Miasteczko

W wąwozie Małachowskiego

Okolice Kazimierza Dolnego słyną z wąwozów i głębocznic. Te pierwsze stworzyła natura, a właściwie polodowcowe masy wody. Drugie powstały za sprawą ludzi, dojeżdżających do swoich domostw i pól. Możemy sobie tylko wyobrazić, jak wiele ludzkich i … końskich istnień wydeptało ścieżki popularnych wąwozów. Choćby Korzeniowego czy (bliskiego nam szczególnie) Małachowskiego. Ponad pół kilometra trzeba pokonać, by dotrzeć do celu jakim jest Dom Kuncewiczów. Wielu turystów skarży się, że droga jest niewygodna, a w czasie wakacji pieszym towarzyszą komary. Warto się poświęcić, bo nagroda czeka na Państwa na końcu wąwozu. To urokliwe miejsce wybrali Kuncewiczowie. Mimo upływu lat regularnie pokonywali wąwóz. Przyjrzyjmy się tym spacerom…

To miejsce wspomnień dwojakiego rodzaju: po pierwsze trasa codziennych spacerów Marii i Jerzego Kuncewiczów. Jak wyglądały? I tu opowieści i wspomnienia nie są zgodne. Jedni mówili, że pan Jerzy prowadził panią Marię pod rękę. On zawsze perorował, ona czasami wtrącała jedno zdanie budząc natychmiastową lawinę słów z jego strony. Inni zapamiętali, że pan Jerzy zawsze szedł z przodu, a jego żona wpół kroku za nim. Jeszcze inni pamiętają pana Jerzego, który co rano w szlafroku i kapciach schodził z góry do miasta, po świeże pieczywo i prasę – dla siebie i żony. Ulubioną drogą Kuncewiczów była ścieżka na Albrechtówkę i droga do Mięćmierza. Często widywano ich także nad Wisłą.

Kolejne przywołanie wąwozu wiąże się z automobilem państwa Kuncewiczów. Jedni wspominają, że był to mercedes, a inni pamiętają forda. Wszyscy zgodnie twierdzą, że Jerzy Kuncewicz był – przyznajmy to – piratem drogowym. Jazdę do Warszawy z Jerzym Kuncewiczem za kierownicą tak wspomina Jerzy Żurawski: Stałem na przystanku oczekując na autobus. Nagle nadjechał niebieskoszary mercedes. Z uchylonej szyby wyjrzała twarz pana Kuncewicza(…) Proszę siadać.(…) Mercedes skoczył do przodu,nas wcisnęło w oparcia. Kierowca wyprzedzał kolejno wszystkie samochody: na trzeciego, na czwartego, tuz przed nadjeżdżającym z przeciwka. Pani Maria co pewien czas wymawiała błagalnym głosem „Jerzy”! Bez skutku.

Mirosław Derecki w książce Mój Kazimierz pisze, że Jerzy Kuncewicz brawurę za kierownicą tłumaczył niejednokrotnie tym, iż wiezie słynną pisarkę na spotkanie autorskie i nie może się spóźniać. Czasami to przechodziło, bo funkcjonariusze MO poważali artystów, ale czasem trzeba było zapłacić mandat.

Poeta i współtwórca Akcentu, Waldemar Michalski jako student obserwował rajdy pana Jerzego, które niszczyły okoliczne płoty i straszyły drób. Podobno sam pan Jerzy głośno komentował swoje talenty za kierownicą.

U Berensa (nie tylko oczyma Kuncewiczów)

W przewodniku turystycznym Kazimierz Dolny. Jego zabytki i okolice, z 1933 roku, autorstwa Ignacego Kołodziejczyka – Sekretarza Magistratu – zamieszczono całostronicowe ogłoszenie reklamujące „Hotel Polski”. Jego ówczesna właścicielka, Bronisława Berens, informuje czytelników, że jej obiekt istnieje od 1880 roku. Jednocześnie poleca noclegi, wyżywienie, a nawet codzienne dancingi z własną orkiestrą.

Mieszkańcy Kazimierza Dolnego jak też przyjezdni bywalcy lokalu, który był znany szeroko poza granicami miasteczka, nazywali go U Berensa. Taka nazwa utrzymywała się nawet po wojnie i była używana zamiennie z „Esterką” – bo takie miano przybrała, znacjonalizowana w latach 50 tych XX wieku wieku, GS –owska gospoda.

Na początku działalności obiektu państwo Berensowie – Aleksander i Bronisława otworzyli tuż przy kościele farnym „Gospodę Chrześcijańską”, która posiadała również pokoje noclegowe, przechowalnię bagażu a nawet konie na potrzeby gości. Po śmierci Bronisławy Berens w 1951 roku, obiekt przeszedł w ręce ich córki Genowefy i jej męża Kazimierza Zakrzewskiego. Był on mistrzem gorzelnictwa, znawcą wódek i likierów więc restauracja zaczęła słynąć z doskonałych trunków. W lokalu serwowaną świetną kuchnię. Spadkobiercy Berensa wspominają to tak Czysta woda w rzece to ryby, o Wiśle mówiło się że jest rzeką rybną. Kazimierscy rybacy z ulicy Krakowskiej, panowie Wojtalik, Madejski, Materek, dostarczali pysznych gatunkowo ryb. Berens słynął ze znakomitych dań rybnych. Czy ktoś pamięta jeszcze jak smakuje lin zapiekany w śmietanie? Łosoś po polsku? Pstrąg wiślany z wody? Sandacz saute lub po polsku? Sum lub miętus po żydowsku? Szczupak lub węgorz w galarecie? Raki lub zupa rakowa?

Z tarasu restauracji U Berensa fot. St. Magierski

Warto pamiętać, że Berens to nie tylko kuchnia, ale hotel i modne miejsce ówczesnej elity. Na chwilę lub dłużej wpadali tu nie tylko artyści, ale i aktorzy, piosenkarze, politycy. Taras Berensa gościł sławy dawnych lat.
Bywali tu znani artyści i literaci, m.in. Hanka Ordonówna, Jan Lechoń, Aleksander Zelwerowicz, Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Leon Schiller a także generał Wieniawa Długoszowski. Lokal okupowała też kazimierska „malaria”, czyli malarze ze swoim guru, Tadeuszem Pruszkowskim. Towarzyszyła im czasami Maria Kuncewiczowa, która w napisanych na emigracji Kluczach informuje czytelników o fakcie poznania w Kazimierzu cyganerii, jak nazywa młodych malarzy, a w Listach do Jerzego wspomina towarzyskie spotkania u Berensa, gdzie raczono się strawą cielesną w postaci węgorza w galarecie i pierogów ze śmietaną oraz strawą duchową jakiej dostarczały widoki na kościół farny i studnię z „daszkiem szpiczastym”. Tłumnie zjeżdżali tu też dziennikarze ze stolicy. W swoich książkach Stanisław Maria Saliński wspomina, że jego koledzy oraz szef potrafili przyjechać do Berensa na spotkanie oraz pieczone kurczęta z mizerią.

Czy Jerzy Kuncewicz towarzyszył w wizytach U Berensa swojej żonie? Syn, Witold Kuncewicz wspominał swojego ojca następująco Ojciec był człowiekiem raczej nieśmiałym. Pomimo to zawsze, dla każdego miał ciepły uśmiech i energiczny uścisk dłoni. Ludzie na ogół go lubili, szczególnie kobiety. Był spontaniczny, głośny i bezpośredni. Gdy ktoś go zainteresował, żywo i dogłębnie angażował się w rozmowę. Wiele jego znajomości przetwarzało się niemal w przyjaźnie. Od dzieciństwa rzadko go widywałem. Zawsze był pochłonięty sprawami dnia,roku,epoki. Trudno sobie jednak wyobrazić samodzielne wypady Marii Kuncewiczowej do słynnego Berensa. Musiał jej w tych wizytach towarzyszyć mąż-baczny obserwator i gawędziarz. Popularność lokalu zmuszała do dalszej rozbudowy i powiększania obiektu. Przyjaciel rodziny Kuncewiczów, architekt Karol Siciński, zaprojektował rozbudowę całego domu: na parterze znajdowała się restauracja z salą dancingową, taras z drewnianego został powiększony i uległ transformacji na murowany. Dach, wykończony balustradą, miał być jednocześnie tarasem dla kawiarni na całym pierwszym piętrze. Pokoje hotelowe z pierwszego piętra zostały przeniesione na piętro drugie, po podniesieniu dachu domu.Przebudowa rozpoczęła się w roku 1936. Restauracja zyskała też ogródek pełen róż i kwiatów z wielką agawą na środku.

Niestety, poza kilkoma zdjęciami i wspomnieniami oraz śladami literackimi po Berensie pozostały obecnie zaledwie fragmenty fundamentów i zrąb jednej ze ścian. Szkoda, bo widok z tarasu tej restauracji potrafił zapierać dech w piersiach.

Jedna z fotografii kazimierskiego Rynku (restauracja U Berensa w głębi kadru) fot. E.Hartwig

Rynek kazimierski wg Jerzego Kuncewicza

(z niewielką pomocą żony, Marii Kuncewiczowej)

Pierwsze wspomnienie Jerzego Kuncewicza z tym miejscem sięga roku 1907. W jednym z telewizyjnych wywiadów opowiadał on, że jako mały chłopak przychodził tu na lody. Właścicielem lodziarni był Żyd, który już od progu wołał dzieci: „przyjdźcie, przyjdźcie – przecież ja na was czekam”. Kazimierskich Żydów tu mieszkających opisywał jako postaci biedne, pejsate lecz i piękne. Przyznawał także, że z przywiezieniem żony do Kazimierza miał niejaką trudność.

Rynek kazimierski w obiektywie Stanisława Magierskiego, 1935 r.

Komentując wypowiedź męża, pani Maria dodała, że przyjechali do Kazimierza w dzień targowy, gdy na Rynku panowały tumult i wrzask nie do opisania. Z samochodu wysiadali w takt „tak ogłuszającej orkiestry”, więc trudno się dziwić, że mąż musiał ją – niemal siłą – powstrzymywać od ucieczki.

Potem wraz mężem, zaczęła uważnie przypatrywać się otoczeniu „Owszem, uderzyła mnie malowniczość typów ludzkich. Chłopi, Żydzi jeszcze w tych strojach, jakie nosili przed wojną. Zwierząt w bród, cielęta i świnie na Rynku, na stokach wzgórz kozy, dużo koni, pełno gęsi, kur, w powietrzu jaskółki, nad rzeką rybitwy… fascynujący pejzaż niesłychanie gęsto zaludniony. Kamienice niektóre jak gdyby żywcem gdzieś z Włoch, obok nich na wpół rozwalone budki á la Chagall, chłopskie chaty, domki rybaków… Obraz składał się na wrażenie pełnej egzotyki.”. Kuncewiczowie dołączyli do kolorowej grupy malarnii kazimierskiej, a wędrówki w ich towarzystwie prowadziły do kolejnych , literackich odkryć:”Wciągnięta do „ferajny” modląc się o znieczulicę powonienia brnęłam coraz śmielej w cuchnące zaułki, żeby przez szyby niziutkich okien podziwiać wielkopiątkowe „uczty” żydowskich biedaków, które przywodziły na myśl obrzędy pierwszych chrześcijan w katakumbach pełnych trupiego zapachu i pełgania świeczek. Zapominało się o tym, że mętna rzeczułka była ściekiem (…); chwaliło się jej oleistą tęczowość i melancholię kóz w pokrzywach nad jej biegiem. Chwaliło się wyszczerbione garnki za ich starość i wszelkie użytkowe szkło za to, że — nie umyte — opalizowało. We drzwiach do kloak wyrzynano wentylatory w kształcie serc, w łachmanach upatrywano teatralną ekspresję, kaleki pobudzały natchnienie malarzy-fantastów i malarzy religijnych, karłowatość nadawała się do komicznych scen”.

Dzień targowy w Kazimierzu Dolnym fot. St.Magierski, 1935 r.

Czy Jerzy Kuncewicz towarzyszył swojej żonie? Skoro został sportretowany w „Dwóch księżycach” – choćby w opowiadaniu „Może wszystko zgaśnie” to znak, że niejednokrotnie był towarzyszem wypraw nocnych Marków. Rynek kazimierski to miejsce spacerów Marii i Jerzego Kuncewiczów. Robią tu zakupy (ciekawostka – ponoć pan Jerzy miał gest finansowy, a strofowała go i rachunki żelazną ręką prowadziła pani Maria). Odwiedzali stragany podczas festiwalu kapel i śpiewaków ludowych, czasami ulegali namowo i kupowali na nich to i owo. Niestety, nie wiemy jaki był stosunek Jerzego do twórczości ludowej, ale wiemy, że to właśnie w tej warstwie społecznej upatrywał siły i motoru zmian. W „Wyspach pamięci” pisał tak: „Z ławy szkolnej uciekałem w pole, do chałupy. Wolałem wiązkę siana na poddaszu chłopskiego domu, na stosie zboża w stodole niż wycieczki z kolegami. Wieś wabiła mnie pięknem, była też źródłem nadziei. Wrastałem w wieś. Stałem się jej naturalną częścią.”

Dzień targowy w Kazimierzu Dolnym, fot. St.Magierski

Kazimierz Dolny oczyma Marii Kuncewiczowej czyli jak to się wszystko zaczęło…

Przypominają mi się czasy najszczęśliwsze, z mojej młodości, spędzone nieopodal, w moim domu, w starym sadzie, tu gdzie syn się wychował w zauroczeniu Wisłą.(…)W ogóle cały ten dom, w którym teraz jesteśmy, tak solidnie zbudowany że służy ludziom, jest dla mnie cząstką tego, od czego zaczęła się moja pasja dla spraw kazimierskich. (Wypowiedź Marii Kuncewiczowej, zarejestrowana w rok 1984, nagranie MNKD)

Targ w Kazimierzu w obiektywie Stanisława Magierskiego, fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Pierwsze wrażenia pisarki na temat Kazimierza Dolnego nie było korzystne. O przyjeździe do miasteczka latem 1927 roku w „Fantomach” pisała tak: widywałam stare sztychy, gdzie wyobrażony był rynek kazimierski okolony szczątkami renesansu, zasnuty nawozem koni chłopskich, pstry od fur i sukman, do chałatów, kóz, świń, gęsi i pejsów. Lubiłam takie sztychy, nie lubiłam takiego życia.

Do Kazimierza przywiózł Marię jej mąż, Jerzy Kuncewicz, który pochodził z Lubelszczyzny. Do Kazimierza przyjeżdżał jako młody chłopak. Pierwsze wspólne wakacje Kuncewiczów w Kazimierzu Dolnym mogły być zarazem ostatnimi gdyby nie fakt działalności w miasteczku kolonii artystycznej. Inicjatorami regularnych plenerów plastycznych byli profesorowi warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych: Władysław Skoczylas i Tadeusz Pruszkowski. Przywozili tu swoich studentów m.in. Feliksa Topolskiego, Antoniego Michalaka, Teresę Roszkowską czy Irenę Lorentowicz. W tym czasie Kazimierz tętnił życiem artystycznym ale także był nieoficjalną stolicą cyganerii. Znowu sięgnijmy do „Fantomów: W Kazimierzu  życie wydawało się teatrem, a świat dekoracją. Bywały sceny, które lepiej wychodziły na łące, na piasku, na rzece i takie, które raczej należało grać w czterech ścianach.(…) Nikt letniego domu nie traktował poważnie. Chałupy wynajmowane od rybaków, sklepikarzy i chłopów miały służyć celom frywolnym, bo malowanie, a nawet pisanie odbywało się w plenerze. Domy interesowały od zewnątrz, im bardziej pokraczne tym godniejsze uznania. Malarze ze szczególnym zamiłowaniem uprawiali teatralizację bytu, estetyka dopełniała, często zastępowała romans. W  rezultacie wieczory spędzane gromadnie pod strzechą u tej lub innej koleżanki , stanowiły nie tyle pretekst do flirtu czy rozmowy, ile serię żywych obrazów. Te różne klitki, przybudówki, ruiny i – jak je nazywali tubylcy – buduarki, były namiotami nie mniej świetnymi od łupów króla Jana. Z tą różnicą, że tamte ktoś gdzieś wypracował ze złotogłowi i atłasów, a te tutaj wyczarowano przy pomocy kwiatów, skorup i gałganów. Takie traktowanie dachu nad głową dopowiadało mojej postaci.

Wejście do klasztoru O.Franciszkanów Reformatów w Kazimierzu Dolnym, St. Magierski ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

W ten świat kazimierskiej cyganerii wprowadziła Kuncewiczową Irena Lorentowicz, malarka, późniejsza scenografka i przyjaciółka pani Marii. To właśnie ona mówiła Kuncewiczów na zakup parceli z sadem i niewielką chatką od Reginy Białowiejskiej. Wyprawę w poszukiwaniu działki Kuncewiczowa opisuje tak: Wdrapałyśmy się po darniowych schodach na wzgórze, gdzie oczekiwałam cmentarza, tak żałobnie szumiały stamtąd brzozy. Na ostatnim stopniu dymił ceber z obierzynami, pośród brzóz wylegiwała się maciora, zapach jabłek i gnoju wskazywał na domostwo. Przyjaciółka stanęła; odetchnąwszy głęboko rzekła: – Tu powinnaś zamieszkać. (…) Osiadłam w chałupie na bezdrożu z pękiem kluczy od stodół i chlewów, dawno strawionych przez pożary. Kolejny cytat z „Fantomów” odnoszący się do zakupionego domku brzmi następująco: Chatka na wzgórzu utopiona w lebiodach i pokrzywach. Ogrodu to tam było mało, w tym sensie że niby ogród to kwiaty – był natomiast wielki sad, trawa po pas, lipy i ogromne topole. Z czasem Kuncewiczowie nabyli jeszcze kilka działek ( należących do panów: Trojanowskiego i Kujawskiego). Zakupy finansował Jerzy Kuncewicz, w owym czasie wzięty adwokat. )

Stara chata Kuncewiczów – pierwsze lokum w wąwozie Małachowskiego w Kazimierzu Dolnym

Jak wyglądał pierwszy kazimierski dom Kuncewiczów? Zajrzyjmy do książki: Chatka w sadzie nie była na serio. Renia Lorentowicz na glinianym piecu wymalowała koguta, długi stół na krzyżakach dźwigał fantastyczną florę w dzieżach do mleka, na werandzie wilczur zjadł palto Ignacego Daszyńskiego, Zuzia Pruszkowska smażyła rydze przyodziana w narzutę z szynszyli, Strug zjadał maliny prosto z garnka, Teresa Roszkowska wabiła mężczyzn piórami Aszantki. Na stronach cytowanych już wielokrotnie „Fantomów” nie zabrakło również opisów związanych z zagospodarowaniem działek. Na pierwszy ogień poszedł ogród, piękniejący dzięki pomocy dyrektora Instytutu Ogrodniczego w Puławach Jana Dybowskiego (w zamian za pomoc w organizacji ogrodu Jerzy Kuncewicz wystarał się dla Dybowskiego o polski paszport).

 Inicjatorem budowy nowego domu był Jerzy Kuncewicz. W archiwalnym nagraniu przechowywanym w Domu Kuncewiczów (oddział Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym) mówił tak: Powiedziałem sobie, ja tutaj będę miał kiedyś dom, a potem powiedziałem sobie, będę miał żonę , a ta żona będzie mieć dom i wszystko zostało zrealizowane. Prace przy jego budowie rozpoczęto w roku 1934. Dom zaprojektował Karoli Siciński, architekt, działacz Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości, zaangażowany w prace konserwatorskie w Kazimierzu Dolnym. Budowa domu została zakończona w roku 1936. Tę datę można znaleźć na metalowej kutej balustradzie w pokoju kominkowym. Przedstawia ona wiewiórkę, a obok daty, wpisane są tu inicjały właścicieli domu oraz jego projektanta. Być może to dzięki tej poręczy dom zyskał nazwę „Willi pod Wiewiórką”. Kamieniem węgielnym tej wyjątkowej budowli są książki Kuncewiczów: „Dwa księżyce” Marii i „Przebudowa” Jerzego.

Dom Kuncewiczów wg.projektu Karola Sicińskiego, lata 30. XX wieku

Meblowanie domu nie było łatwe, gdyż jak pisała pani Maria Kuncewiczowa, willa należała do „wybrednych”. Dom stał się istotą, złożony z miliona komórek, miewał rumieńce, bywał blady, promieniał i chmurniał. Budził się razem ze mną, razem ze mną zasypiał, ale w nocy udziwniał, snuł swoje osobne życie. Belki wzdychały, roniły  żywicę, lasowało się wapno, wyły kominki. Oswajanie albo – jeśli państwo wolą – osiedlanie się w nowym domu zakończyło się sukcesem. Umocniona zapleczem własnych belek, czułam się nareszcie wrośnięta w grunt swego kraju. Miałam trzy psy, jabłonie, kilka dębów, dużo lip i swój własny widok na Wisłę.

Wybuch II wojny światowej zastał Kuncewiczów w Kazimierzu. Już 3 września 1939 r. byli z powrotem w Warszawie. Stamtąd, wracają do Kazimierza w towarzystwie przedstawicieli ministerstwa Spraw Zagranicznych i wywożonych przez nich ze stolicy dokumentów. Drugim autem do Kazimierza przyjechali Antoni Słonimski, Tuwimowie, Wierzyńscy. W willi „Pod Wiewiórką”  spędzili tylko jedną noc. Wyjechali z Kazimierza 9 września ruszyli na Wschód. Maria Kuncewiczowa pisała, że podjęła tę decyzję niejako wbrew sobie bo dzięki domowi poczuła się wrośnięta w grunt swego kraju. W czasie wojny oraz w okresie emigracji kazimierski dom powraca wielokrotnie we wspomnieniach pisarki. To jeden z nostalgicznych cytatów dom pożeglował w przyszłość, wyzwolony ode mnie, zabierając ze sobą tylko to ostatnie marzenie byłej właścicielki.  Kuncewiczowie będą przebywać na emigracji do roku 1958. Dom w Kazimierzu w okresie wojny był m.in. zajmowany przez niemieckich lotników oraz lekarza z działającego w miasteczku sanatorium dla rekonwalescentów wojennych. W roku 1944 stał się sztabem wojsk Armii Czerwonej, a po wojnie służył Urzędowi Bezpieczeństwa jako miejsce kolonii letnich.

Pierwszy raz po wojnie w Kazimierzu Dolnym. Maria Kuncewiczowa w otoczeniu uczestników kolonii na tarasie własnego domu, rok 1958

W czerwcu 1958 r. Maria Kuncewiczowa została zaproszona do Polski na międzynarodowy zjazd tłumaczy w Warszawie. To pierwsza powojenna podróż do kraju – także do Kazimierza. Wśród emocjonalnych opisów w jednej z książek pisarki znalazło się takie zdanie: razem ze łzami spłynęła pleśń i gorycz z kazimierskich ścian. Dom został odbudowany taki, jaki był: otwarty, śpiewny, z bukietami. Zaświtała nadzieja – może znowu ktoś tam zamieszka i przynęci do siebie przedmioty, oswoi je i przetworzy na własne. Proces odzyskiwania praw do domu w Kazimierzu Kuncewiczowie rozpoczynają mimo tego – to znowu cytat z jednej z książek – w tym czasie Kazimierz stał się już bardziej teatralny i dekoracyjny niż autentyczny. W roku 1962 do Polski przyjeżdża Jerzy Kuncewicz. W roku 1958 dom przywitał mnie bez uniesień, jak gdyby te 19 lat nie zmieniło nic między nami. Za moim drugim powrotem ze Stanów, wrażenie było większe bo przyjechał także Jerzy-gospodarz.(…) Dom stoi i pięknieje. Jak gdybyśmy teraz dopiero mościli sobie gniazdo na długie rodzinne i gościnne życie, zwozimy do opustoszałego wnętrza wybrane przedmioty, piętrzymy książki, kompletujemy zastawy, sadzimy klematisy – pasja gospodarska wybucha na schyłku życia z siłą podskórnego źródła. Od tego czasu Kuncewiczowie regularnie przyjeżdżają do Kazimierza. Maria angażuje się w życie miasteczka m.in. reaktywację Towarzystwa Przyjaciół Kazimierza. Udziela się w mediach także dlatego, że jej książki – nowe i wznawiane – cieszą się niesłabnącą popularnością czytelników. Kuncewiczowie stają się w latach 70. i 80 wizytówką Kazimierza. Goście, którzy przyjeżdżają do ich domu odbywają coś w rodzaju pielgrzymki, udziela się im także niezwykła, niespotykana atmosfera domu. Zobowiązania zagraniczne (zajęcia pani Marii na Uniwersytecie w Chicago, choroba pana Jerzego) sprawiają, że – mimo tak ciepłych relacji z otoczeniem – Kuncewiczowie dzielą swój czas na pobyty w Kazimierzu i za granicą: w USA i Włoszech.

Maria i Jerzy Kuncewiczowie przed domem w Kazimierzu Dolnym, fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Historie powrotów i wyjazdów przerywa choroba i śmierć Jerzego Kuncewicza. Miejsce, w którym został pochowany na kazimierskim cmentarzu wybrał osobiście. Także sam zamówił nagrobek z prostymi tablicami i dwoma granitowymi krzyżami. Pięć lat po śmierci męża w swoją ostatnią drogę na wzgórek pod rozłożystym dębem podąży również pani Maria.

Post scriptum do tej opowieści niech będzie fragment z książki „Zatrzymać czas” Zofii Kucówny (do tej postaci i jej związków z Kazimierzem Dolnym jeszcze powrócimy). Zebrała się grupka spacerowiczów z książkami w ręku, pełna ciekawości i admiracji dla Kuncewiczowej. Rozsiedli się na ławce pod jarzębiną i na ogrodowym murku. Nie wiedząc, że są, wyszłam z domu trzymając w ręku duże nożyce, aby zrobić porządek z fikusem, którego nagi szkielet od wielu tygodni straszy na tarasie. Po popołudniowej kąpieli byłam zawinięta we frotowy szlafrok, gruba jak foka i nieelegancka. Zaczepili mnie prosząc o informacje. Kiedy będzie otwarte muzeum i udostępnione zwiedzającym? Gdzie rosła wierzba, o której pisze Kuncewiczowa w Listach do Jerzego? Czy to prawda, że kazała się pochować w tym ogrodzie? Odpowiadałam cierpliwie, tak jak dawniej czyniła to pani Maria, choć czułam się w moim grubym szlafroku skrępowana. Patrzyli z podziwem na piękny dom, z sympatią na mnie, spełniającą w tym domu rolę gospodyni. Odeszli pełni żalu, bo nie mogli przekroczyć progu i zaspokoić swojej ciekawości na temat ludzi, którzy świadomie przez wiele lat wili swoją legendę. Chętnie pokazałabym im wszystkie cuda tego domostwa, ale boję się Tadzia Roguskiego, który robi wrażenie, że nie cierpi każdego, kto się ośmiela podejść do wymyślonego przez niego sanktuarium. Elżbieta robi szydełkiem, Kuba zbiera do butelki mrówki, Tadeusz majstruje przy oknach, ja siedzę schowana w cieniu pergoli i wpatruję się w brzozę płaczącą, szeroko rozłożoną jak parasol. Znów ktoś podchodzi do tarasu. Przepraszam bardzo. Czy to jest dom pani Marii Kuncewiczowej? Tak, to ten dom odpowiada uprzejmie Elżbieta, a ludzie patrzą na nią z podziwem, bo jest osobą z kręgu tajemnicy tego miejsca. I tak jest codziennie. Przychodzą, pytają, odchodzą zawiedzeni, że drzwi się nie otworzyły. Kupiłam róże i poszłam do Niej na cmentarz. Szłam samiuteńka w miłym nastroju, który przyniósł mi ranny sen. Zbudziłam się z uczuciem takiego święta i takiej ważności, że starczyło mi tego na cały dzień. Nie cierpię, kiedy opowiadają mi sny i sama nie cierpię opowiadać moich. Sen, to jest coś absolutnie własnego i odkrywanie sennego świata, który jest najczęściej odbiciem naszej wyobraźni, pragnień lub niespełnionych marzeń, uważam za nieskromne i bezwstydne. Ale dzisiejszy był tak śliczny, że zapragnęłam go jednak komuś opowiedzieć, albowiem wydał się zapowiedzią mojej mimo wszystko powracającej wiary w ludzką dobroć i uczciwość.