Miasteczko

i okolice… Janowiec

Powyższy tekst – a właściwie towarzyszące mu galerie zdjęć – powstaje na prośbę naszych Czytelników. Bohaterem tej opowieści będzie Janowiec. Nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale było to ukochane miasteczko Marii Kuncewiczowej. To do Janowca pisarka woziła wszystkich zagranicznych gości. Kiedy odwiedzali Kuncewiczów w Polsce, ci mieli już ustaloną i jak się okazuje, sprawdzoną marszrutę.

Pokazujemy okolice, wozimy ich, mamy samochód, więc jednym z takich stałych szlaków jest Janowiec. Stamtąd jest jeden z najpiękniejszych widoków, jakie znam. I to mówię z całym poczuciem odpowiedzialności; a widziałam wiele krajów. Widok ze wzgórza janowieckiego na te łęgi, te pastwiska, tę rzekę w tak patetycznych skrętach, widok na Kazimierz stamtąd, potem te przewspaniałe łąki utkane kwiatami jak rzadko która łąka na świecie – to wszystko jest niezmiernie piękne i robi wrażenie na osobach rozmaicie usposobionych i przybywających z różnych stron świata. Nasza francuska przyjaciółka, wdowa po sekretarzu generalnym Pen-Clubu, pani, która wiele podróżuje – zamożna, samotna, sangwiniczna Francuzka – po spacerze w Janowcu wykrzyknęła : „To jest tak piękne, że w ogóle nie kwalifikuje się do określenie „ładne”, tylko to jest piękne, to jest arcypiękne.

J.B. Priestley, pisarz, dramaturg, kiedyś i polityk, w czasie wojny razem z moim mężem roili sobie różne plany Europy powojennej, a ja stykałam się z nim w związku z moją akcją o obywatelstwo światowe, czego on tez był wielkim zwolennikiem w pewnych kategoriach i w pewnych warunkach – więc ten właśnie Priestley był tu razem z żona – i w Janowcu, starszy już pan, zgorzkniały i znudzony, bo już tyle widział, tyle zaznał, wyciągnął jakiś notatnik z kieszeni i zaczął rysować.  Już nie opisywać, ale rysować, tak mu się podobało.  Amerykanie też tu często przyjeżdżają, studenci z Chicago, gdzie wykładałam literaturę polską, także moi koledzy slawiści z innych uniwersytetów- im tez przemawia do wyobraźni pejzaż okoliczny. Wydaje się taki łagodny, jak jakiś stary, zaniedbany park.  Tak mi powiedział kiedyś pewien student z Kalifornii: :”Kalifornia – tak, piękna. Ale taka jakaś ostra, aż niesamowita. A tutaj – wyjdzie się w pole i zaraz jakiś lasek, jakaś dolinka i to wszystko wygląda jak stary, zaniedbany park. ( wywiad Kai Kamińskiej z Marią Kuncewiczową, Argumenty 1978 r.)

ps.. Dziś aż trzy galerie zdjęć.

  1. fot. Piotr jaworek 2018 r.
  2. fot. Piotr Makowski 2019 r.
  3. fot. M.Januszek-Surdacka 2019 r. podczas realizacji projektu „Mali przewodnicy po Janowcu”. Wersja elektroniczna przewodnika, przygotowanego przez uczniów Szkoły Podstawowej w Janowcu do pobrania na Google Play

Niezwykły pomnik – dzwonnica przy wilkowskim kościele

Pomysł, aby napisać coś o Karolu Sicińskim chodził za nami od jakiegoś czasu. Uczestnicy naszych muzealnych spacerów wiedzą, że za każdym razem opowiadamy o tym wyjątkowym architekcie i – choć nie zawsze jest to w planach – wędrujemy Zaczarowanym Krzywym Kołem, jedną z najurokliwszych uliczek Kazimierza Dolnego. Nie spodziewaliśmy się jednak, że w pracy nad sylwetką Sicińskiego ktoś nam pomoże. Zaskoczeniem było również to, że opowieść nie będzie dotyczyć „opus magnum” architekta, lecz zupełnie innej miejscowości. Ten tekst oraz fotografie otrzymaliśmy od red. Janusza Ogińskiego. Dziękujemy !

To jedyny tego typu pomnik w naszym kraju wzniesiony dla upamiętnienia odzyskania niepodległości przez Polskę, a także dla oddania czci mieszkańcom wilkowskiej gminy, poległym w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Dziś to prawie symbol i znak rozpoznawczy Wilkowa nad Wisłą.

Dzwonnica kościoła w Wilkowie, fot. J. Ogiński


Na pomysł zbudowania tego rodzaju pamiątki narodowej wpadł ksiądz Jan Skwara, który w 1919 roku trafił do wilkowskiej parafii św. Floriana. Była to nagła nominacja, ponieważ jego poprzednik, ks. Feliks Czyżewski, zmarł 11 marca tego roku na tyfus plamisty, zakaźną chorobę panującą wówczas w okolicy. Przed nowym proboszczem stanęło duże wyzwanie, bo parafia wilkowska wymagała zdecydowanych działań porządkowych i gospodarczych. Powodem była niedawno zakończona I wojna światowa. Poza tym świątynia i jej otoczenie było w dużym nieładzie spowodowanym m.in przedwojennymi próbami rozbudowy kościoła.

Plany, których nigdy nie zrealizowano
W 1898 roku do wilkowskiej parafii został skierowany ks. Stanisław Siennicki, gdyż ówczesny proboszcz ks. Adolf Grabowski, będąc w podeszłym wieku, potrzebował energicznego pomocnika. Zaraz po przyjeździe nowo przybyły kapłan uznał, że konieczne jest powiększenie świątyni. Wprawdzie w 1876 roku kościół został rozbudowany, ale i tak brakowało miejsca dla wiernych z rozległej parafii, liczącej wówczas około siedmiu tysięcy parafian. Pomysł został dobrze przyjęty przez wiernych, dlatego ksiądz Siennicki zlecił wykonanie projektu budowniczemu powiatowemu, Stanisławowi Koziełło-Poklewskiemu. Koszty rozbudowy oszacowano wstępnie na 5000 rubli. W tym czasie ks. Stanisław Siennicki został awansowany na proboszcza w Kurowie. Na jego miejsce biskup lubelski Franciszek Jaczewski skierował do Wilkowa 1 grudnia 1906 r. ks. Antoniego Chotyńskiego, który od lipca tegoż roku pełnił funkcję kapelana w prowizorycznej kaplicy, w majątku Marii i Jana Kleniewskich w Dratowie. Kilka miesięcy później, w 1907 r. ks. Antoni Chotyński przeszedł na wikariat w parafii Kumów, natomiast do Wilkowa skierowany został ks. Wojciech Bojarczuk. Kolejny nowy ksiądz od razu zakwestionował plany inżyniera Poklewskiego, uznając, że nie spełniają jego oczekiwań. Przekonał parafian, że dopiero kościół z trzema nawami i kaplicą zaradzi ciasnocie. Zrezygnowano więc z wcześniejszego projektu i zlecono wykonanie nowego architektowi, Kazimierzowi Skórewiczowi. Mimo braku kompletnej dokumentacji projektowej, roboty rozbudowy koscioła ruszyły jesienią 1908 roku. Zaczęto od ułożenia ław fundamentowych pod planowane nawy boczne, rozbierając przy tym zakrystię, przypory przy prezbiterium i część murowanego ogrodzenia wokół kościoła. Prace przerwano dopiero, gdy nastały duże mrozy. Do końca roku udało się tylko jeszcze przywieźć 80 tysięcy sztuk cegły. Z początkiem 1909 roku ks. Wojciech Bojarczuk otrzymał nominację na proboszcza parafii św. Zygmunta w Łosicach. Niedługo po tym, 20 stycznia 1909 roku, wrócił do Wilkowa, już jako wikariusz, ks. Antoni Chotyński (po śmierci ks. Grabowskiego, na prośbę parafian wilkowskich, ks. Antoni Chotyński został mianowany jego następcą). Na wieść o tym lubelski generał-gubernator Jewgienij Wasiljewicz Mienkin zawiadomił biskupa ordynariusza, że nie wyraża na to zgody (powodem była antyrosyjska postawa księdza). Władze carskie wstrzymały też rozpoczęte prace budowlane do czasu ostatecznego zatwierdzenia projektu przez Kazimierza Skórewicza. Tymczasem architekt był tak zaabsorbowany budową kościoła w Zagłobie, że zaniedbywał inne zlecenia. Dopiero po trzech latach kompletny projekt trafił do Wilkowa. Niestety, dopatrzono się w nim uchybień technicznych. Zerwano więc kontrakt ze Skórewiczem, i zaangażowano warszawskiego architekta, Kazimierza Prokulskiego. Ten zakwestionował wszystko, co do tego czasu zostało zrobione i zalecił budowę całkowicie nowej świątyni. Komitet budowy kościoła wilkowskiego oraz ks. Antoni Chotyński (legalny proboszcz od 12 października 1912 r.) przystali na to, ale wybuchła I wojna światowa i wszystkie poczynania zostały przerwane. Tuż przed wybuchem wojny księdzu Chotyńskiemu udało się jedynie sprowadzić za blisko 5 tys. rubli ociosane bloki granitowe. W 1915 roku Rosjanie zabrali z drewnianej dzwonnicy 3 dzwony, które nigdy do Wilkowa nie wróciły. Taki stan pozostał aż do 1919 roku.

Stara dzwonnica w Wilkowie, fot. ze strony fotopolska.eu

Naprawa kościoła, budowa dzwonnicy
Po objęciu funkcji proboszcza, ks. Jan Skwara zdecydował o przywróceniu wilkowskiego kościoła do stanu z 1876 roku. Przy okazji, postanowił wybudować nową dzwonnicę, ponieważ konstrukcja starej była w fatalnym stanie. Nie wiadomo kto polecił mu młodego architekta Karola Sicińskiego z Warszawy, który w 1916 roku przyjechał w Lubelskie, aby na zlecenie Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości przeprowadzić inwentaryzację zabudowy Kazimierza i zamku w Bochotnicy. Warszawski architekt podjął się zadania. Już jesienią 1919 roku projekt dzwonnicy i kaplicy przedpogrzebowej przy kościele wilkowskim był gotowy. Pod koniec września 1919 roku ks. Jan Skwara złożył wniosek do Architekta Powiatu Puławskiego o zatwierdzenie projektu i wyrażenie zgody na budowę. Jednak niespodziewanie zaczęły pojawiać się przeszkody. Najpierw urzędnik zażądał dostarczenia dodatkowego pisma, w którym przyszły wykonawca budowy zobowiązałby się do wymurowania dzwonnicy ściśle według zatwierdzonego planu. W odpowiedzi mistrz murarski Jan Wicha złożył taką deklarację. Prawdziwą przyczynę piętrzenia trudności w budowie dzwonnicy w Wilkowie, wyjaśnia dopiero pismo Architekta Powiatu Puławskiego do Architekta Okręgu Lubelskiego, wysłane 1 grudnia 1919 r. Czytamy w nim: Załączając złożony do zatwierdzenia przez proboszcza parafii Wilków pow. Puławskiego ks. Skwarę projekt dzwonnicy wraz bramą i kaplicą przedpogrzebową nam do zatwierdzenia, (stwierdzam ) co następuje: w ogólnych zarysach projekt dzwonnicy zyskałby, gdyby był mniej pretensjonalny, w tym celu proponuję usunięcie wieżyczki z hełmem i zakończenie tej części wprost spadkiem dachu, balustradę otworów drewnianych ze względu na trudności obecne dobrego wykonania balasek, proponuję wykonać robotą ciesielską z drewna, poza tym uważam ustawienie wieży z częścią skarpy na sklepieniu nietłumaczące się konstrukcyjnie. Znając zamiary miejscowego proboszcza prowadzenia budowy własnym kierownictwem i chęć jego poczynienia zmian na własną rękę, proponuję postawienie warunku, aby budowa wykonywała się tylko podług rysunków szczegółowych (detalicznych), głównie co do profilowania i gzymsowania, dostarczonych przez autora projektu. Z cytowanego pisma widać, że urzędnik ze starostwa w Puławach miał jakieś osobiste uprzedzenia wobec księdza Jana Skwary. Wymienił go złośliwie tylko z nazwiska, a także z góry założył, że wilkowski proboszcz będzie łamał przepisy prawa budowlanego.

Projekt budowy dzwonnicy kościoła w Wilkowie, fot. ze zbiorów Archiwum Państwowego w Lublinie


16 stycznia 1920 roku zebrała się Komisja Budowlana działająca przy wydziale Architekta Budowlanego Okręgowej Dyrekcji Robót Publicznych Województwa Lubelskiego i na swoim posiedzeniu… poparła uwagi urzędnika ze starostwa puławskiego. Przesłany pismem z dn. 1.12.1920 roku nr 276 projekt dzwonnicy wraz z bramą i kaplicą przedpogrzebową w Wilkowie zwraca się celem poczynienia następujących zmian. Wskazanej w projekcie z prawej strony dzwonnicy wieżyczki konieczność takowej nie jest niczym uzasadniona, wobec tego umieszczenie analogicznego szczytu ze strony przeciwnej zaprojektowaniem było by najodpowiedniejszym, gdyż wieżyczka ta wobec egzystującej sygnaturki na kościele jako traktowaną być nie może. Skarpa idąca od ściany dźwigająca wieżyczkę, a wspierająca się na połowie sklepienia kaplicy, jest rzeczą niekonstrukcyjną i wobec tego niedopuszczalną – ze względów zaś estetycznych również niepożądaną. W efekcie projekt dzwonnicy wilkowskiej wrócił do poprawki. Co myślał o tym ks. Jan Skwara, nie wiadomo. Za to wiadomo, jak zareagował Karol Siciński, autor projektu. Zacytujmy jego pismo do urzędników lubelskich: Do wydziału Architekta Budowlanego Okręgowej Dyrekcji Robót Publicznych Województwa Lubelskiego, na ręce Architekta Powiatowego w Puławach. Dnia 13 marca roku bieżącego otrzymałem odpis pisma Okręgowej Dyrekcji za nr 395 z dnia 18 stycznia 1920 r. Przyjmuję w zupełności wszelkie uwagi natury technicznej poczynione przez Okręgową Dyrekcję co do mojego projektu dzwonnicy w Wilkowie. Nie mogę niestety zastosować się do wymagań natury artystycznej, które krępują moją indywidualność twórczą i wypaczają zupełnie powziętą przeze mnie myśl oddania w formach architektonicznych dzwonnicy w Wilkowie, jaka się w mojej fantazji twórczej zrodziła. Gdyby Okręgowa Dyrekcja nie mogła w istniejącym ujęciu projektu mojego zatwierdzić, proszę przesłać projekt w drodze rekursu do Ministerstwa Robót Publicznych, Warszawa 28.03.1920, Karol Siciński.

Pismo odwoławcze Karola Sicińskiego, fot. ze zbiorów Archiwum Państwowego w Lublinie

Stanowcza postawa warszawskiego architekta przyniosła pożądany efekt. Już 13 kwietnia 1920 roku Okręgowa Dyrekcja Robót Publicznych przesłała proboszczowi wilkowskiemu zatwierdzony projekt, akceptując bez żadnych uwag jego pierwotną wersję. Można domyślać się, że zadziałała stanowcza postawa Karola Sicińskiego, a zwłaszcza żądanie odesłania projektu – w razie odmowy – do Ministerstwa Robót Publicznych. Pewnie dotarła też do lubelskich urzędników informacja, że architekt Karol Siciński został pracownikiem Ministerstwa Wyznań i Oświecenia Publicznego w departamencie budownictwa szkolnego.

Jedyny taki pomnik
Po zakończonych perturbacjach z urzędnikami, roboty przy budowie dzwonnicy i kaplicy przedpogrzebowej w Wilkowie ruszyły z miejsca. Inwestycja prowadzona była pod ścisłym nadzorem budowlanym, wspieranym przez miejscową policję. Pilnowano zwłaszcza porządku i bezpieczeństwa na budowie. Nie udało się, niestety ustalić dokładnej daty zakończenia i poświęcenia inwestycji. Z treści tablicy pamiątkowej umieszczonej nad kaplicą przedpogrzebową wynika, że stało się to w 1921 roku.

Tablica informuje też, że dzwonnicę postawili parafianie wilkowscy w podzięce Królowej Najświętszej Maryi Panny za wyzwolenie Polski. Na frontonie dzwonnicy znajduje się też druga tablica pamiątkowa, poświęcona dziewięciu mieszkańcom parafii wilkowskiej, którzy zginęli na polu chwały w obronie Ojczyzny, odpierając od granic Państwa Polskiego nawałę bolszewicką w roku 1920, pod wodzą Marszałka Józefa Piłsudskiego.Tablica przetrwała okupację niemiecką, a także czasy PRL-u. Nie tylko hitlerowcy, ale i najbardziej zawzięci komuniści nie odważyli się jej uszkodzić. Przez te lata była jedynie zamalowana wapnem, co jednak nie przeszkadzało w odczytaniu treści.
Dzwonnica wilkowska jest także swoistym wodowskazem. Po każdej powodzi, na ścianie kaplicy przedpogrzebowej umieszczany jest znak pokazujący poziom wezbranej wody. Pierwszy – przeniesiony z dawnej dzwonnicy – nosi datę 1833 r. Dwa ostatnie pochodzą z 2010 roku, po pierwszej fali powodziowej z 21 maja i drugiej, większej, z 6 czerwca.

wodowskaz na ścianie dzwonnicy, fot. J.Ogiński

Klasztor oo. Franciszkanów (ul. Klasztorna 3)

Wejście do klasztoru oo. Franciszkanów Reformatów w Kazimierzu Dolnym (fot. Stanisław Turski)

Dziedziniec klasztorny i jego krużganki to moje ulubione miejsce w Kazimierzu Dolnym. Niebacznie, choć chyba w pełni świadomie dzielę się nim ze wszystkimi uczestnikami naszych muzealnych spacerów. Bo bez względu na temat naszej wędrówki, zawsze przekonam (nawet tych najmniej chętnych do wspinania się po schodach) do tego, że widok z dziedzińca jest kompendium wiedzy o Miasteczku. Nawet mniej wrażliwi (i zasapani wspinaczką) ulegają urokowi tego miejsca. Patrzą na panoramę kazimierską, szukają wśród szarych i czerwonych dachów Wisły i jej łach, dziwią się, że z tej odległości fara, ruiny zamku i baszt stoją niemal w jednej linii, zdając się być monolitem. Zazdroszczą pomysłu prof. Pruszkowskiego jego pracowni, wzniesionej na zboczu Góry Trzech Krzyży. Poszukują także sacrum, o które w tym miejscu… łatwiej.

Panorama kazimierska z dziedzińca klasztornego (fot. Stanisław Turski)

Tę heretycką (dla niektórych) opinię podzielała Maria Kuncewiczowa. Nie bez powodu odwiedzała świątynię, przyjaźniła się z braćmi zakonnymi oraz wybrała to miejsce jako furtkę u kresu ziemskiego, a na początku nieziemskiego bytu.

Powyższy tekst nie jest, bynajmniej, efektem obecnej sytuacji ( z tego względu bliższa nam powinna być raczej Góra Trzech Krzyży). Chociaż… skończyłam lekturę pewnej książki o Kazimierzu Dolnym (wygórowana cena na aukcji internetowej, ale trudno). Choć jej autorzy powołują się na autorytety kazimierskie (m.in. „Brulion Kazimierski- notabene czy wiecie, że jest on dostępny on-line, w sieci ?) to egzaltacja, towarzysząca całej książce jest nieznośna.  Otóż w tejże książce znalazł się wywód o tym, która góra powinna nazywać się „Wietrzną”. Ponoć właśnie trzykrzyska, bo jest starsza, a ta obecnie „Wietrzna”, z klasztorem nosiła miano „Góry Plebaniej” (stąd pobliska Plebanka). W XVI wieku górę mieli od proboszcza fary odkupić bracia Przybyłowie i wybudować tu mały kościółek. Został konsekrowany w 1591 r. Na tę okoliczność miejscowy rzemieślnik- Stanisław namalował obraz Zwiastowania, według niderlandzkiej ryciny Hendrika Goltziusa. Już wkrótce obraz został otoczony czcią jako „cudowny”. Świątynia pod wezwaniem Zwiastowania Najświętszej Marii Panny zaczęła przyciągać rzesze wiernych, modlących się o cud.

Cała historia klasztorna została skrupulatnie spisana przez ojca Albina Srokę ( bohatera tekstu w kategorii „Bywalcy”).

Swój kamyczek do tej opowieści dołożyła Maria Kuncewiczowa. W Listach do Jerzego czytamy opis koronacji obrazu. Uroczystość (druga po wąwolnickiej) odbyła się 7 września 1986 r. na kazimierskim Rynku. Obraz przedstawia zwiastowanie przez archanioła Gabriela, że dziewica Maryja, zapłodniona przez Ducha Świętego, zostanie Matką Zbawiciela ludzi od ich pożądliwości, gniewu i pychy, a przez to zapewni Zycie tym, „co idą w Imię Pańskie”. Kiedy pierwszy raz spojrzałam na ten obraz, pomyślałam „jakaż to piękna wizja sprawy niewidzialnej”. Kimkolwiek był ten malarz, Holendrem, Włochem czy Polakiem, jakąkolwiek techniką się posługiwał, przemówił jak znawca ludzkiej duszy.

Scena dzieje się na pograniczu dwóch światów. Maryja to mieszkanka ziemi, u jej stóp stoi koszyczek z robótka kobiecą, a na oparciu klęcznika leży otwarta księga modłów. A więc wysłannik ze skrzydłami wielkiego ptaka, obywatel żywiołu nieziemskiego, klęczy przed ziemianką. Oznajmia jej wolę Stworzyciela „wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”, że oto ona, zapłodniona przez Ducha Świętego, urodzi Boga-Człowieka. Zwiastun trzyma w ręku kwiat z nazareńskiego ogrodu, ale jego obecność rzuca w ciemne powietrze Nazaretu wielki snop jasności, w której pławi się nieziemski Duch Święty w postaci gołębia, a wokoło niego skrzydlate dzieci czekają na uziemienie. Malarz nie odebrał wybrance Stworzyciela jej ludzkich cech, które miały z niej uczynić Zbolałą Matkę Mesjasza. Kobieta, przed którą klęczy archanioł, nie wyraża gestem ani twarzą uczucia dumy czy zachwytu. Wyraża lęk i niepewność. Ten ludzki strach przed boskością czyni jej akt posłuszeństwa woli Boga „niech mi się stanie wedle słowa Twego” – aktem tragicznym. (…) Kiedy pierwszy raz patrzyłam na ten obraz (…) nasunęła mi się myśl o pokrewieństwie Zwiastowania z natchnieniem, jakie nawiedza rzemieślnika, czyniąc z niego artystę.

Powyższy tekst to efekt prezentu, jaki otrzymaliśmy od niezawodnego red. Janusza Ogińskiego. To archiwalne, unikatowe fotografie z uroczystości koronacji obrazu Zwiastowania Najświętszej Marii Panny z Kazimierza Dolnego. Wraz ze zdjęciami otrzymaliśmy taki oto list: Byłem tam prywatnie, jako uczestnik mszy św. Sądzę, że są to zdjęcia nie tylko historyczne, ale też unikalne, bo prawdopodobnie nikt poza mną nie był tam z aparatem fotograficznym. Może tylko ktoś z tygodnika katolickiego „Zorza”, ale gazeta ta dawno zniknęła z rynku prasowego, i jej archiwum także. Tylko dwie ze wspomnianych fotek były wykorzystane przez o. Albina Srokę w monografii kazimierskiego sanktuarium (wyd. z roku 1999, i wyd. 2009). Reszty fotografii nikt do tej pory nie widział. Zdjęcia były wykonane na kliszy fotograficznej, ale wysyłam już przerobione na wersję cyfrową.

Willa „Łopuszanka” (ul. Puławska)

Wszystko zaczęło się od poszukiwania pomysłu na zbliżającą się „Noc Muzeów”. Zaświtał nam wówczas w głowach pomysł na spacer z duchami. Pomysł okazał się trudny do realizacji, choć towarzyszące pisaniu tego tekstu znaki można uznać za prorocze…

Willa Łopuszanka , zdjęcia z katalogu Jana Wydry, Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

W sąsiedztwie spichlerzy, w niedalekiej odległości od Wisły znajduje się willa, wzniesiona na początku XX wieku, według projektu Ksawerego Dionizego Drozdowskiego. Do tego domu wprowadzili się państwo Łopuscy. Podobno uciekli do Kazimierza Dolnego przed rewolucją październikową. Jej ofiarą miał być ukochany syn pani Heleny. Małżeństwo miało jeszcze dwóch dorosłych synów: Bohdana i Jana.

Ciekawostka, Jan Łopuski, z wykształcenia leśnik, powrócił po latach do Kazimierza i był aktywnym członkiem tutejszego Towarzystwa Przyjaciół. Nakładem Towarzystwa, w roku 1988 ukazała się książka Jana Łopuskiego Kniaziowe łowy czyli opowieści starego leśnika przy kazimierskim kominku.

Jan Łopuski, fotografia z książki „Kniaziowe łowy…”

Bohaterką tej opowieści ma być jednak pani Helena, wysoka, szczupła kobieta niepospolitej urody i takichż zainteresowań. Lubiła poezję i malarstwo, a w kazimierskim domu prowadziła pensjonat i salon towarzyski. Bywali tu m.in. Józef Czechowicz oraz Jan Wydra. Malarza i właścicielkę „Łopuszanki” połączyły zdolności… parapsychologiczne. Pani Helena wierzyła w reinkarnację, była również zapaloną spirytystką i doskonałym medium. Niektórzy uważali, że potrafiła przepowiadać przyszłość. Opinie, niejako uwierzytelnione przez dziennikarza i bywalca kazimierskiego, Konrada Bielskiego stały się, po niemal stu latach, pożywką dla pisarza, Pawła Huelle. Te tego wątku dojdziemy za chwilę.

W salonie Heleny Łopuskiej miał bywać sam Marszałek Józef Piłsudski, wielki orędownik spirytyzmu.  Wysoce prawdopodobne jest to, że Józef Wydra i Piłsudski spotkali się w pensjonacie Łopuszańskiej. Efektem tego spotkania mógł być zaginiony (ale utrwalony na fotografii) portret Piłsudskiego, autorstwa J. Wydry.

Jan Wydra, Zaginiony portret Józefa Piłsudskiego, fotografia z katalogu J. Wydry, Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

Tropem kontaktów Józefa Piłsudskiego z Heleną Łopuską chcieli ruszyć dziennikarze, odpytujący Przemysława Semczuka, autora poczytnej książki Magiczne dwudziestolecie, w skrupulatny – by nie powiedzieć naukowy – sposób wyjaśniającej zagadnienia polskiego spirytyzmu w okresie dwudziestolecia. W jednym z wywiadów towarzyszących promocji wydawnictwa znalazłam taki oto fragment: Piłsudski pod koniec życia korzystał (…) z usług Jasnowidzącej znad Wisły, która miała na koncie wiele trafnych przepowiedni oraz wyleczeń chorób. Do Belwederu wezwano ją, aby pomogła chorującemu na raka marszałkowi. Nie wiadomo dokładnie jak te wizyty wyglądały, ale pewnym jest, że kolejnym jej „klientem” był prezydent Ignacy Mościcki. – Nie wyleczyła marszałka z raka wątroby, ale przekazy mówią, że ulżyła mu w cierpieniach. Jego adiutanci wspominali, że Piłsudski miał bardzo wyraziste wizje przed śmiercią. Ukazywała mu się zmarła na białaczkę siostra oraz nieżyjąca matka i brat Bronisław. Miał rozmawiać z nimi tak jakby byli w pomieszczeniu i stali nad jego łóżkiem. To było dla nich dowodem, że pasjonujące go siły nadprzyrodzone nie były tylko zabawą. Jak zapewne się Państwo domyślają, nasze skojarzenia poszybowały w stronę Heleny Łopuskiej. Bo i dar jasnowidzenia i Wisła się zgadzają. Uczciwość nakazała nam jednak sprawdzenie tych sensacyjnych doniesień. Obyło się bez wirującego talerzyka. Dziennikarz „wywiadujący” Semczuka przypisał zasługi słynnej wróżbitki Agnieszki Pilchowej z Wisły anonimowej jasnowidzącej znad Wisły. Szkoda, bo zapowiadało się na kolejną sensację.

Czy jednak Helena Łopuska ich potrzebuje?  Wieloletnia mieszkanka Kazimierza Dolnego, Halina Werman, opowiadająca Bożenie Gałuszewskiej (blog wkazimierzudolnym.pl) o Łopuskich wspominała,  że ozdobą salonu były portrety inkarnacji pani Heleny m.in. w stroju mniszki.

Jan Wydra, Helena Łopuska, fotografia z katalogu J. Wydry, Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym

Autorem obrazu jest, oczywiście, Jan Wydra. Malarz w latach 1928-29 mieszkał w ”Łopuszance”. Wg. autorów katalogu wystawy Jana Wydry w Kazimierzu Dolnym, był to najlepszy okres w jego twórczości. Kto wie, może fotografia, znajdująca się w archiwum Ośrodka Brama Grodzka teatr NN w Lublinie pochodzi właśnie z pamiętnych, szczęśliwych wakacji?

Z kazimierskiej plaży, na zdjęciu m.in Helena Łopuska fot. ze zbiorów Ośrodka Brama Grodzka Teatr NN

Odnosimy jednak nieodparte wrażenie, ze Helena Łopuska wymyka nam się z opisów i zdjęć. Proszę uważnie przyjrzeć się opisowi fotografii. Czy jest możliwe, aby ten siwowłosy jegomość w koszulinie był (nawet dla żartu) piękną kobietą?

Helena Łopuska przeżyła okupację. Halina Werman wspominała, że była aresztowana przez gestapo, ale wykupywała się dzięki posiadanej kolekcji obrazów. Willa, wraz otaczającym ogrodem zostały poważnie zniszczone w czasie działań wojennych (w pobliżu domu znajdowała się przeprawa przez Wisłę). Łopuskiej nie było stać na kosztowny remont. Dlatego sprzedała swój dom księdzu  Józefowi Czesławowi Małysiakowi. Pojawił się w Kazimierzu w 1948 r., był rektorem kościoła św. Anny oraz współtwórcą Zgromadzenia Sióstr Rodziny Betańskiej. To właśnie on sprowadził betanki do Kazimierza Dolnego. Opiekowały się one Heleną Łopuską do śmierci.

Oto efekt naszych poszukiwań – wykorzystane za zgodą prowadzących FB

Z połączenia ezoteryki i religii może powstać tylko jedno. Motywy postanowił połączyć w dramat Paweł Huelle. W 2011 r., na zamówienie lubelskiego Teatru im. Juliusza Osterwy napisał spektakl Zamknęły się oczy ziemi, w którym umiejętnie połączył obydwa wątki. Spirytystka, Klementyna Wysocka, w otoczeniu socjety (dam, literatów i oficerów) urządza seans i przepowiada przyszłość. Wieszczy m.in. wybuch wojny, morderstwa żołnierzy polskich w Katyniu oraz rządy komunistów. Zgromadzeni reagują na te rewelacje… śmiechem.

Łopuszanka i jej niezwykła aura 😉

Widowisko, na podstawie tekstu P. Huelle można było oglądać w Lublinie zaledwie przez jeden sezon. Oficjalnie, stało się tak z powodu zmiany dyrekcji teatru i przejścia części aktorów do innego zespołu. Nieoficjalnie… zaważyły na tym kontrowersje wokół tematu kazimierskich betanek. Niemym świadkiem wszystkich wydarzeń był dom z ulicy Puławskiej.

Piekarnia Sarzyńskiego Ambasadorem!

Kazimierska Piekarnia Sarzyński dołączyła do elitarnej grupy „Ambasadorów Województwa Lubelskiego”. Gala przyznania nagród obyła się 15 lutego w Lublinie. O tytuł „dumy i wizytówki Lubelszczyzny” ubiegało się blisko 50 osób, firm i instytucji z regionu. Sarzyński zdobył statuetkę w kategorii firma. Przyznajemy, będziemy nieobiektywni, bo sympatyzujemy i kibicujemy ( zwłaszcza najmłodszym) przedstawicielom tego rodu. W roku 2018 r. w Domu Kuncewiczów gościliśmy Igę Sarzyńską i promowaliśmy piękne i smaczne wydawnictwo „ Moje Cztery Pory Roku”.

Historia piekarni w Kazimierzu Dolnym, w której wypiekano smaczny chleb oraz (uwaga stare określenie) kukiełki piekarnicze czyli bułeczki, drożdżówki i popularne zwierzątka z drożdżowego ciasta  sięga lat 70. XX w.  To firma rodzinna, prowadzona przez mistrzów piekarstwa uczących się swojego fachu jeszcze przed wojną. Najsłynniejszym i najbardziej medialnym przedstawicielem rodziny Sarzyńskich był pan Cezary (absolwent Politechniki Wrocławskiej, który stabilną posadę państwową zamienił na rzemiosło). Wypromował nie tylko smaczne kulebiaki i cebularze, ale przede wszystkim koguta, który stał się niekwestionowanym symbolem i ulubioną pamiątką turystyczną z Kazimierza Dolnego.

W aptece Pana Lichtsona

Nie byłoby tego tekstu, gdyby nie ogromna pomoc i zaangażowanie, a także zaufanie prof. Piotra Starskiego. To słowa budują pamięć

Fotografia St. Magierskiego z lat 30. XX w. Targ w Kazimierzu Dolnym – apteka Lichtsona na drugim planie. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Pamiętam to miejsce z autopsji. Były to lata 70. XX wieku. Wycieczka szkolna. Postój autokaru na Rynku i rozpaczliwe próby szukania apteki „bo mi niedobrze”. Chłód wnętrza i dostojne, ciemne meble. Spokój i orzeźwiający łyk wody.

Ta apteka zniknęła z przestrzeni miasteczka. Co prawda, budynek jest, ale zmienił swoje przeznaczenie. Ze strony internetowej grupy architektów (www.ggp-architekci.pl), zajmujących się renowacją obiektu (zakończoną w roku 2016),dowiedziałam się, że został on zbudowany na fundamentach kamienicy z początku XVII wieku. Niektórzy dostrzegają ją na akwarelach Zygmunta Vogla. Budynek był potem wielokrotnie przebudowywany. W obecnym kształcie funkcjonował od roku 1924. Niewiele starsza jest reklama z fotografią budynku, zdradzająca jego historię

Mat. archiwalny ze strony www.fotopolska.eu

Kamienicę przy Rynku 23 odbudował Stanisław Lichtson. Według słów Piotra Starskiego, wnuka Marii i Stanisława Lichtsonów, jego dziadkowe przeprowadzili się do Kazimierza Dolnego w roku 1913 i otworzyli aptekę w Kamienicy Gdańskiej. Piotr Starski sprostował również informację zawartą w publikacji Mordechaja Canina Przez ruiny i zgliszcza…, w której można przeczytać, że żona Stanisława Lichtsona, Maria ( z d. Lerner), pochodziła z Kazimierza Dolnego. Naprawdę mieszkała ona w Częstochowie.

Stanisław Lichtson, fotografia z rodzinnych zbiorów Piotra Starskiego

Porzekadło „obyś żył w ciekawych czasach” w odniesieniu do tej rodziny sprawdziło się po wielokroć. Z czasów kazimierskich datuje się znajomość Lichtsonów z krewnymi samego Feliksa Dzierżyńskiego. Przydadzą się w czasie ich pobytu w Rosji. Trafili tam po krótkim epizodzie kazimierskim. W ich domu, w podmoskiewskich Kimrach przed carską Ochraną ukrywał się sam Feliks Dzierżyński. Po Rewolucji Październikowej Stanisław Lichtson trafił do więzienia. Groziła mu śmierć. Wówczas przydały się koneksje z Dzierżyńskim. Jak wspomina Piotr Starski, zwolnienie jego dziadka z więzienia i jego ułaskawienie było podziękowaniem Dzierżyńskiego za okazaną niegdyś pomoc.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Lichtsonowie wrócili do Kazimierza. Zakupili zrujnowane budynki: Otrębusów i kamienicę Surchusowską, znajdujące się na rogu Rynku i ul. Wiślnej (obecnie Nadwiślańskiej). Nad projektem odbudowy czuwał architekt, Jerzy Siennicki (lubelski konserwator zabytków). Od roku 1924 do 1939, w budynku działała apteka. W domu Lichtsonów funkcjonował jeden ze znanych salonów towarzyskich miasteczka.

Maria Lichtson, fotografia z rodzinnych zbiorów Piotra Starskiego

W 5 numerze Brulionu Kazimierskiego, córka Stanisława i Marii Lichtsonów, Anna Starska wspominała, że częstymi gośćmi rodziców byli politycy, literaci, malarze i aktorzy przebywający w Kazimierzu Dolnym. Anna Starska zapamiętała m.in spacery po uliczkach kazimierskich z premierem, Ignacym Daszyńskim. Lubił wieczory piątkowe, kiedy mrok zapadał, a na firmamencie nieba pokazywały się gwiazdy, zwiastujące nadchodzące święto szabas u Żydów – pisała Anna Starska. Częstym gościem w domu Lichtsonów był prof. Tadeusz Pruszkowski. Inny artysta, Edmund John zaprojektował szyld kazimierskiej apteki.

Recepturka z apteki Lichtsona zaprojektowana przez E.Johna, z archiwum rodzinnego Piotra Starskiego

We wspomnieniach córki, Maria i Stanisław Lichtsonowie byli również animatorami życia artystycznego w Kazimierzu Dolnym. Pani Maria działała w komitecie organizującym doroczne bale kostiumowe malarzy, a sama pani Anna – jako nastolatka, w stroju projektu Zuzi Pruszkowskiej – otwierała jeden z bali, tańcząc mazura z prof. Edmundem Bartłomiejczykiem. Mniej zadowolony z popularności był pewnie nestor rodu, sportretowany na jednym z balowych plakatów przez Feliksa Topolskiego. Aptekarzowi – pewnie dla fantazji – malarz dorysował siedzącą na kolanach Esterę.

Cennik z apteki Lichtsona, z archiwum rodzinnego Piotra Starskiego

Ciekawe wspomnienie Anny Starskiej wiąże się z innym artystą, pochodzącym z Kazimierza Chaimem Goldbergiem. Zacytujmy ten fragment: Pewnego dnia przyszedł do apteki mojej Mamy kilkunastoletni chłopak, obdarty, biedny i pokazał jej parę obrazków. Bardzo się one Mamie spodobały i pokazała te rysunki prof. Pruszkowskiemu, który się nimi bardzo zainteresował i kazał chłopakowi przyjść do siebie. (…) Prusz kazał Chaimowi cos narysować i stwierdził, że chłopak ma i talent. Zaopiekował się nim, przyjmując go, jako wolnego słuchacza, do ASP. Inne wspomnienie dotyczy współfinansowania przez Lichtsonów przedszkola dla biednych dzieci i fundacji zegara na wieży kościoła farnego. Ponoć z tej inwestycji bardzo cieszyli się mieszkańcy, bo był to jedyny zegar widoczny z Rynku.

Stanisław Lichtson i Jan Karmański podczas partyjki szachów, fotografia z rodzinnych zbiorów Piotra Starskiego

Idyllę miasteczka zniszczył wybuch II wojny światowej. Anna Starska wspominała, że 4 września do domu Lichtsonów przyszedł Jerzy Kuncewicz, który zażądał by rodzina natychmiast opuściła Kazimierz Dolny. Lichtsonowie, wraz z Pruszkowskim, wyjechali z miasteczka. Podróż odbyli citroenem, którego Pruszkowski podarował bratu pani Anny, Aleksandrowi za ukończenie studiów. W samochodzie cudem zmieściła się cała rodzina Lichtsonów, Pruszkowski i jego siostrzenica. Kiedy w samochodzie skończyła się benzyna, Stanisław Lichtson kupił konia i zaprzęgnięto go do auta. W ten sposób uciekinierzy dotarli do Kowla. Tu drogi przyjaciół się rozeszły: Pruszkowski zdecydował się wrócić do Warszawy, a Lichtsonowie zostali w Kowlu aż do 1941 roku. Po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej, 22 czerwca 1941 roku zostali przez radzieckie władze deportowani do Samarkandy.

W roku 1946 Lichtsonowie wrócili do Polski i osiedlili się w Łodzi. Kupili i prowadzili aptekę przy ul. Zgierskiej 136. Według relacji Piotra Starskiego, wizyty w Kazimierzu Dolnym były rzadkie i ryzykowne. Jego zdaniem nie mogło dojść do spotkania opisanego przez Mardechaja Canina, we wspominanej już książce Przez ruiny i zgliszcza…

W aptece wita mnie stareńka kobieta o twarzy zoranej przez czas i smutnych oczach. Nie mieszka długo w Kazimierzu. To znaczy: urodziła się tutaj, nawet przez wiele lat była w radzie miejskiej, ale w czasie wojny opuściła miasteczko i wróciła tu dopiero dwa tygodnie temu. Kobieta patrzy mi prosto w oczy, szuka czegoś w mojej twarzy (…) Domyśliłeś się, że jestem Żydówką? – pyta – Nazywam się Nisnson. Jestem pierwszą Żydówką w Kazimierzu od wojny. Żydowska noga nie powinna stąpać po tej ziemi.(…) Jak widzisz, dziś Kazimierz to ruina. Już nikt tu nie przyjeżdża. Przed wojną mieszkało tu trzy tysiące Żydów, w letnie miesiące zjeżdżały tysiące gości. Dzisiaj po Kazimierzu krąży widmo śmierci. Nic nie zostało.

Jak wspomina Piotr Starski, w 1946 roku na wyprawę do Kazimierza Dolnego zdecydowała się jego mama, Anna Lichtson. Pobyt w miasteczku mógł zakończyć się tragiczne. W okolicach Kazimierza działało kilka grup partyzanckich, a nie wszyscy byli przychylni Żydom wracającym do swoich domów. Annę uratował kolega ze szkoły, Aleksander Głowacki, kapitan „Zaporczyków” . Zapewnił jej także eskortę wojskową do Łodzi. Matka utrzymywała kontakt z Głowackim aż do jego śmierci (2005 r.) – dodaje Piotr Starski. Przedwojenne pamiątki rodziny Lichtsonów ocaliła od zniszczenia ich dawna pracownica, Helena Paziak. Nie wszyscy Polacy postępowali jednak tak lojalnie – dodaje Piotr Starski.

Mimo ogromnych zasług dla Polski, rodzinę Lichtsonów dotknęła nagonka antysyjnonistyczna. Stanisław Lichtson zmarł w roku 1951, pół roku po przejęciu apteki przez państwo. W roku 1969 do Szwecji wyjeżdża Anna, a w roku 1971 jej brat, Aleksander Lichtson.

Czy pamięć po rodzinie Lichtsonów i działającej w Kazimierzu Dolnym aptece przetrwa próbę czasu? Szyldów, zaprojektowanych przez prof. Edmunda Johna, nie ma już na budynku przy kazimierskim Rynku 23. Są za to inne, trwałe ślady pamięci.

Archeologicznej niemal próby odtworzenia historii słynnej kazimierskiej apteki podjął się w roku 2007, Andrzej Wróbel. Część wiadomości, zamieszczonych w książce Apteka Lichtsona w Kazimierzu Dolnym musiał wydobywać jedynie ze wspomnień, gdyż syn Stanisława Lichtsona, Aleksander spalił przed śmiercią znaczną część rodzinnego archiwum. W odtwarzaniu losów rodu aptekarskiego pomagała wówczas Anna Starska, córka Marii i Stanisława Lichtsonów.

Udało mi się odnaleźć syna pani Anny, Piotra Starskiego. To (emerytowany obecnie) profesor Chalmers University of Technology w Göteborgu. W przesłanej drogą mailową informacji poprosiłam o wspomnienia związane z Kazimierzem Dolnym. Na odpowiedź, którą zamieszczam poniżej, nie trzeba było długo czekać:

Bardzo się ucieszyłem Pani mailem. To taki podmuch historii, który istnieje tylko w książkach. W normalnym życiu cos takiego się nie zdarza i to po 80 latach od wybuchu wojny, która kompletnie zmieniła życie i mojej Matki i rodziny Kuncewiczów.

Znam Kazimierz i wszystkie kazimierskie historie tylko z opowiadań. Historia apteki mojego dziadka, jest dokładnie opisana w książce A. Wróbla, „Apteka Lichtsona w Kazimierzu Dolnym”, ISBN 978-83-924601-2-1. Matka rozmawiała godzinami z p. Wróblem przez telefon i przekazała mu swoje wspomnienia. Ja sam nie mam własnych wspomnień z Kazimierza. I niestety nie wiele pamiętam z opowiadań, mojej Matki, babci Marii Lichtson, i wuja Aleksandra. Niestety, bo powinienem był zrozumieć jak istotne były te opowiadania i robić jakieś notatki. Ale jak się ma kilkanaście lat to inne sprawy wydają się być dużo ważniejsze niż to co się działo „przed wojną”.

Oprócz wiadomości otrzymałam także skany listu i kart pocztowych wysłanych przez Panią Marię Kuncewiczową i jej syna, Witolda do pani Anny Starskiej. Pani Anna jest w nich tytułowana Hanną kazimierską, a z kilku zaledwie słów wyziera szczera sympatia, ale przede wszystkim nostalgia i żal za Kazimierzem sprzed lat.

Fragment listu do Anny Starskiej z d. Lichtson Witolda Kuncewicza, z dopiskiem Pani Marii Kuncewiczowej, z archiwum rodzinnego Piotra Starskiego

Ta historia ma także niezwykłą puentę. Z archiwalnego artykułu portalu wkazimierzudolnym.pl (prowadzonego przez nieocenioną Bożenę Gałuszewską, zaangażowaną również w przedsięwzięcie, o którym poniżej) dowiedziałam się, że żywą (bo szyldu apteki przy Rynku na razie próżno szukać) pamiątką po rodzinie Lichtsonów jest brama z ich dawnego domu. Prowadziła ona na plac za domem, który sięgał do ul. Witkiewicza. W latach 60. XX wieku teren został przejęty przez ówczesne władze na budowę domu mieszkalnego, nazywanego popularnie „Batorym”. Przetrwała i obecnie służy wszystkim, odwiedzającym kazimierski cmentarz parafialny.

Brama z posiadłości państwa Lichtsonów w Kazimierzu Dolnym, zdjęcie z rodzinnego zbioru Piotra Starskiego.

Zawiłość losu i historii, dodajmy – w tym wypadku smutnej historii – splotła się tak, że każdy nasz – czytamy w artykule – Zmarły i każdy z nas, który swoich Zmarłych odwiedza, mija tę bramę, symboliczną, prowadzącą ze świata w świat, ze świata żyjących do świata wspominanych, czasem i do świata Zapomnianych…

O dawnych właścicielach informowała tabliczka, umieszczona na cmentarnym murze:

Brama cmentarna była bramą prowadząca do nieruchomości aptecznej przy Rynku, należącej do Stanisława i Marii Lichtsonów. Stanisław Lichtson był aptekarzem i protektorem sztuki w Kazimierzu Dolnym w okresie międzywojennym 1918-1939. Życzeniem spadkobierców brama ta ma na
zawsze pozostać w Kazimierzu Dolnym i służyć jego obywatelom.

Tort fasolowy od „Berensa”

Wciąż się uczymy. Ta konstatacja nieodmiennie towarzyszy naszym wyprawom szlakiem „Dwóch Księżyców”, czyli wędrówki po Kazimierzu Dolnym tropami Marii i Jerzego Kuncewiczów. Jednym z punktów wycieczki jest restauracja „U Berensa”, a właściwie to, co z niej pozostało. Smutne wrażenie walącego się płotu staramy się maskować opowieścią o tym, jak wyglądało to miejsce w czasach swojej świetności. Wyobraźnię ożywiamy także za pośrednictwem bodźców smakowych i (niestety, tylko na razie) opowieściami o legendarnym menu tej restauracji. Oprócz potraw z ryb, na stołach królował tu tort fasolowy. Problem jednak w tym, że brakowało nam dobrego przepisu na tę potrawę. W przypadku „Berensa” chodziło również o stary przepis. No i … Stało się! Dzięki pobytowi w Kazimierzu Dolnym członków Stowarzyszenia Krajowego Klubu Reportażu, a przede wszystkim Panu Krzysztofowi Kamińskiemu otrzymaliśmy taki przepis.

Pochodzi on z zeszytu babci Pan Krzysztofa, Zofii Barnaś z d. Bartoszewskiej (1898 – 1984). Pamiętam ten tort z dzieciństwa  – pisze Pan Krzysztof   Przepisy babcine – ten i inne – przechowuje moja siostra. W Kazimierzu może zamiast olejku używano migdały – obrane i zmielone z fasolą. U nas był jednak olejek…

Przepis:

TORT FASOLOWY

½ kg fasoli jasiek ugotować, obrać i zmielić w maszynce

6 żółtek utrzeć z 30 dkg cukru pudru dodać zmieloną fasolę i pianę z 6 białek, dodać olejek migdałowy

do przełożenia: konfitura wiśniowa i śmietana kremowa. Śmietanę ubić. Przekroić biszkopt i przełożyć nadzieniem.

Smacznego 😉

Ja minę…

ja minę
ty miniesz
on minie
mijamy
mijajmy
woda liście umyła olszynie nad wodą

olszyna
czerwona
zmarzła moknie
mijam
mijasz
mija
a zawsze tak samotnie

minąłeś
minęłam
już nas nie ma
a ten szum wyżej
to wiatr
on tak będzie jeszcze wieczność wiał
nad nami
nad wodą
nad ziemią

Wiersz Koniugacja Haliny Poświatowskiej wpisuje się w poniższy tekst, ilustrację oraz jesienny klimat. Bo właśnie jesień w Kazimierzu Dolnym bywa najpiękniejsza. Choć to Maria Kuncewiczowa jest autorką Natury, to prawdziwym admiratorem otaczającego świata był jej mąż, Jerzy. O przyrodzie pisał w sposób następujący:

Spieszymy się, naginając przyrodę i otoczenie do naszych potrzeb. Mniejsza, że błądzimy. Człowiek, istota genialna, da sobie radę z najgorszymi błędami… Czy poradzi sobie z tajemnicami swojego organizmu i swojej psychiki. Czy swoją naturę przekształci, dostosowując do nowych, stworzonych przez siebie warunków? Zmieniając wsie i miasta, nasycając powietrze gazami spalinowymi i wyziewami miejskimi, zatruwając pokarmy chemikaliami, zastępując ciszę piekielnym hałasem, zasłaniając horyzont ciasno zabudowanymi wieżowcami – czy przetrzyma te zmiany?

Jakże aktualnie brzmią te słowa dzisiaj. O szacunku męża dla natury wspomina w Listach do Jerzego jego żona, Maria:

Nie pozwalałeś drzew ścinać, upierałeś się nawet przy wierzbie nie twojego sadzenia. Stała uczepiona korzeniami zbocza koło grobli łączącej dwie części gruntu przedzielone jarem. Zasadził ją, pewnie ze dwadzieścia lat temu, jakiś obcy, samowolny wiatr, wyprowadziło z błota słońce, oszczędziły mrozy, zapłodniły pszczoły. Nie była złocista, nie zamiatała powietrza warkoczami. Była bardzo wysoka, szarawa, sztywna, rozszczepiona na dwa pnie. Przeszkadzała jarzębinom i klonowi, rzucała cień na azalie. Mówiłam – Po co nam ta wierzba, ani płacząca, ani swoja? – Ona żyje – powiedziałeś. – Ona zabiła azalie! – krzyknęłam. – To nie nasza rzecz takie wojny – usłyszałam. Mijał drugi rok, odkąd ciebie zakopano. (…) Któregoś ranka niechciana wierzba oszalała. Zaskrzypiała, potrząsnęła koroną, zamiotła sobą powietrze i runęła w szum, bezład, w liściastą zawieruchę, w zemstę za strach przed burzą, za nudę upałów, za zimne anielstwo śniegu, za wszystko, czego ona ani my nie lubiliśmy. Katastrofa była tak gęsta i niespodziewana, że mój świat się zachwiał i ty w twoim nowym bycie chyba także doznałeś wstrząsu.

Kolejną piękną opowieścią, a może nawet przypowieścią, jest historia o gołębiach, mieszkających w ogrodzie Kuncewiczów. Redaktorowi Kazimierzowi Dymelowi tak opowiadał o tym Jerzy Kuncewicz: mamy też synogarlice, które są nierozłącznymi ptakami. Zawsze blisko siebie. I taka synogarlica już od rana woła: gdzie ty jesteś? Gdzie ty jesteś?Co parę godzin potwierdza tym krzykiem swój niepokój. A pani Maria dodawała: ja też to słyszę i bardzo lubię ten głos, który mnie śmieszy i rozczula. Czasem zresztą udaję ptaka i wołam Jerzego: gdzie ty jesteś?

Kalina zwyczajna, makieta ze zbiorów oddziału Przyrodniczego MNKD

Kazimierskie zaduszki

Ostatnia droga Marii i Jerzego Kuncewiczów prowadziła ulicą Cmentarną, obok kościoła i klasztoru Ojców Reformatów. Zbliżając się do bramy cmentarnej pozostawiali za sobą urokliwą panoramę Kazimierza Dolnego.

Kondukt pogrzebowy przeszedł niemal cały Stary Cmentarz, by w jego najwyższej części oddać ostatnią posługę: najpierw Jerzemu, który zmarł w 1984 roku, a w pięć lat później jego żonie, Marii.

Kuncewiczowie spoczęli pod sędziwym dębem, a miejsce wybrał sam Jerzy. U stóp, obejmujących się ramionami krzyży, tkwią w ziemi dwie kamienne tablice ze skromnymi napisami:

Jerzy Kuncewicz 1893 – 1984. Ludowiec. Prawnik. Filozof.

Maria Kuncewicz 1897 – 1989. Pisarka.

Trzecia tablica zawiera następujący fragment z ewangelii św. Mateusza: „Błogosławieni, którzy płaczą albowiem będą pocieszeni. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości albowiem oni będą nasyceni.”

Aby opowiedzieć o tym miejscu wystarczy sięgnąć po Listy do Jerzego i otworzyć je dosłownie na chybił trafił:

Przyszedł listopad i kazimierski cmentarz nabrał życia przed zlotem duchów na Dziady. Kamieniarz z Bełżyc powiadomił mnie, że już parę lat temu dałeś mu pieniądze na dwa wielkie krzyże, o czym albo mi nie powiedziałeś, albo ja tę wiadomość zlekceważyłam jako przedwczesną rezygnację. Otóż ten uczciwy młody człowiek robił teraz uczciwe wysiłki, żeby przed Zaduszkami te krzyże ustawić. Ale raz nie miał ciężarówki, raz nie miał ludzi, raz naglili ważniejsi klienci. Aż wreszcie nastał termin osadzenia pod jednym dębem tych dwóch krzyży wspólnego losu. Dzień okazał się za krótki, coś nawaliło, czegoś zabrakło. Siedziałam na ławce cmentarnej, patrząc, jak liście spadają, jak się ważą w coraz ciemniejszym powietrzu, jak się zapalają od czerwonego zachodu i gasną. Dzień zachodził, noc wschodziła. Snuli się między grobami nieznajomi ludzie, palili światła, rozkładali wieńce, ktoś podlewał więdnące szałwie, które Tadeusz zdążył posadzić wokół naszej krypty podzielonej na dwa miejsca.Oczekiwanie na krzyż robi się wreszcie ostre jak sam ból krzyża.

Maria Kuncewiczowa nazywała kazimierski cmentarz uroczyskiem, któremu nawet włoskie Campo Santo nie dorównuje urodą. Odwiedzała nie tylko grób męża, ale też zostawiała kiść jarzębiny na grobie Karola Sicińskiego, jako ze kazał jej sadzić drzewka jarzębinowe koło domu. Na grobie Józefa Wójcika – długoletniego opiekuna domu, kładła na mogile słoneczniki pamiętając, że zmarły bardzo je lubił.

Gdyby tego Domu nie było…

O tej smutnej informacji dowiedzieliśmy się z mediów. Dawne wejście do Domu Kuncewiczów (niegdyś była tu furtka) od strony Domu Dziennikarza zostało zamurowane. Podobno m.in. ze względu na hordy turystów, odwiedzających nasze Muzeum. Strach pomyśleć, co byłoby gdyby Dom Dziennikarza sąsiadował z Luwrem! Marząc o tym, by słowa o tłumach przychodzących do Domu Kuncewiczów stały się faktem, powspominajmy…

Murek odgradzający turystów od Domu Kuncewiczów (strona Domu Dziennikarza)

Powiedziałem sobie, ja tutaj będę miał kiedyś dom, a potem powiedziałem sobie, będę miał żonę , a ta żona będzie mieć dom i wszystko zostało zrealizowane. Tę wypowiedź Jerzego Kuncewicza wielokrotnie przytaczamy, przypominając, ze był on sprawcą budowy harendy w Kazimierzu Dolnym. Jerzy Kuncewicz wspominał wielokrotnie, jak wyglądała jego współpraca z architektem, Karolem Sicińskim. panowie wielokrotnie kłócili się o to, jak powinny wyglądać wnętrza. Siciński, w odróżnieniu od Kuncewicza, był zwolennikiem mniej przestrzennych pokoi. Oprowadzając licznych gości (także rzesze dziennikarzy, przyjeżdżających na kanikułę do pobliskiego Domu Dziennikarza), Maria Kuncewiczowa tak opisywała swoje lokum to dom, który reprezentuje architekturę drewnianą o bogatej w Polsce tradycji. Czasów zamierzchłych nie sięga, ale podtrzymuje tę cenną tradycję. Dom powstał z inicjatywy i wyłącznym kosztem mego zmarłego w 1984 roku męża, Jerzego Kuncewicza, z pieniędzy zarobionych pracą wziętego adwokata oraz z chęci ozdobienia ukochanej Lubelszczyzny. Dach zwieńczono niemal w przededniu epoki bardzo dla domów groźnej. Opuściliśmy go 9 września 1939. Był duży, czternasto-pokojowy, skanalizowany, zaopatrzony w wodę i różnorakie sprzęty, od użytkowych do artystycznych włącznie, więc rychło stał się przystankiem, łupem, w końcu rezydencją różnych władz. Nieszkodliwie zaglądali tu „chłopcy z lasu”. Lotnicy niemieccy spalili na podwórzu książki i obrazy. Srożył się hitlerowski lekarz naczelny Kazimierza awansowanego na miejsce wypoczynkowe dla bohaterów frontu. Wreszcie, podczas przepraw przez Wisłę, popasały tu kwatery główne wodzów Rosji Sowieckiej, a później używał domu i parku polski Urząd Bezpieczeństwa na kolonię letnią dla swoich dzieci. Dom został nam faktycznie zwrócony z chwilą, gdy w r. 1958 postanowiliśmy go znowu uznać za swój. W r. 1962 Prezydium Rady Ministrów zatwierdziło nasze prawo własności. Tym razem dom był pusty, bo w antraktach wojny dokonali tu swego dzieła tzw. dzicy lokatorzy. Mieliśmy do wyboru dwie drogi: potraktować nieruchomość przy ulicy Małachowskiego 19 jako letnisko, skoro zimy musieliśmy spędzać w Chicago z powodu moich obowiązków polonistki na tamtejszym uniwersytecie albo uznać ten adres za schron rodzinny obliczony na pokolenia. Nie należy do dzisiejszego tematu rodzinna historia dość obszernie potraktowana w autobiografii „Fantomy” i „Natura”. Teraz wystarczy powiedzieć, że Jerzy Kuncewicz uznał – dla racji prywatnych, zarówno jak społecznych: że powinniśmy ten dom z całą zawartością i otoczeniem przekazać na własność po naszej śmierci, społeczeństwu.” Wiemy więc, kto podjął decyzję o zamienieniu willi „Pod Wiewiórką” w muzeum. Dla porządku także dodajmy, jak wyglądał podział obowiązków w domu za czasów jego mieszkańców. Jerzy Kuncewicz wiedział, że Maria nie lubi prozaicznych czynności – panował więc w kuchni, gotował dla żony i często właśnie w kuchni pisał książki. I kolejne, znalezione przez nas cytaty: Pan Jerzy miał donośny i gruby głos, strasznie charakterystyczny. On lubił prace domowe… pomagał mi obierać ziemniaki i kroić wędlinę. (Zofia Siedlecka, gospodyni)

Wuj Jerzy był człowiekiem wyjątkowym, hałaśliwym, serdecznym, przytulającym do serca cały świat. Ciotka starała się, jak mogła, zadbać o stroje Jerzego, który był pod tym względem abnegatem. A to zapinała mu troskliwie guzik u koszuli, a to poprawiała marynarkę. (siostrzeniec, Jerzy Musiał)

Mimo, iż świat zjaw i duchów jest nam oby, to w przypadku Domu Kuncewiczów wierzymy w „opiekuńczego ducha” tego miejsca. Nic dziwnego, cząstka energii tych, którzy założyli i pokochali to miejsce nadal jest w nim obecna. Tych, którzy będą chcieli odnaleźć to wyjątkowe miejsce, nie zatrzyma żaden mur.

W wąwozie Małachowskiego

Okolice Kazimierza Dolnego słyną z wąwozów i głębocznic. Te pierwsze stworzyła natura, a właściwie polodowcowe masy wody. Drugie powstały za sprawą ludzi, dojeżdżających do swoich domostw i pól. Możemy sobie tylko wyobrazić, jak wiele ludzkich i … końskich istnień wydeptało ścieżki popularnych wąwozów. Choćby Korzeniowego czy (bliskiego nam szczególnie) Małachowskiego. Ponad pół kilometra trzeba pokonać, by dotrzeć do celu jakim jest Dom Kuncewiczów. Wielu turystów skarży się, że droga jest niewygodna, a w czasie wakacji pieszym towarzyszą komary. Warto się poświęcić, bo nagroda czeka na Państwa na końcu wąwozu. To urokliwe miejsce wybrali Kuncewiczowie. Mimo upływu lat regularnie pokonywali wąwóz. Przyjrzyjmy się tym spacerom…

To miejsce wspomnień różnego rodzaju: po pierwsze, to trasa codziennych spacerów Marii i Jerzego Kuncewiczów. Jak wyglądały? I tu opowieści i wspomnienia nie są zgodne. Jedni mówili, że pan Jerzy prowadził panią Marię pod rękę. On zawsze perorował, ona czasami wtrącała jedno zdanie budząc natychmiastową lawinę słów z jego strony. Inni zapamiętali, że pan Jerzy zawsze szedł z przodu, a jego żona wpół kroku za nim. Jeszcze inni pamiętają pana Jerzego, który co rano w szlafroku i kapciach schodził z góry do miasta, po świeże pieczywo i prasę – dla siebie i żony. Ulubioną drogą Kuncewiczów była ścieżka na Albrechtówkę i droga do Mięćmierza. Często widywano ich także nad Wisłą.

Kolejne przywołanie wąwozu wiąże się z automobilem państwa Kuncewiczów. Jedni wspominają, że był to mercedes, a inni pamiętają forda. Wszyscy zgodnie twierdzą, że Jerzy Kuncewicz był – przyznajmy to – piratem drogowym. Jazdę do Warszawy z Jerzym Kuncewiczem za kierownicą tak wspomina Jerzy Żurawski: Stałem na przystanku oczekując na autobus. Nagle nadjechał niebieskoszary mercedes. Z uchylonej szyby wyjrzała twarz pana Kuncewicza(…) Proszę siadać.(…) Mercedes skoczył do przodu,nas wcisnęło w oparcia. Kierowca wyprzedzał kolejno wszystkie samochody: na trzeciego, na czwartego, tuz przed nadjeżdżającym z przeciwka. Pani Maria co pewien czas wymawiała błagalnym głosem „Jerzy”! Bez skutku.

Mirosław Derecki w książce Mój Kazimierz pisze, że Jerzy Kuncewicz brawurę za kierownicą tłumaczył niejednokrotnie tym, iż wiezie słynną pisarkę na spotkanie autorskie i nie może się spóźniać. Czasami to przechodziło, bo funkcjonariusze MO poważali artystów, ale czasem trzeba było zapłacić mandat.

Poeta i współtwórca Akcentu, Waldemar Michalski jako student obserwował rajdy pana Jerzego, które niszczyły okoliczne płoty i straszyły drób. Podobno sam pan Jerzy głośno komentował swoje talenty za kierownicą.

U Berensa (nie tylko oczyma Kuncewiczów)

W przewodniku turystycznym Kazimierz Dolny. Jego zabytki i okolice, z 1933 roku, autorstwa Ignacego Kołodziejczyka – Sekretarza Magistratu – zamieszczono całostronicowe ogłoszenie reklamujące „Hotel Polski”. Jego ówczesna właścicielka, Bronisława Berens, informuje czytelników, że jej obiekt istnieje od 1880 roku. Jednocześnie poleca noclegi, wyżywienie, a nawet codzienne dancingi z własną orkiestrą.

Mieszkańcy Kazimierza Dolnego jak też przyjezdni bywalcy lokalu, który był znany szeroko poza granicami miasteczka, nazywali go U Berensa. Taka nazwa utrzymywała się nawet po wojnie i była używana zamiennie z „Esterką” – bo takie miano przybrała, znacjonalizowana w latach 50 tych XX wieku wieku, GS –owska gospoda.

Na początku działalności obiektu państwo Berensowie – Aleksander i Bronisława otworzyli tuż przy kościele farnym „Gospodę Chrześcijańską”, która posiadała również pokoje noclegowe, przechowalnię bagażu a nawet konie na potrzeby gości. Po śmierci Bronisławy Berens w 1951 roku, obiekt przeszedł w ręce ich córki Genowefy i jej męża Kazimierza Zakrzewskiego. Był on mistrzem gorzelnictwa, znawcą wódek i likierów więc restauracja zaczęła słynąć z doskonałych trunków. W lokalu serwowaną świetną kuchnię. Spadkobiercy Berensa wspominają to tak Czysta woda w rzece to ryby, o Wiśle mówiło się że jest rzeką rybną. Kazimierscy rybacy z ulicy Krakowskiej, panowie Wojtalik, Madejski, Materek, dostarczali pysznych gatunkowo ryb. Berens słynął ze znakomitych dań rybnych. Czy ktoś pamięta jeszcze jak smakuje lin zapiekany w śmietanie? Łosoś po polsku? Pstrąg wiślany z wody? Sandacz saute lub po polsku? Sum lub miętus po żydowsku? Szczupak lub węgorz w galarecie? Raki lub zupa rakowa?

Z tarasu restauracji U Berensa fot. St. Magierski

Warto pamiętać, że Berens to nie tylko kuchnia, ale hotel i modne miejsce ówczesnej elity. Na chwilę lub dłużej wpadali tu nie tylko artyści, ale i aktorzy, piosenkarze, politycy. Taras Berensa gościł sławy dawnych lat.
Bywali tu znani artyści i literaci, m.in. Hanka Ordonówna, Jan Lechoń, Aleksander Zelwerowicz, Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Leon Schiller a także generał Wieniawa Długoszowski. Lokal okupowała też kazimierska „malaria”, czyli malarze ze swoim guru, Tadeuszem Pruszkowskim. Towarzyszyła im czasami Maria Kuncewiczowa, która w napisanych na emigracji Kluczach informuje czytelników o fakcie poznania w Kazimierzu cyganerii, jak nazywa młodych malarzy, a w Listach do Jerzego wspomina towarzyskie spotkania u Berensa, gdzie raczono się strawą cielesną w postaci węgorza w galarecie i pierogów ze śmietaną oraz strawą duchową jakiej dostarczały widoki na kościół farny i studnię z „daszkiem szpiczastym”. Tłumnie zjeżdżali tu też dziennikarze ze stolicy. W swoich książkach Stanisław Maria Saliński wspomina, że jego koledzy oraz szef potrafili przyjechać do Berensa na spotkanie oraz pieczone kurczęta z mizerią.

Czy Jerzy Kuncewicz towarzyszył w wizytach U Berensa swojej żonie? Syn, Witold Kuncewicz wspominał swojego ojca następująco Ojciec był człowiekiem raczej nieśmiałym. Pomimo to zawsze, dla każdego miał ciepły uśmiech i energiczny uścisk dłoni. Ludzie na ogół go lubili, szczególnie kobiety. Był spontaniczny, głośny i bezpośredni. Gdy ktoś go zainteresował, żywo i dogłębnie angażował się w rozmowę. Wiele jego znajomości przetwarzało się niemal w przyjaźnie. Od dzieciństwa rzadko go widywałem. Zawsze był pochłonięty sprawami dnia,roku,epoki. Trudno sobie jednak wyobrazić samodzielne wypady Marii Kuncewiczowej do słynnego Berensa. Musiał jej w tych wizytach towarzyszyć mąż-baczny obserwator i gawędziarz. Popularność lokalu zmuszała do dalszej rozbudowy i powiększania obiektu. Przyjaciel rodziny Kuncewiczów, architekt Karol Siciński, zaprojektował rozbudowę całego domu: na parterze znajdowała się restauracja z salą dancingową, taras z drewnianego został powiększony i uległ transformacji na murowany. Dach, wykończony balustradą, miał być jednocześnie tarasem dla kawiarni na całym pierwszym piętrze. Pokoje hotelowe z pierwszego piętra zostały przeniesione na piętro drugie, po podniesieniu dachu domu.Przebudowa rozpoczęła się w roku 1936. Restauracja zyskała też ogródek pełen róż i kwiatów z wielką agawą na środku.

Niestety, poza kilkoma zdjęciami i wspomnieniami oraz śladami literackimi po Berensie pozostały obecnie zaledwie fragmenty fundamentów i zrąb jednej ze ścian. Szkoda, bo widok z tarasu tej restauracji potrafił zapierać dech w piersiach.

Jedna z fotografii kazimierskiego Rynku (restauracja U Berensa w głębi kadru) fot. E.Hartwig

Rynek kazimierski wg Jerzego Kuncewicza

(z niewielką pomocą żony, Marii Kuncewiczowej)

Pierwsze wspomnienie Jerzego Kuncewicza z tym miejscem sięga roku 1907. W jednym z telewizyjnych wywiadów opowiadał on, że jako mały chłopak przychodził tu na lody. Właścicielem lodziarni był Żyd, który już od progu wołał dzieci: „przyjdźcie, przyjdźcie – przecież ja na was czekam”. Kazimierskich Żydów tu mieszkających opisywał jako postaci biedne, pejsate lecz i piękne. Przyznawał także, że z przywiezieniem żony do Kazimierza miał niejaką trudność.

Rynek kazimierski w obiektywie Stanisława Magierskiego, 1935 r.

Komentując wypowiedź męża, pani Maria dodała, że przyjechali do Kazimierza w dzień targowy, gdy na Rynku panowały tumult i wrzask nie do opisania. Z samochodu wysiadali w takt „tak ogłuszającej orkiestry”, więc trudno się dziwić, że mąż musiał ją – niemal siłą – powstrzymywać od ucieczki.

Potem wraz mężem, zaczęła uważnie przypatrywać się otoczeniu „Owszem, uderzyła mnie malowniczość typów ludzkich. Chłopi, Żydzi jeszcze w tych strojach, jakie nosili przed wojną. Zwierząt w bród, cielęta i świnie na Rynku, na stokach wzgórz kozy, dużo koni, pełno gęsi, kur, w powietrzu jaskółki, nad rzeką rybitwy… fascynujący pejzaż niesłychanie gęsto zaludniony. Kamienice niektóre jak gdyby żywcem gdzieś z Włoch, obok nich na wpół rozwalone budki á la Chagall, chłopskie chaty, domki rybaków… Obraz składał się na wrażenie pełnej egzotyki.”. Kuncewiczowie dołączyli do kolorowej grupy malarnii kazimierskiej, a wędrówki w ich towarzystwie prowadziły do kolejnych , literackich odkryć:”Wciągnięta do „ferajny” modląc się o znieczulicę powonienia brnęłam coraz śmielej w cuchnące zaułki, żeby przez szyby niziutkich okien podziwiać wielkopiątkowe „uczty” żydowskich biedaków, które przywodziły na myśl obrzędy pierwszych chrześcijan w katakumbach pełnych trupiego zapachu i pełgania świeczek. Zapominało się o tym, że mętna rzeczułka była ściekiem (…); chwaliło się jej oleistą tęczowość i melancholię kóz w pokrzywach nad jej biegiem. Chwaliło się wyszczerbione garnki za ich starość i wszelkie użytkowe szkło za to, że — nie umyte — opalizowało. We drzwiach do kloak wyrzynano wentylatory w kształcie serc, w łachmanach upatrywano teatralną ekspresję, kaleki pobudzały natchnienie malarzy-fantastów i malarzy religijnych, karłowatość nadawała się do komicznych scen”.

Dzień targowy w Kazimierzu Dolnym fot. St.Magierski, 1935 r.

Czy Jerzy Kuncewicz towarzyszył swojej żonie? Skoro został sportretowany w „Dwóch księżycach” – choćby w opowiadaniu „Może wszystko zgaśnie” to znak, że niejednokrotnie był towarzyszem wypraw nocnych Marków. Rynek kazimierski to miejsce spacerów Marii i Jerzego Kuncewiczów. Robią tu zakupy (ciekawostka – ponoć pan Jerzy miał gest finansowy, a strofowała go i rachunki żelazną ręką prowadziła pani Maria). Odwiedzali stragany podczas festiwalu kapel i śpiewaków ludowych, czasami ulegali namowo i kupowali na nich to i owo. Niestety, nie wiemy jaki był stosunek Jerzego do twórczości ludowej, ale wiemy, że to właśnie w tej warstwie społecznej upatrywał siły i motoru zmian. W „Wyspach pamięci” pisał tak: „Z ławy szkolnej uciekałem w pole, do chałupy. Wolałem wiązkę siana na poddaszu chłopskiego domu, na stosie zboża w stodole niż wycieczki z kolegami. Wieś wabiła mnie pięknem, była też źródłem nadziei. Wrastałem w wieś. Stałem się jej naturalną częścią.”

Dzień targowy w Kazimierzu Dolnym, fot. St.Magierski

Kazimierz Dolny oczyma Marii Kuncewiczowej czyli jak to się wszystko zaczęło…

Przypominają mi się czasy najszczęśliwsze, z mojej młodości, spędzone nieopodal, w moim domu, w starym sadzie, tu gdzie syn się wychował w zauroczeniu Wisłą.(…)W ogóle cały ten dom, w którym teraz jesteśmy, tak solidnie zbudowany że służy ludziom, jest dla mnie cząstką tego, od czego zaczęła się moja pasja dla spraw kazimierskich. (Wypowiedź Marii Kuncewiczowej, zarejestrowana w rok 1984, nagranie MNKD)

Targ w Kazimierzu w obiektywie Stanisława Magierskiego, fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Pierwsze wrażenia pisarki na temat Kazimierza Dolnego nie było korzystne. O przyjeździe do miasteczka latem 1927 roku w „Fantomach” pisała tak: widywałam stare sztychy, gdzie wyobrażony był rynek kazimierski okolony szczątkami renesansu, zasnuty nawozem koni chłopskich, pstry od fur i sukman, do chałatów, kóz, świń, gęsi i pejsów. Lubiłam takie sztychy, nie lubiłam takiego życia.

Do Kazimierza przywiózł Marię jej mąż, Jerzy Kuncewicz, który pochodził z Lubelszczyzny. Do Kazimierza przyjeżdżał jako młody chłopak. Pierwsze wspólne wakacje Kuncewiczów w Kazimierzu Dolnym mogły być zarazem ostatnimi gdyby nie fakt działalności w miasteczku kolonii artystycznej. Inicjatorami regularnych plenerów plastycznych byli profesorowi warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych: Władysław Skoczylas i Tadeusz Pruszkowski. Przywozili tu swoich studentów m.in. Feliksa Topolskiego, Antoniego Michalaka, Teresę Roszkowską czy Irenę Lorentowicz. W tym czasie Kazimierz tętnił życiem artystycznym ale także był nieoficjalną stolicą cyganerii. Znowu sięgnijmy do „Fantomów: W Kazimierzu  życie wydawało się teatrem, a świat dekoracją. Bywały sceny, które lepiej wychodziły na łące, na piasku, na rzece i takie, które raczej należało grać w czterech ścianach.(…) Nikt letniego domu nie traktował poważnie. Chałupy wynajmowane od rybaków, sklepikarzy i chłopów miały służyć celom frywolnym, bo malowanie, a nawet pisanie odbywało się w plenerze. Domy interesowały od zewnątrz, im bardziej pokraczne tym godniejsze uznania. Malarze ze szczególnym zamiłowaniem uprawiali teatralizację bytu, estetyka dopełniała, często zastępowała romans. W  rezultacie wieczory spędzane gromadnie pod strzechą u tej lub innej koleżanki , stanowiły nie tyle pretekst do flirtu czy rozmowy, ile serię żywych obrazów. Te różne klitki, przybudówki, ruiny i – jak je nazywali tubylcy – buduarki, były namiotami nie mniej świetnymi od łupów króla Jana. Z tą różnicą, że tamte ktoś gdzieś wypracował ze złotogłowi i atłasów, a te tutaj wyczarowano przy pomocy kwiatów, skorup i gałganów. Takie traktowanie dachu nad głową dopowiadało mojej postaci.

Wejście do klasztoru O.Franciszkanów Reformatów w Kazimierzu Dolnym, St. Magierski ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

W ten świat kazimierskiej cyganerii wprowadziła Kuncewiczową Irena Lorentowicz, malarka, późniejsza scenografka i przyjaciółka pani Marii. To właśnie ona mówiła Kuncewiczów na zakup parceli z sadem i niewielką chatką od Reginy Białowiejskiej. Wyprawę w poszukiwaniu działki Kuncewiczowa opisuje tak: Wdrapałyśmy się po darniowych schodach na wzgórze, gdzie oczekiwałam cmentarza, tak żałobnie szumiały stamtąd brzozy. Na ostatnim stopniu dymił ceber z obierzynami, pośród brzóz wylegiwała się maciora, zapach jabłek i gnoju wskazywał na domostwo. Przyjaciółka stanęła; odetchnąwszy głęboko rzekła: – Tu powinnaś zamieszkać. (…) Osiadłam w chałupie na bezdrożu z pękiem kluczy od stodół i chlewów, dawno strawionych przez pożary. Kolejny cytat z „Fantomów” odnoszący się do zakupionego domku brzmi następująco: Chatka na wzgórzu utopiona w lebiodach i pokrzywach. Ogrodu to tam było mało, w tym sensie że niby ogród to kwiaty – był natomiast wielki sad, trawa po pas, lipy i ogromne topole. Z czasem Kuncewiczowie nabyli jeszcze kilka działek ( należących do panów: Trojanowskiego i Kujawskiego). Zakupy finansował Jerzy Kuncewicz, w owym czasie wzięty adwokat. )

Stara chata Kuncewiczów – pierwsze lokum w wąwozie Małachowskiego w Kazimierzu Dolnym

Jak wyglądał pierwszy kazimierski dom Kuncewiczów? Zajrzyjmy do książki: Chatka w sadzie nie była na serio. Renia Lorentowicz na glinianym piecu wymalowała koguta, długi stół na krzyżakach dźwigał fantastyczną florę w dzieżach do mleka, na werandzie wilczur zjadł palto Ignacego Daszyńskiego, Zuzia Pruszkowska smażyła rydze przyodziana w narzutę z szynszyli, Strug zjadał maliny prosto z garnka, Teresa Roszkowska wabiła mężczyzn piórami Aszantki. Na stronach cytowanych już wielokrotnie „Fantomów” nie zabrakło również opisów związanych z zagospodarowaniem działek. Na pierwszy ogień poszedł ogród, piękniejący dzięki pomocy dyrektora Instytutu Ogrodniczego w Puławach Jana Dybowskiego (w zamian za pomoc w organizacji ogrodu Jerzy Kuncewicz wystarał się dla Dybowskiego o polski paszport).

 Inicjatorem budowy nowego domu był Jerzy Kuncewicz. W archiwalnym nagraniu przechowywanym w Domu Kuncewiczów (oddział Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym) mówił tak: Powiedziałem sobie, ja tutaj będę miał kiedyś dom, a potem powiedziałem sobie, będę miał żonę , a ta żona będzie mieć dom i wszystko zostało zrealizowane. Prace przy jego budowie rozpoczęto w roku 1934. Dom zaprojektował Karoli Siciński, architekt, działacz Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości, zaangażowany w prace konserwatorskie w Kazimierzu Dolnym. Budowa domu została zakończona w roku 1936. Tę datę można znaleźć na metalowej kutej balustradzie w pokoju kominkowym. Przedstawia ona wiewiórkę, a obok daty, wpisane są tu inicjały właścicieli domu oraz jego projektanta. Być może to dzięki tej poręczy dom zyskał nazwę „Willi pod Wiewiórką”. Kamieniem węgielnym tej wyjątkowej budowli są książki Kuncewiczów: „Dwa księżyce” Marii i „Przebudowa” Jerzego.

Dom Kuncewiczów wg.projektu Karola Sicińskiego, lata 30. XX wieku

Meblowanie domu nie było łatwe, gdyż jak pisała pani Maria Kuncewiczowa, willa należała do „wybrednych”. Dom stał się istotą, złożony z miliona komórek, miewał rumieńce, bywał blady, promieniał i chmurniał. Budził się razem ze mną, razem ze mną zasypiał, ale w nocy udziwniał, snuł swoje osobne życie. Belki wzdychały, roniły  żywicę, lasowało się wapno, wyły kominki. Oswajanie albo – jeśli państwo wolą – osiedlanie się w nowym domu zakończyło się sukcesem. Umocniona zapleczem własnych belek, czułam się nareszcie wrośnięta w grunt swego kraju. Miałam trzy psy, jabłonie, kilka dębów, dużo lip i swój własny widok na Wisłę.

Wybuch II wojny światowej zastał Kuncewiczów w Kazimierzu. Już 3 września 1939 r. byli z powrotem w Warszawie. Stamtąd, wracają do Kazimierza w towarzystwie przedstawicieli ministerstwa Spraw Zagranicznych i wywożonych przez nich ze stolicy dokumentów. Drugim autem do Kazimierza przyjechali Antoni Słonimski, Tuwimowie, Wierzyńscy. W willi „Pod Wiewiórką”  spędzili tylko jedną noc. Wyjechali z Kazimierza 9 września ruszyli na Wschód. Maria Kuncewiczowa pisała, że podjęła tę decyzję niejako wbrew sobie bo dzięki domowi poczuła się wrośnięta w grunt swego kraju. W czasie wojny oraz w okresie emigracji kazimierski dom powraca wielokrotnie we wspomnieniach pisarki. To jeden z nostalgicznych cytatów dom pożeglował w przyszłość, wyzwolony ode mnie, zabierając ze sobą tylko to ostatnie marzenie byłej właścicielki.  Kuncewiczowie będą przebywać na emigracji do roku 1958. Dom w Kazimierzu w okresie wojny był m.in. zajmowany przez niemieckich lotników oraz lekarza z działającego w miasteczku sanatorium dla rekonwalescentów wojennych. W roku 1944 stał się sztabem wojsk Armii Czerwonej, a po wojnie służył Urzędowi Bezpieczeństwa jako miejsce kolonii letnich.

Pierwszy raz po wojnie w Kazimierzu Dolnym. Maria Kuncewiczowa w otoczeniu uczestników kolonii na tarasie własnego domu, rok 1958

W czerwcu 1958 r. Maria Kuncewiczowa została zaproszona do Polski na międzynarodowy zjazd tłumaczy w Warszawie. To pierwsza powojenna podróż do kraju – także do Kazimierza. Wśród emocjonalnych opisów w jednej z książek pisarki znalazło się takie zdanie: razem ze łzami spłynęła pleśń i gorycz z kazimierskich ścian. Dom został odbudowany taki, jaki był: otwarty, śpiewny, z bukietami. Zaświtała nadzieja – może znowu ktoś tam zamieszka i przynęci do siebie przedmioty, oswoi je i przetworzy na własne. Proces odzyskiwania praw do domu w Kazimierzu Kuncewiczowie rozpoczynają mimo tego – to znowu cytat z jednej z książek – w tym czasie Kazimierz stał się już bardziej teatralny i dekoracyjny niż autentyczny. W roku 1962 do Polski przyjeżdża Jerzy Kuncewicz. W roku 1958 dom przywitał mnie bez uniesień, jak gdyby te 19 lat nie zmieniło nic między nami. Za moim drugim powrotem ze Stanów, wrażenie było większe bo przyjechał także Jerzy-gospodarz.(…) Dom stoi i pięknieje. Jak gdybyśmy teraz dopiero mościli sobie gniazdo na długie rodzinne i gościnne życie, zwozimy do opustoszałego wnętrza wybrane przedmioty, piętrzymy książki, kompletujemy zastawy, sadzimy klematisy – pasja gospodarska wybucha na schyłku życia z siłą podskórnego źródła. Od tego czasu Kuncewiczowie regularnie przyjeżdżają do Kazimierza. Maria angażuje się w życie miasteczka m.in. reaktywację Towarzystwa Przyjaciół Kazimierza. Udziela się w mediach także dlatego, że jej książki – nowe i wznawiane – cieszą się niesłabnącą popularnością czytelników. Kuncewiczowie stają się w latach 70. i 80 wizytówką Kazimierza. Goście, którzy przyjeżdżają do ich domu odbywają coś w rodzaju pielgrzymki, udziela się im także niezwykła, niespotykana atmosfera domu. Zobowiązania zagraniczne (zajęcia pani Marii na Uniwersytecie w Chicago, choroba pana Jerzego) sprawiają, że – mimo tak ciepłych relacji z otoczeniem – Kuncewiczowie dzielą swój czas na pobyty w Kazimierzu i za granicą: w USA i Włoszech.

Maria i Jerzy Kuncewiczowie przed domem w Kazimierzu Dolnym, fotografia ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Historie powrotów i wyjazdów przerywa choroba i śmierć Jerzego Kuncewicza. Miejsce, w którym został pochowany na kazimierskim cmentarzu wybrał osobiście. Także sam zamówił nagrobek z prostymi tablicami i dwoma granitowymi krzyżami. Pięć lat po śmierci męża w swoją ostatnią drogę na wzgórek pod rozłożystym dębem podąży również pani Maria.

Post scriptum do tej opowieści niech będzie fragment z książki „Zatrzymać czas” Zofii Kucówny (do tej postaci i jej związków z Kazimierzem Dolnym jeszcze powrócimy). Zebrała się grupka spacerowiczów z książkami w ręku, pełna ciekawości i admiracji dla Kuncewiczowej. Rozsiedli się na ławce pod jarzębiną i na ogrodowym murku. Nie wiedząc, że są, wyszłam z domu trzymając w ręku duże nożyce, aby zrobić porządek z fikusem, którego nagi szkielet od wielu tygodni straszy na tarasie. Po popołudniowej kąpieli byłam zawinięta we frotowy szlafrok, gruba jak foka i nieelegancka. Zaczepili mnie prosząc o informacje. Kiedy będzie otwarte muzeum i udostępnione zwiedzającym? Gdzie rosła wierzba, o której pisze Kuncewiczowa w Listach do Jerzego? Czy to prawda, że kazała się pochować w tym ogrodzie? Odpowiadałam cierpliwie, tak jak dawniej czyniła to pani Maria, choć czułam się w moim grubym szlafroku skrępowana. Patrzyli z podziwem na piękny dom, z sympatią na mnie, spełniającą w tym domu rolę gospodyni. Odeszli pełni żalu, bo nie mogli przekroczyć progu i zaspokoić swojej ciekawości na temat ludzi, którzy świadomie przez wiele lat wili swoją legendę. Chętnie pokazałabym im wszystkie cuda tego domostwa, ale boję się Tadzia Roguskiego, który robi wrażenie, że nie cierpi każdego, kto się ośmiela podejść do wymyślonego przez niego sanktuarium. Elżbieta robi szydełkiem, Kuba zbiera do butelki mrówki, Tadeusz majstruje przy oknach, ja siedzę schowana w cieniu pergoli i wpatruję się w brzozę płaczącą, szeroko rozłożoną jak parasol. Znów ktoś podchodzi do tarasu. Przepraszam bardzo. Czy to jest dom pani Marii Kuncewiczowej? Tak, to ten dom odpowiada uprzejmie Elżbieta, a ludzie patrzą na nią z podziwem, bo jest osobą z kręgu tajemnicy tego miejsca. I tak jest codziennie. Przychodzą, pytają, odchodzą zawiedzeni, że drzwi się nie otworzyły. Kupiłam róże i poszłam do Niej na cmentarz. Szłam samiuteńka w miłym nastroju, który przyniósł mi ranny sen. Zbudziłam się z uczuciem takiego święta i takiej ważności, że starczyło mi tego na cały dzień. Nie cierpię, kiedy opowiadają mi sny i sama nie cierpię opowiadać moich. Sen, to jest coś absolutnie własnego i odkrywanie sennego świata, który jest najczęściej odbiciem naszej wyobraźni, pragnień lub niespełnionych marzeń, uważam za nieskromne i bezwstydne. Ale dzisiejszy był tak śliczny, że zapragnęłam go jednak komuś opowiedzieć, albowiem wydał się zapowiedzią mojej mimo wszystko powracającej wiary w ludzką dobroć i uczciwość.