę. Najłatwiej mówić prawdę o sobie, jeżeli ma się zadatki na tę najwyższą cnotę chrześcijańską, jaką jest pokora. Rozumując w tych kategoriach, uważam na przykład, że strasznie przesadzamy z tą oryginalnością. Mnie się wydaje, że ludzie są do siebie bardzo podobni, i to bez względu na tak zwaną sferę, do której należą, czy też rzemiosło, jakie uprawiają. Podobni w swojej istocie. Tylko nie wszyscy mają dar słowa i nie wszyscy umieją tak je ułożyć, żeby z tego wynikł przekonywujący sens. Więc bez żadnej zasługi. Tylko ze zrządzenia losu czy też z daru Boga, mam ową umiejętność wyrażania słowami tego, co czuję, co przeżywam, co obserwuję.

Portret Marii Kuncewiczowej, autorstwa Lecha Szypy, który powstał podczas tego spotkania można oglądać w recepcji Domu Kuncewiczów.

Na urodziny – felieton Marii Kuncewiczowej

Napisane w szesnastym roku emigracji w Stanach po latach wojennych we Francji i Anglii, w czasie zimnej wojny (dopisek odręczny).

                Pierwszy artykuł jaki w życiu napisałam ukazał się w warszawskim piśmie dla kobiet „Bluszcz”. Miał tytuł „Odpowiedzialność za Polskę”. Było to w zaraniu niepodległości. Ja także byłam wtedy bardzo młoda. O owszem, w roku 1917 czy 1918 brałam udział w rozbrajaniu Niemców pod Kolumną Zygmunta – już jako studentka. Za czasów szkolnych trudniłam się jeszcze tajnym nauczaniem historii Polski. Jednak, skoro tylko ta prawdziwa, nie historyczna Polska „wybuchła”, natychmiast oswoiłam się z tym faktem i przestałam się interesować zarówno narodem, jak i społeczeństwem.

Życie dla młodych było „fajne””, a kłopoty publiczne traktowało się jak mdły deszcz.

Maria Kuncewiczowa, fot. z archiwum rodzinnego J. J. Szczepańskiego

                W tym stanie ducha przyszło mi wyjechać na wakacje do Gdyni, która wtedy była jeszcze osadą rybacką. Zamieszkałam u Kaszubów, którzy nie rozumieli po polsku, choć przechowywali w skrzynce starą polską Biblię. W tej rodzinie matka mówiła z e swoim mężem tajemniczą mową kaszubską. Synowie mówili czysto po niemiecku. Wszyscy oni od niedawna przesadzeni do Polski, byli bardzo ciekawi, jacy to są ci nowi, polscy „Herrenshaften””, którzy teraz walili drzwiami i oknami do kaszubskich chat.

                Mój pierwszy artykuł został napisany właśnie na ten temat: jak to obcy sądzą Polskę po Polakach, a nie Polaków po Polsce.

                Od czasu, kiedy o Polskę nie trzeba było już walczyć, wśród swoich nie czułam się Polką, tylko po prostu kobietą. Dopiero wśród Kaszubów poczułam się nagle odpowiedzialna za Polskę. Wtedy zrozumiała, że Polska to nie jest pojęcie historyczne, tylko coś, co się nieustannie stwarza rękami, sercem i mózgiem każdego Polaka i Polki. Ten osobisty wysiłek Polaków – jeśli ma wyjść na dobro Polsce – musi być przede wszystkim ludzki.

                Moja kaszubska gospodyni ceniła sobie wysoko punktualna wypłacalność, schludność i szacunek dla sprzętu domowego swoich niemieckich letników. Żadne opowiastki o Wandzie, co skoczyła do rzeki, bo nie chciała Niemca nie godziły  jej z niechlujstwem i hałaśliwością tych Polek, które trzaskały drzwiami, w oczy mówiły do niej „gosposiu złociutka”, a za oczy „ta chamka”. Dopiero kiedy jeden młody Polak pomógł jej synom naprawić sieć szczególnie sprytnym węzłem, przekonała się do Polski.

                Odpowiedzialność za Polskę stała się chlebem powszednim tych Polaków, którzy mieli do czynienia z innymi. W ciągu ostatnich moich piętnastu lat im dalej na Zachód, ty m mniej znajdowałam posłuchu i zrozumienia dla powiastek o Wandzie, królowej Jadwidze, czy o wąsach króla Jana, czy o Emilii Plater. Natomiast coraz pilniej patrzono mi na ręce, kiedy pracowałam, kiedy płaciłam i… kiedy zamykałam drzwi. I tym skrzętniej przymierzano słowa, myśli i uczynki do normy, która obowiązuje ludzi cywilizowanych w życiu codziennym i w pracy zawodowej. Jeśli okazywaliśmy się dobrymi sąsiadami i dobrymi fachowcami, dobre imię Polski rosło.

                Dlatego nie wydaje mi się rzeczą korzystną, żeby Polacy gdziekolwiek starali się żyć w zamkniętych gromadach pielęgnując w ukryciu swoje doskonałe zalety, rozgrzeszając się z wysiłku pokonania obcości tym, że król Jan III obronił Wiedeń przed Turkami, a powstańcy walczyli Za Naszą i Waszą Wolność. To nikogo, poza historykami w tej chwili nie obchodzi, a wiadomo, że historycy nie wpływają na bieg historii. Naród – to jest każdy z nas, historia – to dziś, a odpowiedzialność za Polskę ponosi się przed wszystkimi ludźmi.

                Wiele osób na świecie nie wie, że madame Curie, która pracowała dla ludzkości we Francji, z domu była Skłodowska i urodziła się w Warszawie. Ale gdy cudzoziemiec dowiaduje się o tym, efekt dla Polski jest lepszy od tysiąca not dyplomatycznych i patriotycznych obchodów. Oczywiście nie każdy z nas może być genialny. Nie każdy też może i chce służyć swemu krajowi sławą międzynarodową. Ale każdy, jeśli zechce, może zjednać serca i rozpraszać swoją pracą przesądy innych ludzi.

Maria Kuncewiczowa, 14.06.1955

Diego Rivera czyli historia eksponatu

Ta niewielka praca zyskała rozgłos dzięki zwiedzającym Dom Kuncewiczów. Eksponowana w pokoju dziennym, na pierwszym piętrze zaskoczyła zarówno kuratorów pewnej wystawy, jak i znawców sztuki meksykańskiej.

W 2017 roku, w Poznaniu odbyła się wystawa prac Diego Rivery i Fridy Kahlo. Organizatorzy, nadając jej tytuł „polski kontekst” nie sądzili, że nabierze on realnego wymiaru właśnie w Domu Kuncewiczów. Okazało się, ni mniej ni więcej, że jedyna (według naszej wiedzy) przedwojenna praca Diego Rivery to właśnie litografia z naszych (czyli Domu Kuncewiczów) zbiorów. Pojawiły się pytania, skąd rzeczona litografia wzięła się w Kazimierzu (bo prace Rivery były skarbem meksykańskim za życia artysty i nie mogły być z Meksyku wywożone). Zagadkę wyjaśniła sama Maria Kuncewiczowa. Na karcie inwentarzowej litografii, sporządzonej w roku 1984 pisarka zaznaczyła, że dziełko Rivery, będące fragmentem jednego z murali (lub jak to określiła Kuncewiczowa panneau décoratif) otrzymała w darze od Ireny z Kuncewiczów Lepeckiej, siostry Jerzego Kuncewicza. Mężem Ireny był Bohdan Teofil Lepecki, polityk, podróżnik, dziennikarz, a w latach 30. XX wieku konsul generalny PR w Kurytybie, w Brazylii. To najprawdopodobniej w tym czasie Lepeccy otrzymali pracę Diego Rivery.

Diego Rivera, Indian Girl, 1935 r. fot. Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

Podczas poszukiwań informacji o jedynej przedwojennej litografii D. Rivery w muzeach polskich natrafiliśmy również na interesującą historię, dotyczącą pobytu w Brazylii matki Jerzego Kuncewicza, Cecylii.

Urodziła się w 1869 roku w Lublinie (rodzice: Jan Baltazar Wyszyński i Marianna z Jasińskich/Jasieńskich), w rodzinie o tradycjach socjalistyczno-niepodległościowych. Uczyła się w Lublinie, tu także zaczęła pracę jako nauczycielka. języka polskiego w Żeńskiej Szkole Handlowej przy ul. Namiestnikowskiej (obecnie Narutowicza). Była to jedna z najbardziej postępowych szkół w mieście. Działały w niej m.in kursy samokształceniowe, na których nauczano języka polskiego i historii Polski. Edukacja dotyczyła nie tylko młodzieży, ale także dorosłych. Takie zajęcia miała prowadzić Cecylia Kuncewiczowa. W zbiorach lubelskiej Wojewódzkiej Biblioteki im. Łopacińskiego zachował się podręcznik do nauki języka polskiego, autorstwa Cecylii Kuncewiczowej.

Od roku 1918 Cecylia Kuncewiczowa mieszkała w Zamościu. Zdecydowały o tym względy rodzinne i zawodowe. Założyła i kierowała żeńskim Seminarium Nauczycielskim oraz była przełożoną żeńskiego gimnazjum w Zamościu (1919-1920). Życiorys Cecylii Kuncewiczowej związany z Zamościem dopełnia twórca „Zamościopedii”, Andrzej Kędziora. Pisze m.in., że w tym okresie Cecylia Kuncewiczowa aktywnie udzielała się społecznie i towarzysko. Uczestniczyła w licznych akcjach i zbiórkach; wygłaszała odczyty o tematyce patriotycznej i społecznej. Była współinicjatorką uruchomienia w Zamościu pierwszego przedszkola. Drukowała swoje felietony w lokalnej prasie (cykl Szlakiem myśli). Zaangażowała się w pracę Komitetu Obywatelskiego, zbierającego fundusze na tablicę pamiątkową oraz odbudowę celi W. Łukasińskiego w Zamościu .

Cecylia Kuncewiczowa działała również w Komitecie Pomocy Powracającym z Rosji. Nie był jej więc obcy los emigrantów. Już po przejściu na emeryturę (lata 30. XX w) zajmowała się środowiskiem polskich emigrantów w Rumunii, Belgii i Francji. W roku 1938 wyjechała do Brazylii, do córki Ireny Lepeckiej. Kuncewiczowa kilkakrotnie odwiedzała polskie szkoły w stanie Santa Catarina. Po spotkaniach z tamtejszą Polonią opracowała raporty dla Światowego Związku Polaków z Zagranicy.

Wizytacje w szkołach polskich miały ważne znaczenie. Odbywały się one w okresie wzmożonego nacisku władz Brazylii na naturalizowanie emigrantów. Pracę Cecylii Kuncewiczowej można uznać za akt patriotyczny: troski o to, by polskie: język i historia przetrwały wśród mieszkańców Brazylii polskiego pochodzenia.

Kuncewiczową razi przede wszystkim brak odpowiedniego wykształcenia nauczyciela w pierwszej z wizytowanych polskich szkół, w Mafrze. Choć sala była obszerna i czysta, a na ścianach wisiały pomoce naukowe w postaci map i rycin, to praca z tekstem pozostawiała wiele do życzenia. Podręczników szkolnych było za mało, nikt nie prowadził biblioteki i nie zachęcał do czytelnictwa. Uczniom (a w klasie obok 10-o siedzieli 20-o latkowie) nie pomagał także nauczyciel, którego potknięcia uczniów niecierpliwiły. Co ciekawe, sam popełniał błędy ortograficzne np. podczas sprawdzania zeszytów szkolnych czy też dyktanda. Jedyną osłodą podczas wizytacji były cukierki, zakupione przez Kuncewiczową i wręczone dzieciom na zakończenie lekcji.

Chlubą drugiej polonijnej miejscowości (Paraguacu) był kościół katolicki oraz Dom Ludowy. Co ciekawe, wszyscy mieszkańcy porozumiewali się tylko po polsku, a Brazylijczycy – jak zauważyła Kuncewiczowa – czują się tu zupełnie odosobnieni. Na prośbę miejscowych działaczy społecznych Kuncewiczowa wygłosiła prelekcję na temat obecnej sytuacji w Polsce. „Niespodziewanie nagrodzono mnie burzą oklasków – pisała Cecylia Kuncewiczowa – a ksiądz w nader gorących słowach w obecności wszystkich powiedział: „Pani pierwsza przedstawiła nam Polskę rzeczywistą, bo każdy, kto przyjedzie zohydza nam tylko kraj macierzysty. Gdybym wiedział, że pani tak pięknie powie, byłbym ja prosił, aby mówiła z ambony” powtarzam urywek przemówienia, ponieważ słowo zohydza każą się głęboko zastanowić nad pracą w interiorze – dodała Kuncewiczowa.

Podczas pobytu w Brazylii, Cecylia Kuncewiczowa odwiedziła także polskie rodziny. Urzędnicy już w pierwszym pokoleniu z dziećmi rozmawiają po portugalsku, przeto młodsze pokolenie nie rozumie mowy ojców, nawet modli się po portugalsku. (…) Lud natomiast, choć analfabeci kompletni, trzyma się twardo wiary i mowy ojców. (…) Główna przyczyna zupełnego wynarodowienia, którego należy  spodziewać się w niedalekiej przyszłości, jest zupełny brak szkoły polskiej i zanik w mieście życia organizacyjnego oraz rozrzucenie pojedynczych rodzin, w dodatku nawet kościół pozbawiony księdza polskiego” – diagnozowała ówczesną sytuację Cecylia Kuncewiczowa. Swój raport złożyła na ręce konsula polskiego.

Zderzenie polskiego programu nauczania w egzotycznych warunkach Brazylii musiało budzić kontrowersje. Trudno dziwić się uwagom C. Kuncewiczowej, trudno jednak nie dostrzec faktu kompletnej egzotyki niektórych zagadnień poruszanych w polskich podręcznikach. Stąd zarzuty w stosunku do polskich szkół w Brazylii o szerzenie szowinizmu narodowego. Na rok przed wybuchem II wojny światowej szkoły polskie w Brazylii zostały zlikwidowane.

Odwrocie pracy D. Rivery, fot. Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

Co myślała o tym Cecylia Kuncewiczowa? Niestety, nie mamy na ten temat wiążących informacji. Po wizycie w Brazylii wróciła do Polski. Mieszkała w Warszawie, przeżyła powstanie, a po zakończeniu wojny wyjechała do Sopotu, gdzie osiadł jej młodszy syn, Czesław. Zmarła w 1951 roku i została pochowana na lubelskim cmentarzu przy ul. Lipowej.

Podejrzewamy, że litografia Diego Rivery mogła dotrzeć do Kazimierza Dolnego poprzez Brazylię. Ciekawostka, choć ta praca jest (podobno) jedyną przedwojenną litografią w posiadaniu polskich muzeów, to… według znawców tematu z Meksyku nie przedstawia ona żadnej wartości. Powód? Naklejenie oryginalnej pracy na kanwę i zaramowanie miało zniszczyć jej oryginalność. Szkopuł jednak w tym, że zarówno ramka, jak i płótno pochodzą z lat 30 XX w. i to prawdopodobnie ta forma zabezpieczenia litografii przedłużyła (a kto, wie może i uratowała) jej żywot.

Renia i Marynka (o Irenie Lorentowicz)

W zbiorach Domu Kuncewiczów jest wiele przedmiotów podarowanych lub stworzonych przez Irenę Lorentowicz. Dwa prezentowane na fotografiach rysunki to prawdopodobnie szkice kostiumów teatralnych. Przyjaźń Marii Kuncewiczowej z Ireną Lorentowicz zaczęła się w Kazimierzu Dolnym jeszcze przed II wojną światową.

Irena Lorentowicz, Szkic kostiumu, fot. ze zbiorów Domu Kuncewiczów

Irena Lorentowicz, (1908 – 1985) córka  Jana Lorentowicza, dyrektora teatrów, krytyka i publicysty oraz graficzki i introligatorki Ewy z Rościszewskich Lorentowicz była w latach 1925-31 studentką warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Pod wodzą ukochanego profesora, Tadeusza Pruszkowskiego uczestniczyła w słynnych plenerach, odbywających się w Kazimierzu Dolnym.

Na plenerze właśnie Lorentowiczównę wypatrzyła Maria Kuncewiczowa. Pod krzyżem, zamiast widoku na Wisłę, czeka nas widok ludzi, dziewczyna w wielkim kapeluszu słomianym, w sukni białej w różową kratkę, zamyślona, zapatrzona w kazimierzowskie dziwy, olśniona, roztargniona, z jasnymi lokami wkoło twarzy jak migdał, z maleńkimi ustami, które jak pyszczek rybi łapczywie chwytają słońce – dziewczyna z barankiem – a może to był piesek? – dziewczyna z książki o przygodzie, dziewczyna obraz. To właśnie była Renia – opisywała przyjaciółkę autorka Cudzoziemki.

Przyjaźń m. in. zaowocowała zakupem pierwszej działki, jaką w Kazimierzu Dolnym nabyli Kuncewiczowie. Miejsce wskazała Marii Kuncewiczowej właśnie Irena Lorentowicz – sportretowana w Dwóch księżycach jako Mena.  Wdrapałyśmy się po darniowych schodach na wzgórze, gdzie oczekiwałam cmentarza, tak żałobnie szumiały stamtąd brzozy – wspominała tę wyprawę Kuncewiczowa. Na ostatnim stopniu dymił ceber z obierzynami, pośród brzóz wylegiwała się maciora, zapach jabłek i gnoju wskazywał na domostwo. Przyjaciółka stanęła; odetchnąwszy głęboko rzekła: – Tu powinnaś zamieszkać.

Kiedy Kuncewiczowie stali się posiadaczami sadu, maliniaka i chałupy, na jej piecu Irena Lorentowicza wymalowała koguta. Później również wielokrotnie pomagała w meblowaniu kazimierskich włości ukochanej Marynki i nadawaniu jej domowi artystycznej duszy. Świadczą o ty chociażby prace, będące pretekstem do powyższego tekstu.

Irena Lorentowicz, Szkic kostiumu, fot. ze zbiorów Domu Kuncewiczów

Irena Lorentowicz była jednak nie tylko nieodłączną towarzyszką wakacji w Kazimierzu Dolnym. Uzdolniona scenografka teatralna debiutowała już w roku 1930. ). Sławę przyniosła jej wygrana konkursu scenicznej reali­zacji Harnasiów Karola Szymanowskiego w Operze Paryskiej, w roku 1936. Widowisko odniosło wielki sukces, a Irena Lorentowicz otrzymała pięcioletnie stypendium rządu francuskiego. Projektowała potem dla Opera Comique, Casino de Paris oraz baletów Lifara.

Kiedy wybuchła II wojna światowa i los rzucił Kuncewiczów do Francji, paryski adres Ireny Lorentowicz był pierwszym, pod który trafili. Tu Kuncewiczowej przypadło trudne zadanie poinformowania swej przyjaciółki o śmierci ukochanego ojca, Jana Lorentowicza.

Irena Lorentowicz wyjechała z Francji w 1941 roku. Po wielu perturbacja udało się jej dotrzeć do Stanów Zjednoczonych. Współpracowała z sukcesami zarówno ze środowiskiem polonijnym, jak również amerykańskimi teatrami i operą.  Do Polski wróciła na stałe w roku 1960. W kraju nie brakowało propozycji zawodowych. Pojawiła się także nowa perspektywa – etat w Liceum Techniki Teatralnej  w Warszawie.  Uczyła historii ubioru i techniki teatru. Jej uczniami byli m.in. reżyserzy Janusz Skalski, Maciej Wojtyszko i Krzysztof Kieślowski. Jak czytamy w monografii Kieślowski. Zbliżenie Katarzyny Surmiak-Domańskiej, to właśnie Irena Lorentowicz dała tym reżyserom największy bodziec intelektualny.  Przyjechała z Nowego Jorku z Metropolitan Opera. Znała francuski i angielski. Pięćdziesięcioletnia, postawna, szykowna. Nosiła ogromne kapelusze, a każda jej opowieść pełna była sławnych nazwisk i anegdot z wielkiego świata. Tak sobie myślałem, że jak się będę dobrze uczył, no to, kurczę, ten wielki świat i przede mną stanie otworem – mówił Katarzynie Surmiak-Domańskiej Skalski. Więź profesorki i jej uczniów musiała przekraczać ówczesne kanony, skoro to właśnie w domu Ireny Lorentowicz, w styczniu 1967 roku odbyło się wesele Marii i Krzysztofa Kieślowskich.

Irena Lorentowicz w obiektywie Krzysztofa Kieślowskiego, fot www.kieslowski.com.pl

Dama ubrana zawsze bardzo oryginalnie, u której stóp zazwyczaj siedzi tłustawy jamnik-opisywał Irenę Lorentowicz Maciej Wojtszko – Wszyscy uczniowie wiedzieli, że to ona projektowała scenografię do paryskiej premiery baletu Szymanowskiego „Harnasie” i wielu innych przedstawień teatralnych. Wszyscy wiedzieli, że niedawno wróciła z Ameryki i wszyscy z nadzwyczajną uwagą obserwowali jak się zachowywała, jakie korekty nanosiła na projekty kostiumów. Słuchali tego co mówiła.(…) Brakuje nam Pani. Pani dobroci i wiedzy, talentu i szlachetnej wrażliwości. Nauczyła nas Pani, ile oczarowań może nieść ze sobą uważne patrzenie na błyszczącą w słońcu zwyczajną blaszkę, ile możliwości szczęścia niesie ze sobą ogrom barw i dźwięków otaczającego nas świata.

Po powrocie do Polski Irena Lorentowicz wróciła do zapoczątkowanej przed wojną tradycji bywania w Kazimierzu Dolnym. Powód tej decyzji wydał się oczywisty. W autobiograficznych Oczarowaniach o Miasteczku pisała następująco:  Kazimierz to było kilkanaście lat naszej młodości, Kazimierz to była nasza własność, razem z czarem starych domów drewnianych – jakże podobnych do toledańskiego budownictwa w dzielnicy starożydowskiej, razem z patrycjuszowskimi murami, sklepikami z nieprawdziwego zdarzenia.

Choć nie dało się cofnąć czasu, to – w przypadku Ireny Lorentowicz – było możliwe odnowienie znajomości z Marią i Jerzym Kuncewiczami. Widywali się wielokrotnie, choć (znajdujemy potwierdzenie tego faktu w literaturze) pan Jerzy nie przepadał za panią Ireną.

Literackich wspomnień nie szczędziła swojej przyjaciółce Maria Kuncewiczowa. W swojej ostatniej książce, Listach do Jerzego napisała m.in. Od dnia 20 lutego 1985 roku nie ma Reni. Nie ma jej w jej mieszkaniu na ulicy Gamerskiego w Warszawie, gdzie przez dwadzieścia lat opalizowały stare szkła na mahoniowych komodach, gdzie poukładane piętrzyły się jej teki ze szkicami kostiumów (…) nie ma wstążek, nie ma suchych i świeżych bukietów i nie ma też na szpitalnym łóżku istoty nieprawdziwej, która dawniej była Renią. Ostatnią karteczkę od niej dostaliśmy  w Rzymie zimą. Zapowiadała, że latem przyjedzie do nas, do Kazimierza. Litery były rozchwiane, podpis Rennija – środki porozumienia zaczynały szwankować. (…) W ostatnim swoim dniu odwiedziła mnie. Wizyta była olśniewająca i straszna. Jak gdyby akt zemsty na przedmiocie, który Renię zdradził. Lustro w złoconej ramie osunęło się na posadzkę i rozprysło na szklane drzazgi z przeraźliwym trzaskiem. (…) Osunęło się i stłukło razem z odbiciem Reni w przemijającej postaci świata.

Wzruszające wspomnienie o Irenie Lorentowicz autorstwa Urszuli Koziorowskiej opublikowano na stronie wkazimierzudolnym.pl Zacytujmy niewielki fragment : Żyła Pani w czasach wielkich romansów i prawdziwej miłości, która nigdy nie ginie i trwa wiecznie. (…) Wychodząc na posiłki do Domu Prasy stroiła się Pani w piękne, budzące zachwyt prawdziwe korale i mały, dziecinny czerwony berecik. Przy ciemnym kostiumie, czy sukni była to całość doskonała, niecodzienna, bo i osoba była niezwykła.

Hołd mentorce oddał również reżyser, Krzysztof Kieślowski. W Filmie Personel obsadził ją w roli (a jakże by inaczej) scenografki, niezadowolonej z materiałów na kostiumy.

https://vod.tvp.pl/website/personel,40197223

Swoje prace Irena Lorentowicz rozdawała znajomym i studentom. Marzeniem pracowników Domu Kuncewiczów jest aby część z nich zebrać i zdigitalizować, tworząc wirtualną wystawę.

Eksponat z historią – Biskupy polskie

To kolejna zaskakująca praca ze zbiorów oddziału Dom Kuncewiczów. Jej autorem jest Nikifor Krynicki. Niewielu wie, że artysta był rówieśnikiem Marii Kuncewiczowej. Niewielki obrazek, zatytułowany „Biskupy polskie” został namalowany na kartonie farbami akwarelowymi i gwaszami. Jest w nim to, co najbardziej charakteryzuje twórczość artysty: swoista kolorystyka, zaznaczone pieczołowicie kontury postaci i głównych elementów krajobrazu oraz zaskakująca perspektywa.

Obrazek podarował Marii Kuncewiczowej jej bratanek, pisarz Jan Józef Szczepański. Niegdyś, w posiadaniu Kuncewiczów była jeszcze inna praca Nikifora, ale zaginęła ona zanim jeszcze w Domu Kuncewiczów utworzono muzeum.

Biskupy polskie, Nikifor Krynicki fot. Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

O „Biskupach polskich” Maria Kuncewiczowa opowiadała m.in. że w ten sposób artysta wyobraził sobie podróż duchownych do Rzymu. Nad szczęśliwym dotarciem do celu czuwają aniołowie. Sportretowana w prawej części obrazu świątynia to wyobrażenie bazyliki watykańskiej. Znacznie bliżej jej jednak do wizerunków małych kościółków i cerkwi, które Nikiforowi były znajome.

Nikifor, a właściwie Epifaniusz (Epifan) Drowniak urodził się 21 maja 1895 roku Krynicy. Jego matka Jewdokia Drowniak, córka Hryhoria i Tatiany ze wsi Powroźnik, miała łemkowskie pochodzenie. Była biedną kobietą, pracującą dorywczo w krynickich pensjonatach. To w jednym z nich miała poznać ojca Nikifora, znanego malarza. Według krynickich plotek ojcem chłopca miał być Aleksander Gierymski. Sam Nikifor będzie później podpisywać się jako „Matejko”.

Po matce dziecko odziedziczyło wadę słuchu i wymowy, po ojcu – ogromny talent do rysowania. To, w jakich warunkach dorastał i wychowywał się Nikifor zaważyło na całym jego życiu. Wcześnie osierocony, skazany na tułaczkę,  nie skończył szkoły. Utrzymywał się, malując obrazki.  Najstarsze pochodzą z lat 20. XX wieku.

Mimo, że Nikifor nie prezentował swoich obrazów w znanych galeriach, ale sprzedawał je za grosze  kuracjuszom w Krynicy, jego twórczością zainteresowali się kapiści. Stało się tak dzięki ukraińskiemu malarzowi, Romanowi Turynowi. Był on pierwszym kolekcjonerem obrazów Nikifora. Podczas pobytu w Paryżu Turyn pokazał te prace członkom Komitetu Paryskiego. Zachwyceni nimi kapiści próbowali zorganizować wystawę Nikifora w Paryżu. Plan powiódł się tylko częściowo – prace Nikifora znalazły się na zbiorowej ekspozycji malarzy lwowskich i przedstawicieli École de Paris, przygotowanej przez lwowskie Ukraińskie Muzeum Narodowe w 1932 roku.
Swój felieton w czasopiśmie o sztuce „Arkady” z roku 1938 poświęcił Nikiforowi malarz i krytyk Jerzy Wolff. Czytamy w nim m.in. Szczęśliwy traf zetknął w Krynicy jednego z moich znajomych z malarzem, synem głuchoniemej żebraczki, zapisanym w księgach imieniem Nikifor, nazywanym powszechnie „Matejko z Krynicy”. Nikifor w ciągu zimy prowadził żywot koczowniczy, jeżdżąc na „gapę” po całym kraju albo wędrując piechotą z podróżną skrzyneczką pełną malarskiego towaru na sprzedaż. Stałe pied-a-terre posiadał w Krynicy. Znajomy mój, który prowadził w ciągu lata w Krynicy pensjonat, kupował jego prace, płacąc za nie gotówką (artysta nie przyjmował papierowych pieniędzy, skutkiem tego pięć złotych srebrem miało wartość, a papierowa dwudziestozłotówka żadne) albo obiadami. Nikifor nie uznawał klusek ani pierogów, sądząc, że jako artysta ma prawo do mięsa sześć razy na tydzień. Malował dziecinnymi akwarelami z guzików na starych kajetach szkolnych, na papierach do pakowania, rozkładając cały swój kram publicznie, pod gołym niebem w parku. Ze swych krajoznawczych wędrówek przywoził rysunki ołówkowe, robione pod bezpośrednim wrażeniem widzianego motywu; w parku za stołem kolorował je, karmiąc wyobraźnię już tylko wspomnieniem często odległym. Ze sztuką tą zetknęliśmy się, ja i moi przyjaciele malarze przed paru laty w Paryżu, zetknięcie było olśniewające, pamiętam dotąd chwilę, kiedy w pracowni Janów Cybisów stanąłem po raz pierwszy wobec tych małych akwarelek i zaskoczony wrażeniem, jakie na mnie wywarły, dotąd nie ochłonąłem z podziwu. Uderzyła mnie w tych pracach niezwykła dojrzałość i taka odrębność, że byłem jak urzeczo­ny. Zamalowano w ciągu wieków niezliczoną ilość kawałków płótna i deski, a te kawałeczki papieru nie przypominały właściwie nic, com dotąd widział. Wartość ich, czar, jaki z nich emanuje i niezwykłość, płyną wcale nie z jakiegoś silenia się na oryginalność, wcale nie z histerycznej deformacji barwnej czy linearnej. Te małe obrazeczki są proste jak natura; jedyność ich polega wyłącznie na tym, że najzupełniej szczerze zobaczono rzeczywistość innymi niż wszyscy oczyma.

Nikifor Krynicki, fot. Wikipedia.pl

Na swoją artystyczną chwałę Nikiforowi przyjdzie jeszcze poczekać.  Wybuch wojny i jej konsekwencje (akcja Wisła) miały wpływ na losy artysty. Był kilkakrotnie zmuszany do opuszczenia Krynicy. Podobno próbowano go przesiedlić do Szczecina (nie jest więc prawdą uwaga, że nie widział morza uwiecznionego na obrazku, posiadanym przez Dom Kuncewiczów). Zawsze jednak wracał do domu.

Postrzegano go jako dziwaka, samotnika, który prowadził swoją pracownię w różnych punktach kurortu. Mieściła się ona w małym drewnianym pudełku, bo swoje prace Nikifor malował dosłownie wszędzie. W wędrówkach towarzyszył mu pies, przygarnięty z ulicy. Nikifor nazwał go Hałko i uważał go za największego przyjaciela (być może dlatego na pomniku w Krynicy uwieczniono  Hałka obok Nikifora). Żył bardzo skromnie. W muzeum artysty do dziś zachował list żebraczy, w którym Nikifor prosił o kawałek płótna czy też jedzenie czy pieniądze i oferował do sprzedaży swoje obrazki bardzo tanio, aby tylko żyć.

Zyskał popularność dzięki rodzinie Banachów, którzy pisali o nim artykuły i książki oraz organizowali wystawy. Przełomowa była ekspozycja w galerii Diny Vierny w Paryżu, w kwietniu 1959 r. Najważniejsza w Polsce, retrospektywna wystawa twórczości Nikifora, odbyła się w 1967 r., w warszawskiej „Zachęcie”. Opiekunem Nikifora był również malarz, Marian Włosiński.

Mimo poprawy sytuacji bytowej artysty, nie udało się pokonać choroby, na którą cierpiał Nikifor. Była to gruźlica. Malarz zmarł 10 października 1968 r. w sanatorium w Foluszu. Został pochowany w Krynicy, a od roku 1995 w tym mieście działa Muzeum Nikifora.

Wrzesień ’39 w prozie Marii Kuncewiczowej

Na stronach Narodowego Archiwum Cyfrowego (zbiory on-line w domenie publicznej) znaleźliśmy zdjęcia Kazimierza Dolnego z czasów II wojny światowej. Zainspirowało nas to do sięgnięcia po opisy pierwszych dni września ’39 z twórczości Marii Kuncewiczowej. Nasz wybór jest subiektywny, ale do najsłynniejszej wojennej książki – Kluczy będziemy jeszcze powracać.
Z Fantomów:
Tak oto wojna zastała mnie nie w mieszkaniu i nie w letniej chatce, tylko w domu. (…) Jesienią 1939, umocniona zapleczem własnych belek, czułam się nareszcie wrośnięta w grunt swego kraju. Miałam trzy psy, jabłonie, kilka dębów, dużo lip i swój własny widok na Wisłę.(…) Przy ekstatycznej pomocy żydowskich kupców i faktorów gospodarstwo przypominało bajkę „stoliczku nakryj się”. Tymczasem któregoś dnia na początku września 1939 ujrzałam w domu obozowisko. Z bombardowanej przez Luftwaffe Warszawy zjechały dwie rodziny braci Strzetelskich i jedna Urbanowiczów, z dziećmi i babciami. Za nimi jawiły się pary: Słonimscy,Wierzyńscy, Tuwimowie i pojedyncze osoby: Grydzewski, Baliński, Millerowa, córka Warchałowskiego i jeszcze jakieś zatarte w tej chwili sylwety. W basenie, którego nie zdążyliśmy napełnić wodą, warszawskie dzieci zaczęły drążyć dziury. Nastąpiło bicie drobiu, na podłogach zaległy sienniki, Witold znosił walizki, Tadzia nie było, panie organizowały schron przeciwgazowy, „Heinkle” błyszczały, ktoś ciął z papieru czarne zasłony, radio z polskiego przeszło na język symboliczny. W rynku mówiono, że w Dęblinie nasze samoloty zostały zniszczone, natomiast w Gdańsku wylądowali alianci.
Dom znosił bałagan z uśmiechem. Dom zdążył stanąć, a ja zdążyłam osiąść. Wobec tych faktów wojna była jak wylew Wisły obserwowany ze wzgórza.
Czując w sobie krzepę kresowej matrony, nie zadrżałam w Warszawie, dokąd dumnie udałam się 3 września. Emilia Grocholska kazała mi przyjechać do radia na Zielną celem wznowienia Kowalskich – przyjechałam i nie zastałam nic, prócz pak gwałtownie wynoszonych za drzwi. Nie zadrżałam, kiedy redaktor Rogoż z „Gazety Polskiej” polecił mi wracać do Kazimierza i pisać Męża Róży. Nie zadrżałam, kiedy Tuwim, machając kapeluszem, odchodził przez trawnik na wygnanie, kiedy Mieczysław Lepecki organizował autobus na wschód, kiedy odpłynęła jedna fala warszawska – ta przyjacielska i napłynęła druga – ta urzędowa, i woźni z MSZ ustawili na tarasie pantofelki pani Drymmerowiej, a zasapani mężczyźni ciągnęli do domu druty na dodatkową linię telefoniczną. Nie drżałam nawet, wsiadając w kilka dni później do cudzego samochodu, stwierdziwszy że nie tylko Tadzia, ale i Witolda też nie ma. Nie drżałam, bo dom nie drżał. Józef Wójcik, wsparty na łopacie, odbierał od Jerzego klucze, Józefowa kreśliła krzyże w powietrzu nad naszymi głowami. Ich dziewięcioletnia Zosia wychyliła się z okna i krzyknęła „ja zakopię tę powieść, co pani pisała!”.

Z Kluczy:
W 1939 r. wszakże nie tylko „malarnia” i subiekci zjechali do miasteczka. Liczni bogacze, w strachu przed burzą na Bałtyku, zdecydowali się uświetnić swoimi goliznami wiślane wyspy piaszczyste. Ceny poszły w górę. Wszyscy rybacy wynajęli chałupy.(…) zbiory zapowiadały się królewsko. W wielu rodzinach ocknięto się z kilkuwiekowej śpiączki,zaczęto formułować pragnienia i projekty.(…) Dnia 31 sierpnia wojna przyszła w nocy. Nie wiem, czy kto pamięta słowa komunikatu radiowego, z którego wyłoniła się pewność wojny. Nie było to wypowiedzenie, nie była to depesza – jakieś fakty, jakieś fakty mogące oznaczać zgoła co innego. Noc płynęła ani odrobinę mniej czy bardziej gwiezdna niż wszystkie noce tamtego sierpnia. Księżyc wisiał ogromny, prawie biały. Przywykliśmy już do krwawej czerwieni Marsa, uplątanego w brzozy. Nic nie zagrzmiało, nic nie runęło… Petunie pachniały. Jednak zła pewność wionęła nagle z każdej rzeczy. Sens każdej rzeczy – w mgnieniu oka – stał się pożegnaniem, jak gdyby ogród, rzeka, psy i gwiazdy wkroczyły nagle w swoją ostatnią godzinę.(…)

Pierwsze podejrzenie naszło mnie w lasku kazimierskim. Kiedy wszyscy byli już zebrani do drogi, pobiegłam do brzeziniaka, który szeleścił po jesiennemu, ale jeszcze pachniał latem. Zatrzymałam się przy kilku szczególnie drogich drzewach i te drzewa stanęły w blasku wszystkich swoich znaczeń. Przypominając rodziny, ludzi, rzeczy, których szczęście, których wartości nie umiałam docenić, pokazywały mi tę ważność, pokazywały mi to szczęście. Pomyślałam, Jezus, Maria, czyż to znaczy, że ja odjeżdżam daleko? Czyż to może znaczyć, że ja nieprędko wrócę? Patrzyłam na dom, w którym po dziesięciu latach przygotowań mieszkałam cztery miesiące.(..) Ale nie było czasu na podejrzenia, zaraz odjechaliśmy.

Z wywiadu z Mirosławem Dereckim, Kamena 1977 r.

Spali wszyscy na siennikach rozłożonych w dużym pokoju na parterze. Pamiętam też, że smażyło się jajecznicę w wielkim miedzianym naczyniu. Rozmawialiśmy niewiele. Byliśmy wszyscy zbyt zaskoczeni, zbyt wstrząśnięci tym, co się działo dokoła. Żartowaliśmy. Próbowaliśmy żartować. Przecież znajdowali się wśród nas ludzie słynni na cały kraj z ciętego dowcipu. Tym dowcipem Tuwim i Słonimski próbowali pokryć swoje prawdziwe uczucia. W pokoju, w którym jedliśmy, stał pod ścianą niezwykły bukiet: wspaniałe fioletowe mieczyki w oprawie liści kapusty. Ostatnia pozostałość artystowskich wakacji. Ostatni akcent pięknego lata.

Cecylia Kuncewiczowa, czyli jak nie zasłużyć na określenie „niejaka”

Co jakiś czas robimy przegląd informacji dotyczących rodziny Kuncewiczów pojawiających się w Internecie. Regularność w prowadzonych poszukiwaniach sprawia, że wyszukiwarki same podrzucają nam nitki prowadzące do celu. Bywa, że jest on różny od spodziewanego.

Wyjątkowy eksponat, znajdujący się w naszym Domu (napiszemy o nim przy innej okazji) skłonił nas do lektury tekstów związanych z Polonią w Ameryce Południowej. Pierwsza publikacja, do której zajrzeliśmy, jest nowością na rynku wydawniczym. To książka Tomasza Pindela Za horyzont – Polaków latynoamerykańskie przygody. Jej zaletą jest indeks nazwisk oraz bibliografia.

Słowa potrafią zdziałać cuda. Mogą nas uskrzydlić, oczarować, mogą też zniechęcić do lektury. W przypadku książki Za horyzont słowa zadziałały zniechęcająco. Wywołało konkretne wyrażenie, a mianowicie „niejaka”. Autor zastosował je w odniesieniu do działalności zawodowej Cecylii z Wyszyńskich Kuncewiczowej w Brazylii. Nie mylą się Państwo, chodzi o matkę Jerzego Kuncewicza. „Niejakość” Cecylii zafrapowała nas na tyle, że sięgnęliśmy po pierwodruk sprawozdania o kondycji polskich szkół w Brazylii, na które to powołuje się pan Tomasz Pindel. To antologia Ameryka Łacińska w relacjach Polaków, wydana w roku 1982, pod red. Marcina Kuli.

Pierwszym prezentem jest rzetelny życiorys Cecylii z Wyszyńskich Kuncewiczowej. Urodziła się w 1869 roku w Lublinie (rodzice: Jan Baltazar Wyszyński i Marianna z Jasińskich/Jasieńskich), w rodzinie o tradycjach socjalistyczno-niepodległościowych.

Cecylia z Wyszyńskich Kuncewiczowa, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Uczyła się w Lublinie, tu także zaczęła pracę jako nauczycielka. języka polskiego w Żeńskiej Szkole Handlowej przy ul. Namiestnikowskiej (obecnie Narutowicza). Była to jedna z najbardziej postępowych szkół w mieście. Działały w niej m.in kursy samokształceniowe, na których nauczano języka polskiego i historii Polski. Edukacja dotyczyła nie tylko młodzieży, ale także dorosłych. Takie zajęcia miała prowadzić Cecylia Kuncewiczowa. W zbiorach lubelskiej Wojewódzkiej Biblioteki im. Łopacińskiego zachował się podręcznik do nauki języka polskiego, autorstwa Cecylii Kuncewiczowej. Choć ma ponad 100 lat, to znajdujący się w nim wstęp nie stracił aktualności.

Podręcznik do nauki języka polskiego, autorstwa Cecylii Kuncewiczowej fot. Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. H. Łopacińskiego w Lublinie

Poważniejszy problemy byłby dziś z zadaniami dla uczniów. Z ich rozwiązaniem mieliby problem nawet dorośli.

Od roku 1918 Cecylia Kuncewiczowa mieszkała w Zamościu. Zdecydowały o tym względy rodzinne i zawodowe. Założyła i kierowała żeńskim Seminarium Nauczycielskim oraz była przełożoną żeńskiego gimnazjum w Zamościu (1919-1920). Życiorys Cecylii Kuncewiczowej związany z Zamościem dopełnia twórca „Zamościopedii”, Andrzej Kędziora. Pisze m.in., że w tym okresie Cecylia Kuncewiczowa aktywnie udzielała się społecznie i towarzysko. Uczestniczyła w licznych akcjach i zbiórkach; wygłaszała odczyty o tematyce patriotycznej i społecznej. Była współinicjatorką uruchomienia w Zamościu pierwszego przedszkola. Drukowała swoje felietony w lokalnej prasie (cykl Szlakiem myśli). Zaangażowała się w pracę Komitetu Obywatelskiego, zbierającego fundusze na tablicę pamiątkową oraz odbudowę celi W. Łukasińskiego w Zamościu .

Cecylia z Wyszyńskich Kuncewiczowa, fot. Archiwum Państwowe w Zamościu

Cecylia Kuncewiczowa działała również w Komitecie Pomocy Powracającym z Rosji. Nie był jej więc obcy los emigrantów. Już po przejściu na emeryturę (lata 30. XX w) zajmowała się środowiskiem polskich emigrantów w Rumunii, Belgii i Francji. W roku 1938 wyjechała do Brazylii. Przebywała tam jej córka, Irena Kuncewicz-Lepecka, żona polskiego wicekonsula w Kurytybie, Bohdana Teofila Lepeckiego.  Kuncewiczowa kilkakrotnie odwiedzała polskie szkoły w stanie Santa Catarina. Po spotkaniach z tamtejszą Polonią opracowała raporty dla Światowego Związku Polaków z Zagranicy.

Wizytacje w szkołach polskich miały ważne znaczenie. Odbywały się one w okresie wzmożonego nacisku władz Brazylii na naturalizowanie emigrantów. Pracę Cecylii Kuncewiczowej można uznać za akt patriotyczny: troski o to, by polskie: język i historia przetrwały wśród mieszkańców Brazylii polskiego pochodzenia. W tym kontekście trudno zrozumieć pobłażliwość Tomasza Pindela odnośnie katastrofalnego – zdaniem Kuncewiczowej – poziomu polskich szkół. Argument, jakoby szkoły były prowadzone przez osadników polskich, bez rządowego wsparcia nie wydaje się nam wystarczającym tłumaczeniem tego faktu. Inną sprawą jest kadra nauczycielska, a jeszcze inną to, czego w szkołach nauczano.

Kuncewiczową razi przede wszystkim brak odpowiedniego wykształcenia nauczyciela w pierwszej z wizytowanych polskich szkół, w Mafrze. Choć sala była obszerna i czysta, a na ścianach wisiały pomoce naukowe w postaci map i rycin, to praca z tekstem pozostawiała wiele do życzenia. Podręczników szkolnych było za mało, nikt nie prowadził biblioteki i nie zachęcał do czytelnictwa. Uczniom (a w klasie obok 10-o siedzieli 20-o latkowie) nie pomagał także nauczyciel, którego potknięcia uczniów niecierpliwiły. Co ciekawe, sam popełniał błędy ortograficzne np. podczas sprawdzania zeszytów szkolnych czy też dyktanda. Jedyną osłodą podczas wizytacji były cukierki, zakupione przez Kuncewiczową i wręczone dzieciom na zakończenie lekcji.

Chlubą drugiej polonijnej miejscowości (Paraguacu) był kościół katolicki oraz Dom Ludowy. Co ciekawe, wszyscy mieszkańcy porozumiewali się tylko po polsku, a Brazylijczycy – jak zauważyła Kuncewiczowa – czują się tu zupełnie odosobnieni. Na prośbę miejscowych działaczy społecznych Kuncewiczowa wygłosiła prelekcję na temat obecnej sytuacji w Polsce. „Niespodziewanie nagrodzono mnie burzą oklasków – pisała Cecylia Kuncewiczowa – a ksiądz w nader gorących słowach w obecności wszystkich powiedział: „Pani pierwsza przedstawiła nam Polskę rzeczywistą, bo każdy, kto przyjedzie zohydza nam tylko kraj macierzysty. Gdybym wiedział, że pani tak pięknie powie, byłbym ja prosił, aby mówiła z ambony” powtarzam urywek przemówienia, ponieważ słowo zohydza każą się głęboko zastanowić nad pracą w interiorze – dodała Kuncewiczowa.

Podczas pobytu w Brazylii, Cecylia Kuncewiczowa odwiedziła także polskie rodziny. Urzędnicy już w pierwszym pokoleniu z dziećmi rozmawiają po portugalsku, przeto młodsze pokolenie nie rozumie mowy ojców, nawet modli się po portugalsku. (…) Lud natomiast, choć analfabeci kompletni, trzyma się twardo wiary i mowy ojców. (…) Główna przyczyna zupełnego wynarodowienia, którego należy  spodziewać się w niedalekiej przyszłości, jest zupełny brak szkoły polskiej i zanik w mieście życia organizacyjnego oraz rozrzucenie pojedynczych rodzin, w dodatku nawet kościół pozbawiony księdza polskiego” – diagnozowała ówczesną sytuację Cecylia Kuncewiczowa. Swój raport złożyła na ręce konsula polskiego.

Zderzenie polskiego programu nauczania w egzotycznych warunkach Brazylii musiało budzić kontrowersje. Trudno dziwić się uwagom C. Kuncewiczowej, trudno jednak nie dostrzec faktu kompletnej egzotyki niektórych zagadnień poruszanych w polskich podręcznikach. Stąd zarzuty w stosunku do polskich szkół w Brazylii o szerzenie szowinizmu narodowego. Na rok przed wybuchem II wojny światowej szkoły polskie w Brazylii zostały zlikwidowane.

Cecylia z Wyszyńskich Kuncewiczowa, fot. Archiwum Państwowe w Zamościu

Co myślała o tym Cecylia Kuncewiczowa? Niestety, nie mamy na ten temat wiążących informacji. Po wizycie w Brazylii wróciła do Polski. Mieszkała w Warszawie, przeżyła powstanie, a po zakończeniu wojny wyjechała do Sopotu, gdzie osiadł jej młodszy syn, Czesław. Zmarła w 1951 roku i została pochowana na lubelskim cmentarzu przy ul. Lipowej.

Kuncewiczowie i Bitwa Warszawska

Udział Marii i Jerzego Kuncewiczów w wydarzeniach wojny polsko-bolszewickiej z roku 1920 to sprawa skomplikowana. W czasach, kiedy obydwoje publikowali najwięcej – to jest po zakończeniu II wojny światowej, o rocznicy Cudu nad Wisłą mówiło się rzadko lub wcale. Nie dziwi więc fakt pomijania tych wydarzeń w autobiograficznych Wyspach pamięci Jerzego lub Fantomach Marii Kuncewiczowej.

Z życiorysu Jerzego Kuncewicza, przygotowanego przez jego syna Witolda dowiadujemy się, że służył on w szwoleżerach jako szeregowy żołnierz. Wraz z nim miał zaciągnąć się jego brat, Czesław Kuncewicz. O fakcie udziału męża w wojnie 1920 r.wspomina Maria Kuncewiczowa w Listach do Jerzego.

Rocznicowa okładka czasopisma „Bluszcz” z 1930 r.

 Nie dotarliśmy dotychczas na ślad opowiadań o bohaterskich czynach Jerzego Kuncewicza z tego okresu, zamieszczanych w ówczesnej prasie. Są natomiast informacje o artykułach publicystycznych Kuncewicza odnośnie wojny, a także o wierszach poświęconych szwoleżerom, a dedykowanych pułkownikowi Gustawowi Orlicz-Dreszerowi.  Niestety, w archiwum jakim dysponuje Dom Kuncewiczów wspominane teksty nie zachowały się.

Rocznicowa okładka czasopisma „Bluszcz” z 1930 r.

O swoim udziale w wojnie polsko-bolszewickiej w charakterze łączniczki wspominała autorce monografii o Marii Kuncewiczowej, dr Alicji Szałagan sama autorka Dwóch księżyców.

W 10. rocznicę Bitwy Warszawskiej, na łamach czasopisma „Bluszcz” opublikowała opowiadanie, nawiązujące do wydarzeń z tego czasu. Zamieszczamy je poniżej:

„Sen o wojnie” M. Kuncewiczowej. Opowiadanie inspirowane wydarzeniami z roku 1920.

Powstanie Warszawskie w prozie Marii Kuncewiczowej

O prozie Marii Kuncewiczowej nie mówi się „polityczna”. Nie nazywa się jej również historyczną z punktu widzenia twórców poważnych monografii. Uważny czytelnik otrzyma jednak w literackim podarunku wiadomości odnoszące się do znanych postaci i faktów. Zawsze jednak (w przypadku Kuncewiczowej) są one przefiltrowane przez jej wrażliwość.

Sierpień to czas ważnych rocznic. Nie tak dawno przywoływana była data wybuchu Powstania Warszawskiego. Zaistniało ono m.in. na kartach Natury.

Choć tekst powinien chronologiczne podążać za kartami książki, robimy wyjątek i przytaczamy jako pierwszy opis Warszawy, którą w 1958 roku, widzi po blisko 20 latach Maria Kuncewiczowa.

Starość Starówki była cała nowa – pisze Kuncewiczowa – bez brudu, bez przekupek i bez Stryjeńskiej, że świeża pozłotą na kulach Baryczków. Na Starym Rynku płakałam. Nie z powodu przekupek i Stryjeńskiej, tylko z powodu „Zmowy nieobecnych”. Że cóż ja mogłam wiedzieć o nieobecnych, kontemplując londyńskie gruzy? Co mogę wiedzieć o tych, co rozkopywali tutejsze gruzy, jak Pani Farjaszewska, która pochowała córkę, owinąwszy w koc, płytko – na tym właśnie Rynku. Ewa ratowała zabytki. Znosiła do piwnicy Baryczków połamane gzymsy, urwane skrzydła bazyliszka. Tam ją granat rozerwał.

Po tym opisie następuje historia o tym, jak mata, spędziwszy w Kanadzie rok, wróciła do Warszawy – na Powązki, gdzie znajduje się grób jej ekshumowanej córki.

Wspominana przez Kuncewiczową Ewa, to harcerka, łączniczka batalionu „Wigry”. Do stoicy przyjechała ze śląska z matka i młodszym rodzeństwem. Na rok przed wybuchem wojny rozpoczęła naukę w Akademii Sztuk Pięknych, w klasie Felicjana Szczęsnego Kowarskiego. Interesowała się również fotografią. W czasie Powstania Warszawskiego Ewę Faryaszewską (oryg. Pisownia nazwiska) przydzielono do grupy ratunkowej. W porozumieniu z byłym pracownikiem Muzeum Narodowego podporucznikiem Zygmuntem Miechowskim ps. „Kustosz”, od 8 sierpnia zajmowała się ratowaniem eksponatów i dzieł sztuki. Z narażeniem życia wynosiła cenne przedmioty z kościołów, urzędów i domów prywatnych. Wszystkie trafiały do piwnic Kamienicy Barczykowskiej, w której miało działać (Rynek Starego Miasta 32), w której przed wojną planowano umieścić Muzeum Dawnej Warszawy. W czasie Powstania Ewa Faryaszewska robiła zdjęcia niszczonej przez Niemców stolicy. Zginęła 28 sierpnia 1944 r. na ul. Nowomiejskiej. Kolorowe zdjęcia łączniczki (ponad 30 sztuk) to niezwykle cenny dokument tego okresu. Opublikowało je w książce Ruiny fotografii. Fotografia ruin Muzeum Miasta Warszawy.

Ewa Faryaszewska, Warszawa 1944, fot. Wikipedia.pl

Kolejnym opisanym przez Kuncewiczową, i jakże tragicznym bohaterem tych czasów był Generał Kazimierz Sosnkowski ( 1885-1969). Odwiedził on Kuncewiczów w ich amerykańskim domu na Long Island. O tym spotkaniu Kuncewiczowa napisała: Generał Sosnkowski także przybył z daleka – bohater trudny dla prozaika, trudny dla poety. Komendantowi romantyków służył, dopóki poezja nie przeszła w prozę. Odmówił, kiedy Komendant nakazał bunt przeciw głowie państwa. W 1926 roku wolał strzelić do siebie w Poznaniu niż stanąć na warszawskim moście naprzeciw prezydenta Wojciechowskiego. Wierny polskiemu rozdarciu między balladę a paszkwil, po 1945 przeniósł lojalność wobec żywych ludzi na symbole.

Gospodarował na kawałku ziemi w Kanadzie, politykę traktując trochę jak kodeks honorowy, trochę jak testament. Rozmowa między ni a Jerzym gasła (…). W końcu generał wstał, zasiadł do pianina i powoli serca i myśli opadły na „Ojczyzny łono” w mazurkach Chopina.

Dodajmy do tych faktów jeszcze jeden:

Z czasem usłyszałam w Kazimierzu głos Janiny Kolendo przez telefon z Warszawy: „Czy pani przyjmie nagrodę Pietrzaka?” – „Za co?” – „Całokształt działalności”. – „Kto to jest Pietrzak?”. W ciągu całego następnego tygodnia przeczytałam eseje nowego świadka. W czternaście lat po jego śmierci, a dziewiętnaście po upływie dwudziestolecia poznawałam młodzieńca, który był nieznajomym towarzyszem mego najważniejszego czasu, młodszym bratem w pisarstwie i w życiu. Czytałam i dziw mnie brał, jak niewspółmierne pobudki, jak przeciwstawne programy i niepodobne cele składają się na polskość. Gdybyśmy się z Włodzimierzem Pietrzakiem znali w epoce Drugiej Rzeczypospolitej, uciekalibyśmy przed sobą na drugą stronę ulicy. Jeżeli byłoby takie zrzeszenie, do którego byśmy wspólnie należeli, z pewnością bronilibyśmy na zebraniach (on-nacjonalista, ja – osoba bez doktrynalnego przydziału) dwóch sprzecznych stanowisk, czerpiąc argumenty z dwóch różnych źródeł: on – z mózgu, ja – z emocji, on – z miłości do abstrakcyjnego narodu, ja – z miłości do konkretnych ludzi. Podobno podczas Powstania 1944 roku Pietrzak, zwolniony na parę godzin ze służby, zginął na Starówce od granatu akurat wtedy, gdy czytał Nowy wspaniały świat Huxleya. Te właśnie książkę „nowy, wspaniały” hitlerowiec wytrącił mu z ręki. (…) Jeżeli powołano mnie na takiego świadka, czyż mogłam nie stawić się na sąd?

Werdykt ogłosił prezes jury, profesor Władysław Tatarkiewicz, Olesia (wł. Aleksandra Szczepańskiego, brata Marii Kuncewiczowej), którego nasz ojciec w Płocku wyratował kiedyś z szykan carskiej żandarmerii. Moja mówkę dziękczynną można by tak streścić: wiele mnie przed wojną dzieliło od młodego Pietrzaka, wiele mnie po wojnie łączy z ofiarami „nowego wspaniałego świata”.

Eksponat z historią – „Nosiwoda kazimierski”

W części prezentacji ciekawych muzealiów ze zbiorów oddziału Dom Kuncewiczów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym chcielibyśmy skoncentrować się na części eksponatów, które po remoncie nie powróciły na wystawę. To pokaźny zbiór prac na podłożu papierowym. Są to rysunki, grafiki, litografie i akwarele. Zgodnie z opinią konserwatora zabytków, ze względu na ich stan (stałe eksponowanie w Domu Kuncewiczów) wymagają one prac renowacyjnych. Będziemy więc o nich napisać, a same oryginały – konserwować. Po tym zabiegu, pokażemy je Państwu z należytą troską. 

Wybór pierwszej pracy był bezdyskusyjny. Zwłaszcza, że postać uwieczniona na grafice Chaima Goldberga wpisuje się zarówno w krajobraz kazimierski, jak również innych polskich miasteczek i wsi. To nosiwoda.

Na pierwszym planie widzimy starszego mężczyznę, zgarbionego pod ciężarem dwóch wiader napełnionych wodą. Drugi plan to budowle charakterystyczne dla kazimierskiego pejzażu: ruiny zamku, fara czy słynna studnia, przy której rozmawiają trzy kumoszki. Praca jest sygnowana, choć zarówno podpis artysty, jak numer odbitki są trudne do rozszyfrowania. W zbiorach Domu Kuncewiczów znajduje się również plakat z wystawy Goldberga w USA. Ze wspomnień Marii Kuncewiczowej wynika, że widziała tę ekspozycję, rozmawiała z artystą, wspominając również przedwojenny Kazimierz.

Miasteczko łączy pisarkę i Goldberga. Urodził się on w Kazimierzu w roku 1917, a wykształcenie pomógł mu zdobyć prof. Tadeusz Pruszkowski. W historię wplecione są również losy kazimierskiego aptekarza Stanisława Lichtsona.

Chaim był synem Ity i Summera Goldbergów. Jego ojciec prowadził warsztat szewski w Kazimierzu. Chłopiec (będzie mieć jeszcze 10 rodzeństwa) był uzdolniony plastyczne. Potrafił rzeźbić i rysować. Rodzice, dumni z talentu syna, wieszali jego obrazki w warsztacie. To tu zobaczył je pierwszy mecenas talentu Chaima,  Saul Silberstein, uczeń Zygmunta Freuda. Zaopiekował się chłopcem, zapewniając mu dalszą edukację. Na stypendium artystyczne, zapewniające m.in. naukę w krakowskiej szkole sztuk pięknych im. Ludwiki Mehofferowej, złożyli się adwokat Feliks Kronhstein i rzeźbiarz Henryk Kuna. 14-o latek, z malarza pokojowego stał się artystą. Podobno był niepokorny i buntował się przeciwko szkolnym wprawkom. Kraków to m.in. kontakt ze Zbigniewem Pronaszką. Warszawska Szkoła Sztuk Pięknych, do której Goldberg trafił jako 17-o latek, to osobowość prof. Pruszkowskiego.

Pierwsze spotkanie z „Pruszem” nie miało jednak charakteru oficjalnego, a towarzyski. Mieli je zainicjować aptekarz, Stanisław Lichtson i jego żona, w których aptece i salonach w Kazimierzu częstym gościem był rektor warszawskiej Akademii.

Podobno w archiwach warszawskiej ASP  zachowały się świadectwa moralności Goldberga (dobry artysta musiał być przyzwoitym człowiekiem) oraz informacja, że jako ubogi student korzystał ze zniżek w opłacie za lekcje.

W 1938 r. Chaim Goldberg ożenił się z Rachelą Diament. Jego wybranka pochodziła, oczywiście, z Kazimierza.

Kiedy wybuchła II wojna światowa Goldberg zgłosił się do wojska. Trafił do niewoli, ale uciekł z obozu jenieckiego i przyjechał do Kazimierza, do rodziców. Nie chcieli oni jednak słuchać próśb syna o wyjeździe z miasteczka. Za swoją decyzję zapłacili śmiercią. Chaim z żoną i jej rodziną uciekli na Wschód. Dotarli do Nowosybirska, gdzie przetrwali wojnę. Po jej zakończeniu wrócili do Polski, do Szczecina, a następnie na warszawską Pragę. Do Kazimierza już nie, bo w Miasteczku nie było Żydów. Mimo, że Chaim Goldberg był uznanym artystą, u którego prace zamawiały nawet miejskie władze (np. Polanica), w roku 1955 rodzina zdecydowała się na wyjazd do Izraela. Stamtąd, pod koniec lat 60. XX wieku, Goldbergowie wyjechali do USA.  Chaim Goldberg stał się rozpoznawalnym artystą. Ważnym dla społeczności żydowskiej, skoro wstęp do katalogu jednej z jego wystaw napisał sam Izaak Singer. Czytamy w nim m.in. Chaim Goldberg ze sztetla wyszedł i pamięta każdy jego szczegół. Nigdy nie odchodzi od prawdy rzeczy i ich boskiego porządku. Jego praca wzbogaca żydowską sztukę i wizerunek naszej tradycji. Krytycy podkreślali, że Goldberg uczynił z Kazimierza Dolnego swoiste uniwersum, w którym wypełniał się los żydowski. Jego prace są wyobrażeniem Miasteczka i jego mieszkańców; ludzi i ich codzienności.

Artysta zmarł w roku 2004, na Florydzie.

W 2013 roku, w Muzeum Nadwiślańskim w Kazimierzu Dolnym odbyła się retrospektywna wystawa prac Chaima Goldberga.

Praca, którą posiada w zbiorach Dom Kuncewiczów została opisana przez Marię Kuncewiczową w „Fantomach”. W Kazimierzu słońce. Józefowa wygrzewa się na leżaku pod wierzbą. Zaraz wstanie, przyjdzie na górę po mleko i zagapi się na drzeworyt przedstawiający Chaima-nosiwodę. Ze wszystkich obrazów ten ją najbardziej zastanawia. Śmieje się, wzrusza ramionami. Od czasu Krwawej środy Żydów w Kazimierzu nie ma. Józefowa nie jest pewna, czy kiedyś znała Chaima, czy też malarz go sobie wymyślił. Spogląda na mnie ubawiona, trochę jakby zawstydzona „O jak to Żydzina dźwiga te wode i dźwiga – mówi – Aze mu kark napęczniał. Pokiz on tak te wode będzie nosił? I komu to? I na co?

(powyższy tekst powstał na podst. wywiadu z Chaimem Goldbergiem, przeprowadzonego przez Kazimierza Robaka i wykorzystanego w artykule „Moje serce pozostało tam”. Tekst został zamieszczony na portalu www.wkazimierzudolnym.pl)

125. rocznica urodzin Pisarki

Dobrze, że są Czytelnicy… Chociaż zastanawiam się, czy Maria Kuncewiczowa ucieszyłaby się z tego przypomnienia. Mowa o tekście pisarza, Stanisława Nyczaja (częstego gościa naszego Domu). W poszukiwaniu ciekawostek natknęłam się na taką oto opowieść. Gdzie tu problem – powiedzą Państwo? Problematyczny jest zawsze wiek kobiet. jednym słowem – tajemnica została rozwiązana:) Swoją drogą – mamy już oficjalnie kolejną rocznicę do świętowania w tym roku !

https://pisarze.pl/2020/06/09/stanislaw-nyczaj-ostatnie-kazimierskie-spotkania-i-rozmowy-z-maria-kuncewiczowa-1895-1989-wspomnienie-w-125-rocznice-urodzin-pisarki/

Maria Kuncewiczowa wiecznie młoda, fot. Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

Jedwab zawsze w modzie (eksponat z historią)

Dom Kuncewiczów może pochwalić się nietypowymi zbiorami. Miejsce, w którym jeszcze nie tak dawno (przynajmniej dla starszych Czytelników) mieszkali Maria i Jerzy Kuncewiczowie jest pełne osobistych i osobliwych pamiątek. O takim dziś napiszemy. Ten przedmiot eksponujemy na pierwszym piętrze, w garderobie Pani Marii. To bluzka z jedwabiu w kolorze écru z drobne czerwone kwiatki. Pisarka kupiła ją we Włoszech.

To, że Kuncewiczowa była dobrze ubraną, elegancką kobietą wspominają do dziś mieszkańcy Kazimierza Dolnego. Z klasą nosiła zarówno garsonki, jak również… spodnie. W kolekcji zdjęć prof. Tadeusza Kłaka dotyczących sympozjów naukowych odbywających się w Nałęczowie wypatrzyliśmy m.in. zdjęcie Marii Kuncewiczowej w rozszerzanych spodniach. Pisarka wyglądała w nich świetnie. W garderobie Pani Marii wisiały niegdyś futra z norek, a kasetkę na biżuterię wypełniały zabytkowe oraz egzotyczne drobiazgi. Sporo oryginalnej biżuterii pisarka otrzymała w prezencie od swojego syna, Witolda. Działo się to w czasach, gdy pływał ona na statkach pasażersko-towarowych u wybrzeży Afryki. O swoich zakupach dla mamy wspominał wielokrotnie w listach. To dzięki zamorskim wyprawom syna, Kuncewiczowa otrzymała m.in. ciężkie srebrne bransolety. Były tak ekstrawaganckie, że postanowiła je ofiarować Irenie Lorentowicz, wieloletniej przyjaciółce (sylwetkę tej znakomitej scenografki i wykładowczyni prezentujemy na blogu, w zakładce „Bywalcy”). Większość swojej garderoby pisarka rozdała. Tak stało się również z naszym eksponatem. Na szczęście, materiał był tak mocny, że przetrzymał kolejne właścicielki. Jedyną modernizacją, jaką przeszła bluzka było skrócenie rękawów.

Bohaterka naszej opowieści

Bohaterka Czytelnicy, nie zainteresowani modą zastanawiają się pewnie: „dlaczego piszemy o tak drobnym przedmiocie?”. Mamy w tym cel. Oprócz bluzki, w naszych zbiorach znajdują się fotografie, na których bluzka oraz jej Właścicielka zostały uwiecznione. Okoliczności powstania tej fotografii Maria Kuncewiczowa opisała w Przeźroczach i Listach do Jerzego.  Zacytujmy jeden z fragmentów: Z prasy włoskiej wiedziałam, że kardynał Wojtyła został uznany za papabile (ewentualnego papieża przyp.aut.) po rekolekcjach, jakie przeprowadził dla Pawła VI. Ale wiedziałam o nim więcej: że kiedyś mianowany biskupem, nie zaniedbał swoich praktyk księżowskich z czasu okupacji – nadal odwiedzał chorych i pocieszał umęczonych.  Więc oczekiwanie przywoływało dwie postaci: uczonego teologa, przemawiającego wieloma językami i chrześcijanina o gorącym sercu. Czekaliśmy dość długo z przyczyny, którą młody sekretarz pokrywał dyskrecją. Nareszcie otwierają się drzwi i wchodzi, kuśtykając na nodze owiniętej bandażem, osoba duchowna o powierzchowności powszedniej, raczej zakłopotana, życzliwa.

Ojciec Święty Jan Paweł II z Marią i Jerzym Kuncewiczami, fot. Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

Siadamy blisko siebie. Kardynał przeprasza za spóźnienie: skręcił nogę i musiał poddać się zabiegowi. Zatem spoza dwóch oczekiwanych postaci wyłania się trzecia: alpinista. (…) Miałam w głowie pełno chaotycznych myśli i w gardle słów niewypowiedzianych na tę okazję, więc milczałam. Jerzy natomiast zahazardował się w dziedzinę filozofii. Zapytał, jaką filozofię preferuje kardynał. Odpowiedź brzmiała: „Tomizm i egzystencjalizm”. Jerzy pospieszył z krytyką tomizmu. Na to pobłażliwy uśmiech, jak gdyby z takiej wysokości, gdzie wszystkie filozofie służą Bogu. (…) Kiedyś religia wkroczyła w moje życie przez te same drzwi, przez które wkracza śmierć. Bardzo długo ich nie zauważałam. Na ścianie dzielącej mnie od tajemnic nie było drzwi, czasem padał na nią cień od jakiegoś wydarzenia czy słowa, może tylko snu. Drzwi nie było. Teraz inny świat zyskał dla mnie postać materialną, niepodobną do ciemnego obszaru myśli, zwanego filozofią, ani od dziedzicznego nałogu zwanego katolicyzmem. Oto Karol Wojtyła – aktor, poeta, alpinista, Polak, dusza miłosierna, kardynał papabile –siedział na krzesełku obok, taki sam stwór dwunożny i dwuręki jak ja, ale inny. I z całą tą innością materialnie obecny”.

W roku Papieża Jana Pawła II do spotkań Kuncewiczów z Janem Pawłem II będziemy jeszcze powracać.

Irena i Czesław Kuncewiczowie

o korzyściach porządkowania strychu

Wybraliśmy się na domowy strych z powodu zupełnie innego pudełka. To, przyniesione przypadkowo, prawie rozpadło się w rękach. A skoro nie ma przypadków, a jedynie koincydencje znaczące to nie zdziwiłam się, kiedy z pudełka wypadło wydanie Dziennika z lat okupacji dr Zygmunta Klukowskiego. Odruch nakazuje mi sprawdzać indeksy osób – nawet w publikacjach dalekich od profilu naszego muzeum. Tak było i tym razem. W „prezencie” otrzymałam dwa smakowite cytaty związane z rodziną Kuncewiczów. Zanim jednak pojawią się w tekście, wyjaśnię kogo będą dotyczyć.

Rodzeństwo Jerzego Kuncewicza przewija się w opowieściach o nim samym. Szkoda, że są to wątki marginalizowane. Z powodu braku wiedzy w naszych archiwach posiłkuję się doskonałą stroną Zamościopedii, prowadzoną w Archiwum Państwowym w Zamościu, przez Andrzeja Kędziorę.

Młodszy brat Jerzego, Czesław Kuncewicz urodził się w roku 1899, w podlubelskich Kijanach. Ukończył gimnazjum w Lublinie. Tu także studiował prawo. Ukończył uczelnię w roku 1924. Którą, niestety nie wiadomo. Wiadomo natomiast (piszą o tym m.in. Kuncewiczowie), że służył w 1 Pułku Ułanów Krechowieckich (do czynnej służby, w stopniu kapitana powróci w czasie wybuchu II wojny światowej). Po uzyskaniu aplikacji adwokackiej Czesław Kuncewicz  pracował w Zamościu. Jego kancelaria mieściła się przy ul. Żeromskiego 15 (zapamiętajcie ten adres – odegra on ważna rolę w opowieści). A gdybyście chcieli umówić się na wizytę do adwokata Kuncewicza, wystarczyło poprosić telefonistkę o wybranie numeru „7” (na podst. Spisu numerów telefonicznych Zamościa z roku 1939 7 Kuncewicz Czesław, adw., Żeromskiego 15 m. 17). Czesław Kuncewicz był sprawnym prawnikiem, choć mogło nie podobać się to, że angażował się w procesy przedwojennych komunistów. Znalazł się również w gronie 5 adwokatów uczestniczących w walce o wolność sumienia.

Czesław Kuncewicz uczestniczył w życiu towarzyskim i społecznym Zamościa. Był prezesem Klubu Sportowego „Maraton”. Jako działacz „Strzelca” oraz Ligii Obrony Powietrznej Państwa inicjował obchody Tygodni Lotniczych. Czym była impreza? Zajrzyjmy na stronę przewodniczyzamosc.pl

Plakat Tygodnia Lotniczego fot. ze zbiorów polona.pl

W zamojskiej L.O.P.P. działało wielu światłych zamościan. Przykładowo: Zubowicz Piotr (adwokat, senator); Kazimierz Rutkiewicz (dyrektor Kasy Chorych); Jan Korba (rzemieślnik); Janina Enderówna (nauczycielka, działaczka); Maria Kowerska (działaczka); Jakub Margules (architekt); Krystyn Freyberg (kupiec); Wacław Bajkowski (adwokat); Julian Kaczorowski (urzędnik); Kazimierz Lewicki (nauczyciel); Czesław Kuncewicz (adwokat); Tadeusz Muśnicki (inżynier); Czesław Kietliński (bankowiec); Regina Kłossowska (społeczniczka); Jerzy Bajkowski; Jerzy Miketta (urzędnik, społecznik); Leopold Cehak (generał WP); Edmund Nahajski (księgarz); Michał Nowacki (wiceburmistrz); Fryderyk Plattner (działacz społeczny); Romuald Jaśkiewicz i wielu innych. (…) Czerwcowy plakat Komitetu Powiatowego L.O.P.P. w Zamościu informował o tzw. Lotach Propagandowych oraz o  odczycie płk. Rudnickiego na temat znaczenia lotnictwa i jego potrzebie dla państwa. Pokazy lotnicze były bezpłatne, ale za udział w locie płacono 5 zł od osoby. Zbierano również ofiary na L.O.P.P oraz trwały zapisy na członków Ligi. Uroczystości uatrakcyjniały występy orkiestry wojskowej 9 p.p. Legionów. (…)  Losowano bezpłatne przeloty samolotem. (…) Komitet L.O.P.P. urządził w miejscowej szkole Loterię Fantową, z której dochód został przeznaczony na L.O.P.P. Loterii towarzyszyła zabawa taneczna z płatnym wstępem (2 zł) na ww. cele.

W posagu żony, Ireny znalazł się m.in. majątek Osada leśna Lipsko-Zjawienie, nazywany „Kuncewiczówką”.  W jednym z wywiadów Maria Kuncewiczowa wspominała, że bywała na Roztoczu m.in. w Zwierzyńcu. Wielce prawdopodobne jest to, że gościła u szwagra. W kontekście cytatu, do którego zmierzamy, wydaje się zrozumiałe dlaczego Maria i Jerzy Kuncewiczowie nie chcieli, by ich kazimierską willę nazywano „Kuncewiczówką”.

Irena Kuncewicz, 1939 r. fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Żona Czesława Kuncewicza, Irena była bez wątpienia osobowością. Urodziła się w roku 1911. Była działaczka społeczną, harcerką, założycielką Teatru Związku Legionistów (tzw. Teatru Małego) w Zamościu , ale przede wszystkim zapaloną automobilistką.  Jako jedyna kobieta (i przedstawicielka Automobilklubu Lubelskiego) uczestniczyła w Międzynarodowym Rajdzie Automobilowym w roku 1938.  Historię tego wyścigu opisano na koszecindawniej.blogspot.com

Tytułowy rajd odbył się w czerwcu 1938 r. Trasa o długości 3,8 tys. km. wiodła przez Lwów, Kraków, Wybrzeże do Gdyni i przez Polskę z powrotem. Marek Ponikowski, dziennikarz i miłośnik motoryzacji pisze, że wzięło w nim udział 62 zawodników, a droga była iście mordercza – w kurzu, po wybojach, z lawirowaniem między furmankami, rowerzystami, psami i kurami. Ponikowski wspomina też o jednym z ówczesnych dziennikarzy, który nie krył zdziwienia widząc, że Kuncewiczowa startuje nie w kombinezonie, a „w lekkiej, płóciennej sukience i trepkach”. Jechała Oplem Olympią, na mecie była jako ósma w swojej klasie. Rok później wystartowała w kolejnym rajdzie, tym razem za kierownicą Chevroleta. 

Plakat rajdu fot koszecindawniej.blogspot.com

Osobny artykuł poświęcił Kuncewiczowej Tygodnik Zamojski. Czytamy w nim m.in

Kobieta odważna i jako nieliczna zmotoryzowana. Należała do Automobilklubu Lubelskiego. W XI Międzynarodowym Rajdzie Automobilklubu Polski rozegranym w 1938 r. (25.06 – 1.07.1938 r.)

Trasa rajdu fot. koszecindawniej.blogspot.com

Jedyną automobilistką startującą w tej ciężkiej imprezie była członkini naszego Klubu (Automobilklubu Lubelskiego) – Irena Kuncewiczowa. W rajdzie startowało 62 zawodników. Liczył on 3,8 tys. kilometrów. Ukończyła go na ósmym miejscu w swojej klasie. Jedna z ekspozytur Automobilklubu była w 1936 r. w Zamościu. Dopiero w 1975 r. został przekształcony w samodzielny zamojski Automobilklub. W środowisku nazywana była ,,Rekordzistką” lub ,,Zwariowaną automobilistką”. Jeździła Oplem Olympią z 1,5 litrowym silnikiem o mocy 37 KM. a później w teamie Chevroleta. W tym aucie uczestniczyła w Rajdzie Automobilklubu Polski w 1939 r. Był to samochód 6 cylindrowy z 3,5 litrowym silnikiem o mocy 85 KM. W trakcie Rajdu uszkodziła go co spowodowało dalsze miejsce na mecie. Natomiast na trasie do Ojcowa osiągnęła rekord Polski. Mam album poświęcony babci. Był on wręczany w 1938 r. przez prezydenta Polski wszystkim uczestnikom – mówi wnuk Mirosław Kuncewicz. Kuncewiczowa jeździła również motorem świadczy o tym adnotacja, iż miała na siebie zarejestrowany motor. Brała udział w wyścigach motocyklowych. Zdobyła Grand Prix Lwowa w konkurencji pięćsetek – dodaje. To było coś wyjątkowego, ekstrawaganckiego jak na owe czasy. Szalała po mieście jeżdżąc samochodem oraz konno.

Irena Kuncewicz, 1938 r. fot Narodowe Archiwum Cyfrowe

Z kronikarskiego obowiązku dodam, że Irena Kuncewicz jeździła również motocyklem i konno. Na drodze była postrachem, podróżowała zawsze na pełnym gazie. Nie uznawała bezpiecznej jazdy. A ta pociągała ofiary. Świadkowie, którzy o wyczynach automobilistki opowiadali Andrzejowi Kędziorze wspominali, że droga z „Kuncewiczówki” do Zamościa po przejeździe pani Ireny dosłownie spływała krwią. Ofiarami były zwierzęta, ale także ludzie. Kroniki informują o dwóch wypadkach śmiertelnych (w tym dziecka), spowodowanych przez Irenę Kuncewicz. Umiejętności prowadzenia samochodów przydały się w czasie II wojny światowej. Czesław Kuncewicz, zmobilizowany – wyruszył na front, a jego żona została kierowcą karetki PCK. Okupacja nie była czasem wystawnych przyjęć i polowań, do których przywykła Irena Kuncewicz. W 1940 r. mieszkanie Kuncewiczów przy ul. Żeromskiego w gmachu Czerskiego zajęło gestapo. Następnie, Niemcy przejęli całą kamienicę zamieniając ją w katownię.

Irena Kuncewicz, 1939 r. fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Faktów, opisanych w cytacie, do którego się zbliżamy nie sposób jednak tym wytłumaczyć. Oto, co w swoim dzienniku zanotował Zygmunt Klukowski:

23 maja 1943

Byłem dziś w Zamościu z racji wczorajszych imienin doktorowej Boguckiej.(…) Najwięcej mówiono o p. Irenie Kuncewiczowej, żonie adwokata Czesława Kuncewicza, który z resztą już się z nią rozszedł. Nie tylko sama jest Volksdeutschką, ale i kilkuletniego syna oddała do niemieckiej szkoły. Chłopak chodzi dumny w mundurku Hitlerjugend z czerwona opaską na ramieniu. Na tle postawy tych stuprocentowych przecież Polaków zwraca powszechna uwagę zachowanie nauczyciela gimnazjum, a obecnie burmistrza, Ottona Wernera, który mimo swojego niezaprzeczalnie niemieckiego pochodzenia, o czym świadczy chociażby imię i nazwisko, twardo i niezłomnie broni swojej polskości i jak dotąd nie uległ żadnym ponętnym obietnicom ani groźbom. (…)

26 maja 1943

Nadeszła z Zamościa sensacyjna wiadomość, że ubiegłej nocy została tam „zlikwidowana” we własnym mieszkaniu Kuncewiczowa, o której pisałem przed paru dniami. Nikt z tego powodu się nie oburza, przeciwnie, ludzie nie mogą ukryć swego zadowolenia, że usunięto ze społeczeństwa polskiego szkodliwą i hańbiącą jednostkę.

Ze strony Zamościopedii dowiaduję się z kolei, że Irena Kuncewicz, jako konfidentka, została zabita przez grupę AK, „Norberta” ( Jana Turowskiego, dowódcę zamojskiego obwodu AK).

Także stamtąd wiem, że w tym czasie Czesław Kuncewicz ukrywał się. Po wojnie odnalazł syna i przeprowadził się do Sopotu. Już w listopadzie 1945 r. rozpoczął pracę w tamtejszej palestrze. Zmarł w 1975 roku.

Wymyślił Unię Europejską…

Świętujemy rocznicę przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Wizja  sojuszu państw, zrealizowana przez Wspólnotę była bliska postawie propagowanej jeszcze przed wojną przez Jerzego Kuncewicza.  Jej ideologie przedstawił on w dziele Republika globu.  Tę problematykę przybliżył Arkadiusz Indraszczyk, w tekście Wolność i Lud, opublikowanym w Roczniku Historii Prasy Polskiej PAN, w roku 2018.

Jerzy i Maria Kuncewiczowie, fot. Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

Czytamy tam m.in. wizja ta polegać miała na dokonaniu zmiany mentalności człowieka, a wraz z nim także zmiany stosunków międzynarodowych w kierunku tworzenia bloków państw i później federacji politycznych aż do stopnia globalnego. (…) Główną drogą miało być myślenie o człowieku jako głównym podmiocie stosunków wewnątrzpaństwowych i międzynarodowych, oraz o człowieku jako twórcy, który dzięki swej twórczej pracy i obcowaniu z naturą buduje nowe, lepsze społeczności.  Choć Jerzy Kuncewicz był przeciwnikiem ZSRR i za swoją nieprzejednaną postawę został usunięty z partii przez Stanisława Mikołajczyka, to nie opowiadał się także za ustrojem kapitalistycznym, reprezentowanym przez Zachód. Twierdził, że jeżeli nawet Zachód wygra, ale tylko dzięki przewadze technologii, to będzie to zwycięstwo nietrwałe, które nie przyniesie wolności człowiekowi, a tylko zmieni okowy jednego złego ustroju — komunistycznego — na inny, może lepszy, ale też nie dający się rozwijać człowiekowi — kapitalizm liberalny. Według Kuncewicza tragedia II wojny światowej wykazać miała, że dotychczasowe rozwiązania systemowe, tak kapitalistyczne, jak i socjalistyczne się nie sprawdziły, nie przyniosły bowiem światu i ludzkości pokoju. Ale też wojna miała stwarzać okazję do budowy nowych systemów, podejmowania nowych rozwiązań w zakresie organizacji życia politycznego, gospodarczego i społecznego w państwach. Realizacji tego Kuncewicz domagał się już w czasie wojny, a najpóźniej podczas oczekiwanej konferencji pokojowej po wojnie. Takiej jednak konferencji nie zwołano. Mimo tego Kuncewicz nie zaprzestał propagowania swych marzeń o Republice Globu. Dlatego, mimo że był uważany za jednego z ideologów polskiego ruchu ludowego, po wojnie nie liczono się z jego opiniami politycznymi, uważając go raczej za „fantastę” i filozofa, aniżeli pragmatyka. Niestety, nie doczekał wcielenia w czyn jego wizji pod nazwą Unii Europejskiej.

Zaczynamy od pieca (eksponat z historią)

Skoro zapraszamy Państwa do Domu Kuncewiczów, niechaj towarzyszą nam nietypowe (bo domowe) eksponaty. Na pierwszy ogień niechaj pójdzie… piec. To ozdoba salonu Domu Kuncewiczów. Nie pojawiłby się tutaj, gdyby nie pewien artysta, zafascynowany Huculszczyzną. Czy są Państwo gotowi do podróży w Karpaty?

Piec huculski z salonu Domu Kuncewiczów fot. P. Makowski

Huculszczyzna to kraina położona na terenie Karpat Wschodnich, w dorzeczu górnego Prutu i obu Czeremoszów – Białego i Czarnego. Od czasów Kazimierza Wielkiego do 1945 roku ten obszar znajdował się w obrębie Rzeczypospolitej. Huculi (górale pochodzenia ruskiego i wołoskiego), stworzyli w dorzeczu górnego Prutu oryginalną kulturę, która była inspiracją dla wielu znanych artystów polskich.

Na przełomie XIX i XX wieku urodę huculskiej sztuki i jej obyczaje uwieczniali m.in. Leon Wyczółkowski, Teodor Axentowicz i Stanisław Witkiewicz. Trzech znakomitych artystów zafascynowanych sztuką huculską – Fryderyk Patusch, Kazimierz Sichulski i Władysław Jarocki – doczekało się nawet przezwiska „Huculi”. Warto dodać, że „hucuł” w lokalnej gwarze bukowińskiej znaczy tyle, co „zbójnik”, „opryszek”.

W grupie malarzy czerpiących inspirację ze sztuki huculskiej znalazł się Michał Boruciński. Artysta urodził się w Siedlcach w roku 1885. Był absolwentem warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Od roku 1905 był wielokrotnie nagradzany za swoje prace m.in. na Jesiennym Salonie Paryskim i corocznych wystawach Towarzystwa Sztuk Pięknych „Zachęta”. Z okresu międzywojennego pochodzą prace, będące efektem fascynacji Borucińskiego Huculszczyzną. To cykl portretów huculskich. Bogata kolekcję dzieł Michała Borucińskiego posiada Muzeum w Siedlcach.

Boruciński przyjaźnił się z Marią i Jerzym Kuncewiczami. Efektem tej znajomości jest właśnie piec, znajdujący się obecnie w domu Kuncewiczów w Kazimierzu Dolnym. Przyjechał do miasteczka w kilku transportach i został tu na nowo zbudowany. Najstarsze kafle pamiętają wiek XIX. Motywy zdobienia kafli są niezwykle interesujące. Prezentują obyczajowość, tradycje a nawet motywy religijne Huculszczyzny. Proszę sobie wyobrazić, że motyw dekoracyjny jedno z kafli nawiązuje do schizmy wschodniej.

Kafle z naszego pieca. ten, symbolizujący schizmę wschodnią znajduje się w prawym dolnym rogu

Na podstawie badań prowadzonych przez wieloletniego dyrektora Muzeum Nadwiślańskiego w . Kazimierzu Dolnym, Jerzego Żurawskiego ustalono, że autorem kafli jest Oleksandr Bachmietiuk. To ludowy twórca ukraińskiej ceramiki artystycznej, założyciel szkoły ceramiki kosowskiej. Nasze muzealne śledztwo wykazały, że naprawdę nazywał się on Aleksander Bachmiński i był garncarzem z okolic Krakowa. Potem założył swój zakład w Karpatach.

Oglądając rzemiosło huculskie (lub prace inspirowane tą sztuką) warto przyjrzeć się ludowemu strojowi huculskiemu. Mężczyźni nosili zwykle białe spodnie i koszulę barwnie wyszywaną na mankietach i kołnierzu. Nakładali na nią keptar – krótki kożuch ozdobiony wyszyciami i mosiężnymi blaszkami. Nakrycia głowy (krzesania) to kapelusze z podwiniętym rondem ozdobione bajorkami czyli kolorowymi sznurkami. Ozdobami kobiet były naczółka, kolczyki, naszyjniki z mosiężnych łańcuchów z krzyżami i monetami.

Wielkanoc u Kowalskich

W poszukiwaniu codzienności z lat 30.XX wieku (na co dzień i od święta) zaglądamy dziś do radiowej powieści Marii Kuncewiczowej Dni powszednie państwa Kowalskich. W roku 1937 Jan Parandowski piastował kierownicze stanowisko w radiu warszawskim. Odwiedzając Kazimierz, będąc pod dużym wrażeniem Dyliżansu warszawskiego, zaproponował Marii Kuncewiczowej, by wykonała dla radia pewną pracę. Pisarka miałaby stworzyć coś  w rodzaju scenek z życia w Warszawie. Po powrocie do Warszawy, Kuncewiczowa poznała szczegóły zamówienia od  Emilii Grocholskiej, która była kierowniczką działu kobiecego w warszawskim radiu. Zadaniem pisarki miało być  stworzenie scenek dotyczących kultury i życia codziennego. Cykl miał przede wszystkim służyć pomocą młodym parom w rozwiązywaniu problemów takich jak: poszukiwanie nowego mieszkania, higiena dziecka. Wkrótce dydaktyzm szedł na drugi plan, a słuchowisko stało się popularnym słuchowiskiem.

fot. Piotr Makowski

O okazało się, w trakcie roboty, że wystarczy łapać codzienność na gorącym uczynku i pamiętać, że tylko ten nie grzeszy, co śpi albo umarł – pisała o Dniach powszednich Kuncewiczowa

Kowalscy to para jakich wiele w mieście stołecznym Warszawie. Obydwoje są „elementem napływowym”. Paweł pochodzi z Krakowa, Irena zaś z Kazimierza nad Wisłą. Zajrzyjmy do Kowalskich w czasie przygotowania do Świąt Wielkanocnych.

Święto, święto! Wielkanoc. Ale gdyby nie zapach wanilii z mazurków Ireny Kowalskiej i nie te dzwony z kilku katolickich kościołów, nie dużo bym wiedział w Londynie o Wielkiej Nocy. Może dlatego, że przełom między zima a wiosną nie jest tak upragniony na zachodzie i południu Europy. Święto Zmartwychwstania ani w Paryżu, ani w Londynie nie wzrusza ludzi i nie raduje tak bardzo, jak w Warszawie, północnej bądź co bądź stolicy.

A może i to ma swój sens, że Zmartwychwstanie mniej przemawia do wyobraźni narodów szczęśliwych? Takich, które nigdy w swojej historii, nie zaznały politycznej śmierci.

fot. Piotr Makowski

Irena mówi: Jurku poczekaj, Vivi nie ucieknie. Widzę ją przez okno, jak rysuje patykiem po ścieżce. To bardzo ładnie, że chcesz zanieść po kawałku mazurka i serowca, ale ona na pewno będzie wolała kolorową pisankę. O, patrz! Ta fioletowa w różową jodełkę jest bardzo ładna. Uważaj, kładę ci ja do koszyczka na serowcu, żeby się nie zbiła. Nie, baranka nie łap! To jest baranek z Polski, od babci.(…)

Patrz, uklękli oboje na trawniku nad koszyczkiem i gapia się na tę pisankę, jakby  to był jakiś cud nie z tego świata!

fot. Piotr Makowski

Paweł mówi:(…) Świetnie pamiętam naszą ostatnią Wielkanoc, u twego ojca w Kazimierzu! Pysznego wiśniaku nam dał. Janina ugotowała nóżki w galarecie. Ale czekaj! Co to mnie tak w nosie wierci? Czyś ty może zrobiła sos chrzanowy?

Pewnie, że zrobiłam. Jakież to święcone bez sosu chrzanowego?

Swoją drogą, co to znaczy wyobraźnia! Wystarczy chrzan i człowiek przenosi się znad Tamizy nad Wisłę. Szybciej niż pocisk rakietowy.

Maria Kuncewiczowa, Kowalscy w Anglii,  Przekrój  nr 721, 1959 r.

fot. Piotr Makowski

Spotkania z Ojcem Świętym

W roku 2020 przypadają 100. rocznica urodzin i 15. – śmierci papieża Jana Pawła II. W zbiorach Domu Kuncewiczów są niezwykłe pamiątki, związane z Ojcem Świętym. Pierwsza z nich, fotografia Jana Pawła II z osobistą dedykacją dla Marii i Jerzego Kuncewiczów, stała na biurku, w gabinecie pana Jerzego na parterze, niejako wystawiona na widok publiczny.

W archiwach naszego Domu są także okolicznościowe karty pocztowe z okazji świąt z autografami Papieża-Polaka oraz kilka zdjęć z audiencji papieskiej, w której uczestniczyli państwo Kuncewiczowie. Swoistą ciekawostką jest również jedwabna bluzka Marii Kuncewiczowej, która w roku 2016 trafiła z powrotem do Domu Kuncewiczów. W tej bluzce pisarka została uwieczniona na zdjęciu z Janem Pawłem II.

Sprawa wiary, czy może lepiej, religijności Kuncewiczów to rzecz intymna. W książkach pani Marii zachowały się jednak jej literackie ślady.

Jerzego gniewa „wzywanie Pana Boga nadaremno” – pisze w Naturzenatomiast mnie się do niedawna wydawało, że słowo  „Bóg” może każdą sprawę uświęcić. Teraz tak nie myślę. Przez wieki powtórzeń słowa straciły siłę, miłość czerpiemy łatwiej z kontemplacji niż wierszy, magia ucieka się do gestu, śpiewu i milczenia, złość – żeby nastarczyć impulsowi – wymaga przekleństw i mordu. Poeci się streszczają. Prozaicy szukają słów grubych i donośnych, opisy  zajęły miejsce aluzji, radiowo-prasowy żargon sprowadzono do podręcznika komunałów, awans społeczny wstydzi się gwar regionalnych, technologia wyklucza metafory. (…) po dwóch rzeziach światowych prestiż duszy ucierpiał. Bóg oddalił się od Ziemi, żeby Go przywołać, trzeba czegoś więcej niż słowo.

 Pośrednika w kontaktach najwyższym Kuncewiczowa znalazła właśnie w osobie Jana Pawła II. Być może również dlatego, że był on papieżem-poetą. Sięgnijmy po Listy do Jerzego. Maria Kuncewiczowa opisuje sytuację z Rzymu. Po powrocie ze szpitala Jerzy Kuncewicz wraca do pokoju, wynajmowanego u sióstr franciszkanek w Rzymie. Nie jest to typowy hotel, ale pensjonat dla pielgrzymów. Nie dziwi więc fakt, że poznany podczas wspólnego oglądania transmisji homilii Jana Pawła II Argentyńczyk okazuje się księdzem. Duchowny przychodzi do Jerzego Kuncewicza, proponując wspólną modlitwę. „Czy nie zachciałby pan odmówić ze mną „Ojcze nasz” – wspominała Maria Kuncewiczowa „Zakłopotałeś się” – „Dlaczegóż by nie?”- Usłyszałam dwie wersje, jedną włoską, drugą polską, i ta polska zabrzmiała dziecinnie, twój głos cofnął się z Rzymu na wieś pod Lublin. – „Czy pan żałuje za swoje grzechy?” – Błysk humoru w twoich oczach.- „Któż nie żałuje za swoje grzechy !” – „Proszę o akt skruchy.”  Bezradny poszukałeś mnie wzrokiem. Uderzyłam się w piersi:- „Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.” – „Bardzo wielka wina” – powtórzyłeś, chyba niepewny, czyja, moja, twoja, pewnie wspólna ludzka wina. (…) Stopy zostały namaszczone. Później na czoło został  wpisany krzyż. Argentyńczyk ukląkł. Dom się kołysał, sufit się otworzył, podłoga się zapadła, tylko twój tron stał mocno, uświęcony krzyżem. Argentyńczyk uścisnął mi rękę. –„ To nie był koniec drogi – rzekł – to było błogosławieństwo.” (…) Wtenczas ogarnął mnie strach. Jak to? Wybierasz się w nową podróż, otrzymałeś na nią błogosławieństwo (…) A gdzie, z kim, z czym i na jak długo ja zostanę? Chwyciłam Argentyńczyka za rękaw (…)-”Jeżeli Jerzy to i ja – powiedziałam. My zawsze podróżujemy razem.”

W Listach do Jerzego znajduje się również opis z prywatnej audiencji u Jana Pawła II. Papież znał twórczość obojga Kuncewiczów i cenił tę lekturę. W  Przeźroczach Kuncewiczowa wspominała, że na chwilę straciła mowę i zamiast opowiedzieć Papieżowi o remontach kazimierskich świątyń, zapytała czy „Ojcze nasz” nie jest trudną modlitwą.  Jakby sprawa była mu dobrze znana odpowiedział bez wahania: tak, to jest trudna modlitwa. (…) Mnie, specjalistkę od słów lekkomyślnych – notuje Maria Kuncewiczowa – mnie tak zwaną-literatkę – uwięzioną w literach, przerażają słowa Stwórcy i słowa Matki Dziewicy. Przy końcu ziemskiego dnia „Ojcze nas” i „Zdrowaś Mario” wydaja mi się modlitwami ponad miarę człowieka. A jednak upieram się: ”Ojcze nasz, któryś jest, jest, na pewno jest w niebie!… Chwila odetchnienia i zapytuję ”Zdrowaś Mario?” I ledwie pozdrawiam istoty nadprzyrodzone, już proszę o swoją ludzką sprawę: „Święta Maryjo, jeśli  wymodliłaś się za Jerzego, spraw, ulubienico Stwórcy, żeby mój mąż otrzymał nie wieczne odpoczywanie, tylko żywot wieczny. On nie chciał odpoczywać, nadal chciał wysiłku. Chciał przydawać się Stwórcy w nieustającym trudzie tworzenia.

W rocznicę śmierci Pana Jerzego

14 marca 2020 roku przypada 36. rocznica śmierci Jerzego Kuncewicza. Z tej okazji przywołujemy z zakamarków pamięci jeden z opisów Pana Jerzego. Autorem wspomnień jest jego syn, Witold:

Ojciec był człowiekiem raczej nieśmiałym. Pomimo to zawsze, dla każdego miał ciepły uśmiech i energiczny uścisk dłoni. Ludzie na ogół go lubili, szczególnie kobiety. Był spontaniczny, głośny i bezpośredni. Gdy ktoś go zainteresował, żywo i dogłębnie angażował się w rozmowę. Wiele jego znajomości przetwarzało się niemal w przyjaźnie.

Jerzy Kuncewicz przed swoim domem w Kazimierzu Dolnym, zdjęcie ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym.

Od dzieciństwa rzadko go widywałem. Zawsze był pochłonięty sprawami dnia, roku, epoki.

Dedykacja Ojca dla Syna. Książka to jeden z darów XIX LO im. Kuncewiczów w Lublinie dla Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

A może do Nałęczowa?

Nałęczów to od lat, jedno z moich ulubionych miejsc na Lubelszczyźnie. Jeździłam tu wielokrotnie, zarówno zawodowo jak i prywatnie. Od pracujących tu niegdyś  Haliny Bukowskiej i Marii Mironowicz-Panek uczyłam się, jak interesująco można powiadać o literaturze (LITERATURZE), w odniesieniu do konkretnego miejsca –na przykład ławki, drzewa czy drzwi, za którymi czekał na autora (Pisarza, Poetę?) ktoś bliski. Nie trzeba być od razu chorym na serce, by docenić umiejętność Nałęczowa w jego łataniu (dosłownie lub w przenośni). Nic dziwnego, że Nałęczów i jego moc polubiła Maria Kuncewiczowa.

Nałęczów z albumu Marii Kuncewiczowej, fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Dzięki lekturze prac nieocenionego prof. Tadeusza Kłaka dowiedziałam się, że pisarka przyjechała  tu po raz pierwszy w latach 20. XX wieku. Towarzystwo bo przednie, bo w grupie znaleźli się m.in. Irena Lorentowicz, przyjaciółka Kuncewiczowej oraz marszałek Sejmu Ignacy Daszyński. O swoich wspomnieniach nałęczowskich z tego okresu pisała Kuncewiczowa w Głosie Nałęczowa z 1983 roku.

Dziś wydaje mi się tamten Nałęczów zjawą arystokratycznej przeszłości. Spałyśmy z Renią w Pałacu Małachowskich na rzekomym łóżku rzekomego ks. Józefa. Za autentyzm tego splendoru nie ręczę, w tamtym dniu pachnącym lipami i liliami, tamtej nocy miękkiej i wonnej – wszystko, co świetne wydawało się prawdziwe.

Chata Żeromskiego w Nałęczowie w albumie Marii Kuncewiczowej, fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Następnym razem zjawiłam się w Nałęczowie dopiero w latach 60-tych, kiedy pałac już służył celom społecznym, park przekształcał się z wolna z dzikiego w cywilizowany, a krajobraz meblowały sanatoria. Tylko ptaki śpiewały po dawnemu swoje niezmienne melodie w tych dziwnych starych dębach, udających rycerzy. (…) Mam dziś za sobą wiele dni i wieczorów nałęczowskich. Różne kawy, różne torty w parku i poza parkiem, popołudnie z Adamem Nagórskim w jego domu, gdzie przeszłość trwa jak zielony cień idący od drzew, (…) białą krynolinę Niny Andrycz, smakowite obiadki u pani Heleny Babiniczowej, różne gawędy z emerytami, kuracjuszami, znajomymi i nieznajomymi na ławkach. (…) Szczególnie pamiętam sierpniową godzinę, kiedy w Sali Małachowskich, stojąc twarzą do publiczności, po lewej ręce miałam otwarte drzwi na balkon, a za nim perspektywę alei jak liściasty korytarz zalany słońcem, otwarty na łęgi, blaski i mroki Lubelszczyzny. Ten wspólny widok ze wspólnej chwili rozważania spraw niematerialnych pozostaje jednym z najcenniejszych moich doświadczeń.

Jedna z parkowych alejek w Nałęczowie z albumu Marii Kuncewiczowej, fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Z głębokim przekonaniem w to, że spacer na świeżym powietrzu ma działanie terapeutyczne i prozdrowotne (nawet w takich chwilach, jak dziś) zapraszam Państwa do… Nałęczowa.

Zimowa fotografia z naszego archiwum

Maria Kuncewiczowa nad Wisłą, fot. A.Hanuszkiewicz, ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

To fotografia wykonana przez aktora i reżysera, Adama Hanuszkiewicza. To z czasów, w których zimy były siarczyste, a lód na Wiśle utrzymywał się nawet do marca. Bulwar nadwiślański to jedne z ulubionych tras spacerowych Marii i Jerzego Kuncewiczów. O tym, że na wędrówki zabierali także przyjaciół mówi literatura. W książce Zatrzymać czas Zofia Kucówna opisała jeden ze wspólnych spacerów nad Wisłę. Pan Jerzy zawsze szedł przodem. Panie trzymały się nieco z tyłu i cicho rozmawiały. Kiedyś zapytałam ją, za co lubi pana Jerzego i czy jest coś, za co go nie lubi – pisze Kucówna. Powiedziała mi, że lubi go za to, że jest go całkowicie pewna, bo gdyby zrobiła nawet coś najokropniejszego na świecie to wie, z całą pewnością, że on by jej wybaczył i byłby przy niej do końca. A po dłuższym zastanowieniu cichym głosem dodała: A nie lubię go chyba za jego niedbalstwo. Ale na to już nie ma rady. (…) Rozmowa odbyła się podczas popołudniowego spaceru nad Wisłą. Pan Jerzy szedł przed nami i cały czas głośno mówił, myśląc przypuszczalnie że my go słuchamy, a my za nim trzymając się pod rękę, cichymi głosami spiskowałyśmy. Raptem pani Maria przybliżając swoja twarz do mojej, konfidencjonalnym szeptem wyznała – Czy wiesz, że on mnie kiedyś dusił? – Jak to dusił? No, dusił. Za szyję. Oczy mi już wyszły na wierzch. Zabrakło mi tchu. No! pomyślałam sobie, teraz dowiem się tego najważniejszego. Ale guzik prawda, niczego się nie dowiedziałam. Pani Maria z powrotem wzięła mnie pod rękę i tkliwym głosem zawołała „Patrz Jerzy, jak ten Janowiec cudnie wygląda w słońcu. Z pana Jerzego wydobyło się zadowolone bulgotanie. On ją kochał, on ją tak kochał, że gdy ona cokolwiek powiedziała wprost do niego lub zwróciła swoją na niego uwagę, natychmiast pęczniał z radości i szczęścia.” A potem w książce następuje wspomnienie obiadów w kuchni Kuncewiczówki i ostatniego spotkania z panem Jerzym.

A dziś Wisła wygląda tak…

Boże Narodzenie z dzieciństwa Marii Kuncewiczowej

Święta to czas, do którego często powracała Maria Kuncewiczowa. Wykorzystywała swoje wspomnienia jako pożywkę literacką. O świętach sprzed lat opowiadała również dziennikarzom. Dzięki zdigitalizowanym, archiwalnym numerom Przekroju dotarliśmy do kilku wywiadów z Panią Marią, zamieszczonych w tej gazecie. Wybrałam dla Państwa kilka cytatów z wywiadu, jaki w roku 1983 przeprowadziła z pisarką Wilhelmina Skurska. Jest tu coś o Bożym Narodzeniu, rodzinie i… postawie pisarskiej samej Kuncewiczowej.

Maria, Jerzy i Witold Kuncewiczowie w czasie świąt Bożego narodzenia w USA, fot. ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Pisałam, żeby sobie ulżyć. A może i dlatego, że w moim rodzinnym domu panowała tradycja milczenia. Moja matka mówiła o ojcu: tatuś milczy w pięciu językach. Nie było u nas klimatu gawędziarskiego.(…)

Gwiazdka to był przyjazd brata, bardzo kochanego przeze mnie, Aleksandra. (…) My mieszkaliśmy w Płocku, w Warszawie, a on żył w dalekim świecie, przysyłał mi kartki z Monachium, z Berlina. Na gwiazdkę przyjeżdżał do domu. Stół wyglądał pięknie, potrawy były takie, jak trzeba. Ja ubierałam choinkę. Oleś zawieszał ozdoby tam, gdzie nie mogłam sięgnąć. Potem była poufna, bardzo czuła kolacja wigilijna: babka, rodzice i my dwoje. Zapraszaliśmy czasami jakiegoś gościa, który zajmował krzesło przeznaczone dla ludzi samotnych.(…) Dobrą wróżką za kulisami wigilijnych wieczorów była babcia (…) Pilnowała żeby wszystko odbywało się według tradycyjnego przepisu. Dużo, za dużo potraw. I kapusta, ryba i śledzie, szczupak po żydowsku, zupa grzybowa, kutia i kisiel z żurawin. Bo to była tradycja wschodniej Polski, gdzie żurawin było w bród. Nie lubiłam ani zupy grzybowej, ani kutii, ani kisielu, ale zjadałam te wszystkie potrawy w poczuciu, że uczestniczę w czymś bardzo ważnym. (…) Wtedy, we wczesnym dzieciństwie, wydawało mi się to wszystko bardzo tajemnicze. Nie rozumiałam dlaczego Dzieciątko, które było bogiem, dlaczego królowie przyjeżdżali do niego z daleka, obdarowywali go wspaniałościami, mówili, że to król żydowski, dlaczego Herod go się bał…dlaczego ten mały król bytował w tak skromnym otoczeniu… oślaczok z jednej strony, bydlaczok z drugiej. To mi się wszystko nie kleiło, a z drugiej strony bulwersowało. Czemu właściwie król leży w żłóbku?(…) Dlaczego tak? Co znaczy dzielenie się opłatkiem? (…) Cały ten rytuał odbywał się w pewnym napięciu. Ściskaliśmy się, całowali z niesłychanym przejęciem, jakbyśmy ocaleli z katastrofy. Ta wigilia zdawała się lądowaniem na bezpiecznym brzegu po okropnych przejściach. (…) Kiedy nawiedziło mnie przeczucie czy może świadomość, że te narodziny ubogiego dzieciątka w betlejemskiej szopce nie są jakimś faktem niezrozumiałym i nieprawdopodobnym? Byłam wtedy z rodzicami na pasterce w kościele warszawskim. Tej nocy coś się we mnie przełamało pod wpływem siły dźwięku chóralnych kolęd. To był dźwięk triumfalny. Ludzie śpiewali kolędy tak, jak pieśń po wygranej bitwie, czy po jakimś historycznym zwycięstwie. Nie rozumiałam tego wówczas, ale mnie to ogromnie przejęło. Dopiero teraz zrozumiałam czym jest triumfalny dźwięk kolędy. Czym był człowiek w życiu prywatnym i publicznym starożytnego Rzymu, czyli przed epoką, którą nawet ateiści – nazywają obecnie naszą erą? Znaczy to, że coś się skończyło i coś nowego w Betlejem, w tej ubogiej stajence się narodziło. Co mianowicie? Zupełnie inny stosunek człowieka do instancji, którą jedni nazywają Bogiem, inni sumieniem, jeszcze inni kulturą. W starożytnym Rzymie, gdzie kultura materialna była wysoka zarówno w życiu prywatnym jak i publicznym, regułą był mord w obronie własnej, czasem dla własnej przyjemności (…) Dopiero od początku naszej ery regułą stało się miłosierdzie. (…) Robota, którą to Dzieciątko urodzone w Betlejem wykonało przez 2000 lat , które są kroplą w oceanie czasu, jest czymś fenomenalnym.

Maria i Jerzy Kuncewiczowie ze Stanisławem Strzetelskim czyli Gwiazdka w USA, fot. ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

W wywiadzie z Przekroju sprzed 36 lat jest także słowo o prezentach literackich spod choinki, jakie ukształtowały gust czytelniczy Marii Kuncewiczowej. Może i Państwa zainspirują one do zakupów dobrych książek?

Jeszcze w Warszawie, kiedy miałam pięć lat, może sześć, otrzymałam od ojca elementarz. (…) Książka miała format wytwornego albumu z prześlicznymi ilustracjami na pięknym papierze, w twardej okładce. Wiadomo czym jest dla człowieka umiejętność czytania. Kiedy zobaczyłam , jak ten alfabet wygląda w tak pięknej oprawie, mimo woli nabrałam szacunku i dla nauki czytania.(…) Dopiero jednak książka otrzymana na gwiazdkę od mojego zagranicznego brata zapoczątkowała we mnie artystkę z wyobraźnią. Był to Piotruś Pan z pięknymi ilustracjami Rackhama. Z tychże ilustracji dowiedziałam się, że niemowlę w swojej nocnej koszulce może lecieć nad dachami uśpionego Londynu, że niektóre chryzantemy mają twarze starych kobiet, ze istnieje cały ogromny świat, na codzień niby to niewidzialny, ale tym niemniej prawdziwy. Następną fazą fascynacji był prezent, który znalazłam pod choinką „Takie sobie historyjki” Kiplinga. Szczególnie mnie przejęło opowiadanie o kocie, który chodził własnymi drogami i wszystko mu było jedno, kędy. Opowiadanie to trafiło na podatny grunt w mojej naturze. Zawsze właściwie byłam osobniakiem. Nie lubiłam należeć do żadnej grupy, bandy, do żadnego towarzystwa. Ten kot kiplingowski – widzę go i dziś z wyprężonym ogonem, kroczącego aleją ginącą gdzieś w przestrzeni, naokoło pustka, a on sam jeden. Tak się właśnie czuję.

Jedna z ilustracji Artura Rackhama do książki „Piotruś Pan” J.M. Barriego, fot. za Wikipedia

Ten i inne ciekawe archiwalne artykuły Przekroju – pod adresemhttps://przekroj.pl/archiwum

Olga Tokarczuk o prozie Kuncewiczowej

Z grudniowego numeru lubianego przez nas dwumiesięcznika „Książki” spogląda Olga Tokarczuk. Wewnątrz numeru znajduje się m.in wywiad red. Michała Nogasia z Noblistką. Dlaczego o tym piszemy w blogu, poświęconym przede wszystkim Kuncewiczom? Otóż: Tokarczuk ceni prozę Marii Kuncewiczowej. Redakcja „Książek” pewnie się nie obrazi, jeśli zacytujemy kilka fragmentów z tego tekstu:

Ostatnio odkryłam też na nowo i doceniłam książki, które czytałam w młodości – Dziewczęta z Nowolipek i ich kontynuację, czyli Rajską jabłoń. I pomyślałam o tym, jak bardzo niedoceniana jest dziś tytaniczna praca Poli Gojawiczyńskiej. Jej książki to ogromne narracje usadowione na przestrzeni dekad, od początku XX wieku. Ileż one mówią rzeczy o tamtym polskim społeczeństwie, o tym jak nasi dziadkowe i babcie żyli, myśleli, jak wyglądał kiedyś układ sił politycznych. Trochę niestety zapomnieliśmy już o pisarskiej wrażliwości. (…) To banalna prawda dotycząca kobiet – procesy niepamięci dotykają je znacznie szybciej niż mężczyzn, a to, co zrobiły i napisały, zdaje się znacznie bardziej kruche. Spotkało to Polę Gojawiczyńską, Marię Kuncewiczową.

Z tego samego wywiadu pochodzą wypowiedzi Olgi Tokarczuk, pod którymi podpisywała się sama Maria Kuncewiczowa:

Nigdy nie jestem na urlopie czy zwolnieniu. Nieustająco słucham i obserwuję. Cała książka może zrodzić się nagle, w krótkiej chwili, z jednego usłyszanego zdania.

Często brakuje mi fizycznie momentu pisania. On wiąże się w moim przypadku ze stanem ogromnego skupienia, prawie medytacji. Pisanie mnie uspokaja, daje mi poczucie kontroli, panowania nad wszystkim. (…) Od wielu lat żyję w poczuciu, że książki domagają się tego, by zostały napisane. One już w jakimś sensie istnieją (…) są gotowe, a ja je jedynie odkrywam, zapewniam im fizyczne istnienie, przenoszę je na papier. Czuje się trochę jak łowca tropów, szukam ich, a nagle następuje klik, jak gdyby ktoś zapinał narty i wszystko zaczyna do siebie pasować.

Dziękujemy za ten wywiad i drobną ale jednak reklamę doskonałej, choć wymagającej prozy Marii Kuncewiczowej ( o mało co również Noblistki).

Nowy, grudniowy numer „Książek”. To z niego pochodzą powyższe cytaty.

Niezwykły ojciec

Matematyk, nauczyciel, reformator nauczania. Maria Kuncewiczowa wspomina swojego ojca, Józefa Dionizego Szczepańskiego w „Fantomach”. Postaci poświęciła również powieść „Leśnik”, którą wydano drukiem w 1952 roku na łamach paryskiej „Kultury”. Od niedawna o ojcu pisarki możemy przeczytać w Internetowym Polskim Słowniku Biograficznym:

https://www.ipsb.nina.gov.pl/a/biografia/jozef-dionizy-szczepanski

Biografia jest opatrzona stosowną bibliografią, z której dowiadujemy się, że autorka opracowania, Agata Barzycka skorzystała nawet ze sprawozdań z posiedzeń Koła Matematyczno – Fizycznego w Warszawie za rok szkolny 1906/7. Oprócz życiorysu Szczepańskiego dostępna jest mapa oraz graf powiązań – schemat postaci powiązanych.

Internetowy Polski Słownik Biograficzny, którego wydawcą jest Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny, nieustannie poszerza liczbę opracowanych biografii.

Józef Dionizy Szczepański

Urodziny Pani Marii

Dziś (30.10.2019) przypadają urodziny Marii Kuncewiczowej. Pisarka pewnie obraziłaby się za nas, gdybyśmy zdradzili, która to rocznica.

Z tej okazji przypomnijmy fragmenty wywiadu, jaki ukazał się w miesięczniku Uroda, w roku 1980. W rozmowie z dziennikarką, Wiesławą Czapińską Maria Kuncewiczowa mówiła m.in

Starość fizyczna nie jest przecież starością psychiczną. Starość na ogół przeszkadza w czynnościach codziennych, prostych , najłatwiejszych. Natomiast to, co stanowi treść życia kobiety, jeżeli oczywiście żyła twórczo, nie starzeje się nigdy.  Pojęcia twórczości nie ograniczam jedynie do spraw artystycznych. Widzę je znacznie szerzej. Twórcze może być życie matki, babki, sąsiadki. Tej, co smaży konfitury, robi na drutach, haftuje, wymyśla nowe potrawy, świetnie szyje. Jeżeli kobieta żyła twórczo, nie starzeje się szybko. (…)

Wiecznie młode pozostają te, które reagują na pory roku, na smak potraw, na rozmaitość losu. (…)

Nie wierzę w dobre rady. Wierzę w człowieka. Nikt nie żyje według rad, dowodziłoby to braku charakteru. (…) Rozsądek tylko i wyłącznie on, i życie w myśli jakichś ustalonych reguł przeraża mnie i oburza. O sensie naszego istnienia stanowi miłość.

Podróże

Podróże są ważnym aspektem życia Marii i Jerzego Kuncewiczów. Powody zmiany miejsc zamieszkania, choćby tymczasowego, były różne.

Niespełna dwudziestoletni Jerzy, prowadząc nielegalną wówczas działalność polityczną, musiał uciekać do Belgii, gdzie podjął studia na Uniwersytecie w Liège. W okresie międzywojnia, jako wzięty prawnik i jednocześnie działacz ludowy podróżował, ale zawsze w celach związanych z wyznawanymi poglądami lub pracą. Maria, urodzona w Samarze, w Rosji, pierwszą podróż odbyła jako pięciolatka, kiedy rodzice podjęli decyzję o powrocie na stałe do Ojczyzny. Do czasu usamodzielnienia wielokrotnie zmieniała miejsca zamieszkania (Płock, Włocławek, Kraków, Warszawa) co było związane z charakterem pracy jej ojca – nauczyciela. Ponieważ rodzice Marii mieli „otwarte kieszenie jeśli chodziło o podróże”, jako nastolatka odwiedzała miejsca, w których pracował jej starszy brat Aleksander (Zwierzyniec, Berlin, Monachium, Zagrzeb). Później były wakacje nad Morzem Bałtyckim oraz studia w Krakowie i w Nancy.

W 1927 roku, Maria i Jerzy Kuncewiczowie, razem z kilkuletnim synem Witoldem, odbyli naistotniejszą w swoim życiu podróż, do Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Dla Jerzego, urodzonego na Lubelszczyźnie, miasteczko było doskonale znane z czasów wakacji. Maria z Kazimierzem oswajała się powoli, nie ulegając natychmiast jego urokowi. Ostatecznie Kuncewiczowie w miasteczku wybudowali dom, który szczęśliwie przetrwał działania wojenne, stając się ich azylem i celem powrotów.


Jesteśmy na środku mostu, kiedy Marynka prosi o zatrzymanie auta, wyskakuje i ciągnie mnie za sobą. Zdziwiony idę za nią na brzeg rzeki. Marynka w zamyśleniu wskazuje obcą ziemię po drugiej stronie. Po co tam? – pyta. Chwila wspólnej zadumy. Marynka bierze do ręki grudkę naszej ziemi i przyciska do ust.

W okresie emigracji Maria i Jerzy Kuncewiczowie, w podróży wymuszonej przez bieg historii, dziewięć miesięcy spędzili w Paryżu. Kolejne lata wojny to Wielka Brytania i miejsca zamieszkiwane z konieczności, nie z wolnego wyboru (Londyn, Dorchester on Thames, Fowey). Swobodne podróże możliwe były dopiero po wojnie, kiedy Maria Kuncewiczowa pochłonięta działalnością na rzecz PEN Clubu, odwiedzała Paryż, Lozannę i Dublin. Dalsza emigracja, do USA w 1955 roku, dawała także nowe perspektywy podróży (m.in do Kanady, z odczytami na temat Adama Mickiewicza).

Od lat sześciesiątych, Jerzy i Maria Kuncewiczowie podróżowali niemal zawsze razem i były już to wyłącznie podróże krajoznawcze i towarzyskie. Na pokładzie transatlantyku MS”Batory” docierali do brzegów Europy, odwiedzając m.in Francję, Hiszpanię, Włochy, Szwecję, Austrię, Szwajcarię, Jugosławię.



Europa to jednak jest dom, wszystkie zapachy i światła nam na pamięć. Ale Ameryka też ciągnie.

Wrażenia z podróży znajdowały odzwierciedlenie w kolejnych pracach pisarki. „Klucze”, poświęcone zostały głównie miejscom, w których małżeństwo znalazło się z przymusu, w ucieczce przed wojną. W „Przeźroczach” Kuncewiczowa opisuje Włochy. „Miasto Heroda” to dziennik podróży do Palestyny, a „Don Kichote i niańki” – opowiada o Hiszpanii. Akcja „Gaju oliwnego” toczy się w Prowansji, a „Tristana 46” – w Anglii. Żadna z wymienionych książek nie jest jednak typowym reportażem z podróży.

Emigracja

W pierwszych dniach września 1939 roku to Jerzy Kuncewicz podjął decyzję o opuszczeniu nowo wybudowanego domu, Kazimierza i Polski. Obawiał się o bezpieczeństwo swoje i swojej rodziny, bowiem tuż przed wybuchem wojny występował jako adwokat Żydów polskich w Berlinie.

9 września samochodem znajomych, wyruszyli na Wschód. Siedemnastoletni syn Witold jechał sam, planując dołączyć do armii polskiej. W Lublinie auto, którym podróżowali Kuncewiczowie, zostało zarekwirowane na potrzeby wojska, a Maria i Jerzy dołączyli do autobusu ewakuujących się pracowników Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W Kosowie (obecnie Ukraina) Jerzy Kuncewicz znalazł czyste blankiety książeczek paszportowych. Wypełnił je i z takimi dokumentami 17 września 1939 roku, w Czerniowcach Kuncewiczowie przekroczyli granicę Polski.Tak zaczęła się ich blisko dwudziestoletnia tułaczka po świecie.

Dzięki znajomości języków obcych, powiązaniom towarzyskim w kręgach kultury i polityki, Kuncewiczom udało się przetrwać pierwszy etap emigracji. W Bukareszcie byli goszczeni przez tamtejszego działacza PEN Clubu, we Włoszech, wydawnictwo wypłaciło honorarium za przełożoną na język włoski „Cudzoziemkę”, a w Paryżu zamieszkali u kazimierskiej przyjaciółki, Ireny Lorentowicz.

Do lata 1940 roku stolica Francji była przystanią dla rodziny Kuncewiczów oraz innych polskich emigrantów. Witold, który również przez Rumunię przedostał się do Francji, przygotowywał się do matury w Liceum Norwida, Jerzy rozpoczął pracę w Wydziale Łączności z Krajem przy Ministerstwie Informacji i Propagandy, Maria kontynuowała pracę literacką i społeczną. Drukowała w „Głosie Polskim”, „Wiadomościach Polskich” i tygodniku „Polska Walcząca”. Rozpoczęła pracę nad książką pisaną w języku francuskim. Z Kazimierzem Wierzyńskim wznowiła działalność polskiego PEN Clubu. Literackim wyrazem emocji związanych z sytuacją Polski, był opracowany na podstawie relacji, „Dziennik lotnika – obrońcy Warszawy”. Tekst, opracowany później w formie słuchowiska, został dwukrotnie wyemitowany na antenie BBC Home Service.

W czerwcu 1940 roku dramat emigracji rozpoczął się na nowo. Francja ogłosiła kapitulację, a małżeństwo Kuncewiczów na polskiej węglarce wyruszyło do Wielkiej Brytanii. Mieszkając: w Londynie, małej miejscowości pod Oksfordem, w Kornwalii Kuncewiczowie uczestniczyli aktywnie w życiu emigracyjnej Polonii. Jerzy pracował dla Biura Traktatów przy rządzie emigracyjnym RP; działał w Stronnictwie Ludowym i przygotował książkę „O pełne wyzwolenie człowieka” (Londyn, 1945 r.). Maria, mimo niewielkich dostaw papieru ale dzięki wsparciu z Funduszu Kultury Narodowej oraz Ministerstwa Informacji i Dokumentacji, wydała szkic na temat literatury polskiej „Modern Polish prose”, „Klucze” (wspomnienia okresu 1939-1943) oraz powieść „Zmowa nieobecnych”, której akcja toczy się w czasie wojny. Ponadto efektem starań pisarki ukazało się aż jedenaście obcojęzycznych wydań „Cudzoziemki”.

W kolejną podróż z MS „Batory”

Tym, co równie istotnie zajmowało pisarkę była praca na rzecz polskiego PEN Clubu, którego była prezesem. Wspierana przez męża, podjęła próbę stworzenia Centrum PEN Clubu dla Pisarzy na Wygnaniu. Liczne spotkania z emigracyjnymi literatami, wystąpienia, odczyty, dyskusje wśród członków na temat wojennych powinności pisarzy oraz powojennych decyzji, kształtowały w pisarce potrzebę stworzenia formy ułatwiającej adaptację twórców – emigrantów, do nowej pojałtańskiej rzeczywistości. O podobnej potrzebie, nazywanej „obywatelstwem światowym”, pisał w „Republice globu” Jerzy Kuncewicz. „Apel o uznanie obywatelstwa światowego” Kuncewiczowa wystosowała do znanych intelektualistów, twórców tamtego okresu. Pomimo zebranych 29 podpisów m.in Alberta Einsteina, Bertranda Russella, Henri Membré, apel nie przyniósł oczekiwanego rezultatu.

W latach 50. XX wieku Kuncewiczowie zdecydowali dołączyć do syna, który po wojenie osiadł w USA. Kolejny raz musieli odnaleźć się w nowym kraju, innej rzeczywistości. Grunt amerykański okazywał się łaskawy dla emigrantów z Kazimierza. Jerzy pracował z synem w jego przedsiębiorstwie budowlanym, Maria pisała powieść radiową „Państwo Kowalscy na emigracji” dla Radia Wolna Europa. Od 1962 roku podjęła się roli wykładowcy literatury polskiej na Uniwersytecie w Chicago, którą sprawowała przez kolejnych sześć lat.

Na pustyni w Kalifornii…

Związki z krajem odnawiano stopniowo. Maria przyjechała do Polski w 1958 roku na I Międzynarodowy Zjazd Tłumaczy w Warszawie. Niemal równocześnie na polskim rynku księgarskim ukazały sie wznowienia starych i pierwsze wydania nowych powieści pisarki. Jerzy, w obawie przed represjami politycznymi, pierwszy raz przyjechał do kraju w 1962 roku, regulując kwestie własnościowe domu w Kazimierzu.

Nagrody i medale

W tej kategorii przoduje … Maria Kuncewiczowa. To paradoks bo nagrody i wyróżnienia jakie otrzymywała pisarka spadały na nią niejako wbrew jej woli i intencjom.

Pierwszym ważnym odznaczeniem był Medal Niepodległości. Sam nie zachował się w zbiorach Domu Kuncewiczów, a do naszych czasów przetrwał dyplom, podpisany przez marszałka Józefa Piłsudskiego. W swojej książce „Natura” Kuncewiczowa tak opisuje to zdarzenie: W pierwszej dekadzie Drugiej Rzeczpospolitej – dla porządku dodajmy, że był to rok 1931 – na wniosek Organizacji Młodzieży Narodowej (OMN), której członkiem zostałam podczas studiów w Krakowie, spadł na mnie retrospektywny Medal Niepodległości. (…) Chodziło o Ogniska Oświatowe, to znaczy konspiracyjne nauczanie zakazanych przez władze rosyjskie przedmiotów. (…)Miałam ojca pedagoga. Z jego podpuszczenia namówiłam „inteligentne dziewczynki”, żeby w swoich pokoikach przekazywały małym proletariuszkom „Dzieje Polski w dwudziestu czterech obrazkach” plus bułka z masłem i kubek mleka. Być może ten osobisty wpis o stosunku pisarki do spływających na nią zaszczytów wyjaśni to, dlaczego w zbiorach Domu Kuncewiczów przetrwało tak mało nagród i dyplomów. Nie ma tu nawet śladu po Złotym Wawrzynie Akademickim przyznanym pisarce w roku 1938 przez Polską Akademię Literatury.

Okres przedwojenny dokumentują dyplomy – świadectwa Złotego Krzyża Zasługi oraz nagrody „Za całokształt twórczości”. To drugie odznaczenie Maria Kuncewiczowa wspomina w „Naturze”: W roku 1937 patriotyzm się zlokalizował. Pergamin wręczony mi w pałacu Brühlowskim przez prezydenta Starzyńskiego – mimo że dokument opiewał „za całokształt działalności literackiej” – był świadectwem wydanym przez miasto Warszawę, bo pełne zdanie brzmiało:”szczególnie za utwory związane z Warszawą.

Jedną z ważniejszych nagród, jakie pisarka odebrała należał tytuł honorowej obywatelki Kazimierza Dolnego. To wydarzenie opisuje następująco: Latem 1938 roku magistrat kazimierski mieścił się (…) w renesansowej kamienicy „Pod Krzysztofem”.(…) Do tego gmaszku (…) pewnego popołudnia zaproszono rektora Szkoły Sztuk pięknych, Tadeusza Pruszkowskiego i mnie. Cygan, witalista, głoszący „obiektywne rzemiosło”, reżyser kazimierskiej komedii dell’arte, ukochany mistrz Bractwa Świętego Łukasza, grupy „Kolor”, Szkoły warszawskiej, także mnóstwa pojedynczych dewotów pędzla – i ja, autorka „Dwóch księżyców”, świecących nad naszym wspólnym, zwariowanym rynkiem – zasiedliśmy na estradzie na dwóch łozinowych fotelach. Radny miejski, Szymon Wisznia, w rok później zamordowany przez Niemców, wygłosił jedno przemówienie, burmistrz Ulanowski drugie – i zostaliśmy z Pruszkowskim przypisani na zawsze do miasta Kazimierz Dolny nad Wisłą.

Lista nagród i wyróżnień, jakie Maria Kuncewiczowa odebrała po wojnie jest imponująca. Wymieńmy kilka z nich. Rok 1971 przyniósł pisarce nagrodę Fundacji Kościuszkowskiej. Odbierała ją w USA za lata pracy na wydziale slawistyki Uniwersytetu Chicagowskiego. W roku 1975 jej kandydaturę zgłoszono do Literackiego Nobla , a sama Kuncewiczowa otrzymała Złoty Mikrofon – wyróżnienie Radia i Telewizji za pierwszą radiową powieść „Dni powszednie państwa Kowalskich”.


Węzeł, jaki mnie wiąże z nazwiskiem wielkiej uczonej, jest czysto prywatny, bo jako początkująca reporterka literacka byłam obecna na otwarciu Instytutu Marii Curie-Skłodowskiej w Warszawie. (…) Ten dzisiejszy zaszczyt pogłębia więzy z Jej osobą. Wdzięczność moja dla Was obejmuje jednak w pierwszym rzędzie Waszą pracę dla kultury, wiedzy polskiej, dla dobra kraju i świata.

Są w muzealnych zbiorach medale i dyplomy reaktywowanego przez Marię Kuncewiczową Towarzystwa Przyjaciół Kazimierza Dolnego, jest także wzmianka o ufundowanym przez pisarkę stypendium naukowym za wyniki badan i popularyzację wiedzy o sztuce Kazimierza. Otrzymał ją w roku 1974, historyk sztuki Kazimierz Parfianowicz. Są nagrody od czytelników i nagroda Polskiego Ośrodka Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC).

Na dwa miesiące przed śmiercią pisarki senat Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie przyznał jej doktorat Honoris Causa tej uczelni.

Książki

W kawalerskiej walizie przechowywał poemat historiozoficzny, kilka patriotycznych liryków i parę powieści drukowanych w prasie, i on to później wprowadził mnie do Związku Literatów. Ale obracał się wśród ludzi i spraw , do których nie miałam ciekawości. Tak o twórczości Jerzego Kuncewicza pisała w „Fantomach” jego żona , Maria. W świat literatury wprowadził ją właśnie on. W jednym z wywiadów Jerzy Kuncewicz wspominał, że w latach 1910-1911 zaczął drukować w lubelskiej prasie pierwsze młodzieńcze utwory literackie i artykuły, podpisując je kryptonimem: „K-wicz”. Nawet teksty literackie nosiły piętno społecznego i politycznego zaangażowania ich autora. Swoje przemyślenia wypływające z działalności politycznej i sympatii do ruchu ludowego Kuncewicz zawarł w dziełach: „Przebudowa czyli rzecz o ustroju Polski”(1930), „Na nowych drogach”(1934), „Republice globu”(1938) oraz „O pełne wyzwolenie człowieka”(1945). Na emigracji ukazały się „Biały wróbel i trzy inne sztuki”(1973) oraz „Nieskończoność a rzeczywistość”(1974). W Polsce, książki Kuncewicza wydawała Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza. Jej nakładem ukazały się: „Pięćdziesiąt lat faktów i myśli” (1980), „Wieczna przemienność” (1983) oraz – po śmierci pisarza – „Wyspy pamięci”(1985).

Proza Jerzego Kuncewicza należy do lektur wymagających. Cierpliwy czytelnik może znaleźć w niej zdania wciąż aktualne: Miłość, która zna ograniczenia i słabości swojego obiektu, jest naprawdę miłością. Miłość, która stroi głowę osła w wieniec laurowy, jest ślepotą, świadectwem utracenia wiary w siebie lub dowodem hipnotycznego działania obiektu, który w sposób naturalny nie wywołuje wzajemności.


Jerzy pisał jakby na kolanie, nie miał czasu rozkładać zeszytu na stole, pisał gorączkowo, siedząc na krzesełku pod ścianą, wydzierając kartki z zeszytu, nieprzytomny z wysiłku, głuchy na perswazje.

Proza Marii Kuncewiczowej to osobny rozdział. Pisarka ma na swoim koncie przekłady (z literatury angielskiej, francuskiej a nawet szwedzkiej), cykle felietonów, reportaże, opowiadania, powieści, przedstawienia teatralne a nawet słuchowisko radiowe. Od roku 1923 regularnie publikowała swoje teksty w kraju i za granicą. Niezmiennie cieszyły się one popularnością. Po pierwsze dlatego, że pisarka czerpała z otaczającej ją rzeczywistości; była jej baczną obserwatorką i uczestniczką wielu portretowanych historii. Ne bała się autobiografizowania, uważając, że aby w pełni zrozumieć świat, trzeba go doświadczyć. Nierzadko jej potyczki ze rzeczywistością były bolesne, zawsze jednak były prawdziwe. Uczciwość (którą dziś nazywamy psychologią) doceniali czytelnicy. Z zachowanej w Domu Kuncewiczów korespondencji wynika, że lektura książek Marii Kuncewiczowej skłaniała ich do osobistych zwierzeń i refleksji. Nierzadko pisane listy – a według kazimierskich opowieści listonosz przynosił pocztę do willi „Pod Wiewiórką” dwa razy dziennie – stawały się początkiem wieloletnich przyjaźni, a prawie zawsze skutkowały przyjazdem do Kazimierza Dolnego i wizytą u pani Marii.

Wśród najbardziej rozpoznawalnych dzieł Marii Kuncewiczowej należy wymienić: „Przymierze z dzieckiem” (1927), „Twarz mężczyzny” (1929), „Miłość panieńską”(1932); „Dwa księżyce”(1933) i „Dyliżans warszawski” (1934), Cudzoziemkę (1935), „Serce kraju” oraz „Miasto Heroda” (1938), „Klucze”(1943),”Zmowę nieobecnych” (1946), „Leśnik” (1952),”Odkrycie Patusanu”(1958), ”Gaj oliwny” (1961), „Tristana 46” (1967), ”Fantomy” (1971) oraz „Naturę” (1975), „”Przeźrocza”(1985) i „Listy do Jerzego” (1988). Maria Kuncewiczowa jest autorką scenariusza ekranizacji filmu „Cudzoziemka” w reż. Ryszarda Bera. Premiera tego filmu odbyła się w listopadzie 1986 roku.


Niewiele potrafię powiedzieć o najgłębszej istocie procesu tworzenia. Często pracuję do późnych godzin wieczornych w stanie jakiejś nieprzytomności i gdy następnego dnia czytam zapisane myśli, niekiedy nie potrafię uwierzyć że jestem ich autorką.

Dziś użylibyśmy pewnie określenia „medialna” opisując częstotliwość wywiadów i reportaży z udziałem Marii Kuncewiczowej, ukazujących się w ówczesnej prasie, radiu i telewizji. Dziennikarze nagminnie indagowali pisarkę, a wśród poruszanych tematów były zarówno sprawy błahe (ideał mężczyzny) jak i te odnoszące się do jej twórczości. Najpełniej i najpiękniej udokumentowała swoje spotkania z pisarką dziennikarka, Helena Zaworska. Oprócz swoich wywiadów z pisarką, zebrała najciekawsze prasowe rozmowy z Marią Kuncewiczową.

Odmienność pisarskich stylów najlepiej charakteryzuje wypowiedź Jerzego Kuncewicza: Dla mnie przecinek nie odgrywa żadnej roli, dla Marii wielką. Obejrzy dziś mój manuskrypt i mówi: Jak to? Gdzie te przecinki, gdzie te kropki, gdzie te końcówki… Ona szalona ma dbałość o to wszystko, a dla mnie ważne jest jedynie, czy mam coś do powiedzenia czy też nie. Jeżeli mam, to brak przecinka nie stanowi żadnej przeszkody.

30.rocznica śmierci Marii Kuncewiczowej

Umarła pani Maria. Pogrzeb był cichy, niemal wiejski. Jej dom umarł razem z nią. Chodziłam po dobrze sobie znanym domostwie i wszystko już było obce i nieprzytulne. Przedmioty zgasły, meble straciły połysk, nic już w tym domu nie gadało, nawet nie płakało. Zaległa straszliwa cisza. Nie kupiłam ani kwiatów, ani wieńca, lecz zerwałam w ogrodzie kwiaty, badyle, liście, witki i gałązki, uwiłam z tego bukiet i wrzuciłam do grobowego lochu na jej trumnę.

Zofia Kucówna, Zatrzymać czas. Krajowa Agencja Wydawnicza, Białystok 1991

15 lipca minęła 30.rocznica śmierci Marii Kuncewiczowej, patronki oddziału literackiego Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym. Mimo, że Dom Kuncewiczów jest nieczynny dla zwiedzających z powodu prac remontowo-konserwatorskich, realizowanych w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i środowisko 2014-2020, współfinansowanego przez Unię Europejską, pracownicy oddziału Dom Kuncewiczów przypominają o tym ważnym wydarzeniu. Dzięki współpracy z Programem Drugim Polskiego Radia ukazały się dwie audycje poświęcone autorce „Dwóch Księżyców”. Można ich posłuchać pod następującymi adresami:

https://www.polskieradio.pl/8/3664/Artykul/2341869,Maria-Kuncewiczowa-Niezwykla-pisarka-wielu-epok

https://www.polskieradio.pl/8/3669/Artykul/2339547,Kuncewiczowa-i-Kazimierz-Dolny-Milosc-nie-od-pierwszego-wejrzenia

Krótki reportaż o wydarzeniach związanych z obchodami 30.rocznicy śmierci Marii Kuncewiczowej zamieściła także Telewizja Lublin:

https://lublin.tvp.pl/43511618/30-rocznica-smierci-marii-kuncewiczowej

Spacery szlakiem literackim Marii i Jerzego Kuncewiczów po Kazimierzu Dolnym odbywają się regularnie, w każdy piątek lipca i sierpnia.

Do końca roku, w filiach Lubelskiej Biblioteki Publicznej im. Hieronima Łopacińskiego jest eksponowana wystawa planszowa przybliżająca życie i twórczość Marii i Jerzego Kuncewiczów. Jej harmonogram znajdą Państwo pod adresem:

http://www.mbp.lublin.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=9049&Itemid=300

Jerzy Kuncewicz (31.07.1893-14.03.1984)

Urodził się w Jakubówce niedaleko Lublina. Jego ojciec, zubożały szlachcic, rolnik z wykształcenia pracował m.in. jako inspektor plantacji buraków cukrowych w Strzyżowie. Zmarł, kiedy Jerzy był dzieckiem. Matka, Cecylia z Wyszyńskich, pochodziła z rodziny o silnych tradycjach patriotycznych. Jej ojciec, Jan był ostatnim patronem lubelskiego Trybunału, a brat, Aleksander – adwokatem, politykiem i senatorem II RP.

Jerzy, we wczesnej młodości zaangażował się w działalność polityczną (Organizacja Młodzieży Niepodległościowej – OMN i Związek Młodzieży Polskiej „Przyszłość” – PET). Jako uczeń lubelskiej szkoły handlowej uczestniczył w roku 1905 w strajku szkolnym. Dał się tam poznać z bojowego temperamentu i radykalnych poglądów.

W roku 1910 został delegatem lubelskim na Zjazd Grunwaldzki. Od roku 1911 w ówczesnej prasie publikował teksty dotyczące problematyki społecznej i politycznej, ale także wiersze i nowele. Kilkakrotnie zatrzymywany za działalność polityczną przez rosyjską policję przedostał się do Krakowa i stamtąd wyjechał do Liège, na studia przyrodnicze. Tamtejszy uniwersytet był jednym z aktywniejszych ośrodków polskiego życia politycznego. Kuncewicz zaangażował się w działalność Związku Młodzieży Polskiej (ZET). Służył także w oddziałach strzeleckich.

Jerzy Kuncewicz jako belfer w jednej ze szkół. Fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Po niemieckim ataku na Belgię w roku 1914, Kuncewicz zgłosił się do niemieckiej komendantury okupacyjnej jako ochotnik do legionów Polskich i został – jako „poddany państwa nieprzyjacielskiego” – internowany na blisko dwa lata. Zwolniony po interwencji rodziny został, pod strażą, odesłany do Lublina. Po powrocie pracował jako nauczyciel przyrody, fizyki i chemii w lubelskich szkołach (m.in. księdza Gostyńskiego i W. Kunickiego). Nie zrezygnował z działalności politycznej – związał się z ruchem ludowym. W roku 1916 uczestniczył w I Zjeździe PSL w Królestwie Polskim, pół roku później został członkiem Biura Wykonawczego partii, a w roku 1918 – członkiem Zarządu Głównego PSL. Z ramienia PSL Kuncewicz uczestniczył w pracach Centralnego Komitetu Narodowego, koordynującego w latach 1915-1917 działania partii niepodległościowych.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Kuncewicz rozpoczął studia prawnicze. Ten okres przerwała wojna polsko-bolszewicka, w której Kuncewicz walczył jako prosty kawalerzysta. Po zakończeniu wojny, Kuncewicz osiadł w Warszawie. Był adwokatem, a także pracował w Ministerstwie Opieki Społecznej jako kierownik Wydziału Opieki nad Dziećmi i Młodzieżą. Był cenionym i czynnym członkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego.

W roku 1921 ożenił się z Marią Szczepańską, dobrze zapowiadającą się śpiewaczką i tłumaczką w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Zamieszkali w Warszawie, przy placu Trzech Krzyży 8.

Tańczył, choć tego nie lubił… Na balu w Stanach Zjednoczonych, lata 50.XX w. Fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

W drugiej połowie lat 20. XX w. Kuncewiczowie przyjechali do Kazimierza Dolnego na wakacje. Miasteczko i panująca w nim atmosfera stworzona przez studentów warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych pod wodzą prof. Tadeusza Pruszkowskiego zauroczyły ich na tyle, że w roku 1928 kupili tu działkę ze starą chatą. W roku 1936 nieopodal tego domu, na sąsiedniej działce, została zbudowana willa „Pod Wiewiórką” – popularna „Kuncewiczówka”. To w tym domu zastała Kuncewiczów wojna. Ze względu na swoje zaangażowanie polityczne, Jerzy Kuncewicz musiał opuścić okupowaną ojczyznę. Wraz z żoną dotarł do Paryża, gdzie podjął pracę w Wydziale Łączności z Krajem przy Ministerstwie Informacji i Propagandy Rządu RP na Obczyźnie. Po aneksji Francji przez Niemców, przedostał się do Anglii. Nie zrezygnował z działalności politycznej i ideologicznej, publikował swe eseje za granicą – m.in. szukając sprzymierzeńców „Republiki Globu” – unii państw europejskich zrzeszonych swoistym paktem o nieagresji. Pracował również w Biurze Traktatów. Po zakończeniu II wojny światowej zdecydował się pozostać na emigracji. Po osiedleniu się syna, Witolda w USA wyjechał do niego. Pracował tam fizycznie m.in. w firmach budowlanych.

Jerzy Kuncewicz zaczął regularnie przyjeżdżać do Polski od roku 1962. Magnesem, który przyciągnął go do kraju był m.in ocalały od zniszczeń dom w Kazimierzu Dolnym. Do czynnej działalności politycznej nie powrócił, zajmując się filozoficznymi i społecznymi aspektami wyznawanych poglądów. Był mentorem, menagerem, kierowcą i… kucharzem swojej żony – popularnej pisarki. Niezrównanym gawędziarzem, partnerem i przyjacielem. Życzliwym, choć nieraz, dosyć stanowczym dyskutantem.

Maria i Jerzy Kuncewiczowie na tarasie ukochanego domu w Kazimierzu Dolnym. Fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Zmarł po długoletniej chorobie w szpitalu w Lublinie. Został pochowany na cmentarzu w Kazimierzu Dolnym. Miejsce i projekt skromnego nagrobka wybrał osobiście.

Maria Kuncewiczowa (30.10.1895-15.07.1987)

Urodziła się w Samarze. Jej ojciec, Józef Dionizy Szczepański, potomek dawnego rodu szlacheckiego, uzdolniony matematyk, był nauczycielem, późniejszym dyrektorem gimnazjów w Rosji i Polsce. Matka, Adelina z Dziubińskich była z wykształcenia skrzypaczką. Oba rody kultywowały tradycje patriotyczne.

W roku 1901 rodzina Szczepańskich przeniosła się do Warszawy, z powodu zapewnienia lepszej edukacji Marii i jej starszemu bratu, późniejszemu dyplomacie, Aleksandrowi. Ze względu na profesję ojca, Szczepańscy przeprowadzali się kilkakrotnie (Płock, Włocławek). Józef Szczepański zakładał i prowadził tam szkoły ponadpodstawowe. Maria uczyła się w na pensjach, a także pobierała nauki śpiewu i gry na fortepianie. Następnie, studiowała literaturę w Nancy i szkoliła głos w Paryżu. Po powrocie z zagranicy uczyła języka polskiego i historii we Włocławku. Zachęcona przez ojca, zaczęła działać w polskich organizacjach oświatowo-niepodległościowych.

W roku 1916 Szczepańscy przenieśli się do Krakowa, a Maria podjęła studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim by w dwa lata później kontynuować je w Warszawie. W warszawskim Konserwatorium Muzycznym kształciła także swój głos. W tym okresie odbył się jej debiut prozatorski. Na łamach „Pro Arte et Studio” ukazało się opowiadanie „Bursztyny”.

Maria Kuncewiczowa w otoczeniu przyjaciół z młodości. Fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

W 1921 roku Maria wyszła za mąż za działacza ludowego i literata, Jerzego Kuncewicza. W rok później przyszedł na świat syn tej pary, Witold. Zachęcana przez męża, Maria podejmuje kolejne, udane próby literackie. To przekłady, krótkie artykuły i eseje drukowane w prasie. W roku 1926 opowiadanie „Polska na fiszmarku” zdobyło nagrodę w Konkursie Ligii Morskiej i Rzecznej, a w rok później na rynku ukazała się książka „Przymierze z dzieckiem”. Przez poruszany w niej temat: ciążę, poród i połóg kobiety, wywołała skandal obyczajowy. Była także doskonałą reklamą dla pisarki. Kolejne lata przyniosły: powieść „Twarz mężczyzny”, sztukę „Miłość panieńska”, radiową powieść w odcinkach „Dni powszednie państwa Kowalskich”, zbiór opowiadań „Dwa księżyce”, których akcja toczy się w Kazimierzu Dolnym oraz „Cudzoziemkę”. W tym okresie Kuncewiczowa była już uznaną członkinią PEN Clubu i Związku Literatów Polskich, wielokrotnie nagradzaną „za wkład wniesiony w literaturę polską”.

Młoda pisarka…Fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

W roku 1927 Maria Kuncewiczowa przyjechała z mężem do Kazimierza Dolnego. To nadwiślańskie miasteczko w krótkim czasie stało się dla niej niewyczerpanym źródłem inspiracji. W roku 1936 w Kazimierzu został wzniesiony dom, który – choć pomyślany jako wakacyjny – stał się dla rodziny prawdziwym schronieniem.

Okres II wojny światowej Kuncewiczowa spędziła we Francji i Wielkiej Brytanii. Pisała do emigracyjnej prasy, publikowała krótkie i dłuższe utwory prozatorskie. Po zakończeniu wojny zdecydowała się pozostać za granicą. Zaangażowała się w akcję przyznania obywatelstwa światowego wszystkim emigrantom zmuszonym dokonać tego samego wyboru. Apel nie przyniósł oczekiwanych rezultatów. Za granicą ukazały się „Klucze”, „Zmowa nieobecnych”, „Leśnik”, „Gaj oliwny”.

W 1955 roku Kuncewiczowa wyjechała do syna, Witolda do Stanów Zjednoczonych. W USA prowadziła wykłady z literatury polskiej na Wydziale Slawistyki Uniwersytetu w Chicago. Publikowała: za granicą, a od 1957 r. także w Polsce. Do ojczyzny przyjechała po raz pierwszy w roku 1958 i bywała tu regularnie. To w tym okresie skrystalizował się – zakończony sukcesem – pomysł odzyskania domu w Kazimierzu Dolnym. Od roku 1962 Kuncewiczowie regularnie przyjeżdżali do Polski. Spędzali tu znaczną część roku, na zimę wyjeżdżając do USA i Włoch.

W otoczeniu czytelników…Fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

W latach 70 i 80 XX w. Maria Kuncewiczowa należała do najpopularniejszych i najpoczytniejszych pisarek polskich. Działo się tak za sprawą wznowień jej powieści oraz publikacji nowych autobiograficznych książek: „Fantomy”, „Natura” i „Przeźrocza”. Sympatia czytelników szła w parze z nagrodami przyznawanymi autorce „Dwóch księżyców”. Maria Kuncewiczowa wykorzystywała tę popularność, m.in. w sprawach społecznych – reaktywacji prac Towarzystwa Przyjaciół Kazimierza Dolnego i obrony miasteczka przed zabudową osiedlami z „wielkiej płyty”. Była ambasadorką Kazimierza, miała wielu znajomych wśród mieszkańców i malarzy. W „Kuncewiczówce” gościli luminarze epoki z kraju i zagranicy. Po śmierci męża, w roku 1984 Maria Kuncewiczowa nie opuszczała Kazimierza. To tu napisała „Listy do Jerzego”, książkę dedykowaną ukochanemu mężowi. W roku 1989, na dwa miesiące przed śmiercią, pisarka została wyróżniona doktoratem Honoris Causa Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

Przed domem w Kazimierzu…Fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Swoje mienie i spuściznę Maria Kuncewiczowa, jeszcze przed śmiercią, rozdysponowała na cele społeczne. Jej bogate archiwum: m.in listy, rękopisy i fotografie trafiły do Biblioteki Ossolińskich we Wrocławiu. Kazimierski dom stał się – po śmierci pisarki – siedzibą Fundacji Kuncewiczów, a w roku 2005 – został oddziałem literackim Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym.

Witold Kuncewicz (16.08.1922 – 31.05.2009)

Jedyny syn Marii i Jerzego Kuncewiczów. Naukę rozpoczął w Gimnazjum im. Mikołaja Reja w Warszawie. Od piątej klasy był uczniem Gimnazjum i Liceum im. Sułkowskich w Rydzynie, szkoły z internatem o eksperymentalnym charakterze. Po dwóch latach nauki przeniósł się do Gimnazjum Giżyckiego na Wierzbnie.

Witold Kuncewicz w młodości, Fotografia ze zbiorów D. Sękalskiej

Po wybuchu II wojny światowej siedemnastoletni Witold, planując dołączyć do armii polskiej, przekroczył granicę polsko-rumuńską. Niezależnie od rodziców, przedostał się do Francji. Tam, w czerwcu 1940 roku, zdał egzamin maturalny w Liceum Norwida w Paryżu. Następnie, z portu La Palisse na polskim statku rybackim odpłynął do Anglii. Wstąpił do Polskiej Marynarki Wojennej pod operacyjnym dowództwem brytyjskim i przeszedł przeszkolenie telegrafisty. W latach 1941 – 1942 pływał na łodziach podwodnych: ORP „Wilk” i ORP „Jastrząb”. Brał udział w akcjach na Morzu Północnym, Oceanie Atlantyckim, Morzu Arktycznym. W maju 1942 roku, na trasie do Murmańska, w wyniku pomyłki ORP „Jastrząb” został zatopiony przez sojusznicze okręty.

W czasie ratowania jednostki Witold Kuncewicz zgłosił się na ochotnika i ryzykując życie, uwolnił ster okrętu. Za ten czyn został uhonorowany wojskowym odznaczeniem Krzyż Walecznych i brytyjskim Medalem Morskim. Odznaczono go również rosyjskim Medalem Obrońców Wolności. Za działania na rzecz Polski został uhonorowany Złotym Orderem Zasługi.

Po wojnie Kuncewicz ukończył kurs dyplomowanych nawigatorów w Szkole Morskiej w Southampton. Od 1944 roku, jako drugi oficer, służył na okrętach podczas połowów morskich od Islandii po Wyspę Niedźwiedzią. Pracował na statku SS Lida utrzymującym komunikację wzdłuż Zachodniego Wybrzeża Afryki. Po roku, w stopniu drugiego oficera, na MS Oksywie zakończył karierę w Polskiej Marynarce Wojennej. Przebywając kolejny rok w Afryce Zachodniej, podjął się zorganizowania linii pasażerskiej dla miejscowej ludności. Do Europy wrócił wiosną 1946 roku i w stopniu pierwszego oficera pływał na Morzu Śródziemnym na jachcie „Maria”, z którego nadawała audycje pierwsza polska niezależna radiostacja.

Witold Kuncewicz na pokładzie jachtu „Maria”. Fotografia ze zbiorów D. Sękalskiej

W 1952 roku wyemigrował do USA. Pracował fizycznie jako sprzedawca i murarz. Po kilku latach kierował własną firmą budowlaną w stanie Nowy Jork. Był dwukrotnie żonaty. Pierwszą żonę, Eileen Herlie, znaną angielską aktorkę, poślubił w Wielkiej Brytanii. Po sukcesie finansowym firmy, ściągnął żonę i rodziców do USA. Niestety, mimo powodzenia w nowym kraju, jego małżeństwo nie przetrwało. Historia związku Witolda stała się inspiracją powieści „Tristan 46” Marii Kuncewiczowej.

Ostatecznie Witold ze swoją drugą żoną, amerykanką Dorothy, osiadł w Wiginii, na farmie Old Kennels. Z powodzeniem zajmował się hydroponiczną uprawą roślin oraz hodowlą koni. W latach 1979–1990 prowadził też przedsiębiorstwo Ross Industries Inc.

Witold Kuncewicz z aktorką, E. Herlie (pierwszą żoną). Fotografia ze zbiorów D. Sękalskiej

Emigracja nie odcięła Witolda Kuncewicza od polskości i kultury polskiej. Podejmował wiele inicjatyw broniących interesu Polski, a jego amerykański dom wypełniały pamiątki z Ojczyzny.

Po śmierci ojca w 1984 roku, często przyjeżdżał do Polski, do swojej matki, która na stałe osiadła w kazimierskim domu. Do jej śmierci, wymienili kilkaset listów świadczących o szczególnej więzi łączącej syna i matkę.

Wizyta u matki w Kazimierzu. Fotografia ze zbiorów D. Sękalskiej

Witold wypełnił testamentową wolę rodziców przekształcając kazimierską willę „Pod Wiewiórką” w żywe muzeum oraz ośrodek kulturalny otwarty na spotkania z twórcami. Powołał Fundację Kuncewiczów zrzeszającą artystów, naukowców i miłośników twórczości Marii i Jerzego Kuncewiczów z całego kraju. Aktywnie uczestniczył w działalności Fundacji. Wspierał również wszelkie inicjatywy, upamiętniające jego rodziców. Z radością przyjął m.in fakt, iż jedno z lubelskich liceów wybrało na patronów Marię i Jerzego Kuncewiczów. Odwiedzał społeczność XIX LO wielokrotnie, przekazując liczne pamiątki (m.in. część prywatnego księgozbioru z osobistymi dedykacjami rodziców).

W 2005 roku Witold Kuncewicz, porządkując sprawy spadkowe, sprzedał kazimierski dom Zarządowi Województwa Lubelskiego, który włączył willę do Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym.

Nie tylko Medal Niepodległości – kilka uwag o nagrodach i wyróżnieniach przyznanych Marii Kuncewiczowej

(referat przygotowany na sesję naukową z okazji 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości w Muzeum Zamoyskich w Kozłówce)

Wśród archiwaliów Domu Kuncewiczów (oddział literacki Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym) jest dosyć niecodzienna pamiątka. To dyplom Medalu Niepodległości przyznany w roku 1931 Marii Kuncewiczowej. Dokument, oprawiony w proste ramki, był eksponowany w gabinecie kazimierskiej willi „Pod Wiewiórką”. Zmiany, związane m.in. z reorganizacją ekspozycji po utworzeniu w dawnym domu Kuncewiczów muzeum, zepchnęły dyplom na jedną z magazynowych półek. Wydobyty w roku 2017 i honorowo powieszony na dawnym miejscu dyplom z autografem Marszałka Józefa Piłsudskiego stał się dla pracowników Domu Kuncewiczów wyzwaniem. Postanowiliśmy wyjaśnić, w jakich okolicznościach otrzymała go Maria Kuncewiczowa oraz… dlaczego w muzealnych zbiorach nie ma śladu podobnej nagrody dla Jerzego Kuncewicza, filozofa, pisarza, działacza politycznego, ideologa polskiego ruchu ludowego. Historię przyznania tej i wielu innych nagród wyjaśniła, w swojej prozie, sama Maria Kuncewiczowa. Aby rozpocząć wyjaśnienie historii związanej z Medalem Niepodległości musimy jednak przenieść się do Stanów Zjednoczonych, do roku 1971.

Maria Kuncewiczowa wraz mężem Jerzym, synem Witoldem i jego drugą żoną Dorothy, jedzie do Nowego Jorku odebrać medal zasługi od Fundacji Kościuszkowskiej. Nagroda została jej przyznana za pracę pedagogiczną na wydziale slawistyki na Uniwersytecie Chicagowskim. Kuncewiczowa rozpoczęła ją w roku 1962 i kontynuowała przez 7 lat. Pisarka trafiła na uczelnię przez przypadek i… dzięki determinacji profesora Hugh McLeana, który poszukiwał wykładowcy literatury polskiej na organizowanym na uczelni w Chicago wydziale slawistyki. Propozycja McLeana była konsekwencją zaangażowania się Kuncewiczowej w publikację „The Modern Polish Mind”. To antologia utworów polskich pisarzy współczesnych, którą to – na prośbę bostońskiego wydawnictwa „Little, Brown & Company” – przygotowała Maria Kuncewiczowa. Badaczka twórczości pisarki, dr Alicja Szałagan w eseju „Wykłady chicagowskie Marii Kuncewiczowej”1 wspomina, że podjęła ona tę trudną pracę wbrew interesom i zamiłowaniom, wiedząc jednak, że jeśli jej nie wykona, cały pomysł prezentacji bogactwa polskiej literatury współczesnej legnie w gruzach. Książka „The Modern Polish Mind”, zawierająca ponad 40 tekstów, zebrała pozytywne recenzje w USA i Wielkiej Brytanii, stając się na długie lata lekturą obowiązkową dla amerykańskich studentów slawistyki.

Takich studentów w Chicago miała uczyć sama Maria Kuncewiczowa. Zaskoczona propozycją początkowo nie chciała jej przyjąć twierdząc, że nie ma do tego kwalifikacji. Dała się jednak przekonać zacytowanej potem w powieści „Natura” tezie, że „literaturę powinni wykładać nie ci, co o niej piszą, ale ci, co ją tworzą”2. Także na kartach „Natury”pisarka, wyjaśniając podjętą decyzję dodała, że przejęła obowiązki zmarłego brata, Aleksandra Szczepańskiego, polityka i przedwojennego polskiego konsula generalnego w Chicago, który zachęcał Polonię do ambitniejszego udziału w życiu publicznym Stanów Zjednoczonych. Także ojciec Kuncewiczowej, Józef Szczepański – nauczyciel, dyrektor szkół w Warszawie, Płocku i Włocławku – marzył o tym, by jego córka zajęła się działalnością pedagogiczną. Przyznanie Kuncewiczowej medalu Fundacji Kościuszkowskiej było materialnym potwierdzeniem tego, że z powierzonej misji pisarka wywiązała się bardzo dobrze.

We wspominanej już „Naturze” M. Kuncewiczowa wspomina to zdarzenie następująco: „Każde z nas widzi co innego w medalu, po który jedziemy. Ja – dowód, że niewidzialne oko nadal mnie śledzi; ten Świadek, stworzony na obraz i podobieństwo raz ojca, raz matki, raz brata, to znów Króla Ducha, Judyma Zofii Nałkowskiej… teraz stał się Kościuszką. Jerzy na pewno myśli: oto kamień milowy, jakże daleki od startu, kiedy moja żona uważała słońce i bursztyny za ważniejsze od chleba i polityki. Witold nuci:”… miłość ci wszystko wybaczy…”W jego pojęciu – założę się – medal daje mi Ordonka, Warszawa Skamandrytów, Wisła, Gubałówka pod śniegiem i stajnia angloarabów w Karczmiskach. Dorota – sądzę – trafia najbliżej sedna: taki medal to coś w rodzaju kokardy dla dżokeja po udanym biegu. Poza tym: coctail i długa suknia”.3

Ta dygresja pojawia się nie bez powodu. Nagrody i wyróżnienia, jakie otrzymywała przez całe życie Maria Kuncewiczowa, spadały na nią niejako wbrew jej woli i intencjom.

Sięgnijmy znowu po „Naturę”, autobiograficzną książkę Kuncewiczowej, w której „plączą się czasy, miejsca, nagrody i klęski”.4W pierwszej dekadzie Drugiej Rzeczpospolitej – pisze Kuncewiczowa, a my dla porządku dodajmy, że był to rok 1931 – na wniosek Organizacji Młodzieży Narodowej (OMN), której członkiem zostałam podczas studiów w Krakowie, spadł na mnie retrospektywny Medal Niepodległości. (…) Chodziło o Ogniska Oświatowe, to znaczy konspiracyjne nauczanie zakazanych przez władze rosyjskie przedmiotów. (…)Działo się to prze pierwszą wojną światową we Włocławku, miałam ojca pedagoga. Z jego podpuszczenia namówiłam „inteligentne dziewczynki”, żeby w swoich pokoikach przekazywały małym proletariuszkom „Dzieje Polski w dwudziestu czterech obrazkach” plus bułka z masłem i kubek mleka.”

Dyplom Medalu Niepodległości dla Marii Kuncewiczowej z roku 1931 podpisany przez Marszałka Józefa Piłsudskiego

Z kolei w „Fantomach” swój epizod patriotyczny wspomina następująco: ” Jerzy nie był moim pierwszym natchnieniem do pracy społecznej. Pierwszym natchnieniem był ojciec pedagog. W latach jeszcze rosyjskich, ale już wojennych, za radą ojca założyłam we Włocławku – sama smarkata – ogniska oświatowe, sieć zakonspirowanych „kompletów prywatnych” po domach, gdzie „inteligentne panienki” pouczały stróżowskie dzieci o niegdysiejszych śniegach polskości. Naukę popierała szklanka mleka i kromka chleba z masłem. O „zapłakanym ojcu Basi” śpiewało się cichutko, żeby nie usłyszało niepowołane ucho, Na wypadek żandarmskich kroków stał przygotowany kosz z brudną bielizną, który miał pochłonąć zeszyty, podczas kiedy w rękach dzieci znalazłyby się „robótki” – przedmioty dozwolone. Ogniska niebawem zgasły w burzy dziejowej, a z nimi moje apostolskie zapały”.5

Paradoksalne w przypadku Kuncewiczowej jest to, że choć pisała o sobie „skojarzona z politykiem nie umiałam przezwyciężyć odrazy do abstrakcji z jednej strony i do sejmowego jarmarku z drugiej” 6, to właśnie ona, nie zaś jej mąż Jerzy Kuncewicz, była laureatką nagród i wyróżnień państwowych.

Jerzy Kuncewicz pochodził z rodziny politycznych ideowców. Jego matka, Cecylia była znaną działaczką oświatową. Uczyła historii i języka polskiego w lubelskiej szkole Vetterów, prowadziła kursy oświatowe dla robotników; w Zamościu założyła Seminarium Nauczycielskie, była przełożoną tamtejszego gimnazjum żeńskiego i aktywną członkinią Komitetu Odbudowy celi Łukasińskiego. Brat Jerzego, Czesław był ułanem Beliny, a jedna z sióstr, Mirosława – działaczką Organizacji Młodzieży Niepodległościowej (OMN), jedną z założycielek lubelskiego skautingu żeńskiego. Jerzy, we wczesnej młodości zaangażowany politycznie (OMN i Związek Młodzieży Polskiej – Przyszłość – PET) został w roku 1910 delegatem lubelskim na Zjazd Grunwaldzki. Kilkakrotnie zatrzymywany za działalność polityczną przez rosyjską policję przedostał się do Krakowa i stamtąd wyjechał do Liège, na studia przyrodnicze. Tamtejszy uniwersytet był jednym z aktywniejszych ośrodków polskiego życia politycznego. To tam z „uczniowskiego” PET przeszedł do Związku Młodzieży Polskiej (ZET) i służył w oddziałach strzeleckich. Po wybuchu I wojny światowej, Kuncewicz zgłosił się jako ochotnik do Legionów, do niemieckiej komendantury okupacyjnej w Belgii. Niestety, zamiast do wojska – trafił do obozu jenieckiego. Przesiedział w nim blisko dwa lata, a opuścił go dzięki wstawiennictwu rodziny. Po odzyskaniu wolności Jerzy Kuncewicz zaczął aktywnie działać w strukturach ruchu ludowego. W roku 1916 uczestniczył w I Zjeździe PSL w Królestwie Polskim, pół roku później został członkiem Biura Wykonawczego partii, a w roku 1918 został członkiem Zarządu Głównego PSL. Z ramienia PSL Kuncewicz uczestniczył w pracach Centralnego Komitetu Narodowego, koordynującego w latach 1915-1917 działania partii niepodległościowych. W tym czasie wielokrotnie przemawiał na wiecach i manifestacjach.7 Kilkakrotnie spotykał się z Marszałkiem Józefem Piłsudskim.

Jedno z takich spotkań, które być może zaważyło na jego późniejszej karierze politycznej, Jerzy Kuncewicz opisał w „Wyspach Pamięci”. „Sosnkowski wręczył mi kartkę, mówiąc: ”Przeczytajcie, pomyślcie i potem pomówcie o tym z Komendantem(…) Był to statut organizacji. Punkt zasadniczy mówił, że członkowie tej organizacji stanowią istotną władzę polityczną i wojskową całego ruchu niepodległościowego we wszystkich formach i odłamach. Członkowie są równi w prawach i obowiązkach. Zasadnicze decyzje wymagają pełnej zgody. I punkt ostatni: jeżeli uchwała członków organizacji spotkałaby się ze sprzeciwem jej przewodniczącego, to tym samym jest nieważna. I tu, poza statutem, uwaga wyjaśniająca – przewodniczącym jest Józef Piłsudski. Ogarnęły mnie mieszane uczucia zadowolenia i wątpliwości.(…) Niedługo zjechał do Lublina Komendant. (…)

-Czytaliście?

-Czytałem.

-Czy mogę was powitać jako…

-Jestem niezmiernie zaszczycony, ale chciałbym przypomnieć, że należę do zetowskiego zespołu konspiracyjnego.

-To nie ma znaczenia, a może ma pozytywne – przerwał.

-A także chciałbym więcej wiedzieć o składzie osobowym – ciągnąłem,

-Wieli z nich znacie, boście się z nimi widzieli; jest jeszcze parę innych osób – Zimnym tonem dorzucił – czy to już wszystko?

-Pragnę wyjaśnić jeden punkt – chodzi o sprawę równości i weta…

-Warchoł!- Przerwał mi gwałtownie. Podniosłem się z krzesła, stanąłem w postawie na baczność i wyrecytowałem:

-Obywatelu Komendancie, obywatel Rzeczycki (taki był mój ówczesny pseudonim konspiracyjno-polityczny) zastępca poczt, odmeldowuje się.

-Zostać! (…)

Podniósł się powoli, z namysłem, uścisnął moją rękę jakby przepraszając za wybuch,. Po czym zaczęła się długa, około trzech godzin trwająca rozmowa. W rozmowie tej czułem wielką troskę o narodowy charakter kraju i wielkie obawy związane z przyszłością. Sprawy mojego wstąpienia do organizacji nie poruszył. Wyczułem, że czeka na moje ostatnie słowo. To słowo nie padło. (…) Wracałem do domu (…) Zamyślony, przewidywałem, że przed chwilą zakończyło się dla mnie wiele spraw i możliwości. Potem nigdy nie szukałem spotkania z Komendantem”.8

Tyle Jerzy Kuncewicz, a cytowany fragment pozwala sądzić, że jego nieprzejednana postawa sprawiła, że – mimo iż był ideologiem polskiego ruchu ludowego, późniejszym propagatorem Republiki Globu (teoretykiem idei wcielonej po latach w czyn pod nazwą Unii Europejskiej) – to nie stał on w pierwszym szeregu odznaczanych przez Piłsudskiego intelektualistów. To miejsce zajęła – w roku 1931 – jego żona, Maria.

Zaskoczeń, związanych z nagrodami przyznanymi pisarce w dosyć krótkim czasie będzie jeszcze wiele. Znów sięgnijmy po „Naturę” :”W roku 1937 patriotyzm się zlokalizował. Pergamin wręczony mi w pałacu Brühlowskim przez prezydenta Starzyńskiego – mimo że dokument opiewał „za całokształt działalności literackiej” – był świadectwem wydanym przez miasto Warszawę, bo pełne zdanie brzmiało:”szczególnie za utwory związane z Warszawą”.(…) Od dziennikarzy i fotografów uciekłam. Jedna z pierwszych podążyłam do szatni i odjechałam taksówką, prawie płacząc… Po cóż, ach, po cóż wydałam siebie na publiczne widowisko? Ze sprawy rodzinnej patriotyzm zaczął się przetwarzać w karierę.(…) Czyżby miał nadejść czas, że sama nie będę już mogła odróżnić, co jest, a co nie jest tylko dla mnie? Przestanę być tylko sobą? Wróciłam do pustego domu, lejąc niewczesne łzy nad wyborem mało prywatnego zajęcia.(…)9

Uroczystość przyznania medalu za „całokształt działalności literackiej”, rok 1937. Fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Jest wśród wyróżnień Marii Kuncewiczowej takie, które zwiąże ją z miejscem, do którego w roku 1927 przywiózł ją mąż. To Kazimierz Dolny. Pisarka przyjeżdżała tu początkowo na wakacje. W roku 1936, na jednej z działek w wąwozie Małachowskiego został zbudowany jej dom. Budynek, o którym Kuncewiczowa mówiła „istota”, był początkowo letnią willą na wakacje. W latach 60. XX wieku, odzyskany przez Kuncewiczów, stał się ich schronieniem i kotwicą, wiążącą emigrantów z Polską. Po raz kolejny zajrzyjmy do „Natury”:

„Latem 1938 roku magistrat kazimierski mieścił się (…) w renesansowej kamienicy „Pod Krzysztofem”.(…) Do tego gmaszku – ileż razy kopiowanego, deformowanego albo lekceważonego przez malarzy – pewnego popołudnia zaproszono rektora Szkoły Sztuk pięknych, Tadeusza Pruszkowskiego i mnie. Cygan, witalista, głoszący „obiektywne rzemiosło”, reżyser kazimierskiej komedii dell’arte, ukochany mistrz Bractwa Świętego Łukasza, grupy „Kolor”, Szkoły warszawskiej, także mnóstwa pojedynczych dewotów pędzla – i ja, autorka „Dwóch księżyców”, świecących nad naszym wspólnym, zwariowanym rynkiem – zasiedliśmy na estradzie na dwóch łozinowych fotelach. Radny miejski, Szymon Wisznia, w rok później zamordowany przez Niemców, wygłosił jedno przemówienie, burmistrz Ulanowski drugie – i zostaliśmy z Pruszkowskim przypisani na zawsze do miasta Kazimierz Dolny nad Wisłą. Na wniosek Szymona Wiszni Kazimierz Wielki, królewski kochanek Estery, udzielił mi swej nagrody za żydowskie przyjaźnie, sympatie i miłości. Ucieszyłam się, uścisnęłam Szymona Wisznię, dobrego sąsiada, miłego człowieka; ale nad radością górował niepokój: już drugie miasto w Polsce związało mnie ze sobą. Integracja wozwraszczeńca odbywała się z „siłą fatalną”, moje sprawy osobiste okazywały się własnością ludzi zorganizowanych. Coraz mniej należałam do siebie”:10

Dyplom honorowego obywatelstwa Kazimierza Dolnego dla Marii Kuncewiczowej, ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Maria Kuncewiczowa odwdzięczy się Kazimierzowi Dolnemu poprzez swoją twórczość. W każdym niemal utworze to nadwiślańskie miasteczko będzie pojawiać się – jeśli nie jako pełnoprawny bohater to przynajmniej wspomnienie arkadii beztroski lat przedwojennych. Kolejnym, materialnym dowodem wdzięczności dla Kazimierza będzie decyzja Marii Kuncewiczowej aby jej dom stał się muzeum – symbolem pewnej epoki Kazimierza Dolnego i związanego z nim środowiska artystycznego. Od początku lat 90. XX wieku aż po czasy współczesne taka właśnie rolę odgrywa Kuncewiczówka (tak popularnie nazywane jest muzeum).

W ponad 90-o letnim życiorysie Marii Kuncewiczowej wiele jeszcze będzie medali, nagród i wyróżnień. Niektórych – jak na przykład Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski z Gwiazdą, przyznanego jej w roku 1982 – nie przyjęła, tłumacząc, że jako zwolenniczka swobód obywatelskich nie chce odbierać nagrody od państwa, które tych swobód nie szanuje.11

Inne – jak choćby tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie –Kuncewiczowa będzie przyjmować ze skromnością i … zażenowaniem. W maju 1989 roku – na dwa miesiące przed śmiercią, podczas spotkania z władzami Senatu UMCS, Kuncewiczowa mówiła do naukowców: „Nigdy nie miałam ambicji naukowych. Węzeł, jaki mnie wiąże z nazwiskiem wielkiej uczonej, jest czysto prywatny, bo jako początkująca reporterka literacka byłam obecna na otwarciu Instytutu Marii Curie-Skłodowskiej w Warszawie. (…) Inne, późniejsze spotkania były smutne, bo w Instytucie chorował i umarł mój brat, Aleksander Szczepański i stamtąd wywieziono Go na Powązki. (…) Ten dzisiejszy zaszczyt pogłębia więzy z Jej osobą. Wdzięczność moja dla Was obejmuje jednak w pierwszym rzędzie Waszą pracę dla kultury, wiedzy polskiej, dla dobra kraju i świata”.12

Pisarka przy swoim biurku w domu w Kazimierzu, fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Ta opowieść będzie mieć jeszcze post scriptum. Dopisała je – a jakże by inaczej – Maria Kuncewiczowa.W jednym z felietonów cyklu „Dyliżans warszawski” pisarka powraca na ul. Sienną 19 w Warszawie, po niemal 20-u latach od przeprowadzki. Wspomina, kiedy jako kilkuletnia dziewczynka wyjeżdżała z rodziną do Płocka, w którym to jej ojciec miał zakładać gimnazjum. Wszyscy uwijali się jak w ukropie pakując bagaże, z wyjątkiem małej Maniusi i jej babki. Dziewczynka jest myślami na podwórku kamienicy, gdzie rośnie rozłożysta akacja, pod którą przesiaduje kot Gaweł, z którym przyjaźni się dziewczynka, a z którym nie zdążyła się pożegnać. O czym myśli babcia dziecka? Wskazując na balkon dawnego mieszkania, który podtrzymują dwa gipsowe orły powiedziała: „Popatrz… jak oni ciągle zrywają się lecieć… Nagle zaszlochała. – I nasz ten biały, kochany i nasz kiedyś , Pan Bóg da, zerwie się z uścisku. Ojciec aż syknął:

-Ależ mama z tą dziką egzaltacją!”. (…) Wchodzę przed dom – pisze po latach Kuncewiczowa – Ptaszyska krzepko trzymają balkon na wyprężonych skrzydłach. Oglądam uważnie fasadę: na parterze w oknie dużo czegoś jaskrawego – godło państwowe. Biały orzeł pławi się w amarancie. Kolektura Loterii Klasycznej. Pogapiłam się, odeszłam… Byłam głęboko zmieszana. Czułam, że babka i ojciec pokłócą się raz jeszcze – może ostatni – w moim życiu. Romantyczna babka powie: popatrz, do czego jego zapędzili! Jakaś u nich Loteria Kłasiczna. Czy na to my wojowali i katorgę cierpieli, żeby on zamiast na chorągwi, na ichnim handlarskim papierku poniewierał się… Handlarze oni, żuliki.

A mój ojciec – rzeczywisty radca stanu, zwolennik pracy organicznej wybuchnie – „Ale też mama z ta dziką egzaltacją!.

Przyspieszyłam kroku. Co mi tam, niech się kłócą! Mnie i teraz, jak i dawniej obchodzą rzeczy nieważne! Gdzie i kiedy zdechł Gaweł? I czemu zrąbano akację?”13

1Alicja Szałagan, Maria Kuncewiczowa – przybliżenia. Szkice biograficzne. Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2015, str.181-182

2j.w

3Maria Kuncewiczowa, Natura, Warszawa 1982, s.33-34.

4Maria Kuncewiczowa , Natura, Natura, Warszawa 1982, s.39

5Maria Kuncewiczowa, Fantomy, Warszawa 1982, s. 179-180.

6Maria Kuncewiczowa, Fantomy, Warszawa 1982, s.180

7Por. Jan Lewandowski, Lubelscy ludzie komendanta (1914-1918) s.46-47[w] Akcent nr 4(150), 2017 r.

8Jerzy Kuncewicz, Wyspy pamięci, Warszawa 1985, s. 48-51.

9Maria Kuncewiczowa, Natura, Warszawa 1982, s. 40-41.

10Maria Kuncewiczowa, Natura, Warszawa 1982, s.41-42.

11Por A. Szałagan, Maria Kuncewiczowa. Monografia, Instytut badań Literackich PAN, Warszawa 1995, s. 127

12Maria Kuncewiczowa, List do Senatu UMCS[w] Akcent nr 4, 1989, s. 51

13Maria Kuncewiczowa, Dyliżans warszawski, Warszawa 1981, s. 20-21