Miasteczko

Kazimierskie tropy w opowiadaniu Heydenreich Jarosława Iwaszkiewicza

Dzienniki Jarosława Iwaszkiewicza to lektura pasjonująca. Zwłaszcza, że pisarz z kronikarską precyzją odnotowuje m.in. do jakich miejscowości dotarł i jakie wrażenie na nim wywarły. Pierwszy, młodzieńczy wpis związany z Kazimierzem datuje się na rok 1914.  Miasteczko jawiło się wówczas jako oaza spokoju w wojennej zawierusze. Nie jest to jedyna nota o Kazimierzu, choć z kolejną wizytą w Miasteczku Iwaszkiewicz zwlekał ponad 20 lat. Dlaczego? To opowieść, która oczekuje na opisanie. Aby o niej przeczytać, muszą Państwo uzbroić się w cierpliwość lub samodzielnie oddać się lekturze Dzienników.

Za sprawą red. Janusza Ogińskiego sięgamy po inne dzieło Jarosława Iwaszkiewicza. To opowiadanie Heydenreich. Ukazało się ono w 1964 r. w Poznaniu, w stulecie zakończenia powstania styczniowego. Autor dedykował tekst swojemu ojcu, Bolesławowi walczącemu w powstaniu. Choć opowiadanie figuruje w spisie lektur szkolnych, nie należy do najłatwiejszych. Jego bohaterami są dwaj dowódcy powstańczy: porucznik Laudański (choć jest Polakiem, walczy w carskiej armii) oraz Michał „Kruk” Heydenreich (spolonizowany Niemiec, który jest naczelnikiem wojsk powstania). Autor wykorzystuje historyczne postacie do dyskursu o tym, czym jest patriotyzm i czy determinuje go na przykład pochodzenie.

Iwaszkiewicz sięga po fakty nie tylko w obsadzeniu głównych ról w opowiadaniu postaciami dowódców. Wybiera z historii powstania styczniowego zwycięską bitwę powstańców pod Żyrzynem, 8 sierpnia 1863 roku.

Michał Heydenreich „Kruk” fot. Wikipedia.pl

Poprzedzająca ją bitwa pod Chruśliną, zwycięska dla powstańców pod dowództwem „Kruka”, nadszarpnęła (wątłe i tak) zapasy broni i amunicji. Powstańcom miał pomóc ziemianin Kazimierz Wydrychiewicz (tę postać także wykorzysta w opowiadaniu Jarosław Iwaszkiewicz). W porozumieniu z Haydenreichem, przy pomocy panny z dobrego domu, o której za chwilę red. Ogiński opowie znacznie więcej, Wydrwichiewicz pojechał do Lublina i kupił broń. Akcja odbywała się w pełnej konspiracji, a dla zatarcia powiązań z Wydrwichiewiczem, gen. Heydernreich polecił publicznie go aresztować, oskarżając o szpiegostwo na rzecz Rosjan. Broń dotarła na czas i przydała się do przeprowadzenia kolejnej udanej akcji – pod Żyrzynem. Łupem powstańców padło 400 karabinów i dwie armaty, a także 140 tys. rubli. Kwota zasiliła powstańczy budżet. Brawura, z jaką Michał Heydenreich przeprowadził atak sprawiła, że część carskich żołnierzy przeszła na stronę powstania styczniowego.

Bitwa pod Żyrzynem, rycina ze strony Wikipedia.pl

Choć Jarosław Iwaszkiewicz jest wierny faktom, a te uzyskał z lektury relacji Eligiusza Kozłowskiego, zawartej w jego książce Od Węgrowa do Opatowa, to w jednym przypadku nieco zmienia fakty. Chodzi o personalia kurierki, która wraz z Kazimierzem Wydrychiewiczem, właścicielem dóbr w Niezdowie koło Opola Lubelskiego, wyrusza po broń dla powstańców. Co wytropił red. Janusz Ogiński? Oddajmy mu głos (jednocześnie przepraszając za przydługie wprowadzenie do meritum).

Kłopot sprawia postać Laury Kleniewskiej. Wspomniany powyżej Eligiusz Kozłowski w swoim opracowaniu wspomina jedynie, że Wydrychiewiczowi w wyjeździe do Lublina po zakup amunicji, którą następnie dostarczył powstańcom w okolicy Kazimierza, towarzyszyła kobieta – kurierka Rządu Narodowego. Nie mogła być to jednak Kleniewska. Książkowa Laura to z pewnością nie Maria Kleniewska z domu Jarocińska, która wówczas miała dwa miesiące (ur. 29 czerwca 1863 r.) i wraz z rodzicami przebywała w Woli Niedźwieckiej w ziemi łęczyńskiej. Poza tym jej przyszły mąż, Jan Kleniewski, wraz z bratem Władysławem i ojcem Franciszkiem, przenieśli się z ziemi płockiej w lubelskie dopiero w 1871 roku, po nabyciu majątków w Opolu Lubelskim i Niezdowie od spadkobierców Kazimierza Wydrychiewicza. Można jedynie domyślać się, kogo odwzorowuje Laura. Trop rozwiązania zagadki  podsuwa sam Jarosław Iwaszkiewicz, pisząc młody pan Kleniewski, syn pani Laury, zginął gdzieś na Podlasiu, a stary poszedł na dziesięć lat na Sybir. Ale majątku im nie skonfiskowano. Podobno pomógł im w tej sprawie pan Wydrychiewicz, który nie tylko sam się wyłgał, ale jeszcze i sąsiadów poratował.  Jest niemal pewne, że pierwowzorem Laury była księżna Aleksandra Franciszka Teofila Lubomirska (1788-1865), po mężu Rzewuska, jedyna córka Aleksandra Lubomirskiego i Rozalii z Chodkiewiczów.  Z pozoru może wydać się to niemożliwe, ale czy na pewno? Aleksandra Franciszka żyła w czasach nadzwyczajnych zawirowań politycznych: podczas zaboru austriackiego (do 1809), w okresie Księstwa Warszawskiego (1809-1813), w czasie okupacji rosyjskiej (1813-1815), w okresie konstytucyjnego Królestwa Polskiego (1815-1831), w czasach dwóch powstań narodowych (1830-1865). Urodziła się 3 września 1788 roku w Kijowie  (inne źródła podają Paryż). Jej matka, Rozalia niedługo po urodzeniu  wyjechała z nią do Francji. W czasie rewolucji francuskiej Rozalia z Chodkiewiczów Lubomirska została oskarżona o spisek kontrrewolucyjny, ponieważ utrzymywała kontakty z dworem Marii Antoniny. Z tego też powodu wraz córką trafiła do więzienia (Aleksandra Franciszka miała wówczas 5 lat).

Podobizna Rozalii z Chodkiewiczów Lubomirskiej jako Diany ze zbiorów Muzeum Zamoyskich w Kozłówce

Pomimo wysiłków dyplomatycznych i starań wpływowych postaci, m.in. Tadeusza Kościuszki, została zgilotynowana przez jakobinów 30 czerwca 1794 roku. Małą Aleksandrę Franciszkę szczęśliwie odnaleziono. Dokonał tego działacz emigracyjny Hipolit Błeszyński, który następnie przez Szwajcarię i Prusy przewiózł ją w rodzinne strony, do Opola Lubelskiego. Tam pozostała pod opieką ojca, aż do jego śmierci w 1804 roku. Wtedy też, na cześć swojej matki, Aleksandra Franciszka przybrała nowe imię – Rozalia. Po śmierci Aleksandra Lubomirskiego nowa dziedziczka, już jako Rozalia Lubomirska, pani na Opolu i Niezdowie, stała się wyjątkową partią. O jej rękę zabiegali przedstawiciel najświetniejszych rodów magnackich. Ale to rodzina zadbała o odpowiednie zamążpójście. Wybranek nazywał się Wacław Rzewuski. Był dalekim kuzynem Rozalii ze strony matki. Ślub odbył się w Wiedniu, w kilkanaście tygodni po śmierci ojca panny młodej. Wacław Rzewuski (zw. Emirem Tadż al-Fehr), zapisał się w historii jako słynny podróżnik, orientalista, a także znawca koni arabskich. Był bohaterem utworów m.in. Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Wincentego Pola. Niestety, jego zainteresowania kulturą Wschodu powodowały, że rzadko bywał w Opolu Lubelskim. Krzysztof Jastrzębski, autor monografii „Opole Lubelskie, historia miasta i powiatu” określił to krótko: „Na krótki czas wracał do żony, do Opola, co owocowało kolejnym potomkiem”. Z ich związku urodziła się czwórka dzieci: Stanisław, Leon, Witold i Kaliksta. Drogi małżonków rozeszły się ostatecznie z powodów politycznych. Rozalia Rzewuska była zdecydowaną monarchistką, przyjaźniła się z Joanną Grudzińską – księżną Łowicką, żoną wielkiego księcia Konstantego, została honorową damą cesarzowej Elżbiety, żony Aleksandra I. Natomiast Wacław Rzewuski oraz synowie: Stanisław i Leon angażowali się w działania powstania listopadowego (Leon Rzewuski za bohaterski udział w bitwach pod Wawrem i Grochowem otrzymał Złoty Krzyż Virtuti Militari II klasy).

Należy też wspomnieć o Kazimierzu Wydrychiewiczu. Otóż był to zwykły plebejusz. Plotkowano, że swoją karierę zaczynał jako szewc w Częstochowie. Kiedy trafił do Opola Lubelskiego, tego dokładnie nie wiadomo. Tam zatrudnił się u Rozalii Rzewuskiej jako oficjalista. Musiał wówczas wykazać się niezwykłym sprytem i zdolnościami administracyjnymi. Stał się zaufanym doradcą Rozalii Rzewuskiej. Szybko też zaczął się bogacić. W 1842 roku od opolskiej dziedziczki kupił klucz szczekarkowski z 11 wsiami, a w 1847 całe dobra opolskie. Już wtedy Rozalia Rzewuska mieszkała w Wiedniu lub w Warszawie, w okazałej kamienicy na rogu ulic Jasnej i Świętokrzyskiej. Kupiła też Starą Wiosnę niedaleko Nadarzyna (późniejszy Rozalin), w której w latach 1847-1857 postawiła okazały pałac według projektu Henryka Marconiego. Do Rozalina wprowadziła się razem ze swoimi oficjalistami z pałaców w Opolu Lubelskim i Niezdowie, których wcześniej wyrzucił Kazimierz Wydrychiewicz. Księżna Rozalia z Lubomirskich Rzewuska do końca życia odwiedzała swoje dawne dobra opolskie. Była tam kilka razy. W 1857 roku uczyniła na rzecz kościoła parafialnego w Wilkowie nad Wisłą wyjątkowy gest, jakim był tzw. wyderkaf. Było to wieczyste zabezpieczenie funduszy na odprawianie nabożeństw za dusze zmarłych członków jej rodziny. W tym celu zdeponowała 300 rubli srebrnych z procentem wypłacanym na św. Jana Chrzciciela. Zabezpieczeniem tych kapitałów było ustanowienie hipoteki na powyżej wspomnianej kamienicy w Warszawie. Było to spore wsparcie dla ubogiej parafii. W tym czasie obowiązki proboszcza pełnił ks. Józef Błażowski, uważany przez władze carskie za osobę niepewną politycznie. Jak widać nie przeszkadzało to księżnej Rozalii, by wspomagać buntownika i przyszłego uczestnika powstania styczniowego, a także organizatora szpitala powstańczego w Kazimierzu Dolnym.  Kapłani wilkowscy przez wiele lat modlili się za matkę księżnej, to znaczy Rozalię z Chodkiewiczów Lubomirską zmarłą tragicznie w 1794 roku; męża Wacława Rzewuskiego, który zginął w powstaniu listopadowym w 1831 roku, w bitwie pod Daszowem; syna Stanisława, oficera wojsk polskich, uczestnika powstania listopadowego, zmarłego w 1831 roku; syna Witolda, poległego w 1837 roku na Kaukazie, którego matka oddała do wojska rosyjskiego, by chronić majątek przed konfiskatą za udział jej męża i dwóch starszych synów (Stanisława i Leona) w powstaniu listopadowym; a także za przedwcześnie zmarłą w 1842 roku córkę Kalikstę. Jeszcze do lat 60. XX w. krążyła wśród mieszkańców Wilkowa opowieść, że dawno temu księża odprawiający w dni powszednie obowiązkowe poranne msze święte, zazwyczaj w pustym kościele, widywali zjawę, która ukazywała się w trakcie liturgii. W ostatnim rzędzie ławek pojawiała się, na chwilę, kobieta w woalce i czarnej sukni. Parafianie byli przekonani, że to duch dobrodziejki, księżnej Aleksandry Franciszki Teofili (później Rozalii) Rzewuskiej z domu Lubomirskiej.

Portret Rozalii Rzewuskiej, Jan Chrzciciel Lampi, obraz w zbiorach Zamku Królewskiego na Wawelu (domena publiczna)

Zajrzyjmy jeszcze do opowiadania Heydenreich Jarosława Iwaszkiewicza, które sprowokowało ten tekst. Robimy to z dwóch powodów. Pierwszy, to opis Kazimierza Dolnego. Tak widzi miasteczko z siodła swej gniadej klaczy oficer carski, Laudański:

Sierpień był piękny i przy chatach na niebiesko pomalowanych kwitły wysokie i jaskrawe malwy. (…) Ale Kazimierz to było jakieś dziwne miasto. Na rynku stały dziwaczne kamienice, niepodobne do niczego, co Laudański widywał, a żołnierzy kazał mu pułkownik rozmieścić w jakichś wysokich, murowanych budynkach – ni to świronkach, ni to kaplicach, stojących co kilkanaście kroków wzdłuż drogi, którą weszli od Opola. W budynkach tych było ciemno i wilgotno, na rynku było ładnie, ale pusto. Mieszkańcy wszystkich domów pochowali się i pozamykali okna, a nawet i okiennice, tam gdzie one były. (…) Żydzi się pochowali, ale i polskich mieszczan też nie było widać, a chociaż u fary dzwoniono i to bardzo długo, echo dzwonów rozchodziło się w powietrzu nad zastygłym miasteczkiem, jak nad zmarłą pustynią. (…) W dalszym ciągu Laudański podparłszy się jedną ręką w mocny bok, patrzył ze zdziwieniem na podłużny plac, na kamienice z dziwacznymi rzeźbami na froncie i na żydowskie, drewniane domki w głębi, w których wszelki duch zamarł.

Drugi powód jest trochę mniej czytelny, ale dla nas ważny. W opowiadaniu Heydenreich zatrzymuje się w Parchatce. Jedyny chłop w okolicy, który wspiera powstańców nazywa się… Michalak. Podejrzewamy, że w ten sposób Jarosław Iwaszkiewicz upamiętnił swoją długoletnią przyjaźń z malarzem, Antonim Michalakiem. Opowiemy o niej już wkrótce, m.in. na podstawie lektury Dzienników i Listów do córek.          

Janowiec Andrzeja Firleja

Maria Kuncewiczowa była pasjonatką Janowca.

Maria Kuncewiczowa w towarzystwie m.in red. Danuty Bieniaszkiewicz na spotkaniu w Janowcu, rok 1986 (archiwum Dom Kuncewiczów MNKD)

Niewielu o tym wie, ale to właśnie to miasteczko najchętniej pokazywała zagranicznym gościom. Swój wybór motywowała następująco: Stamtąd jest jeden z najpiękniejszych widoków, jakie znam. I to mówię z całym poczuciem odpowiedzialności; a widziałam wiele krajów. Widok ze wzgórza janowieckiego na te łęgi, te pastwiska, tę rzekę w tak patetycznych skrętach, widok na Kazimierz stamtąd, potem te przewspaniałe łąki utkane kwiatami jak rzadko która łąka na świecie – to wszystko jest niezmiernie piękne i robi wrażenie na osobach rozmaicie usposobionych i przybywających z różnych stron świata. Nasza francuska przyjaciółka, wdowa po sekretarzu generalnym Pen-Clubu, pani, która wiele podróżuje – zamożna, samotna, sangwiniczna Francuzka – po spacerze w Janowcu wykrzyknęła : „To jest tak piękne, że w ogóle nie kwalifikuje się do określenie „ładne”, tylko to jest piękne, to jest arcypiękne”.

Potwierdzeniem tej tezy niechaj będzie galeria zdjęć z Janowca, autorstwa Piotra Makowskiego.

Ciekawe, czy tom właśnie widok z janowickiej skarpy zainspirował ród Firlejów do osiedlenia się w Janowcu? Nieco światła na tę historię postanowił rzucić nasz współautor, red. Janusz Ogiński.

Andrzej Firlej herbu Lewart to jedna z barwniejszych postaci czasów Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Był zdolnym wojskowym i trybunem szlacheckim. O jego ambicjach politycznych i popularności wśród szlachty lubelskiej może świadczyć chociażby jego samowolne obwołanie kasztelanem lubelskim w 1576 roku. W latach 1569-1585 pełnił urząd sekretarza królewskiego, a także starosty sandomierskiego. Wsławił się jako ten, który z pomocą Santi Gucciego przekształcił zamek-warownię w Janowcu n. Wisłą w wygodną renesansową siedzibę rodową. W innym królewskim mieście, Sandomierzu, uznawany był za łotra i bezwzględnego ciemiężcę mieszczan i kmieci z okolicznych wiosek. Czy na pewno zasługuje na tak surowy osąd?

Andrzej Firlej, fot. portretu www.wikipedia.pl

Andrzej Firlej urodził się ok. 1537 roku. Był synem polskiego magnata, wojewody ruskiego Piotra Firleja herbu Lewart i Katarzyny z Tęczyńskich herbu Topór. Ich dobra rodowe znajdowały się w Dąbrowicy koło Lublina, z czasem powiększone o Janowiec nad Wisłą i Lubartów. Andrzej Firlej miał dwóch starszych braci: Jana i Mikołaja oraz trzy siostry: Annę, Jadwigę i Barbarę. Nie jest to potwierdzone w archiwalnych dokumentach, ale z pewnością rodzice zadbali o jego wykształcenie. Wiadomo tylko tyle, że w 1551 roku zapisał się na studia uniwersyteckie w Królewcu. Dobrze posługiwał się językiem francuskim. Miał też dar oratorski, co ułatwiło mu karierę polityczną. Po śmierci ojca w 1553 roku, podczas podziału spadku, Andrzej Firlej otrzymał zamek w Janowcu wraz przyległościami. Przed 1563 rokiem ożenił się z Barbarą, córką wojewody płockiego Feliksa Szreńskiego herbu Dołęga i Barbary z Kościeleckich herbu Ogończyk. Z ich związku urodził się syn Feliks, który zmarł w wieku młodzieńczym w 1576 r., a potem jeszcze dwie córki: Dorota i Anna.

Karierę w służbie publicznej Andrzej Firlej rozpoczął w 1563 roku, jako rotmistrz zaciężnych wojsk jazdy koronnej w wojnie z Moskwą. W 1569 roku został sekretarzem królewskim, a także starostą sandomierskim. Nominacja była nagrodą za wspieranie króla Zygmunta Augusta w dążeniach do zawarcia Unii Lubelskiej. Należy dodać, że był to nie byle jaki prezent, ponieważ starostwo sandomierskie było najbogatszą królewszczyzną na terenie powiatu sandomierskiego. Obejmowało miasto Sandomierz z pięcioma przedmieściami i wsiami wójtowskimi: Ocinek, Radoszki i Wysiadłów (wsie w gminie Wilczyce), ponadto dwa  miasta Osiek i Połaniec, a także 34 wsie, w tym m.in.: Jastkowice z sołectwem, Nisko, Przyszów, Pysznicką Wolę (obecnie Pysznica) z wójtostwem, Tanew (obecnie Wólka Tanewska), Zarzecze, a także 3 osady, gdzie znajdowały się kuźnice żelaza: Bakierczyki (obok Przyszowa), Jastkowska i Studzieniec. W skład tej domeny królewskiej wchodziła także Puszcza Sandomierska. Również po wyborze Stefana Batorego na króla, Andrzej Firlej stał się jego wiernym stronnikiem. W podzięce władca przyznał mu 1200 florenów gratyfikacji z posiadanego już starostwa sandomierskiego. W tych czasach zmieniła się forma władania starostwem (z korzyścią dla Firleja). Z obowiązującego  zarządu do wiernych rąk (władanie starostwem za szczególne zasługi), ustalono arendę, czyli dzierżawę z dokładnie określonym czynszem wynoszącym 1705 florenów.

Skan lokacji dwóch wsi: Kurzyna i Jarocin (powiat niżański), którego oryginał znajduje się w Archiwum Akt Dawnych w Warszawie. Lokacja ta nie była przypadkowa, bowiem istniejące do dziś wioski znajdują się blisko rzeki Tanew. Jeszcze przed lokacją tych miejscowości przez Andrzeja Firleja, wybierano tam w dużych ilościach rudę darniową (dziś wieś Ruda Tanewska). Było to idealne miejsce -wokół lasy zapewniające drewno do procesu hutniczego, ogromne pokłady rury i w pobliżu rzeka. Na Tanwi powstały wówczas młyny wodne do mielenia rudy, a obok piece hutnicze do wytopu i kuźnice do obróbki surówki żelaza. Do pracy w tym „okręgu przemysłowym” potrzebna była siła robocza. Dzięki takim inwestycjom Andrzej Firlej mógł zdobywać fundusze m.in. na budowę zamku w Janowcu nad Wisłą.

Trudno dociec kiedy Andrzej Firlej zainteresował się nowinkami różnowierczymi, napływającymi z Zachodu. Niewykluczone, że stało się to podczas pobytu w Królewcu. Chociaż rodzice trwali w wierze katolickiej, on sam uległ nowym prądom religijnym i został kalwinem. Potrafił być tolerancyjny wobec innych wyznań. Po objęciu Janowca zdecydował, że nowy kościół katolicki zbudowany tam przez ojca, zamieni na zbór kalwiński, ale przylegający do tej świątyni stary gotycki kościółek pozostawił katolikom. Była to rzecz niezwykła, bo zazwyczaj magnaci protestanccy przepędzali kler katolicki, a poddanych zmuszali do przyjęcia nowej wiary. Tak było u Słupeckich w Opolu Lubelskim, gdzie katolikom nie wolno było odprawiać jakichkolwiek praktyk religijnych. Z konieczności mieszczanie opolscy potajemnie brali śluby i chrzcili dzieci w Chodlu, parafii katolickiej odległej od Opola prawie 20 kilometrów.

Andrzej Firlej był jednym z inicjatorów zawarcia tzw. Zgody Sandomierskiej. Podjął się też wspólnie z wojewodą krakowskim, Stanisławem Myszkowskim zorganizowania słynnego na całą Europę zjazdu polskich innowierców. W założeniach tego zgromadzenia było przyjęcie konfesji, czyli wspólnego wyznania wiary, dokumentu regulującego dogmatykę i funkcjonowanie kościołów reformowanych. W zjeździe sandomierskim, który odbył się na początku kwietnia 1570 roku, wzięły udział poselstwa z całej Rzeczypospolitej, a także kilkutysięczna rzesza protestanckiej szlachty. Początkowo dyskutowano nawet z duchownymi katolickimi i szlachtą ariańską. Jednak ze względu na ogromne różnice dogmatyczne odsunięto ich od obrad. Podczas debaty przedstawiciele kalwinistów i braci czeskich szybko zaakceptowali założenia konfesji, lecz luteranie mieli szereg wątpliwości. Akt tzw. Zgody Sandomierskiej zawarty został ostatecznie12 kwietnia 1570 roku.

Andrzeja Firleja cechowała też porywczość i awanturnictwo. Dopuszczał się nawet rękoczynów. Jako nowo mianowany starosta wadził się z mieszkańcami Sandomierza. Zmuszał ich do nadmiernych danin na rzecz zamku, bezprawnie zabierał prywatne mienie, opornych zamykał w lochach zamkowych, a jednego z mieszczan sandomierskich, Jana Czapnika, pobił za to, że nie chciał składać fałszywych zeznań. Dochody z tytułu pełnionej funkcji starosty też nie satysfakcjonowały w pełni Andrzeja Firleja. Nie bacząc więc na obowiązujące prawodawstwo i obyczaje, rozpoczął nieuczciwe praktyki wobec mieszkańców ziemi sandomierskiej. Kmieci pozbawił prawa korzystania z puszczy. Do prac pańszczyźnianych zmuszał wolnych dotąd łowców królewskich, luźnych dzierżawców, pracowników hut, kuźnic i kopalń rudy darniowej oraz wybrańców zwanych też  piechotą łanową. Nagminnie zamieniał grunty kmiece. Dawał liche ziemie, a lepsze pola dołączał do swoich folwarków. Stosował również praktykę poddzierżawiania ziem starostwa za określone czynsze, co znacznie zubażało królewszczyzny, ale staroście przysparzało ogromne dochody. Dążąc do osiągnięcia maksymalnych zysków, podobną rabunkową gospodarkę prowadził także w lasach należących do starostwa. Nie dziwią więc niepochlebne informacje o Andrzeju Firleju, znajdujące się w „Monografii miasta Sandomierza” autorstwa ks. Melchiora Bulińskiego, którą w 1879 roku wydała warszawska Drukarnia F. Czerwińskiego i S. Niemiery. Podobne opinie zawiera również zbiór rozpraw i artykułów pt. „Puszcza Sandomierska wczoraj i dziś”, wydanych pod red. prof. Józefa Półćwiartka w 1980 roku przez Towarzystwo Przyjaciół Regionu Lasowiackiego w Stalowej Woli.

Trzeba jednak przyznać, że mieszkańcy ziemi sandomierskiej odpłacali Firlejowi pięknym za nadobne. Słaba jakość gleb, głównie piaszczystych, a także wzrastająca liczba mieszkańców, powodowały, że kmiecie wzmogli karczunek puszczy. Oprócz legalnego powiększania areału uprawnego za zgodą starosty, zaczęli też na własną rękę wycinać lasy przylegające do wiosek. Proceder ten nasilił się szczególnie po 1570 roku. Starosta Andrzej Firlej, widząc znaczne powiększenie nielegalnych pól uprawnych, nakazał przeprowadzić pomiary tychże nowizn, a następnie uprawiającym te pola narzucił dodatkowe świadczenia czynszowe. Wzbudziło to powszechne niezadowolenie poddanych. Jako pierwsi przeciwko Andrzejowi Firlejowi wystąpili mieszkańcy klucza przyszowskiego. Kmiecie ze wsi Nisko, Zalesie, Pławo i Zarzecze na wieść, że w dniach 8 i 9 maja 1578 r. za zaproszenie Jana Zamoyskiego będzie gościł w pobliskim Tarnogrodzie i Zamchu (obecnie pow. biłgorajski) król Stefan Batory, wybrali się tam ze skargą na sandomierskiego starostę. Wystąpienie przeciwko Andrzejowi Firlejowi wznieciło kolejne protesty, które ogarnęły pozostałe wsie klucza przyszowskiego: Jastkowice, Pysznicką Wolę (Pysznicę), Przyszów, Stany, Jeżowe, a także wsie klucza sandomierskiego, m.in. Gorzyce, Zbydniów, Grębów, Sokolniki, Chmielów, Mokrzyszów. Następnie przeniosły się za Wisłę, do wsi z klucza Osiek i z klucza Połaniec.

W odwecie starosta Andrzej Firlej wzmógł ucisk, a przywódców rokoszan, za jakich uważał kmieci z Niska, Pława i Zarzecza, zamknął w lochach zamku sandomierskiego. Oskarżył ich też przed królem o nieposłuszeństwo. W konflikcie król Stefan Batory stanął jednak po stronie mieszkańców ziemi sandomierskiej. Wezwał Andrzeja Firleja do Warszawy i na sejmie walnym koronnym w dniu 10 listopada 1582 roku wydał pomyślny dekret dla kmieci z Niska, Pława i Jeżowego. Potem jeszcze na zjazdach w marcu 1583 roku w Niepołomicach i w kwietniu tego samego roku w Sandomierzu, też w obecności starosty, monarcha wydał kolejne orzeczenia dla innych wsi w ziemi sandomierskiej. To jednak nie doprowadziło do załagodzenia konfliktów. W związku z tym król Stefan Batory stosownym aktem, wydanym 28 czerwca 1583 r. w Krakowie, powołał specjalną komisję skierowaną do starostwa sandomierskiego, która na miejscu, w obecności starosty i kmieci, miała kolejno wysłuchiwać stron konfliktu, przeprowadzać dochodzenia oraz pomiary, a następnie wydawać orzeczenia zatwierdzone przez króla. Niedługo po tym, komisja królewska rozpoczęła objazd po starostwie sandomierskim, zaczynając od dóbr w Padwi, Tuszowie i Woli Raniżowskiej. Każdorazowo po wysłuchaniu skarg kmieci i wyjaśnień starosty, dokonywano lustracji i pomiarów. Wszędzie, gdzie starosta odjął grunty kmieciom, nakazywano ich zwrot. Ale za nielegalne nowizny nakazywano oddawać świadczenia feudalne. Potem przyszła kolej na pozostałe wsie królewskie.

Dokonując przeglądu klucza przyszowskiego, niejako przy okazji, komisja wytyczyła na nowo obręby tutejszych majątków królewskich. Według tego pomiaru granice gruntów domeny przyszowskiej prowadziły od wsi Racławice (dziś Racławice k. Niska) przez gościniec przyszowski i sandomierski, aż po San ku Pysznicy oraz po granice wsi Jeżowe i Przyszów. W granicach klucza znajdowały się już trzy nowe wioski, których założycielem był starosta Andrzej Firlej. Dwie z nich to Kurzyna i Jarocin, powstałe na mocy jednego dokumentu lokacyjnego, wydanego przez króla Zygmunta Augusta w 1571 roku. Osady te umiejscowione zostały na gruntach leśnych, za rzeką Tanew. Każda z wiosek otrzymała wówczas po 6 łanów na urządzenie sołectwa oraz 15 lat wolnizny na zagospodarowanie. Poza tym osiedleńcy mieli prawo korzystać z zasobów leśnych i zakładać barcie. Trzecią był Kamień, osada która powstała w 1578 r. za zgodą Stefana Batorego. Jego mieszkańcy również otrzymali od króla przywileje, m.in. byli zwolnieni przez 20 lat od pańszczyzny, mieli prawo zakładania barci oraz wypasu bydła i trzody w lasach starostwa, a także zgodę na łowienie za pomocą sieci

Janowiec nad Wisłą, fot. J. Ogiński

A gdzie w tej historii plasuje się Janowiec? Andrzej Firlej odziedziczył dobra janowieckie około  roku 1553, a następnie rozpoczął intensywne prace, służące przekształceniu dawnej warowni na janowieckim wzgórzu w rezydencję rodową. Pod kierunkiem najwybitniejszego z architektów i rzeźbiarzy, działających w Rzeczypospolitej w II połowie XVI wieku, Santi Gucci Fiorentino rozpoczęto gruntowną przebudowę. Architekturę zamku uporządkowano, dodając skrzydła mieszkalne wzdłuż murów obronnych. Połączyły je krużganki. Rezydencja miała około100 komnat, 7 dużych sal (biesiadnych) oraz dwa dziedzińce. Swoje zasługi w finansowaniu prac miał bywalec dworu Firlejów w Dąbrowicy, przyjaciel Mikołaja Firleja, poeta Jan Kochanowski. W dawnych rejestrach można znaleźć informację o tym, że 25 stycznia 1580 roku pożyczył Firlejowi 7.700 florenów, 5 czerwca 1581 roku – 6.600 florenów, a 31 stycznia 1583 roku – 2.100 florenów. Pożyczki były szybko zwracane poecie, a sam Kochanowski ponoć wielokrotnie gościł w Janowcu.

Grobowiec Andrzeja Firleja z kościoła w Janowcu, fot. J. Ogiński

Andrzej Firlej zmarł w 1585 roku. Był chyba na to przygotowany, bo wcześniej zlecił wykonanie okazałego grobowca w apsydzie janowieckiego zboru, po jego lewej stronie. Zgodnie z ówczesną manierą, grobowiec został zbudowany jako piętrowe mauzoleum, w którym górna część była przeznaczona na doczesne szczątki fundatora, a niżej dla jego małżonki. Autorem nagrobka był mistrz Santi Gucci z Florencji.

Inskrypcja Tarłów na nagrobku Firlejów, fot. J. Ogiński

Jednak gdy spojrzymy na napis nagrobny pojawia się zaskoczenie, bo epitafium podaje, że w grobowcu są pochowani Stanisław i Barbara Tarłowie. Cóż więc się stało? Jak wiadomo, Andrzej Firlej był zagorzałym zwolennikiem reformacji i jako kalwin zamienił należącą do niego świątynię katolicką na zbór protestancki. Tam też pochowano go, a także jego małżonkę Barbarę ze Szreńskich. Kiedy przy końcu XVI wieku dobra janowieckie przeszły we władanie trwających w wierze katolickiej Tarłów, w osadzie umocniła się kontrreformacja. Świątynia została ponownie konsekrowana otrzymując wezwanie św. Stanisława Biskupa Męczennika i św. Małgorzaty. Nowi właściciele zadbali również o jej odpowiedni wystrój i wyposażenie. Wdowa po Stanisławie Tarle, Barbara z Dulskich, usuwając ślady po innowiercach podjęła też decyzję o zajęciu mauzoleum. Z tablicy nagrobnej nakazała usunąć napisy poświęcone Firlejom, a w tym miejscu wykuć panegiryk na cześć swojego małżonka, który kościół janowiecki przez arian sprofanowany do kościoła rzymskokatolickiego przywrócił. Zagarnięcie grobowca być może zostałoby zapomniane, gdyby nie fakt, że ten czyn zdradzają pozostawione herby Firlejów i Szreńskich, wykute na nagrobku przez Santi Gucciego. Pozostaje jeszcze pytanie, co stało się z doczesnymi szczątkami Barbary i Andrzeja Firlejów? Otóż pogrzebano je prawdopodobnie na przykościelnym cmentarzu, w zbiorowej mogile przy murach kościoła, w której okresowo gromadzono kości znalezione podczas kopania nowych grobów. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Do takiej prowizorycznej kostnicy trafiały szczątki nie tylko zmarłych mieszczan i kmieci z janowieckiej parafii, ale także szlachty.

Wisłą z flisakami

W naszym przypadku wszystko zaczyna się od… obrazka. W kolekcji zdjęć Stanisława Jacka Magierskiego, wykonanych w okolicach Kazimierza Dolnego w latach 30. XX wieku są m.in ludzie Wisły. Tak można określić tych, którzy żyli z rzeki. A że fotografie w ogóle się nie zestarzały, zamieszczamy je poniżej.

Pewnie jest to telepatia, ale wiślany temat powrócił do nas w postaci opowieści naszego współautora, red. Janusza Ogińskiego. To opowieść o flisakach. Zapraszamy na wyprawę. Będzie ona nie tylko historyczno-podróżnicza, ale także językowa. czy wiecie, że określenie „frycowe” zawdzięczamy flisackim tradycjom?

O Kazimierzu Dolnym można znaleźć informacje nie tylko w lokalnych publikacjach, ale też w opracowaniach, odnoszących się do innych miejscowości. Za przykład niechaj posłuży książka „Flisacki Ulanów” autorstwa ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego, wydana przez stalowowolskie Wydawnictwo Sztafeta w 1997 roku. .Książka, podobnie jak publikacja „Szkutnictwo i szkutnicy w Kazimierzu Dolnym w XVI-XVIII wieku” Józefa Kusa z Archiwum Państwowego w Lublinie (wyd. w 1986 r. przez Towarzystwo Opieki nad Zabytkami Oddział w Kazimierzu) uznawana jest za kompendium wiedzy o dawnej żegludze śródlądowej.

Jeden z rozdziałów „Flisackiego Ulanowa”, zatytułowany „Flisactwo” jest poświęcony komunikacji rzecznej. Autor opisał w nim flisackie struktury organizacyjne, nazewnictwo związane z transportem wodnym, a także tradycje handlowe miasteczek wzdłuż Sanu i Wisły. Jako historyk i etnograf uzupełnił publikację o flisacki folklor. Właśnie w tej części znajdziemy wzmiankę o Kazimierzu Dolnym. Odnosi się ona do obrzędu, związanego z przyjmowaniem tzw. fryca do grona oryli, czyli pasowania na pełnoprawnego flisaka. Jeśli ta rekomendacja rozbudziła Państwa ciekawość, to zacytujmy fragmenty flisackich opowieści z kart publikacji ks. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego.

„Puszcza Sandomierska znana była już w XVII stuleciu z wywozu drewna. Jednakże szczegółowa analiza rodzimych tekstów źródłowych XVII w. doprowadza do przekonania, że Lubomirscy (z Charzewic – przyp. red.) nie byli nastawieni w tamtym czasie na eksport budulca. Stało się to dopiero w następnym stuleciu, a zwłaszcza w drugiej jego połowie. W tym czasie rozwinęło się flisactwo. Tutejsi ›oryle‹, bo tak pospolicie nazywano trudniących się spławem drzewa, zaciągali się do pracy nie tylko na miejscu (w Charzewicach – przyp. red.), ale wędrowali w tym celu także do Ulanowa i Sieniawy. Według bardzo niedokładnej listy, ułożonej w 1900 roku, na flis wyjechało z tutejszej okolicy ponad 70 mężczyzn, w tym co najmniej 25 z Pława. Brak zarobków, a także chęć przygód zapewniały początkowo flisactwu powodzenie. Jan Słomka twierdził, że oryle zarabiali pierwotnie od 100 do 200 koron. Wynagrodzenie to zostało obniżone w następnych okresach. Relacjonując sprawę zarobków pilchowianie (mieszkańcy wsi Pilchów – przyp. red.) utrzymywali, ›jak oryl dobrze oszczędzał, to za zapłatę mógł się okryć, kupić sobie buty, czasem także wojskowy płaszcz rosyjski i jeszcze do domu coś z tego oddał‹. Natomiast jastkowiczanie twierdzili, ›iż zarobiło się na parę butów sokołowskich (szytych w Sokołowie Małopolskim – przyp. red.) i na roczny podatek‹.

Praca flisaków była bardzo uciążliwa, niewygody podróży duże, organizowane we własnym zakresie odżywianie częstokroć niedostateczne. Toteż kiedy wzrosła popularność wyjazdów za granicę, flis zaczął podupadać. W okresie międzywojennym stawki wynagrodzeniowe uległy znów zwyżce i osiągały niekiedy 100-120 zł. Ale w tym czasie spław drzewa był już wypierany przez transport kolejowy. Tratwy na tym terenie montowano po raz ostatni w latach pięćdziesiątych. Zbijanie tratew, podobnie jak zwózka materiału na brzeg rzeki, nie wchodziło w zakres zajęć flisackich. Montażu tratew dokonywała grupa mężczyzn obznajmionych z pracą ciesielską, pod kierunkiem majstra, zwanego ›retmanem‹, który następnie kierował spławem drzewa. Zarówno miejsce, gdzie montowano tratwy oraz samą czynność zbijania zwano ›bindugą‹. Na omawianym obszarze znajdowało się pięć takich miejsc: w Pławie na błoniu nadsańskim, w ›chruścinie‹ położonej między Karnatami i Podsaniem, w Brandwicy na tzw. ›obladzie‹, nieco dalej na terenie posiadłości w Rzeczycy Długiej, które określa się mianem „w zatorach”, wreszcie w pobliżu Kępy. Drzewo na tratwy dostarczano na brzeg Sanu już w zimie. Do zbijania tratew przystępowano bezpośrednio po spłynięciu lodów i opadnięciu wody. Wstępną czynnością było odpowiednie przygotowanie brzegu rzeki w tym miejscu, gdzie przewidywano spuszczanie kloców do wody. Po odpowiednim więc wyrównaniu skarpy brzegowej, montowano pochylnię z kliku drągów, zwanych ›lgami‹. Kloce sortowano na brzegu według wielkości, by poszczególne tafle posiadały równe boki. Podczas opuszczania ich po pochylni pomagano sobie drągami i hakami, które pospolicie zwano ›bosakami‹. Drzewo układano w taflach jednokierunkowo, tj. wierzchołkami w stronę spływu wody. Poprzecznie wiązały je dwie ›spągi‹, które przytwierdzano do poszczególnych kloców masywnymi gwoździami o długości 20-25 cm. Szerokość każdej tafli nie przekraczała 7 metrów. Długość była różna. Spławiano także kantówkę, nawet dębową, którą nazywano tutaj ›plansumami‹. Poza tym spławiano podkłady kolejowe, te jednak układano w taflach na wzór wiązania elementów murarskich. Tafle formowano w ›pasy‹. Zazwyczaj w jeden pas ›spinano‹ 6-10 tafli, co mogło stworzyć szereg do 150 m długi. Do wiązania używano początkowo wici dębowych lub brzozowych, nazywanych ›pętami‹. W późniejszych czasach zastąpiono je metalowymi linami. Cztery pasy usytuowane równolegle tworzyły jedną tratwę. Zestaw ten był powszechnie stosowany nad dolnym Sanem. Natomiast na Wiśle, gdzie woda była głębsza, tratwy poszerzano dodatkowo o 2, a nawet 4 pasy. Pierwszemu szeregowi tafli nadawano miano ›głowy‹ , tylnym ›cala‹, środkowe zaś tworzyły ›buchtę‹.

Każda tratwa wyposażona była w urządzenia hamujące, sterownicze, przyrządy odpychające i przyciągające, budy noclegowe oraz ›kuchnię‹. Urządzenia hamujące mieściły się na głowie i calu tratwy, a jeśli była zbyt długa, także na środkowych taflach buchty. Były to jakby szpary (szer. 20-25 cm, dł. ok. 2 m), utworzone pomiędzy dwoma klocami i obramowane wokoło średnio grubymi bierwionami w formie niskiej skrzyni. W opisane otwory wtykano ›śryki‹, czyli brzozowe drągi około 6 m długie, które po opuszczeniu do dna rzeki i usztywnieniu w pozycji pionowej, unieruchamiały tratwę. Do usztywnienia śryków służył ›walec‹, umieszczony pomiędzy klinami, które nosiły nazwę ›tryblów‹ lub ›tubów‹ (Brandwica), i tkwiły ukośnie w obramieniu skrzyni. Śrykom, znajdującym się w zewnętrznych pasach, nadawano określenia: z lewej strony – ›ardfulne‹, z prawej – ›jałowe‹. W związku z tym komendy brzmiały: ›puszczaj‹ albo ›wybijaj ardfulnego‹, ›dawaj jołowego‹. Wybijanie śryków polegało na podważaniu drągiem walca w ten sposób, ›by wyskoczył z tyblów‹, po czym zwolniony śryk wyjmowano na wierzch tafli. Według J. Partyki, przednie śryki służyły do hamowania, na przykład kiedy zachodziła potrzeba skierowania tratwy do brzegu, albo ostrożnego przeprowadzenia jej przez zwężone przepływy wód. Przy unieruchomieniu tafli zapuszczano śryki na calu, oraz jeśli zachodziła potrzeba, także na buchcie.

Do sterowania służyły ›drygawki‹. Kształtem przypominały prymitywne wiosła o długości 6-7 m, które osadzano na masywnym kołku wbitym w spągę, zwanym ›kurczem‹. Również i w tym miejscu montowano obudowę z bierwion w formie trójkąta, której nadawano określenie ›stolca‹. Drygawki znajdowały się na początku i na końcu każdego pasa. Uruchamiano je na zakrętach i oraz w czasie przycumowywania i odbijania od brzegu. Hasło do ›robienia drygawkami‹ dawał prowadzący, nawołując ›głową do lądu‹ lub ›calem na wodę‹. Obok tego do popychania nieodzowne były drągi, które zwano również ›śprycami‹, oraz haki, których zapas zawsze znajdował się zawsze na tratwie. Pomagano sobie nimi również przy spychaniu tratew z mielizny.

Ilość szałasów noclegowych odpowiadała liczbie obsługi. Zazwyczaj w każdej budzie mieszkało po dwóch orylów. Retmanowi budowano szałas obszerniejszy od innych, który zajmował wyłącznie on sam. Na jego też budzie umieszczano w okresie międzywojennym pokaźną tabliczkę drewnianą z dużym napisem, oznajmiającym skąd i dokąd płynie tratwa oraz czyją stanowi własność. W umieszczaniu szałasów istniała dowolność. Jedni budowali je na pierwszych i końcowych taflach, inni zaś na buchcie. Szałasy miały kształt podłużnego stożka, z trzech stron zasłoniętego słomianymi matami. Wnętrze było wysłane także słomą. Oprócz spędzania w nich nocy i chronienia przed deszczem, szałasy służyły za przechowalnię odzieży i zapasów żywności.

Wymienione powyżej wyposażenia przygotowywali robotnicy. Najęci flisacy urządzali sobie jedynie kuchnie. Mianem tym określano niewielkie skrzynie, zbite z desek i opatrzone w dna. Wypełniano je ziemią, mułem i piaskiem, co chroniło przed przedostaniem się żaru do kloców tratwy. W celu zabezpieczenia ognia przed podmuchami silnego wiatru, pleciono z ›pręci‹ półkoliste płotki, które ustawiano zawsze od strony ›przeciągu‹, czyli jak mówiono ›od psiej dziury‹. Gotowano w żeleźniakach, słoninę zaś smażono w rynkach. Pewną ilość prowiantu zabierano z domu jak: ziemniaki, mąka, kasza jęczmienna, słonina, sól, kawa, cukier, czasem jajka. Zapasy uzupełniano w miarę potrzeby, w czasie postojów. Flis posiadał swoistą organizację. Przedsiębiorca handlu drzewem lub jego agent angażował ›retmana‹, z którym zawierał kontrakt, przewidujący między innymi miejsce i czas dostawy materiału spławnego, jego ilość, wynagrodzenie za wykonaną pracę, które obejmowało tzw. ›myto‹, czyli honorarium ›retmana‹ oraz ›strawne‹, to jest dzienne zapłaty dla oryli. Kupiec załatwiał również sprawy paszportów i odpraw celnych przy przejeździe przez granicę austriacko – rosyjsko – pruską. Retman z kolei dobierał odpowiednią ilość flisaków. Musieli być to ludzie młodzi, zdrowi i silni, gdyż spław zaliczano do prac akordowych. Zdarzało się, iż jeden retman podejmował się prowadzenia równocześnie dwóch, a nawet trzech tratew. W takich wypadkach zmuszony był angażować spośród wytrawnych oryli jednego lub dwóch zastępców, zwanych ›retmańczykami‹. Poza tym wyznaczał ›przedników‹, ›ardfulnego‹ i ›jałowego‹, którzy płynęli na głowie tratwy. Z tych, ardfulny uchodził za starszego rangą, jemu też przypadało wyższe wynagrodzenie od pozostałych flisaków. Retmańczykowie czuwali nad sprawnym wykonaniem wszystkich prac. Retman natomiast posługując się niewielką krypą, wyprzedzał zazwyczaj tratwy, wyznaczając, zwłaszcza na rozlewiskach, najbardziej dogodną trasę spływu.

Flisacy wybierali niekiedy spośród siebie wójta, który dbał o interesy ogółu, zbierał składki na wspólne poczęstunki, a także na msze do św. Barbary, czczonej w kościółku nadsańskim w Ulanowie oraz w rozwadowskim klasztorze kapucynów. On też przewodniczył w przyjęciu do grona oryli ›fryców‹, czyli tych, którzy po raz pierwszy wyruszali w flis.

Od fryców żądano wkupnego poczęstunku, który nazywano ›frycówką‹ lub ›frycowem‹. Na opornych wywierano presję, opowiadając makabryczne historie. Kilka takich opowiadań spisał na Zasaniu Wł. Wermiński. Zacytujmy jeden z fragmentów: ›fryc, który nie chce się okupić, będzie musiał w Kaźmirzu wyłazić z portkami pełnymi piosku na wysoką wieżę, w której nie ma drabiny tylko słup, nie ma też żadnych drzwi ani okien. W tej wieży został zamurowany kiedyś jakiś Maciek, który z głodu poogryzał sobie palce u rąk i umarł. A teraz każdy fryc musi na jego grób wynosić pioch w portkach‹.

Ponieważ przybijano do brzegu tylko w noc i przystanek w rzadko wypadał w Kazimierzu nad Wisłą, więc wymyślono nową anegdotkę: ›w Toruniu stoi na rynku kamienna baba, którą fryc będzie musiał przy wszystkich pocałować w d…, i tam mu już nie ujdzie na sucho, bo w Toruniu jest komora graniczna i z tego powodu postój będzie dostatecznie długi, żeby wypełnić wszystko dokładnie‹. Oprócz tego zadręczano fryców pytaniami, ›czy nauczyli się pacierza orylskiego?‹ Za naukę żądano okupu. W końcu oznajmiano z uśmiechem, że jest to najkrótszy pacierz, bo brzmi: ›Pirsze Toruń, drugie Świecie, Grudziądz trzecie‹.

Codzienny program zajęć flisaków przedstawiał się następująco: o świcie rozpoczynano przygotowanie do śniadania. W tym czasie retman penetrował najbliższy odcinek spławu. Po spożyciu posiłku zwalniano tratwy z uwięzi. Jeśli nie zaistniały przeszkody, spław kontynuowano do zachodu słońca. Przerwy zdarzały się na skutek ulewy albo ›posadzenia‹ drzewa na mieliźnie, co prowadziło niejednokrotnie do zdemontowania tratwy na pasy, by je przeprowadzić przez wąskie przesmyki głównego nurtu rzeki. W ciągu dnia gotowano obiad, spożywano go, prano bieliznę. Kolację przyrządzano po przycumowaniu tratwy do brzegu. W nocy flisacy odbywali na przemian ›stróżę‹, ponieważ na obszarze byłego zaboru rosyjskiego, który tutejsi oryle zwali pospolicie ›rusko – polskim‹, zdarzały się kradzieże śryków, drygawek, śpic, itp. Czuwający, dostrzegłszy lub usłyszawszy podpływanie łodzi, ostrzegał innych wołaniem ›buksa idzie‹. Płoszony złodziej posyłał takiemu zazwyczaj kilka przekleństw i znikał w ciemności, by po pewnym czasie próbować na powrót szczęścia w innym miejscu. Podobne incydenty nigdy nie zdarzały się na terenach zaboru pruskiego, gdzie zdaniem tutejszych orylów, ›ciężko było o kawałek drzewa‹. Tamtejsza ludność chętnie udawała się nawet w nocy do flisaków z prośbą o sprzedanie każdego zbędnego kawałka opału. Życie na tratwie było mało urozmaicone i wypełnione żmudną pracą od świtu do nocy. Nic przeto dziwnego, iż nowo zaciągnięci fryce rezygnowali już po pierwszym dłuższym postoju w Zawichoście. O takim wyrażano się z pogardą i drwinami, nazywając ich ›orylami do wybiegu‹ czyli od ujścia Sanu do Wisły; mówiono także: ›poszedł na flis rano a na drugi dzień matka jego nie zdążyła jeszcze odcedzić zimioków na wieczerzę, gdy on wrócił z flisu‹ (Jastkowice, Rzeczyca Długa).

W okresie galicyjskim transport drzewa rzadko docierał do Gdańska. Starzy tutejsi flisacy pamiętają stosunkowo dobrze trasę, którą przemierzali w tamtych czasach. Najpierw była komora celna w ›Zajchoście‹, gdzie rozpoczynała się ›Ruskopolska‹, następnie mijano ›Kaźmirz‹, Puławy, ›Iwangród‹ (Dęblin), Kalwarię, ›Warsiawę‹, Płock, ›Brocławek‹, Nieszawę, gdzie znajdowała się komora ›ruskopolska‹ od strony Prus, wreszcie Toruń i ›Siulecko‹ czyli Solec Kujawski. Tu najczęściej następowało zdanie tratew. Czasem jednak spławiano dalej do ›Bidgoszcze‹, względnie do Gdańska przez Świecie, ›Grudziuz‹ i ›Cców‹ (Tczew). Pokonanie trasy zajmowało około 6 tygodni. U celu podróży następowało rozwiązanie umowy. Retman sprzedawał pozakontraktowy materiał, na który składały się przeważnie listwy wiążące tafle, drzewo z urządzeń sterowniczych i hamujących itp. Stanowiło to jego dodatkowy zarobek. Oryle wracali do domu, względnie zawierali nową umowę z kupcami i agentami na bindugi do Pińska albo na Narew, Bug lub Wieprz. Tacy powracali w rodzinne strony dopiero w jesieni. Drogę powrotną odbywano pierwotnie pieszo. Trwała ona około miesiąca i była ona nie mniej uciążliwa jak praca na tratwie, gdyż ›trza było nieść na plecach tobołek z osobistym ekwipunkiem, spać w karczmach nie zawsze utrzymanych schludnie‹ (Charzewice), toteż ›niejeden oryl przyniósł z flisu wszy‹ (Pilchów). W późniejszym czasie flisacy korzystali z kolei, która kursowała z Gdańska do Torunia. Stąd zaś do Warszawy i z Warszawy do Sandomierza podróżowano statkiem, który popularnie nazywano ›maszynką wodną‹. Skracało to czas powrotu do kilkunastu dni.

„Flisacki Ulanów”, Wilhelm Gaj-Piotrowski, 1997

Tratwy ulanowskie podczas „Flisu Szlakiem Królewskim” Czernichów – Kraków – Warszawa, lipiec/sierpień 2002 (retman – Wincenty Pityński, szyper – Mieczysław Łabęcki). We flisie uczestniczył też ks. Wilhelm Gaj-Piotrowski (w białym kaszkiecie na głowie), Fot. Mieczysław Łabęcki

Wilhelm Gaj-Piotrowski (1924 – 2017), ksiądz katolicki, doc. doktor habilitowany, historyk, etnograf, regionalista, kolekcjoner. Fundator i założyciel Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli oraz pomysłodawca i donator Muzeum Jana Pawła II przy stalowowolskiej bazylice konkatedralnej pw. MB Królowej Polski.

Urodził się 3 czerwca 1924 roku w Charzewicach (obecnie dzielnica Stalowej Woli) Naukę gimnazjalną, rozpoczętą w małym seminarium kapucynów w Rozwadowie (dziś dzielnica Stalowej Woli) przerwała wojna. Przygotowania do małej matury kontynuował na tajnych kompletach. Świadectwo dojrzałości otrzymał jako ekstern w 1945 roku w Liceum Ogólnokształcącym im. Henryka Sienkiewicza w Krakowie. Po wygaśnięciu ślubów symplicznych (tzw. prostych, odnawianych co rok) zgłosił przejście do Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu. Skierowany przez tamtejszy rektorat do Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie odbywał dalsze studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w latach 1948-1950. Tam też uzyskał tytuł magistra teologii katolickiej. Święcenia kapłańskie przyjął 25 czerwca 1950 roku w Katowicach z rąk biskupa ordynariusza Stanisława Adamskiego. Jako kapłan pracował w diecezji wrocławskiej, m.in. w Chojnowie, Oleśnicy Śląskiej, Wołowie, Ożarach-Laskach. W latach 1960-66 kontynuował studia na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego, zakończone uzyskaniem dyplomu magistra pedagogiki. Rozprawę doktorską nt. „Parafia rozwadowska na tle przemian społeczno-gospodarczych w latach 1740-1944” przedłożył na Wydziale Teologicznym Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, uzyskując w 1971 roku stopień doktora nauk teologicznych ze specjalnością historii Kościoła w Polsce. Przewód habilitacyjny otworzył w Instytucie Historii Materialnej PAN w Warszawie i na podstawie oceny ogólnego dorobku naukowego i przedłożonej rozprawy habilitacyjnej „Kultura materialna ludu okolic Rozwadowa” otrzymał w 1985 roku stopień doktora habilitowanego nauk humanistycznych w zakresie etnografii polskiej. W latach 1989-1991 zajmował stanowisko docenta Uniwersytetu Wrocławskiego (Katedra Etnografii).

W 1991 roku przeszedł na emeryturę i zamieszkał w rodzinnych stronach. Zmarł 16 grudnia 2017 roku w wieku 93 lat. Pochowany został na cmentarzu komunalnym w Stalowej Woli.

Bibliografia ks. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego liczy blisko 200 pozycji. Najbardziej znane, to „Kultura społeczna ludu z okolic Rozwadowa” (Wrocław, 1967), „Kultura materialna ludu z okolic Rozwadowa” (Rzeszów, 1975), „Królewski zamek w Przyszowie w rejonie Stalowej Woli – Rozwadowa” (Rzeszów 1979), „Duchy i demony w wierzeniach ludowych z okolic Stalowej Woli – Rozwadowa i Tarnobrzega” (Wrocław, 1993), „Sanktuarium Matki Bożej w Rozwadowie – Farze 1754-1994” (Rzeszów, 1994), „Flisacki Ulanów” (Stalowa Wola, 1997), „Zanim powstała Stalowa Wola” (Stalowa Wola, 2000), „Z flisackich tradycji Ulanowa – Małego Gdańska” (Stalowa Wola, 2001), „Parafia farna w Rozwadowie 1740-1985” (Stalowa Wola, 2007).

W 1997 roku ks. Wilhelm Gaj-Piotrowski został przez Radę Gminy i Miasta Ulanów wyróżniony tytułem Honorowego Obywatela, a dwa lata później na wniosek flisackiego Bractwa Miłośników Ziemi Ulanowskiej pw. św. Barbary mianowano go Honorowym Kapelanem Flisaków.

Ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski (od lewej) i o. dr Albin Sroka (autor m.in. monografii klasztoru franciszkańskiego w Kazimierzu Dolnym). Fot. Janusz Ogiński

Zagadka fotografii Stanisława Jacka Magierskiego

Nie przypuszczaliśmy, że przygoda z fotografiami Stanisława Jacka Magierskiego będzie mieć ciąg dalszy. Trochę sami go sprowokowaliśmy. Ale do rzeczy. Kilka dni temu na Facebooku Narodowego Archiwum Cyfrowego pojawiło się kilkadziesiąt zdjęć tego fotografa. Wszystkie wykonano przed II wojną światową w Kazimierzu Dolnym. Wraz z fotografiami pracownicy NAC-u poprosili o pomoc w identyfikacji osób i miejsc przedstawionych na fotografiach. Udało nam się tylko z Ireną Kunicką, rzeźbiarką ( przyznajemy, tylko dlatego, że w naszym archiwum to zdjęcie było opisane). Reszta w Państwa rękach. Jeśli państwo myślą, że to proste zadanie – to zapraszamy. Poniżej zdjęcia, których lokalizację chcielibyśmy ustalić. Pamiętajmy – nasza wiedza przyda się następnym pokoleniom:) Jeśli uda się Państwu rozpoznać choć jedno miejsce – piszcie kuncewiczowka@mnkd.pl

Młyn na Chodelce i „Polskie żarna”

Wyruszamy poza Kazimierz Dolny. Trasę wyprawy (na podstawie jednego z opowiadań Marii Kuncewiczowej, przygotował dla nas red. Janusz Ogiński. A my… do plecaków zabieramy lekturę:) A zatem – w drogę!

Czytając zbiór opowiadań „Dwa księżyce” Marii Kuncewiczowej nietrudno zauważyć, że niemal wszystkie dotyczą Kazimierza Dolnego. Jest tylko jeden wyjątek –  rozdział „Eksploracje”, którego akcja toczy się w Wilkowie n. Wisłą. Bohaterowie utworu: Jeremi, Mena oraz Marta pojechali tam po tzw. gałganiarze, czyli chodniki tkane przez gospodynie ze ścinków nieużywanych lub znoszonych ubrań. Opowiadanie, podobnie jak pozostałe z książki, to proza z kluczem. Jeremi jest literacką podobizną malarza Antoniego Michalaka, a Mena to nie kto inny tylko znana scenograf Irena Lorentowicz. Najtrudniej odgadnąć jaka postać odwzorowuje Martę. Wydaje się, że jest to … Maria Kuncewiczowa. Marta, podobnie jak Maria Kuncewiczowa,  jest właścicielką niewielkiego domku na końcu wąwozu. Maria Kuncewiczowa w młodości uczyła się śpiewu, Marta z „Dwóch księżyców” jest śpiewaczką. I jeszcze jeden przykład na potwierdzenie tego przypuszczenia: książkowa relacja z podróży do Wilkowa jest nadzwyczaj trafna, co oznacza, że musiała być pisana z autopsji. Jeszcze dziś, czytając „Eksploracje”, można odtworzyć trasę tej eskapady na Powiśle. Furman Wójcik (Józef Wójcik, sąsiad i dozorca domu Kuncewiczów) wyruszył w drogę z Jeremim i jego przyjaciółkami, kierując się na trakt biegnący po wierzchowinie wzdłuż wąwozu Czerniawy, a potem jej południowym brzegiem, aż do siedliska Skoczków (była to ulubiona trasa spacerów Marii i Jerzego Kuncewiczów). Następnie, jadąc drogą poprzeczną wzdłuż miejskich pól (dziś ul. Słoneczna), bohaterowie opowiadania dotarli na trakt prowadzący do Dobrego. Niegdyś gościniec ten nazywano „drogą na białą górę” lub „ za telefonami”, ponieważ stały przy nim słupy linii telefonicznej łączącej centrale w Wilkowie i Kazimierzu. Droga – jak trafnie zauważa Maria Kuncewiczowa – wiodła w dużej części przez „piachy i jałowce”. Ten niemiłosiernie ciężki dla koni odcinek ciągnął się aż do głębokiego parowu nazywanego Wyrwą Okalską lub Suchą Doliną. Znajdowało się tam kilkanaście zagród zwanych Okale (około 1937 roku w wyniku gwałtownego pożaru wioska spłonęła, co zmusiło mieszkańców do przeniesienia się w inne miejsce, w okolice Kazimierza). Za Okalem, po kilkuset kolejnych metrach, długą i bardzo wysoką lessową głębocznicą dojeżdżało się do brzegu Skarpy Dobrskiej. Była to Biała Góra, z której niezwykły widok na Kotlinę Chodelską i Wisłę wzbudzał autentyczny zachwyt. Potem należało krętą, wykutą w wapiennych skałach drogą, zjechać do wsi Dobre. Tuż za wsią był już tylko do pokonania mostek na Chodelce. Dalej, za rzeką, zaczynały się grunty Wilkowa.     

Młyn na Chodelce, niegdyś obiekt malarski Ireny Lorentowicz                                                                                                        fot. Janusz Ogiński

  Wilków nad Wisłą odkryła Irena Lorentowicz. Ta utalentowana malarka i wybitna scenografka, przyjeżdżając do Kazimierza na plenery malarskie organizowane przez prof. Tadeusza Pruszkowskiego, wyruszała niekiedy poza miasteczko, by odnaleźć inne niż w Kazimierzu widoki. Tak trafiła na Powiśle. Tam zafascynował ją – jako obiekt malarski – młyn wodny w Szczekarkowie koło Wilkowa. Potwierdza to opowiadanie Marii Kuncewiczowej.                                                                    

Szyld przypominający, że w Szczekarkowie był młyn wodny                                                                fot. Janusz Ogiński 

Pierwszy młyn zbożowy na Chodelce, w pobliżu Szczekarkowa stał już w siedemnastym wieku. Niestety, jego dokładna lokalizacja nie jest znana. W 1626 r. wymieniany był w rejestrach poborowych jako młyn korzenny (z kołem nasiębiernym), wymagający spiętrzonej wody. Należał wówczas do Barbary Słupeckiej, właścicielki dóbr opolskich (w tym folwarku w Szczekarkowie). Następnie do Tarłów, Borkowskich, Butlerów, Lubomirskich. Aleksander Lubomirski latach 1800-1804 dokonał w regulacji rzeki, zmeliorował okoliczne grunty i wybudował nowy kanał Chodelki, na którym powstało stawidło do spiętrzania wody i nowy młyn. W 1842 roku od córki Aleksandra, Rozalii Rzewuskiej, klucz majątkowy w Szczekarkowie kupił  Kazimierz Wydrychiewicz. W latach 1867-70 od Wydrychiewicza młyn wydzierżawił początkowo Józef Goldman, a po nim Ignacy Mastalerz. Kolejny właściciel, Jan Kleniewski, w 1883 r. wybudował jeszcze dla młynarza dom w stylu powiślańskim. W 1905 roku, w wyniku podpalenia, młyn Jana Kleniewskiego spłonął. Odbudowany, dotrwał do początków I wojny światowej. W czasie działań wojennych młyn szczekarkowski ponownie został zniszczony. Po remoncie, tym razem przez Jana Głodkowskiego, młyn uruchomiono w lipcu 1915 r. Od tamtego czasu należał do rodziny Głodkowskich: Jana, następnie jego syna Zbigniewa i w końcu do wnuka-Andrzeja.                                                                            

Andrzej Głodkowski, młynarz ze Szczekarkowa                                                                                                      fot. Janusz Ogiński

Dziś „droga na białą górę” straciła na znaczeniu. W dużej części zarosła lasem, albo zamieniła się w ugór. Nie ma też słupów z linią telefoniczną, zastąpiła je telefonia komórkowa. Nie działa również młyn na Chodelce, został zamknięty w ostatniej dekadzie XX wieku,  ponieważ  nie było chętnych do mielenia zboża. Nie ma też młynarza. W grudniu 2020 r. zmarł ostatni właściciel młyna – Andrzej Głodkowski. 

Opowieść o młynie nad Chodelką sprowokowała nas do odszukania pewnej niewielkiej broszurki. „Polish millstones” autorstwa Marii Kuncewiczowej to esej, który powstał w 1941 r. Według badaczki twórczości pisarki, Alicji Szałagan ta publikacja to prawdziwy „biały kruk”. Tekst został przygotowany na potrzeby radia BBC i w tymże radiu zaprezentowany. Odnosił się do udziału kobiet w  wydarzeniach II wojny światowej. Mottem było zdanie zapisane w Księdze Henrykowskiej: Daj jać pobruszę, a ty poczywaj. Znaleźliśmy w nim m.in. przewrotne zdanie o tym, że Polki potrafią bardziej kochać Polskę, niż Polaków. Na przykładzie wymyślonej postaci kobiecej – Zofii, Kuncewiczowa przemyca w tekście tragiczne losy polskich kobiet, uwikłanych w wojnę: żon żołnierzy, uciekinierek, emigrantek, więźniarek, wysiedlanych w głąb Rosji. Literacka proza była jednym ze sposobów informowania brytyjskich słuchaczy o tym, jak naprawdę wygląda wojna. Obszerne fragmenty „Polskich żaren” drukowała emigracyjna prasa. Zanim ukazały się w całości w roku 1942, w Londynie i Sztokholmie, czytelnicy mogli poznać tekst z numeru 51/52 „Polski Walczącej” z 1941 r. Dokopaliśmy się do cyfrowego wydania gazety. Tekst zamieszczamy we fragmentach mając nadzieję, że problem techniczny z jego lekturą da się pokonać.

Kazimierz Dolny w Zachęcie

Kiedy szuka się archiwalnych tekstów i fotografii można trafić na prawdziwe skarby. Oczywiście, nie wszystkie przedwojenne gazety i katalogi są dostępne za pośrednictwem Internetu, ale cieszymy się z każdego odkrycia. Radość jest tym większa, że zdigitalizowanych zbiorów przybywa, a z fragmentów i części i pojedynczych egzemplarzy druków nietrwałych udaje się skleić interesującą całość. Zapraszamy Państwa do Zachęty.

Budynek Zachęty w Warszawie, fot. Henryk Poddębski (polona.pl)

Nie jesteśmy krytykami ani historykami sztuki. Nie znajdą tu Państwo krytycznego artykułu, odnoszącego się do pracy Towarzystwa Sztuk Pięknych. Co się działo na spotkaniach Towarzystwa i jak były przygotowywane wystawy ? Pisze o tym choćby Władysław Bartoszewicz w Budzie na Powiślu.

Intrygujące jest jednak to, że organizowane w Krakowie i Warszawie salony Zachęty były wydarzeniem artystycznym i towarzyskim. Zgromadzone prace przychodziły oglądać tłumy, a o wystawach dyskutowali nie tylko znawcy.

Zaproszenie na wystawę Zachęty, proj. Władysław Skoczylas (polona.pl)

Katalogi, do których dogrzebaliśmy się (m.in na stronach Domu Aukcyjnego – dziękujemy) to również okazja przyjrzenia się Kazimierzowi Dolnemu, który inspirował malarzy. Niejednokrotnie, małe, czarno-białe fotografie to jedyna dokumentacja tych prac.

Powstanie listopadowe – wygrani i przegrani

W internetowej wyszukiwarce pod hasłem „powstanie listopadowe -Kazimierz Dolny” można znaleźć jedynie historię związaną z bitwa pod Kazimierzem Dolnym i Wronowem w dniach 17-18 kwietnia 1831 r. Niewiele osób jednak pamięta o akcji bojowej, która rozegrała się w Kazimierzu Dolnym 26 lutego 1831 roku. Uczestniczył w niej kapitan Kalikst Horoch. W przeciwieństwie do patrona wąwozu – Juliusza Małachowskiego, jest to postać nieznana w Kazimierzu. Dzięki wiedzy red. Janusza Ogińskiego wydobywamy ją (oraz stosowne fakty historyczne) z zakamarków historii.

Baron Kalikst Horoch h. Trąby – bohater zwycięskiej bitwy na kazimierskim rynku. Fotografia została wykonana w Krakowie, w pracowni fotograficznej Walerego Rzewuskiego (własność Waldemara Prarata z Wrzaw)


W 1827 r. car Mikołaj I zainicjował akcję ograniczania polskości na terenie Królestwa Polskiego. Rok później podporucznik Piotr Wysocki utworzył konspirację niepodległościową w Szkole Podchorążych w Warszawie, zwaną Sprzysiężeniem Podchorążych lub Spiskiem Wysockiego. 29 listopada 1830 roku podchorążowie – spiskowcy wzniecili powstanie z zamiarem zabicia wielkiego księcia Konstantego. Zamach nie udał się, a większość oficerów zachowała neutralność lub pozostała wierna ks. Konstantemu. Natomiast wydarzenia w Szkole Podchorążych wywołały w całym kraju wielkie poruszenie. W styczniu 1831 roku Sejm Królestwa Polskiego zdetronizował cara Mikołaja I. Reakcją na to było wkroczenie wojsk rosyjskich pod dowództwem feldmarszałka Iwana Dybicza, z zamiarem szybkiej ofensywy na Warszawę.
Na teren województwa lubelskiego i podlaskiego armia rosyjska dotarła 5 lutego 1831 r. Władza cywilna, a także polskie oddziały wojskowe przezornie wycofały się za Wisłę. 8 lutego Rosjanie zajęli Lublin, a kilka dni później Puławy i Kazimierz. W ich ręce wpadły ulokowane w tych miejscowościach dobrze zaopatrzone przez Polaków magazyny wojskowe. Tak relacjonuje następne wydarzenia Kalikst Horoch, w pamiętniku kapitana kwatermistrzostwa Wojska Polskiego, wydanym we Lwowie nakładem autora w 1882 roku.

Tytułowa strona pamiętnika hrabiego Kaliksta Horocha, fot. zbiory archiwalne polona.pl


Przez cały grudzień i styczeń powstanie się organizowało. Szwadrony nowozaciężne województwa sandomierskiego ściągały się do miast, niedaleko od Wisły położonych. Wkrótce strzelcy Juliusza Małachowskiego, złożeni z gajowych i strzelców prywatnych, przyszli na linię bojową, również jak strzelcy pułkownika Krzesimowskiego. W początku lutego roku 1831 Moskale zajęli województwo lubelskie i prawy brzeg Wisły. Przyszedł rozkaz z głównej kwatery wojska polskiego, ażeby oddziały wojska, stojące w województwie sandomierskim, na lewym brzegu Wisły, niepokoiły Moskali stojących na przeciwległym brzegu. Generał Dziekoński daje rozkaz majorowi Juliuszowi Małachowskiemu, ażeby z batalionem strzelców celnych pułkownika Krzesimowskiego uderzył na dwa szwadrony moskiewskich strzelców konnych, stojących w Puławach. Również dostaje rozkaz major Jan Wielchorski, ażeby ze swoim szwadronem i z drugim szwadronem kapitana Boskiego, wspierali strzelców, jeśli będzie potrzeba. Dzień był pochmurny, śnieg z deszczem padał, na sto kroków nie widać było człowieka. Moskale zamknięci byli w stajniach. Małachowski Juliusz, pomimo strzałów Moskali, pierwszy wchodzi przez okno do stajni, za dowódcą wpadają strzelcy i kłując bagnetem strzelających, zmuszają do poddania się. Dwa szwadrony złożyło broń i dostało się do niewoli. Mnie dał rozkaz generał Dziekoński, ażebym tego samego dnia, z oddziałem 40 ludzi, których sam sobie wybiorę, opatrzonych w broń palną, uderzył na Moskali, stojących w Kaźmierzu, gdzie było dwa plutony tego samego pułku, co stał w Puławach. Dzień był brzydki, śnieg z deszczem padał ogromny – z wiatrem, światu nie było widać. Przyjeżdżamy naprost Kaźmierza do karczmy, niepostrzeżeni przez Moskali. Dowiadujemy się od ludzi miejscowych, że lód na Wiśle pod Kaźmierzem słaby, na koniach przejechać nie można. Układamy sobie w nocy piechotą przejść Wisłę i uderzyć na Moskali. Ponieważ broń całego naszego oddziału zamokła, kazałem wszystkim iść do piwnicy i przestrzelić, a potem czysto przechędożyć. Oddział, którym dowodziłem, składał się z młodych ludzi wykształconych, po większej części synów obywateli z Galicji, najlepszym duchem ożywionych, pełnych zapału i poświęcenia dla ojczyzny, obeznanych z użyciem broni, ale nie będących ani razu w ogniu. Ażeby skutecznie na Moskali uderzyć, potrzeba było dowiedzieć się, gdzie stoją w mieście i jak się w nocy strzegą. W tym celu z jednym żołnierzem idę w nocy do Kaźmierza, wchodzę do domu, nad samą Wisłą położonego i od mieszczanina dowiaduję się, gdzie stoją Moskale i jak się pilnują. Powziąwszy dokładną wiadomość, wracam jak najprędzej do mojego oddziału. Młodzież, która mnie z niecierpliwością wyglądała , na moje wezwanie chwyta za broń, a w kilka chwil była już do boju gotową. Idziemy do Kaźmierza tą samą drogą, którą ja przeszedłem przez Wisłę. Noc była bardzo ciemna, wpadamy do miasta, patrol moskiewski zbliża się do nas. Wystrzał, padły z naszego oddziału, daje znać Moskalom, że są napadnięci. Młody oficer moskiewski, dowódca plutonu, Wojejków, z jednym plutonem strzelców konnych wpada na rynek, formuje się i daje do nas plutonem ognia z karabinków, potem pędzi plutonem ku nam. Oddział mój staje i przypuszcza Moskali na kroków 15 od strzałów naszych, dobrze wymierzonych, pada oficer dowódca plutonu i dziewięciu żołnierzy, reszta ucieka. Z drugiego plutonu dostaje się do niewoli oficer i pięciu żołnierzy, inni uciekli. Radość moich młodych towarzyszy broni była nie do opisania. Wracamy z niewolnikami i zabranymi końmi do Zwolenia, gdzie dywizjon moskiewskich strzelców, zabrany w Puławach, był gotów do marszu do Radomia. Z powodu, że to małe zwycięstwo nad Moskalami, odniesione pod Puławami i Kaźmierzem, było jednym z pierwszych w tej wojnie naszej o niepodległość, wiadomość o nim sprawiła powszechne zadowolenie w Warszawie. Gazety warszawskie i niemieckie opisywały to spotkanie jako wielce znaczące i wróżące dobre powodzenia oręża naszego na przyszłość w tej wojnie. Za wyprawę na Kaźmierz generał Dziekoński podał mnie w raporcie do naczelnego wodza do krzyża. Rzeczony krzyż to medal Virtuti Militari, którym został odznaczony kapitan Horoch.
Bohater tej wygranej potyczki – Kalikst Neron Horoch herbu Trąby urodził się 14 kwietnia 1800 roku we Wrzawach (gmina Gorzyce, pow. Tarnobrzeg). Był synem Józefa i Marianny z Karskich. Ojciec, właściciel Wrzaw i Mydłowa, był adiutantem Tadeusza Kościuszki, posłem sandomierskim, a także prezesem Towarzystwa Kredytowego w Radomiu. Kalikst do siódmego roku życia uczył się w domu, a potem na pensji we Lwowie. Podczas wakacji, 12 czerwca 1809 roku obserwował bitwę, którą stoczyły wojska polskie pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego z Austriakami na przedpolach Wrzaw. W 1809 roku rodzice oddali go na pensję do Warszawy. Po jej ukończeniu kontynuował naukę w Liceum Warszawskim, którego dyrektorem był Samuel Bogumił Linde (w tej szkole Kaliksta uczył języka francuskiego Mikołaj Chopin, ojciec genialnego kompozytora Fryderyka Chopina). 19 marca 1818 roku wstąpił do wojska polskiego, do sztabu kwatermistrzostwa, jako konduktor nadliczbowy, nie pobierający żołdu (konduktor – funkcja pośrednia między podoficerami i oficerami artylerii i inżynierii armii Księstwa Warszawskiego). 23 listopada 1820 roku został awansowany na podporucznika. Podczas służby wojskowej, jako oficer sztabu kwatermistrzostwa, zajmował się opracowywaniem map wojskowych Królestwa Polskiego, m.in. na Kujawach (w okolicy Radziejowa i Kruszwicy), a także terenów Hrubieszowa i Krasnegostawu na Lubelszczyźnie. 15 stycznia 1826 roku złożył dymisję. Przyczyną były złe nastroje w wojsku wywołane przez ks. Konstantego. Powrócił do Galicji, zamieszkał w rodzinnych Wrzawach, prowadząc przejęty majątek po ojcu. Po wybuchu powstania listopadowego, 12 grudnia 1830 roku wraz z odziałem liczącym 15 ochotników (głównie jego znajomych z okolicznych dworów, m.in. z Adamem Lubomirskim z Charzewic i Bogusławem Horodyńskim z Zaleszan), przeprawił się przez San, a następnie kierując się przez Zaklików, Zawichost i Opatów, dotarł wraz z pozostałymi ochotnikami do obozu generała Kazimierza Dziekońskiego. Wszyscy włączeni zostali do formującej się jazdy województwa sandomierskiego. Kalikst Horoch został mianowany kapitanem. Jego pierwszą akcją bojową był udany wypad na Kazimierz. Zwycięstwo to było zarazem jednym z pierwszych w powstaniu listopadowym. Za bohaterską postawę kapitan Kalikst Horoch został odznaczony Złotym Krzyżem Virtuti Militari i przeniesiony do sztabu gen. Dziekońskiego. Przy końcu marca 1831 roku został wysłany do Warszawy. Uczestniczył w bitwach pod Wawrem i Dębem Wielkim. Brał też udział w wyprawie gen. Józefa Dwernickiego na Wołyń. W sierpniu 1831 roku został przydzielony do korpusu gen. Girolamo Ramorino. Początkowo korpus ten odnosił sukcesy, zwyciężył pod Zamościem i Kałuszynem. Jednak dalsze nieudane działania gen. Ramorino spowodowały wyprowadzenie wojska poza granice Królestwa Polskiego, do Galicji. Korpus przestał istnieć. Z 20. tysięcznej armii pozostało tylko 11 tysięcy żołnierzy. Oficerowie wrócili do domów lub udali się na emigrację, natomiast żołnierzy rozmieszczono w Rozwadowie (dziś dzielnica Stalowej Woli), Nisku, Rudniku nad Sanem i innych miejscowościach, skąd, po jakimś czasie, także zwolniono. Kapitan Kalikst Horoch wrócił do Wrzaw. Zajął się zarządzaniem swojego majątku, a także pracą społeczną. Jako jeden z pierwszych w okolicy założył wiejską szkołę. Zorganizował też we wsi szpital i utworzył fundusz wspierający najuboższych. Zmobilizował także mieszkańców Wrzaw do budowy wałów przeciwpowodziowych, ponieważ wioska leżąca w widłach Wisły i Sanu była narażona na ciągłe powodzie. W 1848 roku został wybrany na prezesa Rady Powiatowej w Tarnobrzegu, którą pełnił przez wiele lat. W 1879 roku postawił pamiątkowy obelisk ku czci żołnierzy oddziałów księcia Józefa Poniatowskiego, poległych w bitwie z Austriakami, która rozegrała się w okolicy Wrzaw.

Pamiątkowy obelisk ufundowany przez Kaliksta Horocha ku czci żołnierzy oddziałów księcia Józefa Poniatowskiego, poległych w bitwie z Austriakami, która rozegrała się w okolicy Wrzaw 12 czerwca 1809 r. fot. J. Ogiński


Pod koniec życia wyprowadził się do Krakowa. W 1881 roku założył Towarzystwo Opieki Weteranów Żołnierzy Polskich z roku 1831. Dwa lata później, tuż przed śmiercią, zdołał jeszcze w miejscu przysięgi Tadeusza Kościuszki na Krakowskim Rynku położyć pamiątkową płytę. Zmarł po ciężkiej chorobie 30 października 1883 r. Został pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Ponieważ baron Kalikst Horoch nigdy nie założył rodziny (podobno przyczyną był zawód miłosny), jego majątek odziedziczył bratanek Tadeusz Horoch. Ten jednak nie zamierzał inwestować w gospodarkę po stryju. Pozyskany majątek, w tym znaczne obszary lasu, sprzedał w1890 roku, a następnie wyjechał w Kaliskie. Nabywcą był bogaty sąsiad narodowości żydowskiej – Rachmiel Kanarek ze Skowierzyna, dziadek Eliasza Kanarka, znanego malarza, uczestnika plenerów w Kazimierzu Dolnym, członka Bractwa św. Łukasza, ucznia prof. Tadeusza Pruszkowskego.
Aby zamknąć temat powstania listopadowego w jednym tekście, opowiedzmy, co działo się w okolicach Kazimierza Dolnego w następnych miesiącach. (Korzystamy z dostępnych tekstów historycznych – badaczy prosimy o korekty MJS)
Początek kwietnia 1831 r. nie zapowiadał się źle. Powstańcy mieli na swoim koncie udane starcia z Moskalami pod Domanicami, Iganiami i Poryckiem. Korpus Jana Kantego Sierawskiego znajdował się na lewym brzegu Wisły. Według historyków, gdyby naczelny wódz powstania, Jan Skrzynecki podjął akcję koordynacji działań na wszystkich wygranych frontach, powstanie mogło być dla Rosjan miażdżące. Tak się jednak nie stało.

Generał Jan Kanty Sierawski (polona.pl)

Generał Sierawski otrzymał od dowództwa nakaz „niepokojenia” wojsk pod dowództwem feldmarszałka Cypriana Kreutza, stacjonujące na prawym brzegu Wisły. Korpus Sierawskiego sforsował rzekę i już 14 kwietnia żołnierze znaleźli się w okolicach Zawichostu. Co ciekawe, Moskale łatwo oddawali przeprawy, uciekając na widok powstańców. To uśpiło czujność podkomendnych Sierawskiego (zaznaczmy, że w jego oddziale znajdowali się niedoświadczeni w boju, nowo zwerbowani żołnierze). 16 kwietnia 1831 r. Sierawski ruszył w stronę Babina, aby wesprzeć 2 Pułk Jazdy Sandomierskiej, pod dowództwem pułkownika Piotra Łagowskiego, w starciu z armią generała Iwana Delingshausena. Przemieszczenie oddziałów wykorzystał feldmarszałek Kreutz. Powstańcy wycofali się pod Wronów. Tu rozegrała się jedna z największych, przegranych bitew powstania. Po stronie polskiej znalazły się: Batalion Celnych Strzelców Sandomierskich Stanisława Krzesimowskiego (wyposażony w działa), batalion z 10 Pułku Piechoty Liniowej, kosynierzy z 11 Pułku Piechoty Liniowej oraz piechota i jazda pułkownika Łagowskiego. W odwodzie stał jeszcze batalion strzelców, pod wodzą Juliusza Małachowskiego wraz z pułkiem jazdy kaliskiej.

Mapa bitwy pod Wronowem wypatrzona w Internecie (archiwa Sankt-Petersburga)


Siły rosyjskie były przeważające. Pod wodzą gen. Delingshausena było 6 dział, piechota, dragoni i jeden pułk kozacki. Generał Michaił Murawiow (doświadczony i bezwzględny żołnierz) sprowadził trzy pułki jazdy z czterema działami. Marszałek Kreutz miał do dyspozycji jeszcze 12 dział i 2 pułki piechoty.
Bitwa, która rozegrała się 17 kwietnia 1831 roku o godz. 7.00 miała dramatyczny przebieg. Powstańcy odparli atak gen. Delingshausena oraz Murawiowa (tu wsławił się Małachowski). Szalę zwycięstwa na stronę rosyjską przeważył manewr gen. Piotra Tołstoja, który okrążył polskie pułki jazdy i spowodował wycofanie się części powstańców w stronę Opola Lubelskiego. Korpus Sierawskiego, który stracił ok. 200 żołnierzy, skierował się w stronę Wisły, by w okolicach Kazimierza przeprawić się na drugi brzeg rzeki.

Mapa bitwy pod Kazimierzem Dolnym ( zbiory archiwalne z Sankt-Petersburga wypatrzone w Internecie)

Niestety, kilkugodzinna zwłoka w przeprawie dała przewagę Rosjanom, pod wodzą Kreutza. 18 kwietnia 1831 roku oddział Sierawskiego został rozbity. Zginęło 3 tysiące żołnierzy, poległ również patron kazimierskiego wąwozu, żołnierz-poeta, hrabia Juliusz Małachowski.

Juliusz Małachowski (polona.pl)

Kazimierz Dolny w czasach powstania styczniowego

Zainspirowani postacią Elżbiety Mullerówny z Końskowoli i jej bohaterskim udziałem w powstaniu styczniowym, postanowiliśmy poszperać w archiwach. Odnaleźliśmy dwa teksty (dostępne także w Internecie) odnoszące się do przebiegu powstania na Lubelszczyźnie. Są w nich również krótkie adnotacje, dotyczące samej Mullerówny.

Artur Grottger, Pożegnanie fot wikipedia.pl

Pierwszy artykuł pochodzi z Rocznika Lubelskiego z 1963 r. Jego autorem jest Jozef Tomczyk. Czytamy w nim m.in.:

Baltazar Paśnikowski, naczelnik cywilny województwa lubelskiego, osobiście kontaktował się z Komitetem Centralnym i przy sposobności przywoził tajną prasę do Lublina. Będąc księdzem z łatwością docierał do duchowieństwa świeckiego i zakonnego w tym mieście i na prowincji. Pomagali mu w tej akcji głównie jego zastępca Kazimierz Walentowicz oraz agent i późniejszy komisarz Komitetu — Leon Frankowski. Zwłaszcza za pośrednictwem duchowieństwa parafialnego, lubelscy przywódcy sprzysiężenia wciągali do organizacji: miejscową inteligencję, właścicieli i dzierżawców niewielkich majątków, karczmarzy, chłopów, rzemieślników oraz wyrobników zamieszkujących liczne miasta i miasteczka na terenie Lubelskiego. Działacze ci zwerbowali także do spisku sporo młodych i postępowych księży. Niektórzy z nich zajmowali tam nawet wysokie i odpowiedzialne stanowiska. Do takich należy przede wszystkim zaliczyć: wikariusza, a następnie administratora parafii krasnostawskiej, Leopolda Zgodzińskiego, naczelnika pow. krasnostawskiego, proboszcza parafii w Krasieninie, Marcelego Bielińskiego, naczelnika pow. lubelskiego, jego zastępcę, wikariusza kościoła markuszowskiego, Leopolda Pawłowskiego, karmelitę Anastazego Jadochowskiego, naczelnika Baranowa, wikariusza Jana Liniewicza, naczelnika Kurowa, wikariusza kolegiaty zamojskiej, Kazimierza Wójcickiego, naczelnika Zamościa i innych.

Artur Grottger, grafika z cyklu „Polonia”, album na polona.pl

Pod koniec 1862 r. Instytut Politechniczny i Rolniczo-Leśny w Puławach stał się poważnym ośrodkiem konspiracyjnym. W listopadzie liczył on 385 studentów oraz 89 uczestników kursu przygotowawczego. Zwłaszcza marymontczycy stanowili żywioł doskonale przygotowany do spisku S6. Ton dyskusjom nadawali słuchacze wydziału rolniczo-leśnego 37. Propagandę powstańczą wśród okolicznej ludności ułatwiało rozlokowanie studiującej młodzieży. Z braku odpowiednich pomieszczeń przy Instytucie oraz w samych Puławach wynajmowała ona kwatery po chłopskich chatach we Włostowicach i Mokradkach. Patriotyczne pogadanki o walce zbrojnej z caratem znajdowały chętnych słuchaczy. Do korzystania z nich przygotowało ich długoletnie oddziaływanie dworu Czartoryskich. Niektórzy studenci byli setnikami, dziesiętnikami. Bojową postawą i organizacyjną działalnością wyróżnili się: Karol Swidziński, były marymontczyk i Władysław Pańkowski. Gdy wieść o terminie wybuchu powstania nadeszła do Puław, młodzież Instytutu wysłała delegację do Warszawy z żądaniem odroczenia walki zbrojnej. Dowiedziawszy się, że jest to niemożliwe zapewniła członka Komitetu, iż wszyscy słuchacze pójdą do powstania. Poszli prawie wszyscy razem z zaprzysiężonymi chłopami i Leonem Frankowskim na czele, stanowiąc trzon „oddziału lubelskiego”, który udał się wkrótce do Kazimierza.

Artur Grottger, grafika z cyklu „Polonia”, album na polona.pl

Na chwile przerywamy cytowanie tekstu Tomczyka, by zajrzeć do czasopisma Tu jest moje miejsce, wydawanego przez powiat puławski. W numerze z 2013 znaleźliśmy obszerną publikację Roberta Stochmala, odnoszącą się do udziału studentów puławskiego Instytutu w powstaniu styczniowym. Odpowiedzmy zatem:

Po nieudanym ataku na Końskowolę, oddział ruszył do Kazimierza. Tam uroczyście proklamowano Rząd Narodowy i dekret o uwłaszczeniu chłopów. W Kazimierzu liczebność oddziału wzrosła do 700 osób, bowiem przyłączyli się mieszczanie Opola, Końskowoli, Kurowa oraz Kazimierza, trochę okolicznych chłopów i Żydów, klerycy z lubelskiego seminarium, a nawet aktorów z trupy Okońskiego, którzy gościli w tamtych stronach. 23 stycznia Frankowski pojawił się w Kurowie, gdzie przejął ludzi, którzy dzień wcześniej uczestniczyli w ataku na Lubartów. Dowodził nimi były wojskowy o nazwisku Malukiewicz, oddział którego 24 stycznia rozbroił kilku żołnierzy rosyjskich i aresztował Gauerta, znienawidzonego kapitana żandarmerii z Lublina. Jednak największym sukcesem było przejęcie furgonu pocztowego i zarekwirowanie 48 tysięcy rubli. W Kurowie Frankowski wygłosił słynną mowę, która obiegła Europę (drukowana w różnych zagranicznych dziennikach): „Na co wam broń? Z kijami dobędziecie na Rosjanach karabiny, z karabinami armaty, a z tymi Modlin i Warszawę”. Z racji tego, że komisarz wojewódzki głównie przebywał w Kazimierzu, miasteczko stało się centralnym punktem dowodzenia województwa lubelskiego. Zjeżdżali tu kurierzy z powiatów, przekazując raporty i odbierając rozkazy. Takim emisariuszem był Feliks Valezy-Piasecki, który opisał obóz kazimierski w ostatnich dniach stycznia: W samym już mieście Kazimierzu zjechawszy z bardzo spadzistego wąwozu, długiego na pół wiorsty, spotkaliśmy dopiero placówkę, która butnie i hałaśliwie zatrzymuje i pyta. Od komendanta żądamy, aby nas odprowadzono do głównej kwatery. Przybyliśmy do magistratu w rynku, na odwachu kosynier przechodzi się. Konwojujący wprowadza do oświetlonej łojówką izby, tu śpi pokotem wiara trzymająca wartę, dyżurnego odszukać nie mogę, jeden z eskortujących idzie na pierwsze piętro, nie wraca czas dłuższy, nareszcie zjawia się, oznajmiając, abyśmy sami poszli. Zastajemy dwóch czerstwych młodzieńców, dobrze ubranych, uzbrojonych pistoletami na sznurku. W stancji tej, jak i z innych, rozlega się na różne tony chrapanie strudzonych młodych żołnierzy, leżących pokotem na gołej podłodze. Dyżurni zapytują, czego żądamy? Pokazuję rozkaz; poszeptawszy z sobą, oświadczają: komisarz wprawdzie bardzo strudzony, lecz skoro interes pilny, prosimy poszukać go samym, on śpi w drugiej stancji. Dobrze, że koledzy, rzeknę, w kwaterze jesteście ostrożni, znajdziemy komisarza, lecz radzilibyśmy, aby placówka od Wąwolnicy była do lasku na górę wysunięta, gdyż kilkunastu kozaków z tamtej strony wpadłszy, cały obóz wśród ciemnej nocy mogliby wyparować na wszystkie strony miasta. (…) Znaleźliśmy Frankowskiego śpiącego na gołej podłodze, nie budziliśmy biedaka znużonego. Dwie godziny gawędziliśmy przy obozowej zakąsce.

Artur Grottger, grafika z cyklu „Polonia”, album na polona.pl

Powstańcza Rzeczpospolita Kazimierska trwała siedem dni. Sielanka obozowa zakończyła się 1 lutego, kiedy w okolicach Kazimierza pojawiły się patrole kozackie. Na rozkaz generała Chruszczowa, głównodowodzącego wojskami rosyjskimi w guberni lubelskiej, 31 grudnia z Lublina wyruszyła kolumna złożona z 4 kompani piechoty i 50 kozaków, łącznie około 700 dobrze uzbrojonych żołnierzy. Wojskiem dowodził ppułk Jerzy Miednikow. Na wieść o nadchodzącym nieprzyjacielu w obozie zapanowała nerwowość. Frankowski zwołał radę wojenną (Zdanowicza, Frankowskiego i czterech Puławiaków). Studenci uparcie domagali się obrony Kazimierza, zgromadzenia promów, a w razie przegranej przeprawienia się przez Wisłę i połączenia z Langiewiczem. Frankowski wybrał inne rozwiązanie – postanowił wycofać się z miasta. 1 lutego o godzinie jedenastej setka Puławiaków, mając ze sobą 15 tysięcy rubli z kasy zdobytej pod Kurowem, samowolnie przeprawiła się przez Wisłę. Następnego dnia część z nich dotarła do Langiewicza, przekazując mu pieniądze. Frankowski z resztą oddziału pośpiesznie wyruszył w górę Wisły. Gdy we wsi Męćmierz rozpoczęto przeprawę, pokazali się kozacy i wywiązała się strzelanina. Powstańcy w nieładzie i pod osłoną nocy opuścili wieś, kierując się w stronę lasów polanowskich. (…) Po całonocnym, niezmiernie uciążliwym marszu, oddział dotarł do wsi Kamień, gdzie znalazł kilka promów, na których z powodzeniem przeprawił się na drugi brzeg. Część oddziału przeprawiła się w sąsiednim Piotrawinie, Kaliszanach i Józefowie. Punktem zbornym rozproszonej partii powstańczej był Solec. Tu po kilkugodzinnym odpoczynku na błoniach nadwiślańskich z rozwiniętymi sztandarami wkroczono do miasta.

Artur Grottger, grafika z cyklu „Polonia”, album na polona.pl

Przebieg dalszych wydarzeń już Państwo znają. 8 lutego pod Sandomierzem, we wsi Słupcza oddział Frankowskiego został rozbity przez Moskali.

Ciężko rannego Frankowskiego umieszczono w szpitalu św. Ducha. Los nie był dla niego łaskawy – rozpoznany i zadenuncjowany przez żandarma o nazwisku Kaszirin (jeszcze w Kazimierzu Frankowski darował owemu żandarmowi życie) zabrany do Lublina, tam wyleczony został postawiony przed sądem wojskowym. Wielokrotnie przesłuchiwany, wykazał ogromny hart ducha i nie zdradził nikogo. Generał Chruszczow, stary wiarus, bohater wojen krymskich, ujęty niezłomną postawą dwudziestoletniego młodzieńca, namawiał skazanego, aby prosił cara o łaskę. Frankowski odmówił. 16 czerwca o godzinie 5.00 rano Leon Frankowski – komisarz powstańczy województwa lubelskiego został powieszony. (…)Klęska pod Słupczą była epilogiem siedemnastodniowej działalności oddziału partyzanckiego, którego rdzeń stanowili akademicy z Puław. Nikt już nie myślał o powrocie w lubelskie. Oddział rozwiązał się. Duża część studentów przeszła do Langiewicza, a wielu trafi ło do innych oddziałów: Oksińskiego, Bosaka, Lelewela, Kurowskiego, Kruka-Heydenreicha, Grekowicza, Cieszkowskiego i innych, kontynuując walkę z zaborcą. Wydarzenia 1863 r. zakończyły dydaktyczną działalność uczelni puławskiej. Instytut przeobrażono w placówkę naukową, a w 1869 r. ukazem cara zlikwidowano, powołując w jego miejsce na nowo otwarty dla studentów Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa z językiem wykładowym rosyjskim.

Tablica upamiętniająca puławskich studentów – uczestników powstania styczniowego na fasadzie IUNG-u Puławy (fot. historiamag.pl)

A gdzie w tym wszystkim Elżbieta Mullerówna i jak potoczyły się jej losy?

Powróćmy do wydarzeń z 22 stycznia  1863 r. Przenosimy się ponownie do Puław. Tamtejsza grupa miała za zadanie rozbicie garnizonu rosyjskiego w Końskowoli i dotarcie do Lublina.

O godzinie jedenastej w nocy, w wyznaczonym miejscu zebrała się grupa około 600 osób (głównie studentów i zaprzysiężonych chłopów z okolicznych wiosek). Na czele partii stanął komisarz wojewódzki, dwudziestoletni Leon Frankowski – młodzieniec ambitny, bezgranicznie oddany sprawie powstańczej, lecz bez doświadczenia w kwestii wojskowej. Pełni nadziei i wiary w zwycięstwo powstańcy ruszyli w stronę Końskowoli. Niestety, na skutek denuncjacji plan został udaremniony. Dowódca garnizonu pułkownik Bury – uczestnik kampanii węgierskiej, miał swoich informatorów w Puławach. Ostrzeżony o planowanej akcji rozkazał wytoczyć działa na drogę puławską, chałupy od strony Nowej-Aleksandrii (Puław) obsadził kompanią wojska, zaś kozackiemu esaułowi polecił rozpuścić podjazdy po okolicznych drogach i wszystkich napotkanych aresztować. Tak przygotowany czekał na „gości z Puław”. Nie trudno przewidzieć, jaki byłby finał tej eskapady, gdyby nie poświęcenie młodej końskowolanki – Elżbiety Mullerówny wtajemniczonej w całą sprawę. Ta osiemnastoletnia dziewczyna dowiedziawszy się o zdradzie i gotowości bojowej Rosjan, nie bacząc na przenikliwe zimno i rzęsiście padający deszcz, blada z przerażenia wybiegła z domu w tym, w czym stała i pędem udała się w stronę Puław. W ostatniej chwili zdołała ostrzec powstańców, ratując ich od niechybnej śmierci. Czyn swój przypłaciła ciężką chorobą, a w konsekwencji śmiercią.

Artur Grottger, grafika z cyklu „Polonia”, album na polona.pl

Powstańczy kurier (w spódnicy) czyli powstania styczniowego historia nieznana

Powyższy tekst i fotografie to prezent dla Czytelników od redaktora Janusza Ogińskiego. Dotyczy udziału w powstaniu styczniowym pewnej walecznej dziewczyny. Takich postaw (i tekstów) życzymy sobie na ten rok! Autorowi dziękujemy!

W Kazimierzu Dolnym o powstaniu styczniowym pamięta się nie przypadkiem. Wielu mieszkańców miasteczka i jego okolic brało w nim udział. Niektórzy oddali w walce życie, innych zesłano na syberyjską katorgę, jeszcze innych pozbawiono majątku i praw obywatelskich. W większości są to bezimienni lub zapomniani bohaterowie. Ta opowieść jest o jednej z takich postaci.   

Jadwiga Teodorowicz-Czerepińska w swojej znakomitej książce Kazimierz Dolny, monografia historyczno – urbanistyczna, wydanej w 1981 roku przez Towarzystwo Przyjaciół Kazimierza, tak opisuje wydarzenia z roku 1863: W czasie powstania styczniowego w okolicach Kazimierza działała partia Leona Frankowskiego. Zwerbował on do udziału w powstaniu studentów świeżo zorganizowanego w Puławach Instytutu Politechnicznego. W chwili wybuchu powstania w nocy na 22/23 stycznia przyprowadził ich do Kazimierza, gdzie do powstańców puławskich dołączyło się kilkudziesięciu ludzi z organizacji miejscowej. Już w dniu 23 stycznia miało miejsce w Kazimierzu starcie zbrojne z żandarmami, po czym ogłoszono akt utworzenia Rządu Narodowego, odczytano dekret uwłaszczeniowy i zdarto orły rosyjskie. Wprawdzie studenci namówieni przez profesorów Instytutu powrócili do Puław, ale w Kazimierzu zorganizowano oddział w sile 600-700 ludzi pod dowództwem burmistrza z Markuszowa, Zdanowicza, który był zresztą człowiekiem nie nadającym się na to stanowisko. Wybór Kazimierza na ośrodek organizowania głównych sił lubelskich [nazywanych też oddziałem lubelskim] był słuszną decyzją Frankowskiego. Liczne wąwozy, wzgórza i lasy stwarzały dogodne miejsce do obrony. Znaczna odległość od silnego garnizonu lubelskiego umożliwiała powstańcom organizowanie się, szkolenie i dozbrojenie. Oddział zorganizował się w ciągu tygodnia, rozlokowany był częściowo w budynkach miejskich, a częściowo w wąwozach. Był to jeden z najlepiej zorganizowanych oddziałów na terenie kraju, jakkolwiek uzbrojenie było niedostateczne. Powstańcy posiadali nawet swojego kapelana w osobie ks. Głowackiego – reformaty. Sztab miał mieścić się według W. Gryza w magistracie w Rynku (czyli w kamienicy pod Krzysztofem). Jednakże posiadamy też z Kazimierza inny przekaz, w postaci tabliczki blaszanej, zdjętej z dworku „Walencja” na Górach, własności Broniewiczów, z napisem: „W tym domu w r. 1863 przebywało dowództwo partii Leona Frankowskiego, która dnia 1 lutego tegoż roku wyruszyła stąd wraz z Józefem Broniewiczem na pole walki, a dnia 2 lutego wojska moskiewskie doszczętnie zniszczyły folwark Walencję”. Istotnie dnia 1 lutego przybył do powstańców kurier z wiadomością o zbliżaniu się wojsk rosyjskich. Frankowski podjął decyzję o opuszczeniu Kazimierza i przeprawieniu się w Sandomierskie, czego dokonano pod Kamieniem. Dalsze losy powstania toczyły się poza Kazimierzem.

                                                                      ***

Jadwiga Teodorowicz-Czerepińska, a także inni historycy wspominają w swoich opracowaniach o tajemniczym kurierze, który ostrzegł kazimierskich powstańców o zbliżającym się wojsku carskim. Kto to był, tego żaden z nich nie podał. Przypadek sprawił, iż udało się przywrócić pamięć o tej osobie. Stało się to możliwe dzięki niewielkiej książeczce, która przez wiele lat stała ma półce Biblioteki Związku Zawodowego Górników przy Kopalni „Gliwice”, potem Zakładowego Ośrodka Kultury „Carbon” KWK w Gliwicach, i w końcu na antykwarycznym regale. Maria Złotorzycka, autorka tejże książki pt. O kobietach – żołnierzach w powstaniu styczniowym (wydanej w 1972 r. przez Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych w Łodzi), w jednym z rozdziałów podaje: Wzmianek o bezimiennych uczestniczkach powstania jest sporo, ale i one nie mogą być podstawą do określenia, choćby w przybliżeniu, faktycznej liczby kobiet żołnierzy, które walczyły w szeregach powstańczych. Zaledwie o kilkudziesięciu spośród nich zachowały się obszerniejsze relacje. Tym to właśnie kobietom żołnierzom powstania styczniowego poświęcimy obecny rozdział tej książeczki, składając w ten sposób pośrednio hołd pamięci także tym nieznanym z nazwiska ani imienia.

Elżbieta Muellerówna nosiła nazwisko niemieckie, ojciec jej był z pochodzenia Niemcem, z rodziny osiadłej w Końskowoli w Lubelskiem. Matka była Polką. Elżbieta czuła się również Polką i każda wieść ze stolicy w okresie przedpowstaniowym wywoływała w jej sercu pragnienie poświęcenia się dla sprawy narodowej. Mieszkała w domu swojego dziadka, jedynej bliskiej osoby, który prowadził niewielki zajazd. Pomagała mu w pracy. Miała 18 lat i była śliczna jak poranek w dzień wiosenny. Na kilka miesięcy przed wybuchem powstania bateria artylerii carskiej przybyła do Końskowoli pod dowództwem pułkownika, żonatego z Polką, mówiącego w domu po polsku, ale podającego się za Litwina. W gruncie rzeczy był carskim służbistą, bezmyślnym okrutnikiem. Wśród oficerów baterii był Polak, Feliks Szukiewicz, który, kształcąc się w Petersburgu, należał do organizacji rewolucyjnej Polaków i Rosjan wraz z Jarosławem Dąbrowskim i innymi. Był więc jednym z tych oficerów w wojsku carskim, na których najbardziej liczył Komitet Centralny Narodowy w razie wybuchu powstania. Pomiędzy młodym oficerem, który otrzymał kwaterę w zajeździe Muellera a Elżbietą zawiązała się przyjaźń. On mówił jej o bliskiej walce z caratem, ona słuchała rozpromieniona. Była szczęśliwa, gdy do Końskowoli przyjechał organizator sił zbrojnych z Warszawy, niejaki Władysław G., aby odbyć naradę z miejscowymi spiskowcami, a także i przede wszystkim z Szukiewiczem. Pewnego razu Elżbieta szepnęła Szukiewiczowi, że i ona wybiera się do powstania. Pochwalił ją i powiedział, że będzie dużo roboty z przygotowywaniem szarpi, opatrunków oraz – w szpitalach. Odpowiedziała mu na tę pochwałę: „Skubanie szarpi zostawmy osobom starszym, słabym. W razie potrzeby utrzymam w ręku karabin jak każdy mężczyzna. Chcę być czynna tam, gdzie trzeba odwagi i poświęcenia… Jestem gotowa pójść w ogień”. Stała się cicha, zamknięta i skupiona spokojem powziętego postanowienia. Nadszedł dzień wybuchu powstania. Organizator, Władysław G., udał się do Puław, by stanąć na czele młodzieży z Instytutu Rolniczego. Punkt zborny został wyznaczony w Kazimierzu nad Wisłą. Kierunek marszu prowadził przez Końskowolę. Szukiewicz z niepokojem oczekiwał wieczoru, toteż zaraz po południu rozpoczął inspekcję terenu i nieoczekiwanie stwierdził, że pułkownik, na ogół mało ruchliwy, tego przedwieczerza kręcił się koło stajen, gdzie stały konie artylerzystów i oglądał armaty. Szukiewicz wrócił na kwaterę zaniepokojony. Nagle usłyszał dochodzący od rynku odgłos bębna, co oznaczało, że bateria ma stanąć w pogotowiu bojowym. Nie ulegało wątpliwości, ze ktoś zdradził plan wymarszu młodzieży z Puław. Rozpacz i przerażenie Szukiewicza nie miały granic, musiał bowiem iść na wezwanie i – może – wkrótce być świadkiem rzezi. O uprzedzeniu oddziału z Puław nie było mowy. Czas naglił do powzięcia decyzji. Nagle zjawiła się Elżbieta, również zaniepokojona odgłosem bębna i osobliwym ruchem w miasteczku. Szukiewicz podzielił się z nią straszliwą wiadomością. Bez słowa wyjaśnienia rzuciła się ku drzwiom i w jednej chwili zniknęła. Wróciła późną nocą przemoczona do ostatniej nitki, w poszarpanej odzieży, w wykoślawionych butach. Biegła bowiem w tę zimną, dżdżystą noc w kierunku Kazimierza przez pola i lasy, na przełaj, byle prędzej. Dotarła wreszcie do oddziału Puławian we wsi Gajewo pod Kazimierzem. Z początku nie chciano dać wiary tym informacjom, poznał ją jednak Władysław G., uwierzył i – zarządził marsz w innym kierunku. Uratowała w ten sposób oddział młodzieży od niechybnej zguby, ale sama swój czyn przypłaciła życiem. Zachorowała bowiem na zapalenie płuc i ani troskliwa opieka dziadka, ani lekarz nie zdołali jej uratować. W malignie będąc, szeptała tylko o grożącym oddziałowi powstańczemu niebezpieczeństwie. W tym miejscu można zadać pytanie, na ile opowieść ta jest prawdziwa? A może to tylko piękna, romantyczna legenda? Istnieje historyczne potwierdzenie tej relacji. W archiwalnych egzemplarzach krakowskiej gazety codziennej Czas, w popołudniowych dodatkach, od 23 do 30 stycznia 1913 roku (nr: 37, 39,43, 45,49), ukazały się fragmenty pamiętnika Feliksa Szukiewicza, w którym wspominał swój pobyt w Końskowoli. To właśnie z tego diariusza Maria Złotorzycka czerpała informacje pisząc swoją książkę. Oktawian Feliks Odrowąż Szukiewicz (1840-1914) był wychowankiem konstantynowskiej szkoły wojskowej w Petersburgu, a następnie podporucznikiem artylerii rosyjskiej w Dęblinie. Po wybuchu  powstania porzucił służbę w wojsku rosyjskim i udał się w Augustowskie, gdzie pierwsze miesiące spędził w oddziale Józefa Ramotowskiego, a następnie uformował szósty oddział powstańczy, którego został dowódcą. Po klęsce powstania styczniowego wraz z żoną Bronisławą (która też brała udział w powstaniu) i córką Antoniną wyemigrował do Szwecji, gdzie z rodziną zamieszkał w Sztokholmie.

Krzyż Powstańczy przy ulicy Słonecznej – pomnik upamiętniający miejsce zgrupowania, z którego ochotnicy z Kazimierza wyruszyli do powstania

Należy też wspomnieć jak potoczyły się dalsze losy kazimierskich powstańców. Na wieść o zbliżaniu się do Kazimierza wojsk rosyjskich, dowództwo oddziału powstańczego postanowiło opuścić miasteczko, by uniknąć okrążenia, a także nierównej walki ze znacznie lepiej uzbrojonym wojskiem rosyjskim. Część powstańców przeprawiła się promem za Wisłę, a pozostali dotarli do lasu w okolicach Rogowa i Polanówki (gmina Wilków nad Wisłą). Tam podzielili się na mniejsze grupy i rozpoczęli marsz w kierunku Kamienia, by przeprawić się na lewy brzeg Wisły. Jedna z grup powstańczych kierująca się na Wilków, została dostrzeżona i zaatakowana przez carski odział Kozaków. Potyczka rozegrała się w rejonie między Szczekarkowem, Kłodnicą i Wrzelowem.  Powstańców uratowały mokradła nad rzeką Wrzelowianką, Wszystkie rozproszone grupy dotarły na miejsce zbiórki 2 lutego, następnie pokonały Wisłę i w okolicy Solca założyły obóz. Część powstańców (w tym odpowiedzialny za kasę powstańczą Józef Broniewicz) próbowała na własną rękę przedostać się Wąchocka, gdzie stacjonował obóz Mariana Langiewicza. Reszta, pod dowództwem Antoniego Zdanowicza, który prawdopodobnie chciał walczyć samodzielnie, skierowała się w kierunku Sandomierza. To właśnie za tą grupą rozpoczął pościg pułkownik Jerzy Miednikow z czterema rotami piechoty i sotnią kozacką. O zmierzchu 8 lutego powstańcy rozlokowali się na terenie dworskiego ogrodu Karskich w Słupczy koło Sandomierza, odpoczywając po forsownym marszu. Dowodzący oddziałem Antoni Zdanowicz pozwolił rozpalić ogniska, nie wystawił też straży. To – niestety – zgubiło powstańców. Rosjanom ułatwił też atak pewien chłop z Gór Wysokich, który za pieniądze wskazał miejsce postoju powstańczego oddziału. Bitwa, a właściwie rzeź, była krótka. Moskale zabili dwudziestu ośmiu Polaków i ranili kilkudziesięciu. Nakazali też natychmiast pochować zabitych. Ich mogiła znajduje się na cmentarzu w Górach Wysokich. Jednocześnie Rosjanie wyszukiwali rannych, przetrząsając pobliską wieś Dwikozy. Znaleziono tam i dobito bagnetami kolejnych trzydziestu ośmiu powstańców. Wszystkich pochowano we wspólnym grobie w Dwikozach. Na mogile tej w dwudziestoleciu międzywojennym zbudowano pomnik z orłem.

Antoni Zdanowicz zdołał zbiec, ale wkrótce sam poddał się Rosjanom. Zesłany na Syberię, wkrótce zmarł. Około 150 powstańcom udało się wyrwać z kleszczy wojsk rosyjskich. Wielu z nich walczyło później w innych oddziałach powstańczych, niektórzy wyemigrowali do Francji, a nawet do Ameryki Południowej. Pod Słupczą walczył i zdołał się uratować siedemnastoletni Adam Chmielowski, wówczas student Instytutu  Politechnicznego w Puławach. Usiłował przedostać się przez granicę, ale złapany przez Austriaków, został zamknięty w twierdzy w Ołomuńcu. Stamtąd uciekł i ponownie przystąpił do powstania. W kolejnej potyczce, ciężko ranny, dostał się do niewoli rosyjskiej, gdzie amputowano mu strzaskaną nogę, a następnie na polecenie generał-gubernatora Berga zwolniono, a właściwie zaniechano aresztu. Adam Chmielowski to późniejszy święty Brat Albert, wyniesiony na ołtarze przez Jana Pawła II.

Pomnik na zbiorowej mogile kazimierskich powstańców w Dwikozach k. Sandomierza

Wisła (w dialogu fotograficzno-literackim)

Fascynacja zdjęciami Stanisława Jacka Magierskiego nie opuszcza nas. Postanowiliśmy opowiedzieć Państwu o miejscach, które fotografował za pośrednictwem literatury. Znaleźliśmy stosowny tekst. Pomyśleliśmy także, aby fotografie sprzed blisko 100 lat skonfrontować ze współczesnymi widokami miejsc, które niegdyś znalazły się w kadrze Stanisława Magierskiego. Posłuży nam do tego bogata ikonografia autorstwa Piotra Makowskiego. Do Państwa oceny należy, czy obydwa albumy poświęcone Wiśle zostały przez nas dobrze połączone. Najpierw jednak tekst:

Chyba już od trzystu lat idzie święty Krzysztof po rzeźbionej  ścianie kamienicy na rynku, w mieście Kazimierz Dolny. (…) Naprzeciw zaś ma (…) Wisłę, płynącą niestrudzenie, bladym rąbkiem połyskującą  między dachami, (…) wodę , przepływającą poza brzegiem i liczy przemijający czas ludzkich dni i trudów. (…) Wraz z wiosennym i jesiennym spustem nie płynęły już Wisłą ciężkie, ładowne komiegi i szkuty, przeważały teraz łodzie płaskie, tratwy, wiązane z drzewnych bali, galary, sprzedawane po ukończeniu drogi na opał lub budulec. Potem pojawiły się barki i krypy oraz berlinki, naładowane owocem; wreszcie dychawiczne, białe, zakopcone statki parowe, poczęły się przepychać pomiędzy mieliznami w górę i w dół rzeki.

Dawny Kazimierz był już wtedy biednym, zrujnowanym żydowskim miasteczkiem. Na wiślanym brzegu wśród śliwkowych sadów zawaliły się z latami piękne zbożowe spichlerze, zapadły dachy rzeźbionych kamienic, świnie i kozy chodziły po rumowiskach i wąskich wyboistych dróżkach, wśród chwastów i krzewów porastających szkarpy murów.

Nie zmieniła się tylko sama Wisła. Tak, jak przed Wiekami, płynie nieprzerwanie płowo-niebieska, ogromna, opita wodami karpackich i kieleckich dopływów, szeroko rozwalona wężami łach, płachtami mielizn, zmiennymi wirami prądów, między garbatymi brzegami lubelskiego i radomskiego płaskowyżu. Jest nieobliczalna, nieujarzmiona i zła. Porywa strome brzegi, wżera się w kredowe pokłady urwisk, zabiera ze sobą żyzny, słodki less, by go osadzić rozrzutnie poniżej, na puławskim nadwodnym pasie, na kozienickim tłustym pobrzeżu.

Ale przynosi także nadrzecznym wsiom bogactwo ryb i wiślaną żyzną madę, oczom i ustom ożywczy podmuch, wilgotne tchnienie, modro-słoneczny obszar niezmiernej fali. (Hanna Mortkowicz, Na drogach Polski, 1934)

W zakładzie fotograficznym „Łokietek”

Mikołaj odwiedził nas w tym roku wcześniej. Przyniósł fantastyczny tekst oraz zdjęcia z kolekcji naszego stałego autora, red. Janusza Ogińskiego. Cieszymy się z takich prezentów, bo możemy się nimi dzielić z Państwem!

Pracownia krawiecka „Krajewo”, o której pisze Maria Kuncewiczowa w „Dwóch księżycach”, była znana i ceniona nie tylko w Kazimierzu. Jej renoma przyciągała również modnisie z całego Powiśla. Na realizację zamówienia trzeba było nieraz czekać nawet kilka tygodni. Mistrzynię igły i nożyc, pannę Walerię Zdanowicz (w książce – Walentyna Krajewska), klientki ceniły za fachowość, znajomość najnowszych trendów w modzie, umiejętność doboru odpowiedniego fasonu do sylwetki. Zdarzało się, że panie w nowo uszytych kreacjach, dla zadania szyku, kierowały się wprost z pracowni krawieckiej do miejscowego zakładu fotograficznego „Łokietek”. Niestety, nie zachowało się zbyt wiele tego rodzaju zdjęć wykonanych przez kazimierskiego fotografa. Nie dotarliśmy też do informacji, jak się nazywał właściciel zakładu fotograficznego. Na odwrocie zdjęć umieszczał jedynie – i to nie zawsze – stemplowany napis: „Łokietek” w Kazimierzu.
Przykładem fotografii, na której można zobaczyć stroje szyte w pracowni „Krajewo”, jest zdjęcie Franciszka Kusia z Wilkowa, w towarzystwie żony Władysławy (od prawej) i siostry Rozalii, wykonane w 1926 roku. Obydwie kobiety mają na sobie luźne suknie z lekko obniżoną talią, dość krótkie, odsłaniające łydki. Wtedy była to rewolucja w modzie damskiej! Należy też zwrócić uwagę na to, że obydwie panie mają krótko ścięte włosy. To także była szokująca zmiana! Nowatorskie imaginacje były zasługą genialnej Coco Chanel, a modę na krótkie fryzury wprowadził wówczas słynny paryski fryzjer „Antoine”, czyli Antoni Cierplikowski, z pochodzenia Polak, urodzony w Sieradzu. Początkowo jego pomysł wywoływał wśród ówczesnych kreatorów mody burzę, ale z czasem rewolucjonizował cały fryzjerski świat. Jak donosiły gazety, w 1926 roku aż 7 milionów kobiet w Anglii pozbyło się warkoczy. Główna postać na zdjęciu, Franciszek Kuś, ubrany jest w standardowy, trzyczęściowy garnitur. Zarówno marynarka i spodnie, jak też kamizelka, są uszyte z jednolitego materiału. Ubiór mężczyzny prawdopodobnie nie był wykonany w pracowni krawieckiej Walerii Zdanowicz.

Franciszek Kuś z żoną Władysławą i siostrą Rozalią (fot ze zbiorów red. Janusza Ogińskiego)


Inną, też niezwykle interesującą fotografią z tamtych czasów, jest portret rodzinny Wiktorii i Adama Dyków z Zastowa (gm. Wilków). Zdjęcie zostało zrobione około 1919 roku. Adam Dyka, choć był mieszkańcem wsi, ubrany jest po mieszczańsku: koszula ze stójką, spodnie z kraciastego materiału, marynarka i kamizelka w tym samym kolorze, na nogach wysokie sznurowane trzewiki. Po lewej siedzi jego żona Wiktoria z Bulzaków, na kolanach trzyma młodszą córkę Celinę. Obok rodziców stoi starsza córka Władysława (w przyszłości żona Franciszka Kusia z Wilkowa n. Wisłą). Szczególnie interesujące są suknie Wiktorii i jej córki Władysławy. Nie są to typowe ubiory, które nosiły wówczas kobiety na Powiślu. Tradycyjny odświętny strój kobiecy z tamtych okolic składał się z białej, zdobionej haftem koszuli, haftowanego krótkiego gorsetu oraz jednokolorowej, zazwyczaj granatowej lub czarnej marszczonej spódnicy, którą zakrywały z przodu pasiastą zapaską z samodziału. Zapaski używane były też jako narzutki na ramiona lub na głowę dla ochrony przed deszczem i wiatrem. Natomiast suknie kobiet na zdjęciu są bardzo skromne, uszyte z czarnej gabardyny i przyozdobione jedynie białymi koronkowymi kołnierzykami. Obydwie panie na nogach mają długie sznurowane trzewiki. Jedyną ozdobą kobiet są korale oraz łańcuszek z krzyżykiem na szyi Władysławy (mała Celina ma także korale!). Nasuwa się przypuszczenie, że suknie te były wzorowane na dawnej modzie z czasów żałoby narodowej (żałobę narodową ogłoszono 3 marca 1861 r. po pogrzebie pięciu Polaków zabitych przez carskie wojsko w czasie patriotycznej demonstracji w Warszawie). Wzorem dla kobiet z Powiśla mogły być ubiory, które niegdyś widywały na patriotycznie ubranych szlachciankach z okolicznych dworów ziemiańskich.

Wiktoria i Adam Dykowie z córkami: Celiną i Władysławą (fot. ze zbiorów red. Janusza Ogińskiego)


Jeszcze inną ciekawostką jest kolejne zdjęcie, na którym znajdują się trzy dziewczyny z Wilkowa: Marianna Siedliska (od lewej) oraz siostry Weronika i Aniela Kuś. Jest to swoisty przykład ewoluowania mody damskiej w pierwszej połowie XX w. Marianna ubrana jest w „staroświecką” sukienkę z gabardyny, Weronika w strój krakowski (który z początkiem XX wieku stał się bardzo modny również w innych regionach kraju, zapanowała wręcz „moda krakowska”, która istnieje do dziś, szczególnie wśród pań z Kół Gospodyń Wiejskich), natomiast Aniela ma na sobie modny wówczas krótki żakiet i skróconą rozkloszowaną spódnicę sięgającą do połowy łydek, skrytych w wysokich sznurowanych butach. Przyglądając się fotografii, nietrudno zauważyć, że dziewczyny z Wilkowa pozowały w tym samym atelier, co Waleria Zdanowicz ze swoimi uczennicami (w tle, na dekoracji, namalowane skałki i palmy kokosowe), to znaczy w zakładzie „Łokietek” w Kazimierzu!

Marianna Siedliska oraz Weronika i Aniela Kuś (fot. ze zbiorów red. Janusza Ogińskiego)

Pies i jego dom

Ten zapis ma początek w fotografii, jaką przysłał nam nieoceniony tropiciel kazimierskich widoków, Piotr Makowski. „Werniks jak żywy”- pomyślałam i już, już zabierałam się za pisanie historii o tym, skąd się rzeczony pomnik w Kazimierzu wziął i za co – na szczęście – trzeba potrzeć figurę psa.

Werniks fot. P. Makowski

A potem pomyślałam sobie, że to znakomita okazja aby napisać o domu, którego pilnuje Werniks. To kamienica Kifnerów.

Dom Kifnera w latach 30. XX wieku (bez budynku dostawionego po wojnie przez K. Sicińskiego fot. fotopolska.eu

Pod adresem Rynek 29 (obecnie Rynek 2), w roku 1919 Jan Koszczyc-Witkiewicz zaprojektował dom dla kazimierskiego felczera, Konstantego Kifnera. Murowany, trzykondygnacyjny dom z balkonem i użytkowym poddaszem, nawiązujący stylistyką do renesansowych kamienic został wzniesiony w roku 1927.  Konstanty Kifner mieszkał w nim do śmierci (1972 r.).  W latach 30. XX wieku, w domu mieszkał  i pracował prawnik i literat, Stanisław Jerzmanowski. Zginął w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu w 1941 r. Obydwu znamienitych mieszkańców Kazimierza upamiętniają tablice na frontonie kamienicy. Po wojnie na parterze budynku mieściły się księgarnia i zakład fotograficzny. Teraz – bar, któremu patronuje pies.

A Werniks? Ze swojego murku obserwuje Rynek kazimierski od 20 (tak, rocznica!) lat.

Pomnik jest wzorowany na co najmniej dwóch czworonogach: Werniksie i Klocku. Autorem projektu  jest rzeźbiarz, Bogdan Markowski, który kazimierskie psy obserwował z pobliskiej kawiarni Rynkowa. Podobno Werniks, prawdziwie wolny kundel,  przewodził wszystkim kazimierskim psom. Był on na tyle wyjątkowy, że znalazł się człowiek, który postanowił go przygarnąć. Był to malarz, Zbigniew Szczepanek. Werniks doczekał się prawdziwego domu. Jednak ceną za dach nad głową była przymusowa emigracja do Gdańska. Inna historia opowiada o psie Klocku. Podobno, był tak kochliwym kundlem, że dla swojej ukochanej codziennie przepływał Wisłę z Kazimierza do Janowca. Trasę pokonywał codziennie w tę i tamtą stronę. Jeszcze inna opowieść jest związana z psem, który towarzyszył wycieczkom odwiedzającym Kazimierz: witał ich na Rynku, wędrował po uliczkach miasteczka i w zamian za towarzystwo był nagradzany smacznym kąskiem.

Tito, godny następca Werniksa fot. P. Makowski

Werniks stał się bohaterem dwóch przewodników wydanych przez Muzeum nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym. W pierwszym (i towarzyszącej mu aplikacji) psa narysował Piotr Fąfrowicz. W drugim – portret Werniska stworzył lubelski grafik, Paweł Batyra. Obywa psy – wraz z przewodnikami – mogą państwo pobrać na platformie Google Play.

A w Męćmierzu (Mięćmierzu) pusto. Nie ma nawet na kogo poszczekać… fot. P. Makowski

Kamienica Celejowska

Budynek przy ul. Senatorskiej 11 wzniesiono w pierwszej połowie XVII wieku. Według badaczki historii Kazimierza Dolnego, Jadwigi Teodorowicz Czerepińskiej kamienica została zbudowana w roku 1630, po kamienicy Górskich (1607 r.) i Przybyłów (1615 r.). Pasjonat Kazimierza, historyk sztuki Wacław Husarski wspomina o ciekawej historii, związanej z renowacją kamienicy prowadzonej w okresie międzywojennym przez Jerzego Siennickiego. W owym czasie na frontonie budynku miał pojawić się kartusz (ozdobna tabliczka, w formie płaskorzeźby) z datą 1578.  Jerzy Siennicki miał znaleźć taką datę dokumentach lubelskiego Archiwum Państwowego. Była ona związana z rodziną Celejów. Zacytujmy (za Wacławem Husarskim) stosowny fragment: Katarzyna Celejówna, żona Jana Strupisza, szewca, sprzedała komuś swoją część domu Celejowskiego w roku 1578. Siennicki uznał tę datę za pewnik i umieścił ją na kartuszu nad wejściem do budynku.

Kamienica Celejowska fot. P. Makowski

Wacław Husarski stwierdził, że ta hipoteza nie była zgodna ze stanem rzeczywistym. W czasach, do których odnosi się zapis archiwalny w tym miejscu mógł stać zwykły drewniany dom. Ba. Mógł on nawet być starszy, niż wzmiankowana data, skoro pani Katarzyna odziedziczyła go po rodzicach. Problematyczny kartusz zniknął po kolejnej, już powojennej renowacji. A skoro datowanie obiektu było tak problematyczne, to także Wacław Husarski zajrzał do wpisów archiwalnych. Najcenniejsze okazały się te, dotyczące podatków. Na tej podstawie stwierdził, że pierwsze  wzmianki o właścicielu kamienicy, kupcu Bartłomieju Celeju, pojawiają się w zachowanych kazimierskich annałach z roku 1635. Wiadomość dotyczy przekazania przez kupca 500 złotych na szpital przy kościele św. Anny. O tym, że kamienica została postawiona przez Bartłomieja w czasach powodzenia, świadczy wizerunek patrona właściciela na fasadzie budynku (prawa strona attyki). Po przeciwnej stronie widnieje podobizna świętego. Jana Chrzciciela, patrona syna Celeja. W środkowej części attyki (podwójny edykuł środkowy) znajdują się wizerunki Jezusa i Matki Bożej. Bartłomiej Celej zmarł w roku 1673 dożywszy, według Husarskiego, sędziwego wieku.

Kamienica Celejowska nawiązuje stylem do budowli Santi Gucciego – np. kaplicy Batorego na Wawelu. O zdobiących fasadę płaskorzeźbach Husarski pisze w taki oto, obrazowy sposób mimo całego przeładowania , mocno już tchnącego duchem baroku, jest od kamienic Przybyłowskich na rynku o wiele bardziej klasyczna; jest też o wiele bardziej kulturalna; nie ma, tak jak tamte, cech prowincjonalnej naiwności i mogłaby stanowić ozdobę wielkiego nawet miasta.

Dawna pocztówka z Kamienicą Celejowską z lat 20-30. XX wieku fot. Polona.pl

Budynek przechodził różne koleje losu. Był kamienicą mieszkalną, działała tu szkoła żydowska. Zawsze pozostawał w kręgu zainteresowań i budził emocje. Według jednej z opowieści miejskich, wśród dawnych właścicieli budynku był taki, który na jego remont przeznaczał wszystkie pieniądze. Nieraz głodował, bo wolał ratować zabytek niż zapewnić byt sobie i rodzinie.

W przedwojennych przewodnikach znaleźliśmy również wzmiankę o tym, że Kamienica nosiła miano „Biskupiej” z powodu wizerunków świętych na attyce (a tej mógłby pozazdrościć niejeden kościół) oraz dekoracji nawiązujących do motywów religijnych, umieszczonych na fasadzie budynku.

Remont Kamienicy Celejowskiej z lat międzywojnia fot. Polona.pl

W latach 1924-25 kamienicę rewaloryzował Jan Koszczyc-Witkiewicz przy pomocy jednorękiego rzeźbiarza, Jerzego Łopuszańskiego. Mimo dostępnych materiałów ikonograficznych: obrazów, grafik ale też archiwalnych fotografii kamienicy, Witkiewicz pozwolił sobie na swobodę w podejściu do konserwacji obiektu. Chciał przede wszystkim uratować sam obiekt i nadać mu „rys stylistyki renesansu”, nie zaś wiernie odtwarzać ubytki, spowodowane przez pożary i działania wojenne. Tu główne zadanie przypadło Łopuszańskiego. Jego biograf, prof. Kazimierz Parfinowicz podkreśla, że przystąpieniem do prac w Kamienicy Celejowskiej Łopuszański wnikliwie studiował książki, dotyczące sztuki renesansowej. Nadbudowanie fasy pełnoplastycznymi głowami zwierząt, gryfów i ptaków uważał za celowe. Nawiązaniem do tychże studiów miała być „Chimera” prezentowana przez Łopuszańskiego w Zachęcie, na kilka lat przed podjęciem prac konserwatorskich w Kamienicy Celejowskiej. Włodzimierz Bartoszewicz, kolega Łopuszańskiego ze studiów w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych wspominał („Buda na Powiślu”), że rzeźbiarz bardzo zaangażował się w te prace. Kiedyś w Kazimierzu nad Wisłą zapraszał mnie na rusztowania, by pokazać rzeźby na attyce celejowskiej kamienicy, którą właśnie skończył rzeźbić. Po rusztowaniach chodził jak kot – wspominał Bartoszewicz.

Trud Łopuszańskiego poszedł na marne. W latach 70. XX wieku część rzeźb z attyki została usunięta, a obydwu konserwatorom zarzucono nieumyślne fałszerstwo architektoniczne. Gargulce Łopuszańskiego z attyki Kamienicy Celejowskiej przetrwały jedynie w ikonografii.

Gargulec z Kamienicy Celejowskiej fot. Edward Hartwig (ze zbiorów MNKD)

Z budynkiem Kamienicy Celejowskiej są związane początki kazimierskiego muzeum. W latach 1926-39, Towarzystwo Przyjaciół Kazimierza zaczęło gromadzić w niej zbiory artystyczno-historyczne. Znaczna ich część nie przetrwała okresu okupacji. W roku 1962 Henryk Dąbrowski, architekt, rysownik i wykładowca Politechniki Warszawskiej, zorganizował w Kamienicy Celejowskiej wystawę swoich prac. Tym samym niejako przyczynił się przedwojennego pomysłu utworzenia tu muzeum i w efekcie – przekazania budynku na cele muzealne. 29 marca 1963 roku, powołano do życia Muzeum Regionalne, którego kierownikiem został Kazimierz Popiołek. Pierwsi turyści obejrzeli muzealne ekspozycje w Kazimierzu Dolnym pod koniec 1966 roku.

Tajemniczy fresk odkryty podczas remontu konserwatorskiego Kamienicy Celejowskiej, w roku 2018. fot. M.Januszek-Surdacka DK-MNKD

            Ciekawą i humorystyczną historię dopisał Kamienicy Celejowskiej prowadzony obecnie remont konserwatorski. Spod grubej warstwy tynku i farmy ekipa budowlana wydobyła na „światło dzienne” fragment neogotyckiego fresku. Zawezwano konserwatorów, którzy zbadali malowidło. Ustalono, ze pochodzi ono z pierwszej połowy XX wieku. To pozwoliło na przypuszczenia, że fresk pamięta czasy pierwszych muzealnych zbiorów Towarzystwa Przyjaciół Kazimierza Dolnego i jej pierwszych założycieli z prof. Pruszkowskim na czele. Tym razem także (czyżby nad Kamienicą unosił się duch przedwojennego architekta, Jerzego Siennickiego?) były to marzenia na wyrost. Autorką „historycznego fresku” była Danuta Wierzbicka, a malowidło było niegdyś elementem dekoracyjnym wystawy historycznej, zorganizowanej na parterze Kamienicy Celejowskiej w czasach jak najbardziej współczesnych (no, może dla niektórych historycznych), bo z lat 80-90. XX wieku.

Cmentarz kazimierski

Znowu inspiracja red. Janusza Ogińskiego i jego zdjęcia. Oto, co o cmentarzu w Kazimierzu Dolnym pisała Maria Kuncewiczowa w Listach do Jerzego:

Przyszedł listopad i kazimierski cmentarz nabrał życia przed zlotem duchów na Dziady. (…) Lipy, topole i olchy zrzuciły kolorowe peruki, ich obfite płaszcze leżą podeptane na ziemi, gałęzie rysują na niebie szyfr wieloznaczny, nuty, ruchome frazy, tekst muzyczny z basem i wiolinem dyktowanym przez wiatr. To nie jest podtekst jesieni, to jest właśnie dramatyczny tekst zapisany w chmurach. Ileż to jesiennych lamentów, czystych i zaślinionych od płaczu, łagodnych i rozpaczliwych, nosi się po ulicach, po domach i lasach, po fabrykach i kopalniach, nad morzem i w górach. Czy oprócz muzyków nikt ich nie zapisuje? Może jednak członkowie chórów anielskich słyszą te głosy.(…)
Dzień jest Zaduszny. Właśnie wróciłam z uroczyska, któremu nie dorówna w ekspresji żadne Campo Santo nad lazurową zatoką czy na romantycznej skale. Stary od nowego cmentarza w Kazimierzu dzieli wąwóz spięty arkadami: oba są położone na wzgórzach niestromych, obrośniętych dębami i kasztanowcami, które ronią liście z prawdziwie cmentarną powolnością. Liść długo się waha w powietrzu, zanim legnie na czyimś pomniku z kamienia, cementu czy murawy. Najpiękniejsze są mogiły darniowe odziane na święto w suknie z jedliny, w naszyjniku z jagód czerwonych, białych i czarnych, naznaczone krzyżami z paproci, bezimienne i ciągle warte pamięci, obojętne na grzmiący cymbał nazwisk i godności. Na wszystkich grobach tańczą płomyki i pod sklepieniem z nawisłych gałęzi szarzy się ruda zorza jesienna, migotliwa i niema. Cichy także słowiański tłum, praktykujący kult przodków jak za Ziemowita. W przyziemnym mrowieniu się, w szeleście wielkich motyli, oderwanych od pni, brodzą, klęczą, klęczą rodziny. Kobiety układają kwiaty, mężczyźni znoszą wieńce, dzieci gospodarują światłami, sąsiedzi pomagają sąsiadom. Pokora, mistyczna zgoda na los. Jakże daleko jestem od pysznych kaplic na Montparnasie, odwiedzanych raz w roku przez damy w towarzystwie szoferów, dźwigających blaszane girlandy. Jak daleko od bezdrzewnej pustyni w Long Island, pełnej kolumn i obelisków, gdzie spoczęła strzaskana czaszka Lechonia. Jak daleko od hierarchicznych Powązek. Złożyłam na grobowcu Sicińskiego wiechę jarzębin z drzewa, które kazał mi zasadzić przy tarasie. Patrząc na płomień, wyrywający się wężowymi ruchami z lampy oliwnej, jak gdyby z żądzy objęcia płyty, kwiatów i mnie, dziękowałam zmarłemu, ale i wymawiałam mu jego ironiczny dar. Matka, słuchając Hubermana, powtarzała wśród szlochów: „To barbarzyństwo, to barbarzyństwo tak grać, jak gdyby człowiek wszystko mógł zrobić”. Ja w duchu mówiłam do pana Karola: „To barbarzyństwo, to barbarzyństwo zbudować kobiecie dom, który jest mirażem”.

Pomniki – w 100. rocznicę Cudu nad Wisłą

Cóż zrobilibyśmy, gdyby nie nasz nieoceniony współpracownik, redaktor Janusz Ogiński. Z jego archiwum otrzymaliśmy dokumentację, związaną z wydarzeniami Cudu nad Wisłą.
Część notatek prasowych i zdjęć dotyczy wydarzenia z roku 1998. Bohaterem obszernie komentowanej w lokalnych mediach historii był… pomnik wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku, stojący przy ul. Klasztornej w Kazimierzu Dolnym. Aby nie dać ponieść się emocjom, przypomnijmy, co wywołało takie zainteresowanie mediów.
Sam monument nawiązuje stylem do podobnych pomników, stawianych w latach 30. XX wieku, na pamiątkę Bitwy Warszawskiej. To kamienne bloki, zwieńczone ostrosłupem, opatrzone stosownymi napisami. Mimo to wygląd obelisku, jak również jego lokalizacja wywołały kontrowersje miejskich rajców.

Pomnik Bitwy Warszawskiej w Kazimierzu Dolnym fot. J.Ogiński


Pomnik ufundowali członkowie Towarzystwa Przyjaciół Kazimierza Dolnego. Pozwolenie na jego budowę na skarpie, obok klasztoru oo. franciszkanów-reformatów wydał jego ówczesny przeor,ojciec Bonifacy Kotrys. Zabrakło jednak oficjalnej zgody miejscowych władz na to, aby pomnik mógł być wzniesiony legalnie. Zastrzeżenia wywołał również kształt pomnika. Choć uczciwość dziennikarska kazałaby zamieścić personalia osób zaangażowanych w konflikt, spuścimy na te fakty „zasłonę milczenia”. Ważne, że pomnik przetrwał niejedną burzę w kazimierskim Ratuszu. Dziś – łączy, a nie dzieli. Poniżej zamieszczamy fotorelację z uroczystego odsłonięcia pomnika wojny polsko-bolszewickiej w Kazimierzu Dolnym, autorstwa red. Janusza Ogińskiego:

Druga część dokumentacji związanej z wyjątkowymi pamiątkami Bitwy Warszawskiej jest znana uwaznym Czytenikom naszego bloga. Odnosi się ona do dzwonnicy kościoła w pobliskim Wilkowie:


Niezwykły pomnik – dzwonnica przy wilkowskim kościele
To jedyny w takim kształcie pomnik w naszym kraju wzniesiony dla upamiętnienia odzyskania niepodległości przez Polskę, a także dla oddania czci mieszkańcom wilkowskiej gminy, poległym w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Dziś to symbol i znak rozpoznawczy Wilkowa nad Wisłą.

Tabliczka pamiątkowa z wilkowskiej dzwonnicy, fot. J.Ogiński


Na pomysł zbudowania tego rodzaju pamiątki narodowej wpadł ksiądz Jan Skwara, który w 1919 roku trafił do parafii św. Floriana w Wilkowie nad Wisłą. Była to nagła nominacja, ponieważ poprzednik, ks. Feliks Czyżewski, zmarł 11 marca tego roku na tyfus plamisty, zakaźną chorobę panującą wówczas w okolicy. Przed nowym proboszczem stanęło duże wyzwanie, bo parafia wilkowska wymagała zdecydowanych działań porządkowych i gospodarczych. Powodem tego była niedawno zakończona I wojna światowa. Poza tym w świątyni, a także w jej otoczeniu panował nieład, spowodowany przedwojennymi próbami rozbudowy kościoła.
Plany, których nigdy nie zrealizowano
W 1898 roku został skierowany do parafii wilkowskiej ks. Stanisław Siennicki. Ówczesny proboszcz, ks. Adolf Grabowski będący w podeszłym wieku potrzebował energicznego pomocnika. Zaraz po przyjeździe nowo przybyły kapłan uznał, że konieczne jest powiększenie świątyni. Wprawdzie w 1876 roku kościół został rozbudowany, ale i tak brakowało miejsca dla 7 tysięcy parafian. Pomysł zyskał aprobatę, a ksiądz Siennicki zlecił wykonanie projektu budowniczemu powiatowemu, Stanisławowi Koziełło-Poklewskiemu. Koszty rozbudowy oszacowano wstępnie na 5000 rubli. Niestety (dla projektu), ks. Stanisław Siennicki został awansowany na proboszcza w Kurowie, a na jego miejsce biskup lubelski Franciszek Jaczewski skierował do Wilkowa 1 grudnia 1906 r. ks. Antoniego Chotyńskiego, który od lipca tegoż roku pełnił funkcję kapelana w prowizorycznej kaplicy w majątku Marii i Jana Kleniewskich w Dratowie. Kilka miesięcy później, w 1907 r. ks. Antoni Chotyński przeszedł na wikariat w parafii Kumów, natomiast do Wilkowa skierowany zostaje kolejny duchowny – ks. Wojciech Bojarczuk. Zakwestionował on plany inżyniera Poklewskiego, uznając, że nie spełniają jego oczekiwań. Przekonał parafian, że dopiero kościół z trzema nawami i kaplicą zaradzi ciasnocie. Zrezygnowano więc z wcześniejszego projektu i zlecono wykonanie nowego architektowi Kazimierzowi Skórewiczowi. Roboty ruszyły jesienią 1908 roku. Podjęto ich bez korekty starego projektu. Zaczęto od ułożenia ław fundamentowych pod planowane nawy boczne, rozbierając przy tym zakrystię, przypory przy prezbiterium i część murowanego ogrodzenia wokół kościoła. Prace przerwano dopiero, gdy nastały duże mrozy. Do końca roku udało się tylko jeszcze przywieźć 80 tysięcy sztuk cegły. Z początkiem 1909 roku ks. Wojciech Bojarczuk otrzymał nominację na proboszcza parafii św. Zygmunta w Łosicach. Niedługo po tym, 20 stycznia 1909 roku, wrócił do Wilkowa nad Wisłą, już jako wikariusz, ks. Antoni Chotyński. Ta nominacja nie spodobała się lubelskiemu generałowi -gubernatorowi Jewgienijowi Wasiljewiczowi Mienkinowi. Ksiądz Chotyński był znany zaborcom ze swojej antyrosyjskiej postawy. Władze carskie wstrzymują też rozpoczęte prace budowlane do czasu zatwierdzenia projektu Skórewicza. Tymczasem architekt był zaangażowany w budowę kościoła w Zagłobie, przez co zaniedbywał inne zlecenia. Na projekt wilkowskiej świątyni czekano aż 3 lata. Niestety, w dokumencie dopatrzono się uchybień technicznych. Zerwano więc kontrakt ze Skórewiczem, a zaangażowano warszawskiego architekta Kazimierza Prokulskiego. Ten zakwestionował wszystko, co do tego czasu zostało zrobione i zalecił budowę całkowicie nowej świątyni. Komitet budowy kościoła wilkowskiego oraz ks. Antoni Chotyński (legalny proboszcz od 12 października 1912 r.) przystali na to, ale wybuchła I wojna światowa i wszystkie poczynania przerwane. Tuż przed wybuchem wojny księdzu Chotyńskiemu udało się jedynie sprowadzić za blisko 5 tys. rubli ociosane bloki granitowe. W 1915 roku Rosjanie zabrali z drewnianej dzwonnicy 3 dzwony, które nigdy do Wilkowa nie wróciły. Taki stan pozostał aż do 1919 roku.
Naprawa kościoła, budowa dzwonnicy
Po objęciu funkcji proboszcza, ks. Jan Skwara zdecydował o przywróceniu budynku wilkowskiego kościoła do stanu z 1876 roku. Przy okazji, postanowił wybudować nową dzwonnicę, ponieważ konstrukcja starej była w fatalnym stanie. Nie wiadomo, kto polecił mu młodego architekta, Karola Sicińskiego z Warszawy, który w 1916 roku przyjechał w Lubelskie, aby na zlecenie Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości przeprowadzić inwentaryzację zabudowy Kazimierza i zamku w Bochotnicy. Warszawski architekt podjął się zadania. Już jesienią 1919 roku projekt dzwonnicy i kaplicy przedpogrzebowej przy kościele wilkowskim był gotowy. Pod koniec września 1919 roku ks. Jan Skwara złożył wniosek o zatwierdzenie projektu i wyrażenie zgody na budowę do Architekta Powiatu Puławskiego. Jednak niespodziewanie zaczęły pojawiać się przeszkody. Najpierw urzędnik zażądał dostarczenia dodatkowego pisma, w którym przyszły wykonawca budowy zobowiązałby się do wymurowania dzwonnicy ściśle według zatwierdzonego planu. W odpowiedzi mistrz murarski Jan Wicha złożył taką deklarację. Prawdziwy powód utrudniania inwestycji w Wilkowie, wyjaśniło pismo Architekta Powiatu Puławskiego do Architekta Okręgu Lubelskiego, wysłane 1 grudnia 1919 r. Czytamy w nim: Załączając złożony do zatwierdzenia przez proboszcza parafii Wilków pow. Puławskiego ks. Skwarę projekt dzwonnicy wraz bramą i kaplicą przedpogrzebową nam do zatwierdzenia, (stwierdzam ) co następuje: w ogólnych zarysach projekt dzwonnicy zyskałby, gdyby był mniej pretensjonalny, w tym celu proponuję usunięcie wieżyczki z hełmem i zakończenie tej części wprost spadkiem dachu, balustradę otworów drewnianych ze względu na trudności obecne dobrego wykonania balasek, proponuję wykonać robotą ciesielską z drewna, poza tym uważam ustawienie wieży z częścią skarpy na sklepieniu nietłumaczące się konstrukcyjnie. Znając zamiary miejscowego proboszcza prowadzenia budowy własnym kierownictwem i chęć jego poczynienia zmian na własną rękę, proponuję postawienie warunku, aby budowa wykonywała się tylko podług rysunków szczegółowych (detalicznych), głównie co do profilowania i gzymsowania, dostarczonych przez autora projektu. Z powyższego fragmentu należy sądzić, że urzędnik z puławskiego starostwa miał osobiste uprzedzenia wobec księdza Jana Skwary. Wymienił go złośliwie tylko z nazwiska, a także z góry założył, że wilkowski proboszcz złamie przepisy prawa budowlanego. 16 stycznia 1920 roku na zebraniu Komisji Budowlanej, działająca przy wydziale Architekta Budowlanego Okręgowej Dyrekcji Robót Publicznych Województwa Lubelskiego wsparła uwagi urzędnika ze starostwa puławskiego. Wydała też następującą opinię: Przesłany pismem z dn. 1.12.1920 roku nr 276 projekt dzwonnicy wraz z bramą i kaplicą przedpogrzebową w Wilkowie zwraca się celem poczynienia następujących zmian. Wskazanej w projekcie z prawej strony dzwonnicy wieżyczki konieczność takowej nie jest niczym uzasadniona, wobec tego umieszczenie analogicznego szczytu ze strony przeciwnej zaprojektowaniem było by najodpowiedniejszym, gdyż wieżyczka ta wobec egzystującej sygnaturki na kościele jako traktowaną być nie może. Skarpa idąca od ściany dźwigająca wieżyczkę, a wspierająca się na połowie sklepienia kaplicy, jest rzeczą niekonstrukcyjną i wobec tego niedopuszczalną – ze względów zaś estetycznych również niepożądaną. Projekt dzwonnicy wilkowskiej wrócił do poprawki. Co myślał o tym ks. Jan Skwara, nie wiadomo. Za to wiadomo jak zareagował Karol Siciński, autor projektu. Zacytujmy jego pismo do urzędników lubelskich: Do wydziału Architekta Budowlanego Okręgowej Dyrekcji Robót Publicznych Województwa Lubelskiego, na ręce Architekta Powiatowego w Puławach. Dnia 13 marca roku bieżącego otrzymałem odpis pisma Okręgowej Dyrekcji za nr 395 z dnia 18 stycznia 1920 r. Przyjmuję w zupełności wszelkie uwagi natury technicznej poczynione przez Okręgową Dyrekcję co do mojego projektu dzwonnicy w Wilkowie. Nie mogę niestety zastosować się do wymagań natury artystycznej, które krępują moją indywidualność twórczą i wypaczają zupełnie powziętą przeze mnie myśl oddania w formach architektonicznych dzwonnicy w Wilkowie, jaka się w mojej fantazji twórczej zrodziła. Gdyby Okręgowa Dyrekcja nie mogła w istniejącym ujęciu projektu mojego zatwierdzić, proszę przesłać projekt w drodze rekursu do Ministerstwa Robót Publicznych, Warszawa 28.03.1920, Karol Siciński. Stanowcza postawa warszawskiego architekta przyniosła pożądany efekt. Już 13 kwietnia 1920 roku Okręgowa Dyrekcja Robót Publicznych przesłała proboszczowi wilkowskiemu zatwierdzony projekt, akceptując bez żadnych uwag jego pierwotną wersję.
Jedyny taki pomnik
Po zakończonych perturbacjach z urzędnikami, roboty przy budowie dzwonnicy i kaplicy przedpogrzebowej w Wilkowie ruszyły z miejsca. Inwestycja prowadzona była pod ścisłym nadzorem budowlanym, przy wsparciu miejscowej policji. Pilnowano zwłaszcza porządku i bezpieczeństwa na budowie. Kiedy nastąpiło jej zakończenie nie wiadomo. Nie wiadomo też, kiedy nastąpiło poświęcenie obiektu. Z treści tablicy pamiątkowej umieszczonej nad kaplicą przedpogrzebową wynika, że było to w 1921 roku. Tablica informuje też, że dzwonnicę postawili parafianie wilkowscy w podzięce Królowej Najświętszej Maryi Panny za wyzwolenie Polski. Na froncie dzwonnicy widnieje też druga tablica pamiątkowa, poświęcona dziewięciu mieszkańcom parafii wilkowskiej, którzy padli na polu chwały w obronie Ojczyzny, odpierając od granic Państwa Polskiego nawałę bolszewicką w roku 1920, pod wodzą Marszałka Józefa Piłsudskiego. Tablica ta, o dziwo, przetrwała okupację niemiecką, a także czasy PRL-u. Nie tylko hitlerowcy, ale komuniści nie odważyli się jej uszkodzić. Przez lata była zamalowana jedynie wapnem, co nie przeszkadzało odczytać jej treści.

Tabliczka z wilkowskiej dzwonnicy, fot. J.Ogiński

Należy również dodać, że dzwonnica wilkowska jest także swoistym wodowskazem. Za każdym razem po katastrofalnym wylewie Wisły, na ścianie kaplicy przedpogrzebowej umieszczany jest znak pokazujący poziom wody powodziowej. Pierwszy – przeniesiony z dawnej dzwonnicy – nosi datę 1833 r. Dwa ostatnie pochodzą z 2010 roku, to znaczy po pierwszej fali powodziowej z 21 maja i drugiej, większej – z 6 czerwca.

Dąb Kazimierz

Powyższy tekst to kolejny prezent dla Czytelników naszego bloga od redaktora Janusza Ogińskiego. Zamieszczamy go z nadzieją (także samego Autora), że po jego publikacji zmieni się coś w otoczeniu „bohatera” tego artykułu. A że sprawa wymaga interwencji – widać na tej fotografii.

Dąb Kazimierz, fot. J. Ogiński

Moi dziadkowie, rodzice mamy, mieszkali w Wilkowie nad Wisłą. Każdego roku właśnie tam posyłano mnie, a także mojego brata Michała i siostrę Bogusię na wakacje. Lubiłem tam jeździć. Podobało mi się, kiedy dziadek zabierał nas do Kazimierza na jarmark, do fryzjera, na lody. Zakład fryzjerski był tam, gdzie dziś jest knajpa „U fryzjera”, a na lody chodziło się na ulicę Sadową. Pamiętam też, że wszystkie gościńce z Wilkowa w kierunku Kazimierza były polnymi drogami. Jeździło się przez Dobre, kierując się na tak zwaną „ żółtą” lub na „białą” górę. Droga przez „żółtą” górę, jak się można domyśleć, była lessowym wąwozem i prowadziła przez Dąbrówkę i Cholewiankę. Dziś trakt ten ma asfaltową nawierzchnię. Natomiast trasa przez „białą” górę wiodła przez Okale. Nazywano ją tak, ponieważ biegła przez spadziste wapienne wzniesienie Skarpy Dobrskiej. Potem, już na płaskowyżu, konie też musiały się natrudzić, bo jechało się – jak to napisała Maria Kuncewiczowa w Dwóch księżycachprzez piachy i jałowce. Tuż za Okalem było rozwidlenie dróg. Stamtąd można było dalej jechać przez Plebankę, albo przez Dębowe Góry. Plebanką było łatwiej dotrzeć do Kazimierza. Czasem jednak dziadek wybierał drogę koło dębu, od którego wywodzi się nazwa góry. Potem przez wąwóz między starym a nowym cmentarzem wjeżdżał do miasteczka. Wspomniany dąb był wówczas niezbyt okazałym drzewem. Bardziej intrygowała mnie tabliczka umieszczona przy dębie, na której napisane było, że w tym miejscu stał wielowiekowy dąb, pod którym król Kazimierz Wielki sprawował sądy.


Konrad Bielski w Spotkaniach z Kazimierzem tak opisywał to wymienione na tabliczce drzewo: Ten dąb to kawał historii. Dawniej był dumą Kazimierza. Rysowany, malowany, fotografowany niezliczoną ilość razy i reprodukowany na tysiącach pocztówek. Każdy turysta obowiązkowo musiał go obejrzeć, we wszystkich przewodnikach figurował na poczesnym miejscu i każdy miejscowy cicerone przyprowadzał tu zwiedzających, no i oczywiście na poczekaniu opowiadał życiorys drzewa. O, dawni przewodnicy mieli bujną fantazję i niecodzienny dar słowa. Dąb był rzeczywiście szacowny i niewątpliwie bardzo stary. Trudno mu lata policzyć, lecz majestat i dostojeństwo spływały z szerokich pokręconych konarów. Pień był już w wielu miejscach zmurszały, plombowany cementem, podmurowany i spinany żelaznymi obręczami, niektóre gałęzie uschły – ale całość była jeszcze imponująca. Szumiał wspaniale i stał sam, bez otoczenia innych drzew, w miejscu wyjątkowo eksponowanym – a widok stamtąd był rozległy i daleki. Oczywiście około starego drzewa krążyło mnóstwo legend i bajek. Że je sadził sam król Kazimierz (jakby trzeba było sadzić drzewa sześćset lat temu wśród bezkresnych puszczy), a jeśli już nie sadził, to pod nim sprawował sądy, że tam spotykał się z Esterką i tym podobne. Jednym słowem, królewskie drzewo łączono w tradycjach z królem.
I właśnie taką pocztówkę z kazimierskim dębem udało mi się kiedyś znaleźć.

Archiwalna pocztówka ze zbiorów J.Ogińskiego

Podczas jednego z wakacyjnych pobytów w Wilkowie, trochę z nudów, ale też z ciekawości, zainteresowałem się dużą drewnianą skrzynią z rosyjskimi napisami, która stała na strychu dziadkowego domu. Ja się okazało było to opakowanie po pociskach do „katiusz”, które na początku stycznia 1945 roku, tuż przed ofensywą wojsk radzieckich, stały w sadzie dziadka. W skrzyni było kilkanaście książek, przedwojenne gazety katolickie i rolnicze, trochę mało ważnych dokumentów. Wśród nich znalazłem starą widokówkę ze zdjęciem okazałego drzewa i wydrapanym podpisem: Kazimierz Dąb. Pocztówka była dla mnie zachętą do poznania historii dębu. Mniej więcej w tym samym czasie usłyszałem od kogoś, że na przedwojennej stuzłotówce jest również ilustracja kazimierskiego dębu. Zdobyłem więc ten banknot. I rzeczywiście, na rewersie (awers przedstawiał księcia Józefa Poniatowskiego) widniało okazałe drzewo, a w drugim planie znajdowała się rozległa rzeka. Podobieństwo tego obrazka do wizerunku z pocztówki było wyraźne. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że na banknocie jest uwieczniony dąb z Kazimierza Dolnego. I to przekonanie tkwiło we mnie niemal do dziś.

Rewers i awers banknotu 100-złotowego, z wizerunkiem dębu, proj. J. Mehoffer, fot. ze zbiorów J.Ogińskiego


W 2016 roku, w 6 konkursie Drzewo Roku organizowanego przez Klub Gaja, zwyciężył dąb szypułkowy, rosnący na terenie zabytkowego parku dworskiego w Wiśniowej (w 2017 r. został Europejskim Drzewem Roku). Osoby zgłaszające to drzewo do konkursu uzasadniały, że rozsławił je 80 lat temu malarz Józef Mehoffer. Ponoć artysta urzeczony pięknem wiśniowskich dębów, uwiecznił jeden z nich w szkicu, a następnie na banknocie wyemitowanym w 1932 i wprowadzonym do powszechnego obiegu w 1934 roku. Rzeczywiście, Józef Mehoffer bywał w Wiśniowej, ponieważ był zaprzyjaźniony Janem Mycielskim, właścicielem tamtejszych dóbr. Jego żona Maria zlecała wielokrotnie Mehofferowi malowanie portretów rodzinnych i innych obrazów, które były ozdobą dworu.
Jest także inna hipoteza, iż pierwowzorem drzewa ze stuzłotówki był dąb rosnący na Kamiennej Górze, w Gdyni. Taką teorię głosił wybitny polski numizmatyk i heraldyk, prof. Marian Gumowski. Według niego, widok dębu na banknocie był alegorią trwałości, potęgi, długowieczności, a także łączności Polski z morzem. Marian Gumowski dopatrzył się bowiem na banknocie wybrzeża Bałtyku z wydmami oraz zarysu miejskiej zabudowy. Nie upieram się, że zasłyszana kiedyś przeze mnie opowieść jest prawdziwa, ale mam też wątpliwości co do powyższych teorii. Jakoś nie pasuje mi dąb rosnący na nadmorskich wydmach. Z kolei w pobliżu dębu z Wiśniowej nie ma jakiejkolwiek rzeki (nie licząc małego strumyka Pstrągówka), stawu czy jeziora, nie wspominając o morzu.
Wracając do historii dębu kazimierskiego, należy podkreślić, że już w 1907 roku drzewo to było znane zarówno w Galicji, jak też w Kongresówce. W trzeciej części słynnych Wycieczek po kraju Aleksandra Janowskiego, na stronie 58 czytamy: W lesie miejskim stoi parę potężnych dębów, a jeden z nich sterczy blisko na wzgórzu. Dąb ten według Berka ma „więcej niż tysiąc lat”, gdyż „sadził go król Kaźmirz. Kto wie jednak, czy rzeczywiście ten olbrzym nie pamięta Jagiellonów. Niestety, jeden z mieszczan tutejszych, ze zwykłym u nas poszanowaniem dla starych pamiątek i ogólnej własności, podpalił kiedyś wnętrze olbrzyma, aby zebrać rój pszczół, który tam osiadł. Dąb wypalił się wewnątrz, kilka konarów uschło, kilka zaś jeszcze się zieleni. Robi też dziś wrażenie owego drzewa, o którym mówi Kochanowski: „Dąb choć miejscy przeschnie, chocia ma list płowy, przedsię stoi potężnie”. Dąb ten ma blisko 9 metrów obwodu. Przywieszona na nim kapliczka z obrazem M.B. Częstochowskiej zabezpiecza go od ścięcia. Popularność Wycieczek po kraju Aleksandra Janowskiego była ogromna. Jest więc możliwe, że z tego bedekera o kazimierskim dębie dowiedział się też Józef Mehoffer.
W okresie międzywojennym Jan Zygmunt Mycielski (syn Jana i Marii) i jego przyszła żona Hanna z domu Bal, studiowali malarstwo w Krakowie. Jan u Wojciecha Weissa i Józefa Mehoffera, a Hanna u Felicjana Kowarskiego. Razem z nimi studiowali też ich przyjaciele: Zygmunt Waliszewski, Jan Czapski, Jan Cybis i Hanna Rudzka (po ślubie z Janem Cybisem w 1924 roku, podpisywała się Hanna Rudzka-Cybisowa). Ponieważ Mycielscy byli w zażyłych stosunkach z Jadwigą i Józefem Mehofferami, wymienieni powyżej studenci często gościli w ich domu. Niewykluczone, że podczas takich spotkań rozmawiano nie tylko o sztuce, ale też o miejscach skąd pochodzili. Hanna Rudzka pochodziła z Lublina. W wieku 14 lat zaczęła uczyć się prywatne rysunku u malarza Władysława Barwickiego oraz Henryka Krystyna Wiercińskiego. Równolegle uczyła się w gimnazjum filologicznym w Lublinie. Wyjeżdżając z Lublina na studia, miała już wiedzę o historii i zabytkach Lubelszczyzny. Znała też Kazimierz i jego historyczne pamiątki. Ujmując rzecz hipotetycznie, mogła w czasie którejś z rozmów z Józefem Mehofferem wspomnieć o kazimierskim dębie.
Bank Polski, ogłaszając w 1926 roku konkurs na projekt banknotu o nominale stu złotych, postawił przed twórcami kilka szczególnych wymagań. Przede wszystkim zaprojektowany banknot miał być wartościowy artystycznie oraz przekazywać alegorycznie treści związane z odrodzoną ojczyzną, kontynuującą prawie 1000-letnią polską państwowość. Dla większości naszych rodaków z dawną Rzeczpospolitą były kojarzone: Gniezno, Kraków, Warszawa, Grunwald, Wawel, Jasna Góra, rzeka Wisła, a także: Krak i Wanda, królowa Jadwiga Andegaweńska, król Kazimierz III Wielki, hetman Stefan Czarniecki, gen. Tadeusz Kościuszko, książę Józef Poniatowski. Wiedział o tym Józef Mehoffer, projektując stuzłotowy banknot.

i okolice… Janowiec

Powyższy tekst – a właściwie towarzyszące mu galerie zdjęć – powstaje na prośbę naszych Czytelników. Bohaterem tej opowieści będzie Janowiec. Nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale było to ukochane miasteczko Marii Kuncewiczowej. To do Janowca pisarka woziła wszystkich zagranicznych gości. Kiedy odwiedzali Kuncewiczów w Polsce, ci mieli już ustaloną i jak się okazuje, sprawdzoną marszrutę.

Pokazujemy okolice, wozimy ich, mamy samochód, więc jednym z takich stałych szlaków jest Janowiec. Stamtąd jest jeden z najpiękniejszych widoków, jakie znam. I to mówię z całym poczuciem odpowiedzialności; a widziałam wiele krajów. Widok ze wzgórza janowieckiego na te łęgi, te pastwiska, tę rzekę w tak patetycznych skrętach, widok na Kazimierz stamtąd, potem te przewspaniałe łąki utkane kwiatami jak rzadko która łąka na świecie – to wszystko jest niezmiernie piękne i robi wrażenie na osobach rozmaicie usposobionych i przybywających z różnych stron świata. Nasza francuska przyjaciółka, wdowa po sekretarzu generalnym Pen-Clubu, pani, która wiele podróżuje – zamożna, samotna, sangwiniczna Francuzka – po spacerze w Janowcu wykrzyknęła : „To jest tak piękne, że w ogóle nie kwalifikuje się do określenie „ładne”, tylko to jest piękne, to jest arcypiękne.

J.B. Priestley, pisarz, dramaturg, kiedyś i polityk, w czasie wojny razem z moim mężem roili sobie różne plany Europy powojennej, a ja stykałam się z nim w związku z moją akcją o obywatelstwo światowe, czego on tez był wielkim zwolennikiem w pewnych kategoriach i w pewnych warunkach – więc ten właśnie Priestley był tu razem z żona – i w Janowcu, starszy już pan, zgorzkniały i znudzony, bo już tyle widział, tyle zaznał, wyciągnął jakiś notatnik z kieszeni i zaczął rysować.  Już nie opisywać, ale rysować, tak mu się podobało.  Amerykanie też tu często przyjeżdżają, studenci z Chicago, gdzie wykładałam literaturę polską, także moi koledzy slawiści z innych uniwersytetów- im tez przemawia do wyobraźni pejzaż okoliczny. Wydaje się taki łagodny, jak jakiś stary, zaniedbany park.  Tak mi powiedział kiedyś pewien student z Kalifornii: :”Kalifornia – tak, piękna. Ale taka jakaś ostra, aż niesamowita. A tutaj – wyjdzie się w pole i zaraz jakiś lasek, jakaś dolinka i to wszystko wygląda jak stary, zaniedbany park. ( wywiad Kai Kamińskiej z Marią Kuncewiczową, Argumenty 1978 r.)

ps.. Dziś aż trzy galerie zdjęć.

  1. fot. Piotr jaworek 2018 r.
  2. fot. Piotr Makowski 2019 r.
  3. fot. M.Januszek-Surdacka 2019 r. podczas realizacji projektu „Mali przewodnicy po Janowcu”. Wersja elektroniczna przewodnika, przygotowanego przez uczniów Szkoły Podstawowej w Janowcu do pobrania na Google Play

Niezwykły pomnik – dzwonnica przy wilkowskim kościele

Pomysł, aby napisać coś o Karolu Sicińskim chodził za nami od jakiegoś czasu. Uczestnicy naszych muzealnych spacerów wiedzą, że za każdym razem opowiadamy o tym wyjątkowym architekcie i – choć nie zawsze jest to w planach – wędrujemy Zaczarowanym Krzywym Kołem, jedną z najurokliwszych uliczek Kazimierza Dolnego. Nie spodziewaliśmy się jednak, że w pracy nad sylwetką Sicińskiego ktoś nam pomoże. Zaskoczeniem było również to, że opowieść nie będzie dotyczyć „opus magnum” architekta, lecz zupełnie innej miejscowości. Ten tekst oraz fotografie otrzymaliśmy od red. Janusza Ogińskiego. Dziękujemy !

To jedyny tego typu pomnik w naszym kraju wzniesiony dla upamiętnienia odzyskania niepodległości przez Polskę, a także dla oddania czci mieszkańcom wilkowskiej gminy, poległym w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Dziś to prawie symbol i znak rozpoznawczy Wilkowa nad Wisłą.

Dzwonnica kościoła w Wilkowie, fot. J. Ogiński


Na pomysł zbudowania tego rodzaju pamiątki narodowej wpadł ksiądz Jan Skwara, który w 1919 roku trafił do wilkowskiej parafii św. Floriana. Była to nagła nominacja, ponieważ jego poprzednik, ks. Feliks Czyżewski, zmarł 11 marca tego roku na tyfus plamisty, zakaźną chorobę panującą wówczas w okolicy. Przed nowym proboszczem stanęło duże wyzwanie, bo parafia wilkowska wymagała zdecydowanych działań porządkowych i gospodarczych. Powodem była niedawno zakończona I wojna światowa. Poza tym świątynia i jej otoczenie było w dużym nieładzie spowodowanym m.in przedwojennymi próbami rozbudowy kościoła.

Plany, których nigdy nie zrealizowano
W 1898 roku do wilkowskiej parafii został skierowany ks. Stanisław Siennicki, gdyż ówczesny proboszcz ks. Adolf Grabowski, będąc w podeszłym wieku, potrzebował energicznego pomocnika. Zaraz po przyjeździe nowo przybyły kapłan uznał, że konieczne jest powiększenie świątyni. Wprawdzie w 1876 roku kościół został rozbudowany, ale i tak brakowało miejsca dla wiernych z rozległej parafii, liczącej wówczas około siedmiu tysięcy parafian. Pomysł został dobrze przyjęty przez wiernych, dlatego ksiądz Siennicki zlecił wykonanie projektu budowniczemu powiatowemu, Stanisławowi Koziełło-Poklewskiemu. Koszty rozbudowy oszacowano wstępnie na 5000 rubli. W tym czasie ks. Stanisław Siennicki został awansowany na proboszcza w Kurowie. Na jego miejsce biskup lubelski Franciszek Jaczewski skierował do Wilkowa 1 grudnia 1906 r. ks. Antoniego Chotyńskiego, który od lipca tegoż roku pełnił funkcję kapelana w prowizorycznej kaplicy, w majątku Marii i Jana Kleniewskich w Dratowie. Kilka miesięcy później, w 1907 r. ks. Antoni Chotyński przeszedł na wikariat w parafii Kumów, natomiast do Wilkowa skierowany został ks. Wojciech Bojarczuk. Kolejny nowy ksiądz od razu zakwestionował plany inżyniera Poklewskiego, uznając, że nie spełniają jego oczekiwań. Przekonał parafian, że dopiero kościół z trzema nawami i kaplicą zaradzi ciasnocie. Zrezygnowano więc z wcześniejszego projektu i zlecono wykonanie nowego architektowi, Kazimierzowi Skórewiczowi. Mimo braku kompletnej dokumentacji projektowej, roboty rozbudowy koscioła ruszyły jesienią 1908 roku. Zaczęto od ułożenia ław fundamentowych pod planowane nawy boczne, rozbierając przy tym zakrystię, przypory przy prezbiterium i część murowanego ogrodzenia wokół kościoła. Prace przerwano dopiero, gdy nastały duże mrozy. Do końca roku udało się tylko jeszcze przywieźć 80 tysięcy sztuk cegły. Z początkiem 1909 roku ks. Wojciech Bojarczuk otrzymał nominację na proboszcza parafii św. Zygmunta w Łosicach. Niedługo po tym, 20 stycznia 1909 roku, wrócił do Wilkowa, już jako wikariusz, ks. Antoni Chotyński (po śmierci ks. Grabowskiego, na prośbę parafian wilkowskich, ks. Antoni Chotyński został mianowany jego następcą). Na wieść o tym lubelski generał-gubernator Jewgienij Wasiljewicz Mienkin zawiadomił biskupa ordynariusza, że nie wyraża na to zgody (powodem była antyrosyjska postawa księdza). Władze carskie wstrzymały też rozpoczęte prace budowlane do czasu ostatecznego zatwierdzenia projektu przez Kazimierza Skórewicza. Tymczasem architekt był tak zaabsorbowany budową kościoła w Zagłobie, że zaniedbywał inne zlecenia. Dopiero po trzech latach kompletny projekt trafił do Wilkowa. Niestety, dopatrzono się w nim uchybień technicznych. Zerwano więc kontrakt ze Skórewiczem, i zaangażowano warszawskiego architekta, Kazimierza Prokulskiego. Ten zakwestionował wszystko, co do tego czasu zostało zrobione i zalecił budowę całkowicie nowej świątyni. Komitet budowy kościoła wilkowskiego oraz ks. Antoni Chotyński (legalny proboszcz od 12 października 1912 r.) przystali na to, ale wybuchła I wojna światowa i wszystkie poczynania zostały przerwane. Tuż przed wybuchem wojny księdzu Chotyńskiemu udało się jedynie sprowadzić za blisko 5 tys. rubli ociosane bloki granitowe. W 1915 roku Rosjanie zabrali z drewnianej dzwonnicy 3 dzwony, które nigdy do Wilkowa nie wróciły. Taki stan pozostał aż do 1919 roku.

Stara dzwonnica w Wilkowie, fot. ze strony fotopolska.eu

Naprawa kościoła, budowa dzwonnicy
Po objęciu funkcji proboszcza, ks. Jan Skwara zdecydował o przywróceniu wilkowskiego kościoła do stanu z 1876 roku. Przy okazji, postanowił wybudować nową dzwonnicę, ponieważ konstrukcja starej była w fatalnym stanie. Nie wiadomo kto polecił mu młodego architekta Karola Sicińskiego z Warszawy, który w 1916 roku przyjechał w Lubelskie, aby na zlecenie Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości przeprowadzić inwentaryzację zabudowy Kazimierza i zamku w Bochotnicy. Warszawski architekt podjął się zadania. Już jesienią 1919 roku projekt dzwonnicy i kaplicy przedpogrzebowej przy kościele wilkowskim był gotowy. Pod koniec września 1919 roku ks. Jan Skwara złożył wniosek do Architekta Powiatu Puławskiego o zatwierdzenie projektu i wyrażenie zgody na budowę. Jednak niespodziewanie zaczęły pojawiać się przeszkody. Najpierw urzędnik zażądał dostarczenia dodatkowego pisma, w którym przyszły wykonawca budowy zobowiązałby się do wymurowania dzwonnicy ściśle według zatwierdzonego planu. W odpowiedzi mistrz murarski Jan Wicha złożył taką deklarację. Prawdziwą przyczynę piętrzenia trudności w budowie dzwonnicy w Wilkowie, wyjaśnia dopiero pismo Architekta Powiatu Puławskiego do Architekta Okręgu Lubelskiego, wysłane 1 grudnia 1919 r. Czytamy w nim: Załączając złożony do zatwierdzenia przez proboszcza parafii Wilków pow. Puławskiego ks. Skwarę projekt dzwonnicy wraz bramą i kaplicą przedpogrzebową nam do zatwierdzenia, (stwierdzam ) co następuje: w ogólnych zarysach projekt dzwonnicy zyskałby, gdyby był mniej pretensjonalny, w tym celu proponuję usunięcie wieżyczki z hełmem i zakończenie tej części wprost spadkiem dachu, balustradę otworów drewnianych ze względu na trudności obecne dobrego wykonania balasek, proponuję wykonać robotą ciesielską z drewna, poza tym uważam ustawienie wieży z częścią skarpy na sklepieniu nietłumaczące się konstrukcyjnie. Znając zamiary miejscowego proboszcza prowadzenia budowy własnym kierownictwem i chęć jego poczynienia zmian na własną rękę, proponuję postawienie warunku, aby budowa wykonywała się tylko podług rysunków szczegółowych (detalicznych), głównie co do profilowania i gzymsowania, dostarczonych przez autora projektu. Z cytowanego pisma widać, że urzędnik ze starostwa w Puławach miał jakieś osobiste uprzedzenia wobec księdza Jana Skwary. Wymienił go złośliwie tylko z nazwiska, a także z góry założył, że wilkowski proboszcz będzie łamał przepisy prawa budowlanego.

Projekt budowy dzwonnicy kościoła w Wilkowie, fot. ze zbiorów Archiwum Państwowego w Lublinie


16 stycznia 1920 roku zebrała się Komisja Budowlana działająca przy wydziale Architekta Budowlanego Okręgowej Dyrekcji Robót Publicznych Województwa Lubelskiego i na swoim posiedzeniu… poparła uwagi urzędnika ze starostwa puławskiego. Przesłany pismem z dn. 1.12.1920 roku nr 276 projekt dzwonnicy wraz z bramą i kaplicą przedpogrzebową w Wilkowie zwraca się celem poczynienia następujących zmian. Wskazanej w projekcie z prawej strony dzwonnicy wieżyczki konieczność takowej nie jest niczym uzasadniona, wobec tego umieszczenie analogicznego szczytu ze strony przeciwnej zaprojektowaniem było by najodpowiedniejszym, gdyż wieżyczka ta wobec egzystującej sygnaturki na kościele jako traktowaną być nie może. Skarpa idąca od ściany dźwigająca wieżyczkę, a wspierająca się na połowie sklepienia kaplicy, jest rzeczą niekonstrukcyjną i wobec tego niedopuszczalną – ze względów zaś estetycznych również niepożądaną. W efekcie projekt dzwonnicy wilkowskiej wrócił do poprawki. Co myślał o tym ks. Jan Skwara, nie wiadomo. Za to wiadomo, jak zareagował Karol Siciński, autor projektu. Zacytujmy jego pismo do urzędników lubelskich: Do wydziału Architekta Budowlanego Okręgowej Dyrekcji Robót Publicznych Województwa Lubelskiego, na ręce Architekta Powiatowego w Puławach. Dnia 13 marca roku bieżącego otrzymałem odpis pisma Okręgowej Dyrekcji za nr 395 z dnia 18 stycznia 1920 r. Przyjmuję w zupełności wszelkie uwagi natury technicznej poczynione przez Okręgową Dyrekcję co do mojego projektu dzwonnicy w Wilkowie. Nie mogę niestety zastosować się do wymagań natury artystycznej, które krępują moją indywidualność twórczą i wypaczają zupełnie powziętą przeze mnie myśl oddania w formach architektonicznych dzwonnicy w Wilkowie, jaka się w mojej fantazji twórczej zrodziła. Gdyby Okręgowa Dyrekcja nie mogła w istniejącym ujęciu projektu mojego zatwierdzić, proszę przesłać projekt w drodze rekursu do Ministerstwa Robót Publicznych, Warszawa 28.03.1920, Karol Siciński.

Pismo odwoławcze Karola Sicińskiego, fot. ze zbiorów Archiwum Państwowego w Lublinie

Stanowcza postawa warszawskiego architekta przyniosła pożądany efekt. Już 13 kwietnia 1920 roku Okręgowa Dyrekcja Robót Publicznych przesłała proboszczowi wilkowskiemu zatwierdzony projekt, akceptując bez żadnych uwag jego pierwotną wersję. Można domyślać się, że zadziałała stanowcza postawa Karola Sicińskiego, a zwłaszcza żądanie odesłania projektu – w razie odmowy – do Ministerstwa Robót Publicznych. Pewnie dotarła też do lubelskich urzędników informacja, że architekt Karol Siciński został pracownikiem Ministerstwa Wyznań i Oświecenia Publicznego w departamencie budownictwa szkolnego.

Jedyny taki pomnik
Po zakończonych perturbacjach z urzędnikami, roboty przy budowie dzwonnicy i kaplicy przedpogrzebowej w Wilkowie ruszyły z miejsca. Inwestycja prowadzona była pod ścisłym nadzorem budowlanym, wspieranym przez miejscową policję. Pilnowano zwłaszcza porządku i bezpieczeństwa na budowie. Nie udało się, niestety ustalić dokładnej daty zakończenia i poświęcenia inwestycji. Z treści tablicy pamiątkowej umieszczonej nad kaplicą przedpogrzebową wynika, że stało się to w 1921 roku.

Tablica informuje też, że dzwonnicę postawili parafianie wilkowscy w podzięce Królowej Najświętszej Maryi Panny za wyzwolenie Polski. Na frontonie dzwonnicy znajduje się też druga tablica pamiątkowa, poświęcona dziewięciu mieszkańcom parafii wilkowskiej, którzy zginęli na polu chwały w obronie Ojczyzny, odpierając od granic Państwa Polskiego nawałę bolszewicką w roku 1920, pod wodzą Marszałka Józefa Piłsudskiego.Tablica przetrwała okupację niemiecką, a także czasy PRL-u. Nie tylko hitlerowcy, ale i najbardziej zawzięci komuniści nie odważyli się jej uszkodzić. Przez te lata była jedynie zamalowana wapnem, co jednak nie przeszkadzało w odczytaniu treści.
Dzwonnica wilkowska jest także swoistym wodowskazem. Po każdej powodzi, na ścianie kaplicy przedpogrzebowej umieszczany jest znak pokazujący poziom wezbranej wody. Pierwszy – przeniesiony z dawnej dzwonnicy – nosi datę 1833 r. Dwa ostatnie pochodzą z 2010 roku, po pierwszej fali powodziowej z 21 maja i drugiej, większej, z 6 czerwca.

wodowskaz na ścianie dzwonnicy, fot. J.Ogiński

Klasztor oo. Franciszkanów (ul. Klasztorna 3)

Wejście do klasztoru oo. Franciszkanów Reformatów w Kazimierzu Dolnym (fot. Stanisław Turski)

Dziedziniec klasztorny i jego krużganki to moje ulubione miejsce w Kazimierzu Dolnym. Niebacznie, choć chyba w pełni świadomie dzielę się nim ze wszystkimi uczestnikami naszych muzealnych spacerów. Bo bez względu na temat naszej wędrówki, zawsze przekonam (nawet tych najmniej chętnych do wspinania się po schodach) do tego, że widok z dziedzińca jest kompendium wiedzy o Miasteczku. Nawet mniej wrażliwi (i zasapani wspinaczką) ulegają urokowi tego miejsca. Patrzą na panoramę kazimierską, szukają wśród szarych i czerwonych dachów Wisły i jej łach, dziwią się, że z tej odległości fara, ruiny zamku i baszt stoją niemal w jednej linii, zdając się być monolitem. Zazdroszczą pomysłu prof. Pruszkowskiego jego pracowni, wzniesionej na zboczu Góry Trzech Krzyży. Poszukują także sacrum, o które w tym miejscu… łatwiej.

Panorama kazimierska z dziedzińca klasztornego (fot. Stanisław Turski)

Tę heretycką (dla niektórych) opinię podzielała Maria Kuncewiczowa. Nie bez powodu odwiedzała świątynię, przyjaźniła się z braćmi zakonnymi oraz wybrała to miejsce jako furtkę u kresu ziemskiego, a na początku nieziemskiego bytu.

Powyższy tekst nie jest, bynajmniej, efektem obecnej sytuacji ( z tego względu bliższa nam powinna być raczej Góra Trzech Krzyży). Chociaż… skończyłam lekturę pewnej książki o Kazimierzu Dolnym (wygórowana cena na aukcji internetowej, ale trudno). Choć jej autorzy powołują się na autorytety kazimierskie (m.in. „Brulion Kazimierski- notabene czy wiecie, że jest on dostępny on-line, w sieci ?) to egzaltacja, towarzysząca całej książce jest nieznośna.  Otóż w tejże książce znalazł się wywód o tym, która góra powinna nazywać się „Wietrzną”. Ponoć właśnie trzykrzyska, bo jest starsza, a ta obecnie „Wietrzna”, z klasztorem nosiła miano „Góry Plebaniej” (stąd pobliska Plebanka). W XVI wieku górę mieli od proboszcza fary odkupić bracia Przybyłowie i wybudować tu mały kościółek. Został konsekrowany w 1591 r. Na tę okoliczność miejscowy rzemieślnik- Stanisław namalował obraz Zwiastowania, według niderlandzkiej ryciny Hendrika Goltziusa. Już wkrótce obraz został otoczony czcią jako „cudowny”. Świątynia pod wezwaniem Zwiastowania Najświętszej Marii Panny zaczęła przyciągać rzesze wiernych, modlących się o cud.

Cała historia klasztorna została skrupulatnie spisana przez ojca Albina Srokę ( bohatera tekstu w kategorii „Bywalcy”).

Swój kamyczek do tej opowieści dołożyła Maria Kuncewiczowa. W Listach do Jerzego czytamy opis koronacji obrazu. Uroczystość (druga po wąwolnickiej) odbyła się 7 września 1986 r. na kazimierskim Rynku. Obraz przedstawia zwiastowanie przez archanioła Gabriela, że dziewica Maryja, zapłodniona przez Ducha Świętego, zostanie Matką Zbawiciela ludzi od ich pożądliwości, gniewu i pychy, a przez to zapewni Zycie tym, „co idą w Imię Pańskie”. Kiedy pierwszy raz spojrzałam na ten obraz, pomyślałam „jakaż to piękna wizja sprawy niewidzialnej”. Kimkolwiek był ten malarz, Holendrem, Włochem czy Polakiem, jakąkolwiek techniką się posługiwał, przemówił jak znawca ludzkiej duszy.

Scena dzieje się na pograniczu dwóch światów. Maryja to mieszkanka ziemi, u jej stóp stoi koszyczek z robótka kobiecą, a na oparciu klęcznika leży otwarta księga modłów. A więc wysłannik ze skrzydłami wielkiego ptaka, obywatel żywiołu nieziemskiego, klęczy przed ziemianką. Oznajmia jej wolę Stworzyciela „wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”, że oto ona, zapłodniona przez Ducha Świętego, urodzi Boga-Człowieka. Zwiastun trzyma w ręku kwiat z nazareńskiego ogrodu, ale jego obecność rzuca w ciemne powietrze Nazaretu wielki snop jasności, w której pławi się nieziemski Duch Święty w postaci gołębia, a wokoło niego skrzydlate dzieci czekają na uziemienie. Malarz nie odebrał wybrance Stworzyciela jej ludzkich cech, które miały z niej uczynić Zbolałą Matkę Mesjasza. Kobieta, przed którą klęczy archanioł, nie wyraża gestem ani twarzą uczucia dumy czy zachwytu. Wyraża lęk i niepewność. Ten ludzki strach przed boskością czyni jej akt posłuszeństwa woli Boga „niech mi się stanie wedle słowa Twego” – aktem tragicznym. (…) Kiedy pierwszy raz patrzyłam na ten obraz (…) nasunęła mi się myśl o pokrewieństwie Zwiastowania z natchnieniem, jakie nawiedza rzemieślnika, czyniąc z niego artystę.

Powyższy tekst to efekt prezentu, jaki otrzymaliśmy od niezawodnego red. Janusza Ogińskiego. To archiwalne, unikatowe fotografie z uroczystości koronacji obrazu Zwiastowania Najświętszej Marii Panny z Kazimierza Dolnego. Wraz ze zdjęciami otrzymaliśmy taki oto list: Byłem tam prywatnie, jako uczestnik mszy św. Sądzę, że są to zdjęcia nie tylko historyczne, ale też unikalne, bo prawdopodobnie nikt poza mną nie był tam z aparatem fotograficznym. Może tylko ktoś z tygodnika katolickiego „Zorza”, ale gazeta ta dawno zniknęła z rynku prasowego, i jej archiwum także. Tylko dwie ze wspomnianych fotek były wykorzystane przez o. Albina Srokę w monografii kazimierskiego sanktuarium (wyd. z roku 1999, i wyd. 2009). Reszty fotografii nikt do tej pory nie widział. Zdjęcia były wykonane na kliszy fotograficznej, ale wysyłam już przerobione na wersję cyfrową.

Willa „Łopuszanka” (ul. Puławska)

Wszystko zaczęło się od poszukiwania pomysłu na zbliżającą się „Noc Muzeów”. Zaświtał nam wówczas w głowach pomysł na spacer z duchami. Pomysł okazał się trudny do realizacji, choć towarzyszące pisaniu tego tekstu znaki można uznać za prorocze…

Willa Łopuszanka , zdjęcia z katalogu Jana Wydry, Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

W sąsiedztwie spichlerzy, w niedalekiej odległości od Wisły znajduje się willa, wzniesiona na początku XX wieku, według projektu Ksawerego Dionizego Drozdowskiego. Do tego domu wprowadzili się państwo Łopuscy. Podobno uciekli do Kazimierza Dolnego przed rewolucją październikową. Jej ofiarą miał być ukochany syn pani Heleny. Małżeństwo miało jeszcze dwóch dorosłych synów: Bohdana i Jana.

Ciekawostka, Jan Łopuski, z wykształcenia leśnik, powrócił po latach do Kazimierza i był aktywnym członkiem tutejszego Towarzystwa Przyjaciół. Nakładem Towarzystwa, w roku 1988 ukazała się książka Jana Łopuskiego Kniaziowe łowy czyli opowieści starego leśnika przy kazimierskim kominku.

Jan Łopuski, fotografia z książki „Kniaziowe łowy…”

Bohaterką tej opowieści ma być jednak pani Helena, wysoka, szczupła kobieta niepospolitej urody i takichż zainteresowań. Lubiła poezję i malarstwo, a w kazimierskim domu prowadziła pensjonat i salon towarzyski. Bywali tu m.in. Józef Czechowicz oraz Jan Wydra. Malarza i właścicielkę „Łopuszanki” połączyły zdolności… parapsychologiczne. Pani Helena wierzyła w reinkarnację, była również zapaloną spirytystką i doskonałym medium. Niektórzy uważali, że potrafiła przepowiadać przyszłość. Opinie, niejako uwierzytelnione przez dziennikarza i bywalca kazimierskiego, Konrada Bielskiego stały się, po niemal stu latach, pożywką dla pisarza, Pawła Huelle. Te tego wątku dojdziemy za chwilę.

W salonie Heleny Łopuskiej miał bywać sam Marszałek Józef Piłsudski, wielki orędownik spirytyzmu.  Wysoce prawdopodobne jest to, że Józef Wydra i Piłsudski spotkali się w pensjonacie Łopuszańskiej. Efektem tego spotkania mógł być zaginiony (ale utrwalony na fotografii) portret Piłsudskiego, autorstwa J. Wydry.

Jan Wydra, Zaginiony portret Józefa Piłsudskiego, fotografia z katalogu J. Wydry, Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

Tropem kontaktów Józefa Piłsudskiego z Heleną Łopuską chcieli ruszyć dziennikarze, odpytujący Przemysława Semczuka, autora poczytnej książki Magiczne dwudziestolecie, w skrupulatny – by nie powiedzieć naukowy – sposób wyjaśniającej zagadnienia polskiego spirytyzmu w okresie dwudziestolecia. W jednym z wywiadów towarzyszących promocji wydawnictwa znalazłam taki oto fragment: Piłsudski pod koniec życia korzystał (…) z usług Jasnowidzącej znad Wisły, która miała na koncie wiele trafnych przepowiedni oraz wyleczeń chorób. Do Belwederu wezwano ją, aby pomogła chorującemu na raka marszałkowi. Nie wiadomo dokładnie jak te wizyty wyglądały, ale pewnym jest, że kolejnym jej „klientem” był prezydent Ignacy Mościcki. – Nie wyleczyła marszałka z raka wątroby, ale przekazy mówią, że ulżyła mu w cierpieniach. Jego adiutanci wspominali, że Piłsudski miał bardzo wyraziste wizje przed śmiercią. Ukazywała mu się zmarła na białaczkę siostra oraz nieżyjąca matka i brat Bronisław. Miał rozmawiać z nimi tak jakby byli w pomieszczeniu i stali nad jego łóżkiem. To było dla nich dowodem, że pasjonujące go siły nadprzyrodzone nie były tylko zabawą. Jak zapewne się Państwo domyślają, nasze skojarzenia poszybowały w stronę Heleny Łopuskiej. Bo i dar jasnowidzenia i Wisła się zgadzają. Uczciwość nakazała nam jednak sprawdzenie tych sensacyjnych doniesień. Obyło się bez wirującego talerzyka. Dziennikarz „wywiadujący” Semczuka przypisał zasługi słynnej wróżbitki Agnieszki Pilchowej z Wisły anonimowej jasnowidzącej znad Wisły. Szkoda, bo zapowiadało się na kolejną sensację.

Czy jednak Helena Łopuska ich potrzebuje?  Wieloletnia mieszkanka Kazimierza Dolnego, Halina Werman, opowiadająca Bożenie Gałuszewskiej (blog wkazimierzudolnym.pl) o Łopuskich wspominała,  że ozdobą salonu były portrety inkarnacji pani Heleny m.in. w stroju mniszki.

Jan Wydra, Helena Łopuska, fotografia z katalogu J. Wydry, Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

Autorem obrazu jest, oczywiście, Jan Wydra. Malarz w latach 1928-29 mieszkał w ”Łopuszance”. Wg. autorów katalogu wystawy Jana Wydry w Kazimierzu Dolnym, był to najlepszy okres w jego twórczości. Kto wie, może fotografia, znajdująca się w archiwum Ośrodka Brama Grodzka teatr NN w Lublinie pochodzi właśnie z pamiętnych, szczęśliwych wakacji?

Z kazimierskiej plaży, na zdjęciu m.in Helena Łopuska fot. ze zbiorów Ośrodka Brama Grodzka Teatr NN

Odnosimy jednak nieodparte wrażenie, ze Helena Łopuska wymyka nam się z opisów i zdjęć. Proszę uważnie przyjrzeć się opisowi fotografii. Czy jest możliwe, aby ten siwowłosy jegomość w koszulinie był (nawet dla żartu) piękną kobietą?

Helena Łopuska przeżyła okupację. Halina Werman wspominała, że była aresztowana przez gestapo, ale wykupywała się dzięki posiadanej kolekcji obrazów. Willa, wraz otaczającym ogrodem zostały poważnie zniszczone w czasie działań wojennych (w pobliżu domu znajdowała się przeprawa przez Wisłę). Łopuskiej nie było stać na kosztowny remont. Dlatego sprzedała swój dom księdzu  Józefowi Czesławowi Małysiakowi. Pojawił się w Kazimierzu w 1948 r., był rektorem kościoła św. Anny oraz współtwórcą Zgromadzenia Sióstr Rodziny Betańskiej. To właśnie on sprowadził betanki do Kazimierza Dolnego. Opiekowały się one Heleną Łopuską do śmierci.

Oto efekt naszych poszukiwań – wykorzystane za zgodą prowadzących FB

Z połączenia ezoteryki i religii może powstać tylko jedno. Motywy postanowił połączyć w dramat Paweł Huelle. W 2011 r., na zamówienie lubelskiego Teatru im. Juliusza Osterwy napisał spektakl Zamknęły się oczy ziemi, w którym umiejętnie połączył obydwa wątki. Spirytystka, Klementyna Wysocka, w otoczeniu socjety (dam, literatów i oficerów) urządza seans i przepowiada przyszłość. Wieszczy m.in. wybuch wojny, morderstwa żołnierzy polskich w Katyniu oraz rządy komunistów. Zgromadzeni reagują na te rewelacje… śmiechem.

Łopuszanka i jej niezwykła aura 😉

Widowisko, na podstawie tekstu P. Huelle można było oglądać w Lublinie zaledwie przez jeden sezon. Oficjalnie, stało się tak z powodu zmiany dyrekcji teatru i przejścia części aktorów do innego zespołu. Nieoficjalnie… zaważyły na tym kontrowersje wokół tematu kazimierskich betanek. Niemym świadkiem wszystkich wydarzeń był dom z ulicy Puławskiej.

Piekarnia Sarzyńskiego Ambasadorem!

Kazimierska Piekarnia Sarzyński dołączyła do elitarnej grupy „Ambasadorów Województwa Lubelskiego”. Gala przyznania nagród obyła się 15 lutego w Lublinie. O tytuł „dumy i wizytówki Lubelszczyzny” ubiegało się blisko 50 osób, firm i instytucji z regionu. Sarzyński zdobył statuetkę w kategorii firma. Przyznajemy, będziemy nieobiektywni, bo sympatyzujemy i kibicujemy ( zwłaszcza najmłodszym) przedstawicielom tego rodu. W roku 2018 r. w Domu Kuncewiczów gościliśmy Igę Sarzyńską i promowaliśmy piękne i smaczne wydawnictwo „ Moje Cztery Pory Roku”.

Historia piekarni w Kazimierzu Dolnym, w której wypiekano smaczny chleb oraz (uwaga stare określenie) kukiełki piekarnicze czyli bułeczki, drożdżówki i popularne zwierzątka z drożdżowego ciasta  sięga lat 70. XX w.  To firma rodzinna, prowadzona przez mistrzów piekarstwa uczących się swojego fachu jeszcze przed wojną. Najsłynniejszym i najbardziej medialnym przedstawicielem rodziny Sarzyńskich był pan Cezary (absolwent Politechniki Wrocławskiej, który stabilną posadę państwową zamienił na rzemiosło). Wypromował nie tylko smaczne kulebiaki i cebularze, ale przede wszystkim koguta, który stał się niekwestionowanym symbolem i ulubioną pamiątką turystyczną z Kazimierza Dolnego.

W aptece Pana Lichtsona

Nie byłoby tego tekstu, gdyby nie ogromna pomoc i zaangażowanie, a także zaufanie prof. Piotra Starskiego. To słowa budują pamięć

Fotografia St. Magierskiego z lat 30. XX w. Targ w Kazimierzu Dolnym – apteka Lichtsona na drugim planie. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Pamiętam to miejsce z autopsji. Były to lata 70. XX wieku. Wycieczka szkolna. Postój autokaru na Rynku i rozpaczliwe próby szukania apteki „bo mi niedobrze”. Chłód wnętrza i dostojne, ciemne meble. Spokój i orzeźwiający łyk wody.

Ta apteka zniknęła z przestrzeni miasteczka. Co prawda, budynek jest, ale zmienił swoje przeznaczenie. Ze strony internetowej grupy architektów (www.ggp-architekci.pl), zajmujących się renowacją obiektu (zakończoną w roku 2016),dowiedziałam się, że został on zbudowany na fundamentach kamienicy z początku XVII wieku. Niektórzy dostrzegają ją na akwarelach Zygmunta Vogla. Budynek był potem wielokrotnie przebudowywany. W obecnym kształcie funkcjonował od roku 1924. Niewiele starsza jest reklama z fotografią budynku, zdradzająca jego historię

Mat. archiwalny ze strony www.fotopolska.eu

Kamienicę przy Rynku 23 odbudował Stanisław Lichtson. Według słów Piotra Starskiego, wnuka Marii i Stanisława Lichtsonów, jego dziadkowe przeprowadzili się do Kazimierza Dolnego w roku 1913 i otworzyli aptekę w Kamienicy Gdańskiej. Piotr Starski sprostował również informację zawartą w publikacji Mordechaja Canina Przez ruiny i zgliszcza…, w której można przeczytać, że żona Stanisława Lichtsona, Maria ( z d. Lerner), pochodziła z Kazimierza Dolnego. Naprawdę mieszkała ona w Częstochowie.

Stanisław Lichtson, fotografia z rodzinnych zbiorów Piotra Starskiego

Porzekadło „obyś żył w ciekawych czasach” w odniesieniu do tej rodziny sprawdziło się po wielokroć. Z czasów kazimierskich datuje się znajomość Lichtsonów z krewnymi samego Feliksa Dzierżyńskiego. Przydadzą się w czasie ich pobytu w Rosji. Trafili tam po krótkim epizodzie kazimierskim. W ich domu, w podmoskiewskich Kimrach przed carską Ochraną ukrywał się sam Feliks Dzierżyński. Po Rewolucji Październikowej Stanisław Lichtson trafił do więzienia. Groziła mu śmierć. Wówczas przydały się koneksje z Dzierżyńskim. Jak wspomina Piotr Starski, zwolnienie jego dziadka z więzienia i jego ułaskawienie było podziękowaniem Dzierżyńskiego za okazaną niegdyś pomoc.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Lichtsonowie wrócili do Kazimierza. Zakupili zrujnowane budynki: Otrębusów i kamienicę Surchusowską, znajdujące się na rogu Rynku i ul. Wiślnej (obecnie Nadwiślańskiej). Nad projektem odbudowy czuwał architekt, Jerzy Siennicki (lubelski konserwator zabytków). Od roku 1924 do 1939, w budynku działała apteka. W domu Lichtsonów funkcjonował jeden ze znanych salonów towarzyskich miasteczka.

Maria Lichtson, fotografia z rodzinnych zbiorów Piotra Starskiego

W 5 numerze Brulionu Kazimierskiego, córka Stanisława i Marii Lichtsonów, Anna Starska wspominała, że częstymi gośćmi rodziców byli politycy, literaci, malarze i aktorzy przebywający w Kazimierzu Dolnym. Anna Starska zapamiętała m.in spacery po uliczkach kazimierskich z premierem, Ignacym Daszyńskim. Lubił wieczory piątkowe, kiedy mrok zapadał, a na firmamencie nieba pokazywały się gwiazdy, zwiastujące nadchodzące święto szabas u Żydów – pisała Anna Starska. Częstym gościem w domu Lichtsonów był prof. Tadeusz Pruszkowski. Inny artysta, Edmund John zaprojektował szyld kazimierskiej apteki.

Recepturka z apteki Lichtsona zaprojektowana przez E.Johna, z archiwum rodzinnego Piotra Starskiego

We wspomnieniach córki, Maria i Stanisław Lichtsonowie byli również animatorami życia artystycznego w Kazimierzu Dolnym. Pani Maria działała w komitecie organizującym doroczne bale kostiumowe malarzy, a sama pani Anna – jako nastolatka, w stroju projektu Zuzi Pruszkowskiej – otwierała jeden z bali, tańcząc mazura z prof. Edmundem Bartłomiejczykiem. Mniej zadowolony z popularności był pewnie nestor rodu, sportretowany na jednym z balowych plakatów przez Feliksa Topolskiego. Aptekarzowi – pewnie dla fantazji – malarz dorysował siedzącą na kolanach Esterę.

Cennik z apteki Lichtsona, z archiwum rodzinnego Piotra Starskiego

Ciekawe wspomnienie Anny Starskiej wiąże się z innym artystą, pochodzącym z Kazimierza Chaimem Goldbergiem. Zacytujmy ten fragment: Pewnego dnia przyszedł do apteki mojej Mamy kilkunastoletni chłopak, obdarty, biedny i pokazał jej parę obrazków. Bardzo się one Mamie spodobały i pokazała te rysunki prof. Pruszkowskiemu, który się nimi bardzo zainteresował i kazał chłopakowi przyjść do siebie. (…) Prusz kazał Chaimowi cos narysować i stwierdził, że chłopak ma i talent. Zaopiekował się nim, przyjmując go, jako wolnego słuchacza, do ASP. Inne wspomnienie dotyczy współfinansowania przez Lichtsonów przedszkola dla biednych dzieci i fundacji zegara na wieży kościoła farnego. Ponoć z tej inwestycji bardzo cieszyli się mieszkańcy, bo był to jedyny zegar widoczny z Rynku.

Stanisław Lichtson i Jan Karmański podczas partyjki szachów, fotografia z rodzinnych zbiorów Piotra Starskiego

Idyllę miasteczka zniszczył wybuch II wojny światowej. Anna Starska wspominała, że 4 września do domu Lichtsonów przyszedł Jerzy Kuncewicz, który zażądał by rodzina natychmiast opuściła Kazimierz Dolny. Lichtsonowie, wraz z Pruszkowskim, wyjechali z miasteczka. Podróż odbyli citroenem, którego Pruszkowski podarował bratu pani Anny, Aleksandrowi za ukończenie studiów. W samochodzie cudem zmieściła się cała rodzina Lichtsonów, Pruszkowski i jego siostrzenica. Kiedy w samochodzie skończyła się benzyna, Stanisław Lichtson kupił konia i zaprzęgnięto go do auta. W ten sposób uciekinierzy dotarli do Kowla. Tu drogi przyjaciół się rozeszły: Pruszkowski zdecydował się wrócić do Warszawy, a Lichtsonowie zostali w Kowlu aż do 1941 roku. Po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej, 22 czerwca 1941 roku zostali przez radzieckie władze deportowani do Samarkandy.

W roku 1946 Lichtsonowie wrócili do Polski i osiedlili się w Łodzi. Kupili i prowadzili aptekę przy ul. Zgierskiej 136. Według relacji Piotra Starskiego, wizyty w Kazimierzu Dolnym były rzadkie i ryzykowne. Jego zdaniem nie mogło dojść do spotkania opisanego przez Mardechaja Canina, we wspominanej już książce Przez ruiny i zgliszcza…

W aptece wita mnie stareńka kobieta o twarzy zoranej przez czas i smutnych oczach. Nie mieszka długo w Kazimierzu. To znaczy: urodziła się tutaj, nawet przez wiele lat była w radzie miejskiej, ale w czasie wojny opuściła miasteczko i wróciła tu dopiero dwa tygodnie temu. Kobieta patrzy mi prosto w oczy, szuka czegoś w mojej twarzy (…) Domyśliłeś się, że jestem Żydówką? – pyta – Nazywam się Nisnson. Jestem pierwszą Żydówką w Kazimierzu od wojny. Żydowska noga nie powinna stąpać po tej ziemi.(…) Jak widzisz, dziś Kazimierz to ruina. Już nikt tu nie przyjeżdża. Przed wojną mieszkało tu trzy tysiące Żydów, w letnie miesiące zjeżdżały tysiące gości. Dzisiaj po Kazimierzu krąży widmo śmierci. Nic nie zostało.

Jak wspomina Piotr Starski, w 1946 roku na wyprawę do Kazimierza Dolnego zdecydowała się jego mama, Anna Lichtson. Pobyt w miasteczku mógł zakończyć się tragiczne. W okolicach Kazimierza działało kilka grup partyzanckich, a nie wszyscy byli przychylni Żydom wracającym do swoich domów. Annę uratował kolega ze szkoły, Aleksander Głowacki, kapitan „Zaporczyków” . Zapewnił jej także eskortę wojskową do Łodzi. Matka utrzymywała kontakt z Głowackim aż do jego śmierci (2005 r.) – dodaje Piotr Starski. Przedwojenne pamiątki rodziny Lichtsonów ocaliła od zniszczenia ich dawna pracownica, Helena Paziak. Nie wszyscy Polacy postępowali jednak tak lojalnie – dodaje Piotr Starski.

Mimo ogromnych zasług dla Polski, rodzinę Lichtsonów dotknęła nagonka antysyjnonistyczna. Stanisław Lichtson zmarł w roku 1951, pół roku po przejęciu apteki przez państwo. W roku 1969 do Szwecji wyjeżdża Anna, a w roku 1971 jej brat, Aleksander Lichtson.

Czy pamięć po rodzinie Lichtsonów i działającej w Kazimierzu Dolnym aptece przetrwa próbę czasu? Szyldów, zaprojektowanych przez prof. Edmunda Johna, nie ma już na budynku przy kazimierskim Rynku 23. Są za to inne, trwałe ślady pamięci.

Archeologicznej niemal próby odtworzenia historii słynnej kazimierskiej apteki podjął się w roku 2007, Andrzej Wróbel. Część wiadomości, zamieszczonych w książce Apteka Lichtsona w Kazimierzu Dolnym musiał wydobywać jedynie ze wspomnień, gdyż syn Stanisława Lichtsona, Aleksander spalił przed śmiercią znaczną część rodzinnego archiwum. W odtwarzaniu losów rodu aptekarskiego pomagała wówczas Anna Starska, córka Marii i Stanisława Lichtsonów.

Udało mi się odnaleźć syna pani Anny, Piotra Starskiego. To (emerytowany obecnie) profesor Chalmers University of Technology w Göteborgu. W przesłanej drogą mailową informacji poprosiłam o wspomnienia związane z Kazimierzem Dolnym. Na odpowiedź, którą zamieszczam poniżej, nie trzeba było długo czekać:

Bardzo się ucieszyłem Pani mailem. To taki podmuch historii, który istnieje tylko w książkach. W normalnym życiu cos takiego się nie zdarza i to po 80 latach od wybuchu wojny, która kompletnie zmieniła życie i mojej Matki i rodziny Kuncewiczów.

Znam Kazimierz i wszystkie kazimierskie historie tylko z opowiadań. Historia apteki mojego dziadka, jest dokładnie opisana w książce A. Wróbla, „Apteka Lichtsona w Kazimierzu Dolnym”, ISBN 978-83-924601-2-1. Matka rozmawiała godzinami z p. Wróblem przez telefon i przekazała mu swoje wspomnienia. Ja sam nie mam własnych wspomnień z Kazimierza. I niestety nie wiele pamiętam z opowiadań, mojej Matki, babci Marii Lichtson, i wuja Aleksandra. Niestety, bo powinienem był zrozumieć jak istotne były te opowiadania i robić jakieś notatki. Ale jak się ma kilkanaście lat to inne sprawy wydają się być dużo ważniejsze niż to co się działo „przed wojną”.

Oprócz wiadomości otrzymałam także skany listu i kart pocztowych wysłanych przez Panią Marię Kuncewiczową i jej syna, Witolda do pani Anny Starskiej. Pani Anna jest w nich tytułowana Hanną kazimierską, a z kilku zaledwie słów wyziera szczera sympatia, ale przede wszystkim nostalgia i żal za Kazimierzem sprzed lat.

Fragment listu do Anny Starskiej z d. Lichtson Witolda Kuncewicza, z dopiskiem Pani Marii Kuncewiczowej, z archiwum rodzinnego Piotra Starskiego

Ta historia ma także niezwykłą puentę. Z archiwalnego artykułu portalu wkazimierzudolnym.pl (prowadzonego przez nieocenioną Bożenę Gałuszewską, zaangażowaną również w przedsięwzięcie, o którym poniżej) dowiedziałam się, że żywą (bo szyldu apteki przy Rynku na razie próżno szukać) pamiątką po rodzinie Lichtsonów jest brama z ich dawnego domu. Prowadziła ona na plac za domem, który sięgał do ul. Witkiewicza. W latach 60. XX wieku teren został przejęty przez ówczesne władze na budowę domu mieszkalnego, nazywanego popularnie „Batorym”. Przetrwała i obecnie służy wszystkim, odwiedzającym kazimierski cmentarz parafialny.

Brama z posiadłości państwa Lichtsonów w Kazimierzu Dolnym, zdjęcie z rodzinnego zbioru Piotra Starskiego.

Zawiłość losu i historii, dodajmy – w tym wypadku smutnej historii – splotła się tak, że każdy nasz – czytamy w artykule – Zmarły i każdy z nas, który swoich Zmarłych odwiedza, mija tę bramę, symboliczną, prowadzącą ze świata w świat, ze świata żyjących do świata wspominanych, czasem i do świata Zapomnianych…

O dawnych właścicielach informowała tabliczka, umieszczona na cmentarnym murze:

Brama cmentarna była bramą prowadząca do nieruchomości aptecznej przy Rynku, należącej do Stanisława i Marii Lichtsonów. Stanisław Lichtson był aptekarzem i protektorem sztuki w Kazimierzu Dolnym w okresie międzywojennym 1918-1939. Życzeniem spadkobierców brama ta ma na
zawsze pozostać w Kazimierzu Dolnym i służyć jego obywatelom.

Tort fasolowy od „Berensa”

Wciąż się uczymy. Ta konstatacja nieodmiennie towarzyszy naszym wyprawom szlakiem „Dwóch Księżyców”, czyli wędrówki po Kazimierzu Dolnym tropami Marii i Jerzego Kuncewiczów. Jednym z punktów wycieczki jest restauracja „U Berensa”, a właściwie to, co z niej pozostało. Smutne wrażenie walącego się płotu staramy się maskować opowieścią o tym, jak wyglądało to miejsce w czasach swojej świetności. Wyobraźnię ożywiamy także za pośrednictwem bodźców smakowych i (niestety, tylko na razie) opowieściami o legendarnym menu tej restauracji. Oprócz potraw z ryb, na stołach królował tu tort fasolowy. Problem jednak w tym, że brakowało nam dobrego przepisu na tę potrawę. W przypadku „Berensa” chodziło również o stary przepis. No i … Stało się! Dzięki pobytowi w Kazimierzu Dolnym członków Stowarzyszenia Krajowego Klubu Reportażu, a przede wszystkim Panu Krzysztofowi Kamińskiemu otrzymaliśmy taki przepis.

Pochodzi on z zeszytu babci Pan Krzysztofa, Zofii Barnaś z d. Bartoszewskiej (1898 – 1984). Pamiętam ten tort z dzieciństwa  – pisze Pan Krzysztof   Przepisy babcine – ten i inne – przechowuje moja siostra. W Kazimierzu może zamiast olejku używano migdały – obrane i zmielone z fasolą. U nas był jednak olejek…

Przepis:

TORT FASOLOWY

½ kg fasoli jasiek ugotować, obrać i zmielić w maszynce

6 żółtek utrzeć z 30 dkg cukru pudru dodać zmieloną fasolę i pianę z 6 białek, dodać olejek migdałowy

do przełożenia: konfitura wiśniowa i śmietana kremowa. Śmietanę ubić. Przekroić biszkopt i przełożyć nadzieniem.

Smacznego 😉

Ja minę…

ja minę
ty miniesz
on minie
mijamy
mijajmy
woda liście umyła olszynie nad wodą

olszyna
czerwona
zmarzła moknie
mijam
mijasz
mija
a zawsze tak samotnie

minąłeś
minęłam
już nas nie ma
a ten szum wyżej
to wiatr
on tak będzie jeszcze wieczność wiał
nad nami
nad wodą
nad ziemią

Wiersz Koniugacja Haliny Poświatowskiej wpisuje się w poniższy tekst, ilustrację oraz jesienny klimat. Bo właśnie jesień w Kazimierzu Dolnym bywa najpiękniejsza. Choć to Maria Kuncewiczowa jest autorką Natury, to prawdziwym admiratorem otaczającego świata był jej mąż, Jerzy. O przyrodzie pisał w sposób następujący:

Spieszymy się, naginając przyrodę i otoczenie do naszych potrzeb. Mniejsza, że błądzimy. Człowiek, istota genialna, da sobie radę z najgorszymi błędami… Czy poradzi sobie z tajemnicami swojego organizmu i swojej psychiki. Czy swoją naturę przekształci, dostosowując do nowych, stworzonych przez siebie warunków? Zmieniając wsie i miasta, nasycając powietrze gazami spalinowymi i wyziewami miejskimi, zatruwając pokarmy chemikaliami, zastępując ciszę piekielnym hałasem, zasłaniając horyzont ciasno zabudowanymi wieżowcami – czy przetrzyma te zmiany?

Jakże aktualnie brzmią te słowa dzisiaj. O szacunku męża dla natury wspomina w Listach do Jerzego jego żona, Maria:

Nie pozwalałeś drzew ścinać, upierałeś się nawet przy wierzbie nie twojego sadzenia. Stała uczepiona korzeniami zbocza koło grobli łączącej dwie części gruntu przedzielone jarem. Zasadził ją, pewnie ze dwadzieścia lat temu, jakiś obcy, samowolny wiatr, wyprowadziło z błota słońce, oszczędziły mrozy, zapłodniły pszczoły. Nie była złocista, nie zamiatała powietrza warkoczami. Była bardzo wysoka, szarawa, sztywna, rozszczepiona na dwa pnie. Przeszkadzała jarzębinom i klonowi, rzucała cień na azalie. Mówiłam – Po co nam ta wierzba, ani płacząca, ani swoja? – Ona żyje – powiedziałeś. – Ona zabiła azalie! – krzyknęłam. – To nie nasza rzecz takie wojny – usłyszałam. Mijał drugi rok, odkąd ciebie zakopano. (…) Któregoś ranka niechciana wierzba oszalała. Zaskrzypiała, potrząsnęła koroną, zamiotła sobą powietrze i runęła w szum, bezład, w liściastą zawieruchę, w zemstę za strach przed burzą, za nudę upałów, za zimne anielstwo śniegu, za wszystko, czego ona ani my nie lubiliśmy. Katastrofa była tak gęsta i niespodziewana, że mój świat się zachwiał i ty w twoim nowym bycie chyba także doznałeś wstrząsu.

Kolejną piękną opowieścią, a może nawet przypowieścią, jest historia o gołębiach, mieszkających w ogrodzie Kuncewiczów. Redaktorowi Kazimierzowi Dymelowi tak opowiadał o tym Jerzy Kuncewicz: mamy też synogarlice, które są nierozłącznymi ptakami. Zawsze blisko siebie. I taka synogarlica już od rana woła: gdzie ty jesteś? Gdzie ty jesteś?Co parę godzin potwierdza tym krzykiem swój niepokój. A pani Maria dodawała: ja też to słyszę i bardzo lubię ten głos, który mnie śmieszy i rozczula. Czasem zresztą udaję ptaka i wołam Jerzego: gdzie ty jesteś?

Kalina zwyczajna, makieta ze zbiorów oddziału Przyrodniczego MNKD

Kazimierskie zaduszki

Ostatnia droga Marii i Jerzego Kuncewiczów prowadziła ulicą Cmentarną, obok kościoła i klasztoru Ojców Reformatów. Zbliżając się do bramy cmentarnej pozostawiali za sobą urokliwą panoramę Kazimierza Dolnego.

Kondukt pogrzebowy przeszedł niemal cały Stary Cmentarz, by w jego najwyższej części oddać ostatnią posługę: najpierw Jerzemu, który zmarł w 1984 roku, a w pięć lat później jego żonie, Marii.

Kuncewiczowie spoczęli pod sędziwym dębem, a miejsce wybrał sam Jerzy. U stóp, obejmujących się ramionami krzyży, tkwią w ziemi dwie kamienne tablice ze skromnymi napisami:

Jerzy Kuncewicz 1893 – 1984. Ludowiec. Prawnik. Filozof.

Maria Kuncewicz 1897 – 1989. Pisarka.

Trzecia tablica zawiera następujący fragment z ewangelii św. Mateusza: „Błogosławieni, którzy płaczą albowiem będą pocieszeni. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości albowiem oni będą nasyceni.”

Aby opowiedzieć o tym miejscu wystarczy sięgnąć po Listy do Jerzego i otworzyć je dosłownie na chybił trafił:

Przyszedł listopad i kazimierski cmentarz nabrał życia przed zlotem duchów na Dziady. Kamieniarz z Bełżyc powiadomił mnie, że już parę lat temu dałeś mu pieniądze na dwa wielkie krzyże, o czym albo mi nie powiedziałeś, albo ja tę wiadomość zlekceważyłam jako przedwczesną rezygnację. Otóż ten uczciwy młody człowiek robił teraz uczciwe wysiłki, żeby przed Zaduszkami te krzyże ustawić. Ale raz nie miał ciężarówki, raz nie miał ludzi, raz naglili ważniejsi klienci. Aż wreszcie nastał termin osadzenia pod jednym dębem tych dwóch krzyży wspólnego losu. Dzień okazał się za krótki, coś nawaliło, czegoś zabrakło. Siedziałam na ławce cmentarnej, patrząc, jak liście spadają, jak się ważą w coraz ciemniejszym powietrzu, jak się zapalają od czerwonego zachodu i gasną. Dzień zachodził, noc wschodziła. Snuli się między grobami nieznajomi ludzie, palili światła, rozkładali wieńce, ktoś podlewał więdnące szałwie, które Tadeusz zdążył posadzić wokół naszej krypty podzielonej na dwa miejsca.Oczekiwanie na krzyż robi się wreszcie ostre jak sam ból krzyża.

Maria Kuncewiczowa nazywała kazimierski cmentarz uroczyskiem, któremu nawet włoskie Campo Santo nie dorównuje urodą. Odwiedzała nie tylko grób męża, ale też zostawiała kiść jarzębiny na grobie Karola Sicińskiego, jako ze kazał jej sadzić drzewka jarzębinowe koło domu. Na grobie Józefa Wójcika – długoletniego opiekuna domu, kładła na mogile słoneczniki pamiętając, że zmarły bardzo je lubił.

Gdyby tego Domu nie było…

O tej smutnej informacji dowiedzieliśmy się z mediów. Dawne wejście do Domu Kuncewiczów (niegdyś była tu furtka) od strony Domu Dziennikarza zostało zamurowane. Podobno m.in. ze względu na hordy turystów, odwiedzających nasze Muzeum. Strach pomyśleć, co byłoby gdyby Dom Dziennikarza sąsiadował z Luwrem! Marząc o tym, by słowa o tłumach przychodzących do Domu Kuncewiczów stały się faktem, powspominajmy…

Murek odgradzający turystów od Domu Kuncewiczów (strona Domu Dziennikarza)

Powiedziałem sobie, ja tutaj będę miał kiedyś dom, a potem powiedziałem sobie, będę miał żonę , a ta żona będzie mieć dom i wszystko zostało zrealizowane. Tę wypowiedź Jerzego Kuncewicza wielokrotnie przytaczamy, przypominając, ze był on sprawcą budowy harendy w Kazimierzu Dolnym. Jerzy Kuncewicz wspominał wielokrotnie, jak wyglądała jego współpraca z architektem, Karolem Sicińskim. panowie wielokrotnie kłócili się o to, jak powinny wyglądać wnętrza. Siciński, w odróżnieniu od Kuncewicza, był zwolennikiem mniej przestrzennych pokoi. Oprowadzając licznych gości (także rzesze dziennikarzy, przyjeżdżających na kanikułę do pobliskiego Domu Dziennikarza), Maria Kuncewiczowa tak opisywała swoje lokum to dom, który reprezentuje architekturę drewnianą o bogatej w Polsce tradycji. Czasów zamierzchłych nie sięga, ale podtrzymuje tę cenną tradycję. Dom powstał z inicjatywy i wyłącznym kosztem mego zmarłego w 1984 roku męża, Jerzego Kuncewicza, z pieniędzy zarobionych pracą wziętego adwokata oraz z chęci ozdobienia ukochanej Lubelszczyzny. Dach zwieńczono niemal w przededniu epoki bardzo dla domów groźnej. Opuściliśmy go 9 września 1939. Był duży, czternasto-pokojowy, skanalizowany, zaopatrzony w wodę i różnorakie sprzęty, od użytkowych do artystycznych włącznie, więc rychło stał się przystankiem, łupem, w końcu rezydencją różnych władz. Nieszkodliwie zaglądali tu „chłopcy z lasu”. Lotnicy niemieccy spalili na podwórzu książki i obrazy. Srożył się hitlerowski lekarz naczelny Kazimierza awansowanego na miejsce wypoczynkowe dla bohaterów frontu. Wreszcie, podczas przepraw przez Wisłę, popasały tu kwatery główne wodzów Rosji Sowieckiej, a później używał domu i parku polski Urząd Bezpieczeństwa na kolonię letnią dla swoich dzieci. Dom został nam faktycznie zwrócony z chwilą, gdy w r. 1958 postanowiliśmy go znowu uznać za swój. W r. 1962 Prezydium Rady Ministrów zatwierdziło nasze prawo własności. Tym razem dom był pusty, bo w antraktach wojny dokonali tu swego dzieła tzw. dzicy lokatorzy. Mieliśmy do wyboru dwie drogi: potraktować nieruchomość przy ulicy Małachowskiego 19 jako letnisko, skoro zimy musieliśmy spędzać w Chicago z powodu moich obowiązków polonistki na tamtejszym uniwersytecie albo uznać ten adres za schron rodzinny obliczony na pokolenia. Nie należy do dzisiejszego tematu rodzinna historia dość obszernie potraktowana w autobiografii „Fantomy” i „Natura”. Teraz wystarczy powiedzieć, że Jerzy Kuncewicz uznał – dla racji prywatnych, zarówno jak społecznych: że powinniśmy ten dom z całą zawartością i otoczeniem przekazać na własność po naszej śmierci, społeczeństwu.” Wiemy więc, kto podjął decyzję o zamienieniu willi „Pod Wiewiórką” w muzeum. Dla porządku także dodajmy, jak wyglądał podział obowiązków w domu za czasów jego mieszkańców. Jerzy Kuncewicz wiedział, że Maria nie lubi prozaicznych czynności – panował więc w kuchni, gotował dla żony i często właśnie w kuchni pisał książki. I kolejne, znalezione przez nas cytaty: Pan Jerzy miał donośny i gruby głos, strasznie charakterystyczny. On lubił prace domowe… pomagał mi obierać ziemniaki i kroić wędlinę. (Zofia Siedlecka, gospodyni)

Wuj Jerzy był człowiekiem wyjątkowym, hałaśliwym, serdecznym, przytulającym do serca cały świat. Ciotka starała się, jak mogła, zadbać o stroje Jerzego, który był pod tym względem abnegatem. A to zapinała mu troskliwie guzik u koszuli, a to poprawiała marynarkę. (siostrzeniec, Jerzy Musiał)

Mimo, iż świat zjaw i duchów jest nam oby, to w przypadku Domu Kuncewiczów wierzymy w „opiekuńczego ducha” tego miejsca. Nic dziwnego, cząstka energii tych, którzy założyli i pokochali to miejsce nadal jest w nim obecna. Tych, którzy będą chcieli odnaleźć to wyjątkowe miejsce, nie zatrzyma żaden mur.

W wąwozie Małachowskiego

Okolice Kazimierza Dolnego słyną z wąwozów i głębocznic. Te pierwsze stworzyła natura, a właściwie polodowcowe masy wody. Drugie powstały za sprawą ludzi, dojeżdżających do swoich domostw i pól. Możemy sobie tylko wyobrazić, jak wiele ludzkich i … końskich istnień wydeptało ścieżki popularnych wąwozów. Choćby Korzeniowego czy (bliskiego nam szczególnie) Małachowskiego. Ponad pół kilometra trzeba pokonać, by dotrzeć do celu jakim jest Dom Kuncewiczów. Wielu turystów skarży się, że droga jest niewygodna, a w czasie wakacji pieszym towarzyszą komary. Warto się poświęcić, bo nagroda czeka na Państwa na końcu wąwozu. To urokliwe miejsce wybrali Kuncewiczowie. Mimo upływu lat regularnie pokonywali wąwóz. Przyjrzyjmy się tym spacerom…

To miejsce wspomnień różnego rodzaju: po pierwsze, to trasa codziennych spacerów Marii i Jerzego Kuncewiczów. Jak wyglądały? I tu opowieści i wspomnienia nie są zgodne. Jedni mówili, że pan Jerzy prowadził panią Marię pod rękę. On zawsze perorował, ona czasami wtrącała jedno zdanie budząc natychmiastową lawinę słów z jego strony. Inni zapamiętali, że pan Jerzy zawsze szedł z przodu, a jego żona wpół kroku za nim. Jeszcze inni pamiętają pana Jerzego, który co rano w szlafroku i kapciach schodził z góry do miasta, po świeże pieczywo i prasę – dla siebie i żony. Ulubioną drogą Kuncewiczów była ścieżka na Albrechtówkę i droga do Mięćmierza. Często widywano ich także nad Wisłą.

Kolejne przywołanie wąwozu wiąże się z automobilem państwa Kuncewiczów. Jedni wspominają, że był to mercedes, a inni pamiętają forda. Wszyscy zgodnie twierdzą, że Jerzy Kuncewicz był – przyznajmy to – piratem drogowym. Jazdę do Warszawy z Jerzym Kuncewiczem za kierownicą tak wspomina Jerzy Żurawski: Stałem na przystanku oczekując na autobus. Nagle nadjechał niebieskoszary mercedes. Z uchylonej szyby wyjrzała twarz pana Kuncewicza(…) Proszę siadać.(…) Mercedes skoczył do przodu,nas wcisnęło w oparcia. Kierowca wyprzedzał kolejno wszystkie samochody: na trzeciego, na czwartego, tuz przed nadjeżdżającym z przeciwka. Pani Maria co pewien czas wymawiała błagalnym głosem „Jerzy”! Bez skutku.

Mirosław Derecki w książce Mój Kazimierz pisze, że Jerzy Kuncewicz brawurę za kierownicą tłumaczył niejednokrotnie tym, iż wiezie słynną pisarkę na spotkanie autorskie i nie może się spóźniać. Czasami to przechodziło, bo funkcjonariusze MO poważali artystów, ale czasem trzeba było zapłacić mandat.

Poeta i współtwórca Akcentu, Waldemar Michalski jako student obserwował rajdy pana Jerzego, które niszczyły okoliczne płoty i straszyły drób. Podobno sam pan Jerzy głośno komentował swoje talenty za kierownicą.

U Berensa (nie tylko oczyma Kuncewiczów)

W przewodniku turystycznym Kazimierz Dolny. Jego zabytki i okolice, z 1933 roku, autorstwa Ignacego Kołodziejczyka – Sekretarza Magistratu – zamieszczono całostronicowe ogłoszenie reklamujące „Hotel Polski”. Jego ówczesna właścicielka, Bronisława Berens, informuje czytelników, że jej obiekt istnieje od 1880 roku. Jednocześnie poleca noclegi, wyżywienie, a nawet codzienne dancingi z własną orkiestrą.

Mieszkańcy Kazimierza Dolnego jak też przyjezdni bywalcy lokalu, który był znany szeroko poza granicami miasteczka, nazywali go U Berensa. Taka nazwa utrzymywała się nawet po wojnie i była używana zamiennie z „Esterką” – bo takie miano przybrała, znacjonalizowana w latach 50 tych XX wieku wieku, GS –owska gospoda.

Na początku działalności obiektu państwo Berensowie – Aleksander i Bronisława otworzyli tuż przy kościele farnym „Gospodę Chrześcijańską”, która posiadała również pokoje noclegowe, przechowalnię bagażu a nawet konie na potrzeby gości. Po śmierci Bronisławy Berens w 1951 roku, obiekt przeszedł w ręce ich córki Genowefy i jej męża Kazimierza Zakrzewskiego. Był on mistrzem gorzelnictwa, znawcą wódek i likierów więc restauracja zaczęła słynąć z doskonałych trunków. W lokalu serwowaną świetną kuchnię. Spadkobiercy Berensa wspominają to tak Czysta woda w rzece to ryby, o Wiśle mówiło się że jest rzeką rybną. Kazimierscy rybacy z ulicy Krakowskiej, panowie Wojtalik, Madejski, Materek, dostarczali pysznych gatunkowo ryb. Berens słynął ze znakomitych dań rybnych. Czy ktoś pamięta jeszcze jak smakuje lin zapiekany w śmietanie? Łosoś po polsku? Pstrąg wiślany z wody? Sandacz saute lub po polsku? Sum lub miętus po żydowsku? Szczupak lub węgorz w galarecie? Raki lub zupa rakowa?

Z tarasu restauracji U Berensa fot. St. Magierski

Warto pamiętać, że Berens to nie tylko kuchnia, ale hotel i modne miejsce ówczesnej elity. Na chwilę lub dłużej wpadali tu nie tylko artyści, ale i aktorzy, piosenkarze, politycy. Taras Berensa gościł sławy dawnych lat.
Bywali tu znani artyści i literaci, m.in. Hanka Ordonówna, Jan Lechoń, Aleksander Zelwerowicz, Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Leon Schiller a także generał Wieniawa Długoszowski. Lokal okupowała też kazimierska „malaria”, czyli malarze ze swoim guru, Tadeuszem Pruszkowskim. Towarzyszyła im czasami Maria Kuncewiczowa, która w napisanych na emigracji Kluczach informuje czytelników o fakcie poznania w Kazimierzu cyganerii, jak nazywa młodych malarzy, a w Listach do Jerzego wspomina towarzyskie spotkania u Berensa, gdzie raczono się strawą cielesną w postaci węgorza w galarecie i pierogów ze śmietaną oraz strawą duchową jakiej dostarczały widoki na kościół farny i studnię z „daszkiem szpiczastym”. Tłumnie zjeżdżali tu też dziennikarze ze stolicy. W swoich książkach Stanisław Maria Saliński wspomina, że jego koledzy oraz szef potrafili przyjechać do Berensa na spotkanie oraz pieczone kurczęta z mizerią.

Czy Jerzy Kuncewicz towarzyszył w wizytach U Berensa swojej żonie? Syn, Witold Kuncewicz wspominał swojego ojca następująco Ojciec był człowiekiem raczej nieśmiałym. Pomimo to zawsze, dla każdego miał ciepły uśmiech i energiczny uścisk dłoni. Ludzie na ogół go lubili, szczególnie kobiety. Był spontaniczny, głośny i bezpośredni. Gdy ktoś go zainteresował, żywo i dogłębnie angażował się w rozmowę. Wiele jego znajomości przetwarzało się niemal w przyjaźnie. Od dzieciństwa rzadko go widywałem. Zawsze był pochłonięty sprawami dnia,roku,epoki. Trudno sobie jednak wyobrazić samodzielne wypady Marii Kuncewiczowej do słynnego Berensa. Musiał jej w tych wizytach towarzyszyć mąż-baczny obserwator i gawędziarz. Popularność lokalu zmuszała do dalszej rozbudowy i powiększania obiektu. Przyjaciel rodziny Kuncewiczów, architekt Karol Siciński, zaprojektował rozbudowę całego domu: na parterze znajdowała się restauracja z salą dancingową, taras z drewnianego został powiększony i uległ transformacji na murowany. Dach, wykończony balustradą, miał być jednocześnie tarasem dla kawiarni na całym pierwszym piętrze. Pokoje hotelowe z pierwszego piętra zostały przeniesione na piętro drugie, po podniesieniu dachu domu.Przebudowa rozpoczęła się w roku 1936. Restauracja zyskała też ogródek pełen róż i kwiatów z wielką agawą na środku.

Niestety, poza kilkoma zdjęciami i wspomnieniami oraz śladami literackimi po Berensie pozostały obecnie zaledwie fragmenty fundamentów i zrąb jednej ze ścian. Szkoda, bo widok z tarasu tej restauracji potrafił zapierać dech w piersiach.

Jedna z fotografii kazimierskiego Rynku (restauracja U Berensa w głębi kadru) fot. E.Hartwig

Rynek kazimierski wg Jerzego Kuncewicza

(z niewielką pomocą żony, Marii Kuncewiczowej)

Pierwsze wspomnienie Jerzego Kuncewicza z tym miejscem sięga roku 1907. W jednym z telewizyjnych wywiadów opowiadał on, że jako mały chłopak przychodził tu na lody. Właścicielem lodziarni był Żyd, który już od progu wołał dzieci: „przyjdźcie, przyjdźcie – przecież ja na was czekam”. Kazimierskich Żydów tu mieszkających opisywał jako postaci biedne, pejsate lecz i piękne. Przyznawał także, że z przywiezieniem żony do Kazimierza miał niejaką trudność.

Rynek kazimierski w obiektywie Stanisława Magierskiego, 1935 r.

Komentując wypowiedź męża, pani Maria dodała, że przyjechali do Kazimierza w dzień targowy, gdy na Rynku panowały tumult i wrzask nie do opisania. Z samochodu wysiadali w takt „tak ogłuszającej orkiestry”, więc trudno się dziwić, że mąż musiał ją – niemal siłą – powstrzymywać od ucieczki.

Potem wraz mężem, zaczęła uważnie przypatrywać się otoczeniu „Owszem, uderzyła mnie malowniczość typów ludzkich. Chłopi, Żydzi jeszcze w tych strojach, jakie nosili przed wojną. Zwierząt w bród, cielęta i świnie na Rynku, na stokach wzgórz kozy, dużo koni, pełno gęsi, kur, w powietrzu jaskółki, nad rzeką rybitwy… fascynujący pejzaż niesłychanie gęsto zaludniony. Kamienice niektóre jak gdyby żywcem gdzieś z Włoch, obok nich na wpół rozwalone budki á la Chagall, chłopskie chaty, domki rybaków… Obraz składał się na wrażenie pełnej egzotyki.”. Kuncewiczowie dołączyli do kolorowej grupy malarnii kazimierskiej, a wędrówki w ich towarzystwie prowadziły do kolejnych , literackich odkryć:”Wciągnięta do „ferajny” modląc się o znieczulicę powonienia brnęłam coraz śmielej w cuchnące zaułki, żeby przez szyby niziutkich okien podziwiać wielkopiątkowe „uczty” żydowskich biedaków, które przywodziły na myśl obrzędy pierwszych chrześcijan w katakumbach pełnych trupiego zapachu i pełgania świeczek. Zapominało się o tym, że mętna rzeczułka była ściekiem (…); chwaliło się jej oleistą tęczowość i melancholię kóz w pokrzywach nad jej biegiem. Chwaliło się wyszczerbione garnki za ich starość i wszelkie użytkowe szkło za to, że — nie umyte — opalizowało. We drzwiach do kloak wyrzynano wentylatory w kształcie serc, w łachmanach upatrywano teatralną ekspresję, kaleki pobudzały natchnienie malarzy-fantastów i malarzy religijnych, karłowatość nadawała się do komicznych scen”.

Dzień targowy w Kazimierzu Dolnym fot. St.Magierski, 1935 r.

Czy Jerzy Kuncewicz towarzyszył swojej żonie? Skoro został sportretowany w „Dwóch księżycach” – choćby w opowiadaniu „Może wszystko zgaśnie” to znak, że niejednokrotnie był towarzyszem wypraw nocnych Marków. Rynek kazimierski to miejsce spacerów Marii i Jerzego Kuncewiczów. Robią tu zakupy (ciekawostka – ponoć pan Jerzy miał gest finansowy, a strofowała go i rachunki żelazną ręką prowadziła pani Maria). Odwiedzali stragany podczas festiwalu kapel i śpiewaków ludowych, czasami ulegali namowo i kupowali na nich to i owo. Niestety, nie wiemy jaki był stosunek Jerzego do twórczości ludowej, ale wiemy, że to właśnie w tej warstwie społecznej upatrywał siły i motoru zmian. W „Wyspach pamięci” pisał tak: „Z ławy szkolnej uciekałem w pole, do chałupy. Wolałem wiązkę siana na poddaszu chłopskiego domu, na stosie zboża w stodole niż wycieczki z kolegami. Wieś wabiła mnie pięknem, była też źródłem nadziei. Wrastałem w wieś. Stałem się jej naturalną częścią.”

Dzień targowy w Kazimierzu Dolnym, fot. St.Magierski

Kazimierz Dolny oczyma Marii Kuncewiczowej czyli jak to się wszystko zaczęło…

Przypominają mi się czasy najszczęśliwsze, z mojej młodości, spędzone nieopodal, w moim domu, w starym sadzie, tu gdzie syn się wychował w zauroczeniu Wisłą.(…)W ogóle cały ten dom, w którym teraz jesteśmy, tak solidnie zbudowany że służy ludziom, jest dla mnie cząstką tego, od czego zaczęła się moja pasja dla spraw kazimierskich. (Wypowiedź Marii Kuncewiczowej, zarejestrowana w rok 1984, nagranie MNKD)

Targ w Kazimierzu w obiektywie Stanisława Magierskiego, fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Pierwsze wrażenia pisarki na temat Kazimierza Dolnego nie było korzystne. O przyjeździe do miasteczka latem 1927 roku w „Fantomach” pisała tak: widywałam stare sztychy, gdzie wyobrażony był rynek kazimierski okolony szczątkami renesansu, zasnuty nawozem koni chłopskich, pstry od fur i sukman, do chałatów, kóz, świń, gęsi i pejsów. Lubiłam takie sztychy, nie lubiłam takiego życia.

Do Kazimierza przywiózł Marię jej mąż, Jerzy Kuncewicz, który pochodził z Lubelszczyzny. Do Kazimierza przyjeżdżał jako młody chłopak. Pierwsze wspólne wakacje Kuncewiczów w Kazimierzu Dolnym mogły być zarazem ostatnimi gdyby nie fakt działalności w miasteczku kolonii artystycznej. Inicjatorami regularnych plenerów plastycznych byli profesorowi warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych: Władysław Skoczylas i Tadeusz Pruszkowski. Przywozili tu swoich studentów m.in. Feliksa Topolskiego, Antoniego Michalaka, Teresę Roszkowską czy Irenę Lorentowicz. W tym czasie Kazimierz tętnił życiem artystycznym ale także był nieoficjalną stolicą cyganerii. Znowu sięgnijmy do „Fantomów: W Kazimierzu  życie wydawało się teatrem, a świat dekoracją. Bywały sceny, które lepiej wychodziły na łące, na piasku, na rzece i takie, które raczej należało grać w czterech ścianach.(…) Nikt letniego domu nie traktował poważnie. Chałupy wynajmowane od rybaków, sklepikarzy i chłopów miały służyć celom frywolnym, bo malowanie, a nawet pisanie odbywało się w plenerze. Domy interesowały od zewnątrz, im bardziej pokraczne tym godniejsze uznania. Malarze ze szczególnym zamiłowaniem uprawiali teatralizację bytu, estetyka dopełniała, często zastępowała romans. W  rezultacie wieczory spędzane gromadnie pod strzechą u tej lub innej koleżanki , stanowiły nie tyle pretekst do flirtu czy rozmowy, ile serię żywych obrazów. Te różne klitki, przybudówki, ruiny i – jak je nazywali tubylcy – buduarki, były namiotami nie mniej świetnymi od łupów króla Jana. Z tą różnicą, że tamte ktoś gdzieś wypracował ze złotogłowi i atłasów, a te tutaj wyczarowano przy pomocy kwiatów, skorup i gałganów. Takie traktowanie dachu nad głową dopowiadało mojej postaci.

Wejście do klasztoru O.Franciszkanów Reformatów w Kazimierzu Dolnym, St. Magierski ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

W ten świat kazimierskiej cyganerii wprowadziła Kuncewiczową Irena Lorentowicz, malarka, późniejsza scenografka i przyjaciółka pani Marii. To właśnie ona mówiła Kuncewiczów na zakup parceli z sadem i niewielką chatką od Reginy Białowiejskiej. Wyprawę w poszukiwaniu działki Kuncewiczowa opisuje tak: Wdrapałyśmy się po darniowych schodach na wzgórze, gdzie oczekiwałam cmentarza, tak żałobnie szumiały stamtąd brzozy. Na ostatnim stopniu dymił ceber z obierzynami, pośród brzóz wylegiwała się maciora, zapach jabłek i gnoju wskazywał na domostwo. Przyjaciółka stanęła; odetchnąwszy głęboko rzekła: – Tu powinnaś zamieszkać. (…) Osiadłam w chałupie na bezdrożu z pękiem kluczy od stodół i chlewów, dawno strawionych przez pożary. Kolejny cytat z „Fantomów” odnoszący się do zakupionego domku brzmi następująco: Chatka na wzgórzu utopiona w lebiodach i pokrzywach. Ogrodu to tam było mało, w tym sensie że niby ogród to kwiaty – był natomiast wielki sad, trawa po pas, lipy i ogromne topole. Z czasem Kuncewiczowie nabyli jeszcze kilka działek ( należących do panów: Trojanowskiego i Kujawskiego). Zakupy finansował Jerzy Kuncewicz, w owym czasie wzięty adwokat. )

Stara chata Kuncewiczów – pierwsze lokum w wąwozie Małachowskiego w Kazimierzu Dolnym

Jak wyglądał pierwszy kazimierski dom Kuncewiczów? Zajrzyjmy do książki: Chatka w sadzie nie była na serio. Renia Lorentowicz na glinianym piecu wymalowała koguta, długi stół na krzyżakach dźwigał fantastyczną florę w dzieżach do mleka, na werandzie wilczur zjadł palto Ignacego Daszyńskiego, Zuzia Pruszkowska smażyła rydze przyodziana w narzutę z szynszyli, Strug zjadał maliny prosto z garnka, Teresa Roszkowska wabiła mężczyzn piórami Aszantki. Na stronach cytowanych już wielokrotnie „Fantomów” nie zabrakło również opisów związanych z zagospodarowaniem działek. Na pierwszy ogień poszedł ogród, piękniejący dzięki pomocy dyrektora Instytutu Ogrodniczego w Puławach Jana Dybowskiego (w zamian za pomoc w organizacji ogrodu Jerzy Kuncewicz wystarał się dla Dybowskiego o polski paszport).

 Inicjatorem budowy nowego domu był Jerzy Kuncewicz. W archiwalnym nagraniu przechowywanym w Domu Kuncewiczów (oddział Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym) mówił tak: Powiedziałem sobie, ja tutaj będę miał kiedyś dom, a potem powiedziałem sobie, będę miał żonę , a ta żona będzie mieć dom i wszystko zostało zrealizowane. Prace przy jego budowie rozpoczęto w roku 1934. Dom zaprojektował Karoli Siciński, architekt, działacz Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości, zaangażowany w prace konserwatorskie w Kazimierzu Dolnym. Budowa domu została zakończona w roku 1936. Tę datę można znaleźć na metalowej kutej balustradzie w pokoju kominkowym. Przedstawia ona wiewiórkę, a obok daty, wpisane są tu inicjały właścicieli domu oraz jego projektanta. Być może to dzięki tej poręczy dom zyskał nazwę „Willi pod Wiewiórką”. Kamieniem węgielnym tej wyjątkowej budowli są książki Kuncewiczów: „Dwa księżyce” Marii i „Przebudowa” Jerzego.

Dom Kuncewiczów wg.projektu Karola Sicińskiego, lata 30. XX wieku

Meblowanie domu nie było łatwe, gdyż jak pisała pani Maria Kuncewiczowa, willa należała do „wybrednych”. Dom stał się istotą, złożony z miliona komórek, miewał rumieńce, bywał blady, promieniał i chmurniał. Budził się razem ze mną, razem ze mną zasypiał, ale w nocy udziwniał, snuł swoje osobne życie. Belki wzdychały, roniły  żywicę, lasowało się wapno, wyły kominki. Oswajanie albo – jeśli państwo wolą – osiedlanie się w nowym domu zakończyło się sukcesem. Umocniona zapleczem własnych belek, czułam się nareszcie wrośnięta w grunt swego kraju. Miałam trzy psy, jabłonie, kilka dębów, dużo lip i swój własny widok na Wisłę.

Wybuch II wojny światowej zastał Kuncewiczów w Kazimierzu. Już 3 września 1939 r. byli z powrotem w Warszawie. Stamtąd, wracają do Kazimierza w towarzystwie przedstawicieli ministerstwa Spraw Zagranicznych i wywożonych przez nich ze stolicy dokumentów. Drugim autem do Kazimierza przyjechali Antoni Słonimski, Tuwimowie, Wierzyńscy. W willi „Pod Wiewiórką”  spędzili tylko jedną noc. Wyjechali z Kazimierza 9 września ruszyli na Wschód. Maria Kuncewiczowa pisała, że podjęła tę decyzję niejako wbrew sobie bo dzięki domowi poczuła się wrośnięta w grunt swego kraju. W czasie wojny oraz w okresie emigracji kazimierski dom powraca wielokrotnie we wspomnieniach pisarki. To jeden z nostalgicznych cytatów dom pożeglował w przyszłość, wyzwolony ode mnie, zabierając ze sobą tylko to ostatnie marzenie byłej właścicielki.  Kuncewiczowie będą przebywać na emigracji do roku 1958. Dom w Kazimierzu w okresie wojny był m.in. zajmowany przez niemieckich lotników oraz lekarza z działającego w miasteczku sanatorium dla rekonwalescentów wojennych. W roku 1944 stał się sztabem wojsk Armii Czerwonej, a po wojnie służył Urzędowi Bezpieczeństwa jako miejsce kolonii letnich.

Pierwszy raz po wojnie w Kazimierzu Dolnym. Maria Kuncewiczowa w otoczeniu uczestników kolonii na tarasie własnego domu, rok 1958

W czerwcu 1958 r. Maria Kuncewiczowa została zaproszona do Polski na międzynarodowy zjazd tłumaczy w Warszawie. To pierwsza powojenna podróż do kraju – także do Kazimierza. Wśród emocjonalnych opisów w jednej z książek pisarki znalazło się takie zdanie: razem ze łzami spłynęła pleśń i gorycz z kazimierskich ścian. Dom został odbudowany taki, jaki był: otwarty, śpiewny, z bukietami. Zaświtała nadzieja – może znowu ktoś tam zamieszka i przynęci do siebie przedmioty, oswoi je i przetworzy na własne. Proces odzyskiwania praw do domu w Kazimierzu Kuncewiczowie rozpoczynają mimo tego – to znowu cytat z jednej z książek – w tym czasie Kazimierz stał się już bardziej teatralny i dekoracyjny niż autentyczny. W roku 1962 do Polski przyjeżdża Jerzy Kuncewicz. W roku 1958 dom przywitał mnie bez uniesień, jak gdyby te 19 lat nie zmieniło nic między nami. Za moim drugim powrotem ze Stanów, wrażenie było większe bo przyjechał także Jerzy-gospodarz.(…) Dom stoi i pięknieje. Jak gdybyśmy teraz dopiero mościli sobie gniazdo na długie rodzinne i gościnne życie, zwozimy do opustoszałego wnętrza wybrane przedmioty, piętrzymy książki, kompletujemy zastawy, sadzimy klematisy – pasja gospodarska wybucha na schyłku życia z siłą podskórnego źródła. Od tego czasu Kuncewiczowie regularnie przyjeżdżają do Kazimierza. Maria angażuje się w życie miasteczka m.in. reaktywację Towarzystwa Przyjaciół Kazimierza. Udziela się w mediach także dlatego, że jej książki – nowe i wznawiane – cieszą się niesłabnącą popularnością czytelników. Kuncewiczowie stają się w latach 70. i 80 wizytówką Kazimierza. Goście, którzy przyjeżdżają do ich domu odbywają coś w rodzaju pielgrzymki, udziela się im także niezwykła, niespotykana atmosfera domu. Zobowiązania zagraniczne (zajęcia pani Marii na Uniwersytecie w Chicago, choroba pana Jerzego) sprawiają, że – mimo tak ciepłych relacji z otoczeniem – Kuncewiczowie dzielą swój czas na pobyty w Kazimierzu i za granicą: w USA i Włoszech.

Maria i Jerzy Kuncewiczowie przed domem w Kazimierzu Dolnym, fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Historie powrotów i wyjazdów przerywa choroba i śmierć Jerzego Kuncewicza. Miejsce, w którym został pochowany na kazimierskim cmentarzu wybrał osobiście. Także sam zamówił nagrobek z prostymi tablicami i dwoma granitowymi krzyżami. Pięć lat po śmierci męża w swoją ostatnią drogę na wzgórek pod rozłożystym dębem podąży również pani Maria.

Post scriptum do tej opowieści niech będzie fragment z książki „Zatrzymać czas” Zofii Kucówny (do tej postaci i jej związków z Kazimierzem Dolnym jeszcze powrócimy). Zebrała się grupka spacerowiczów z książkami w ręku, pełna ciekawości i admiracji dla Kuncewiczowej. Rozsiedli się na ławce pod jarzębiną i na ogrodowym murku. Nie wiedząc, że są, wyszłam z domu trzymając w ręku duże nożyce, aby zrobić porządek z fikusem, którego nagi szkielet od wielu tygodni straszy na tarasie. Po popołudniowej kąpieli byłam zawinięta we frotowy szlafrok, gruba jak foka i nieelegancka. Zaczepili mnie prosząc o informacje. Kiedy będzie otwarte muzeum i udostępnione zwiedzającym? Gdzie rosła wierzba, o której pisze Kuncewiczowa w Listach do Jerzego? Czy to prawda, że kazała się pochować w tym ogrodzie? Odpowiadałam cierpliwie, tak jak dawniej czyniła to pani Maria, choć czułam się w moim grubym szlafroku skrępowana. Patrzyli z podziwem na piękny dom, z sympatią na mnie, spełniającą w tym domu rolę gospodyni. Odeszli pełni żalu, bo nie mogli przekroczyć progu i zaspokoić swojej ciekawości na temat ludzi, którzy świadomie przez wiele lat wili swoją legendę. Chętnie pokazałabym im wszystkie cuda tego domostwa, ale boję się Tadzia Roguskiego, który robi wrażenie, że nie cierpi każdego, kto się ośmiela podejść do wymyślonego przez niego sanktuarium. Elżbieta robi szydełkiem, Kuba zbiera do butelki mrówki, Tadeusz majstruje przy oknach, ja siedzę schowana w cieniu pergoli i wpatruję się w brzozę płaczącą, szeroko rozłożoną jak parasol. Znów ktoś podchodzi do tarasu. Przepraszam bardzo. Czy to jest dom pani Marii Kuncewiczowej? Tak, to ten dom odpowiada uprzejmie Elżbieta, a ludzie patrzą na nią z podziwem, bo jest osobą z kręgu tajemnicy tego miejsca. I tak jest codziennie. Przychodzą, pytają, odchodzą zawiedzeni, że drzwi się nie otworzyły. Kupiłam róże i poszłam do Niej na cmentarz. Szłam samiuteńka w miłym nastroju, który przyniósł mi ranny sen. Zbudziłam się z uczuciem takiego święta i takiej ważności, że starczyło mi tego na cały dzień. Nie cierpię, kiedy opowiadają mi sny i sama nie cierpię opowiadać moich. Sen, to jest coś absolutnie własnego i odkrywanie sennego świata, który jest najczęściej odbiciem naszej wyobraźni, pragnień lub niespełnionych marzeń, uważam za nieskromne i bezwstydne. Ale dzisiejszy był tak śliczny, że zapragnęłam go jednak komuś opowiedzieć, albowiem wydał się zapowiedzią mojej mimo wszystko powracającej wiary w ludzką dobroć i uczciwość.