Bywalcy

W pracowni krawieckiej panny Walerii

Najpierw dostaliśmy opowieść. Pani Barbara Dzikoń z biblioteki w kazimierskiej szkole podstawowej opowiadał nam historię swojej rodziny. Wspomniała, że  jej babcia terminowała w pracowni krawieckiej słynnej Walerii Zdanowicz. „Tej” Walerii! Postać krawcowej z zasadami i mroczną tajemnicą wykorzystała Maria Kuncewiczowa w opowiadaniu Szaleństwo, w tomie Dwa księżyce. Przyznajmy, ten portret nie wypadł korzystnie dla panny Walerii ( w opowiadaniu – Walentyny Krajewskiej). To zaskakujące, bo bardzo dobre zdanie o postaci i uroku panny Walerii miał prof. Tadeusz Pruszkowski, znawca i koneser kobiecej urody. W pracowni i salonie panien Zdanowiczówien (krawcowa miała siostrę, a obydwie nie wyszły za mąż) bywał wielokrotnie. Sam i w towarzystwie swojej żony, Zuzi Pruszkowskiej.

W prezencie od Pani Basi dostaliśmy zdjęcie panny Walerii w otoczeniu uczennic. Siedząca w środku elegancka kobieta, ubrana z dyskretną elegancją jest zagadkowa i intrygująca. Postanowiliśmy więc poszperać we wspomnieniach…

Waleria Zdanowicz w otoczeniu swoich uczennic, lata 30 (?) xx w. fot. z archiwum rodzinnego Barbary Dzikoń

Reporterski portret panny Walerii zamieścił Konrad Bielski w Spotkaniach z Kazimierzem. Jak przystało na kogoś, kto przeżył wielką tragedię – wspominał Bielski  – chodziła zawsze w żałobie. Czarna obcisła suknia, pod szyją koronki, na rękach obowiązkowo czarne mitenki, w ręku parasolka. Czesała się w koronę i malowała się czarnym ołówkiem poniżej brwi. Jednak przesadnie żałobne szaty okrywały ciało kobiety, która swoim charakterem zaprzeczała na każdym kroku makabrycznym rekwizytom.  Wykwinty salon mody prowadzony przez pannę Walerię i jej siostrę, Teklę stał się wkrótce ważnym miejscem spotkań towarzyskich nie tylko dla dam, poszukujących nowej kreacji.

Znacznie mniej pochlebna dla kazimierskiej krawcowej była Maria Kuncewiczowa. Przeszłość Walentyny Krajewskiej mieści się w portrecie – w owalnej ramie z mahoniu biust, zapieniony riuszkami z crepes lisse’y. Postać górą rozkwitnięta w loki, szumna od trenu z balayeuse’ ą, podobna do nabrzmiałej fali.   Niestety, przeszłość panny Walerii jest – jak portret – zamykana w salonie, a sama krawcowa jest jak starodawny monarcha wobec swego państwa: rządzi i poufałości unika. Nie znosi dziwactw. Klosze fulary, flamizol, godety, Femina – nic jej nie zaskoczy. (…) Zapowiada, że z trzech metrów i na tę figurę może zrobić tylko to. Nic innego nie zrobi, gdyż dba o firmę.  (…) Jeśli nie – do widzenia.  Choć zna paryskie i wiedeńskie żurnale, sama nosi suknie „Princesse” – gładką, szarą, do kostek. Z tej sukni nikt nie żartuje, bo jej nie widać; jest elizejskim cieniem między toaletami.

W ten – kąśliwy nieco wizerunek – wpisała się idealnie Anna Polony, odtwórczyni roli panny Walentyny w Dwóch księżycach, w reżyserii Andrzeja Barańskiego.

A co o swojej nauczycielce sądziły uczennice krawieckiego fachu? Dzięki (trudno dostępnej) książce Teresy Szydłowskiej-Fihel Przyśnił mi się Kazimierz Dolny, zachowała się jedna z takich relacji. Pochodzi od najbliższej sąsiadki Marii Kuncewiczowej, Janiny Łaszanowskiej. Ją także, jako ognistooką brunetkę, śpiewającą “Oczy Czarne” sportretowała Kuncewiczowa.

Dla Pani Janiny okres pracy, przyjaźni, a potem wspólnego mieszkania z Walerią Zdanowiczówną I jej siostrą, Teklą był najszczęśliwszy w życiu. Wiodła prym w pracowni, lubiły ją klientki I przełożone. Nie narzekała na brak zainteresowania ze strony “płci brzydszej”. Kiedy wyszła za mąż za Edwarda Łaszanowskiego siostry wyprawiły jej wesele. Na ślub w farze przyszła połowa miasteczka. Na stole nie zabrakło m.in żydowskich specjałów, przygotowanych przez wdzięczne klientki. Po ślubie Łaszanowscy zamieszkali w sióstr Zdanowiczówien, w małym domku przy ul. Nadrzecznej.  Kiedy wybuchła wojna, a pan Edward poszedł na front, pani Janina, wówczas mama dwóch chłopców, opiekowała się podupadającymi na zdrowiu siostrami Zdanowiczównami. Kiedy zmarły, odziedziczyła domek. Stabilizacja nie trwała jednak długo, bo Niemcy wyeksmitowali ją, jak I wielu mieszkańców Kazimierza Dolnego. Kiedy po zakończeniu wojny wróciła do Miasteczka , z domku, w którym działała słynna pracownia krawiecka nie zostało nic. W budynek trafił pocisk artyleryjski, reszty dokonał pożar.

Podobno pani Janina miała fotografie z tych czasów, podobno chętnie je pokazywała wracając do szczęśliwych wspomnień z młodości. Być może (a wierzymy w dobrą, kazimierską gwiazdę) będziemy mogli kiedyś zobaczyć także i te fotografie. Czy jednak wyjawią nam one prawdę o krawcowej z Kazimierza, u której bywał rektor Pruszkowski?

Opowiem Wam o Marii i Jerzym – prelekcja Henryki Uty Gnatowskiej

Kiedyś, kiedyś wybraliśmy się z moim chłopakiem na niedzielną wycieczkę do Kazimierza. Byłam wtedy w liceum, czyli była to pierwsza połowa lat sześćdziesiątych. Idąc ulicą Nadrzeczną, skręciliśmy w jeden z wąwozów po prawej stronie. Nie było wtedy większości domów, które dzisiaj stoją i nie było także płotów. Proszę to sobie wyobrazić. Na wzgórzach kipiał zielony busz już od wczesnej wiosny. Z wielkim trudem pięliśmy się do góry po ledwie widocznej ścieżce, by nagle wejść na łąkę z wielkimi, kwitnącymi drzewami czereśniowymi. (Kilkanaście lat później będę stała na tej łące i malowała te kwitnące, powykręcane czasem konary drzew.)

Idąc dalej, wyszliśmy na zalany słońcem plac, na którym stała stylowa willa. Nie było wydeptanych ścieżek. Od frontu zobaczyliśmy piękny, duży taras z białego kamienia, zapraszający do wejścia. Drewniane drzwi, prowadzące do domu nie były zamknięte. Weszliśmy powoli i cicho… Było pusto. Skrzypiały deski podłogi pod ostrożnymi krokami. Nie było żadnych mebli, tylko w kącie wbudowana w ścianę drewniana ława gotowa do odpoczynku. Kominek, schodki wiodące na piętro. Kto tu mieszkał? Dlaczego ten dom stoi pusty i niezamknięty? Czy ci ludzie żyją?
Nie przeczuwałam, że za 15 lat będę biegać po tych schodach i że będę tu częstym gościem. Gdy opowiadałam później Pani Marii i Panu Jerzemu o tej pierwszej wizycie, byli bardzo tym zainteresowani. Snuli różne przypuszczenia, jak to się mogło stać. Przecież w piwnicy miała mieszkać Józefowa, która miała domu pilnować.
W latach 50. Urząd Bezpieczeństwa urządzał tu kolonie dla swoich dzieci i może przez strach przed UB nikt się tu nie wprowadził. Tak czy inaczej, była to moja pierwsza wizyta w tym domu.
Państwo Kuncewiczowie przyjechali pierwszy raz do Kazimierza w II połowie lat 20. XX wieku. Miasteczko stało się bardzo modne wśród elity warszawskiej, także lubelskiej i puławskiej. W dużej mierze przyczynił się do tego Rektor Pruszkowski, który tu co roku odbywał plenery malarskie ze swoimi studentami.
Państwo Kuncewiczowie, jak inni letnicy, wynajmowali pokoje, ale stało się to i krępujące i niewygodne. Zdecydowali więc o kupieniu domku. Idąc wąwozem Małachowskiego, prawie na samej górze po lewej stronie, w dużym ogrodzie, stał mały domek z bielonym piecem. Ten domek kupili. To w tym domku odbywały się najlepsze przyjęcia. Gdy w rozmowach ze mną wracali do wspaniałych, przedwojennych czasów, musieli mi przypominać, że nie chodzi o ten dom, w którym siedzimy, ale maleńki, którego ślady dawno porosła trawa.
Pan Jerzy był wziętym adwokatem i współzałożycielem Stronnictwa Ludowego. Pani Maria zarzuciła karierę śpiewaczki i kontrowersyjnym Przymierzem z dzieckiem, drukowanym wtedy w „Bluszczu”, wchodziła krokiem eleganckiej damy na drogę literatury. Mały, biały domek robił się za ciasny. Potrzebna była duża, reprezentacyjna siedziba. Pan Jerzy zaczął niekończące się rekolekcje z Karolem Sicińskim, młodym architektem, które po kilku latach zaowocowały pięknym w swej prostocie i kształcie obecnym domem, chociaż nie pozbawionym wad – o czym później.
Gdy się wprowadzili do tego domu był rok 1937. W tym samym roku wyszło książkowe wydanie Cudzoziemki (przyp. red. „Cudzoziemka” wyszła w roku 1935). Popularność rosła. Duży dom przyjmował coraz to więcej gości. Pawie skrzeczały, kwiaty pachniały. Pani Maria robiła coraz to odważniejsze bukiety. Przyszłość wydawała się przewidywalna i szczęśliwa. Po dwóch latach cudownych wakacji, 1 września wybuchła wojna. Wcześniejsi goście, w tym część z kręgów rządowych, uciekając z Warszawy, zatrzymują się w domu Kuncewiczów w Kazimierzu. Wielka fala emigracji, zabierając ich ze sobą, wyrzuciła Kuncewiczów na wyspę wojennych rozbitków – Wielką Brytanię. Wcześniej, pomieszkiwali trochę we Francji, ale po wejściu Niemców, ostatnią węglarką odpłynęli do wolnej Anglii. Po wojnie są zmuszeni do emigracji do Stanów Zjednoczonych, gdzie nie wiedzie im się najlepiej. (przyp. red. wyjeżdżają w ślad za synem, Witoldem, który osiedlił się w USA. Powodem są więc raczej względy rodzinne.) Tęsknią do kraju i do swojego domu w Kazimierzu. Po latach, mając już obywatelstwo USA, mogą bez strachu zjechać do Polski. Najpierw, przyjeżdża na krótko Maria, a później już oboje.
Ich dom, kiedyś na wielkiej działce, stoi teraz na tyłach wielkiego bloku – Domu Prasy, który został bezprawnie pod ich nieobecność, wybudowany na ich ziemi. (przyp. red. Dom Prasy został zbudowany na dawnej działce Szymona Wiszni, przejętej przez Skarb Państwa i – częściowo na jednej z działek p. Kuncewiczów.) Pan Jerzy, przedwojenny adwokat, który ocalił niegdyś panie Mortkiewiczowe od bankructwa, wymusił umowę z RSW Prasa. Według niej, RSW miała opłacać wszystkie świadczenia, dotyczące domu przez cały rok, w zamian za odstąpienie do użytku Domu Prasy jednego pokoju z wejściem od schodów kuchennych.

Dzięki temu, w czerwcu 1977 roku znalazłam się w tym pokoju, z dwójką dzieci. Patrycja miała 12 miesięcy, a Jurek 25 miesięcy. W Domu Prasy mieszkał mój mąż (przyp. red. Jerzy Gnatowski), a my mieliśmy mu nie przeszkadzać w pracy twórczej. Pokój, który zajmowałam z dziećmi, jak mi później powiedziała Pani Maria, był pokojem syna, Witolda. Dlatego miał drzwi od głównej sieni i od kuchennych schodów, by zapewnić mu bezkolizyjne powroty. Bezpośrednio, nad naszymi głowami, znajdowała się kuchnia. Znałam więc każdy krok Pana Jerzego – charakterystyczny ciężkim, krótkim szurem, jak i lekki, trochę niepewny krok Pani Marii. Ich głośne rozmowy przy stole, trzy razy dziennie, były dokładnie słyszalne, zwłaszcza przy otwartym oknie. Nasze odgłosy, niestety – także. Tak sobie mieszkaliśmy razem i osobno, podsłuchując się i podglądając, mimo woli. Aż pewnego dnia Pani Maria podeszła do mnie i zaczęła opowiadać o charakterach moich dzieci, dziwiąc się, że w okresie kilkunastu miesięcy życia tak wyraziście się ukształtowały. I że jeszcze jak patrzy na mnie w długiej, empirowej sukience, z dwojgiem rozbrykanych dzieci, to widzi siebie i swoje przyjaciółki z tamtego przedwojennego Kazimierza. Potwierdził to Pan Jerzy, który doczłapał się w swoich rozdeptanych papuciach i krótkich szortach na cienkich nogach, z dość pokaźnym brzuchem. Ze wspaniałym, orlim nosem nad wielkimi wąsami i jeszcze wspanialszym, mocnym , tubalnym głosem Pan Jerzy nie mówił, Pan Jerzy grzmiał. Stanowiło to niezwykły kontrast z delikatną sylwetką Marii i jej cichym, trochę urywanym sposobem mówienia. Rozmowa, droga naturalna, zeszła na twórczość Pani Marii i gdy się okazało, że znam jej książki: Cudzoziemkę i Tristana 1946 lepiej, niż ona pamięta – zostałam zaproszona do obejrzenia domu.
Pewnego razu ktoś mnie zawiadomił, że Pani Maria wzywa mnie do siebie natychmiast. Zaniepokojona, biegłam po schodach na górę. Pewnie dzieci znów się bawiły pod jej oknem, gdzie pracuje; a może cos ze zdrowiem… Pani Maria zdrowa, spokojna, z błyskiem uśmiechu w oczach, posadziła mnie na kanapce w saloniku i mówi: Wiesz, zaraz przyjedzie pewna dziennikarka i będę jej musiała odpowiedzieć, jak podeszłam do pewnego problemu w Cudzoziemce. Ja ją pisałam przed wojną i nic nie pamiętam. Przypomnij mi…Wielka ulga, komizm sytuacji i mile połechtana próżność sprawiły, że nie pamiętam, o czym tak długo i potoczyście opowiadałam autorce o jej własnej książce.
Państwo Kuncewiczowie mieli w sobie niespożytą, młodzieńczą energię i apetyt na życie. Apetyty Pana Jerzego były wyraźnie widoczne. Pod moim oknem rosło dość duże drzewo brzoskwiniowe (przyp. red. morela) z nielicznymi, dojrzewającymi owocami. Pan Jerzy co kilka dni, wychylając się z tarasu bardzo niebezpiecznie, liczył tubalnym głosem owoce. Ponieważ nie było to zajęcie łatwe, powtarzał tę czynność kilka razy, aż mu się ze dwa razy udało uzyskać tę samą liczbę. Nie sądzę, żeby pamiętał poprzedni rachunek – miał to być tylko sygnał ostrzegawczy. Kochał tez pomidory – duże, polskie o nieregularnych kształtach. Z ogromną dumą pokazywał mi, jak dojrzewają na górnej, nasłonecznionej werandzie i codziennie obracał je inną stroną do słońca. Tak naprawdę lubił mięso. Pani Janeczka, ich odwieczna pomoc i opiekunka, szykując dom przed ich przyjazdem do kraju, musiała zużyć ogromną część energii by zapewnić im dużą, pachnącą prawdziwym wędzeniem szynkę. Pan Jerzy nie jadł słodyczy. Pani Maria, ze stoickim spokojem, w jego obecności opowiadała, jakie wrażenie na ludziach robił Pan Jerzy w ekskluzywnych cukierniach i kawiarniach, wyciągając z kieszeni ogromną kanapkę z wędliną. Pochłaniał ją, ostentacyjnie szeleszcząc papierem.
Pan Jerzy kochał też kobiety. Ktoś mi opowiadał o romansie Pana Jerzego z pewną panią z Kazimierza, który wydarzył się parę lat wcześniej, po odkryciu którego Pani Maria tak zaniemogła na serce, że znalazła się w szpitalu. Mimo to, z ogromną wyrozumiałością patrzyła na ostentacyjne zainteresowanie jakie mi okazywał i tyko kiedyś, na zbyt mocne przytulanie powiedziała: Jeeerzy, gdybyś był młodszy, to byłabym zazdrosna. Ale teraz…i machnęła pogardliwie dłonią w jego kierunku.
Pan Jerzy miał wieczny apetyt na jazdę samochodem. W garażu stał piękny, budzący zainteresowanie przechodniów mercedes. Wszyscy w okolicy znali ten samochód, milicjanci także, więc Pan Jerzy często folgował swojej ułańskiej fantazji, będąc pewnym swojej bezkarności. Jakże był oburzony, gdy jakiś nowy milicjant ośmielił się go zatrzymać za jazdę ponad 100 km/h po bocznej, wąskiej i dziurawej asfaltówce. Odczekał jakiś moment i wrzucił z siebie coś, co mu z trudem przeszło przez gardło: Pan wie, kim ja jestem? Jestem mężem pani Kuncewiczowej. Desperacja nie odniosła zamierzonego skutku. Ja nie pytam pana o żonę – odrzekł kompletnie niezorientowany literacko i kulturalnie milicjant i wlepił mu bardzo wysoki mandat, adekwatny do wartości samochodu, nie żony.
Cały teren Domu Prasy był ogrodzony. Brama wjazdowa znajdowała się zaraz za ostrym zakrętem pod stromą górkę. Ilekroć państwo Kuncewiczowie wyjeżdżali do znajomych wieczorem i odbywał się cały ceremoniał wyprowadzania mercedesa z garażu, tylekroć Witold Mazurkiewicz, dyrektor Domu Prasy przypominał Panu Jerzemu: Niech pan pamięta, że brama jest o 10 wieczorem zamykana. Po czym, w nocy budził wszystkich mniejszy lub większy huk, bo Pan Jerzy znowu zapomniał i trzeba był naprawiać i bramę i mercedesa. Dlatego funkcje kierowcy oddano wychowankowi państwa Kuncewiczów, Tadeuszowi Roguskiemu, który zamieszkał na stałe w jednym z pokoi, w dolnej, przyziemnej kondygnacji domu.
Po pięciu tygodniach wspólnego mieszkania w 1977 roku, zaprzyjaźniłam się z Panią Marią i Panem Jerzym na tyle skutecznie, że na ich gorącą prośbę w czasie pobytu w Kazimierzu zamieszkałam w ich domu, w bibliotece, jak ten pokój nazywali. Pierwotnym przeznaczeniem tego pokoju, jak mi mówili, miała być pracownia dla zaprzyjaźnionych malarzy. Niestety, wybuch wojny spowodował, że żaden malarz tam nie mieszkał i nie pracował. Pomieszczenie było dobrze oświetlone i dość obszerne. Miało drzwi na osobną klatkę schodową, obok małe pomieszczenie z ubikacją i umywalką. Przez drugie drzwi wychodziło się na werandę, pełną czekających na Pana Jerzego pomidorów, brzoskwiń, jabłek i innych pyszności. Z werandy wchodziło się do przedpokoju, z którego po prawej stronie były drzwi do saloniku i sypialni Pani Marii, a po lewej do łazienki i wąskiego przedpokoju, wiodącego do obszernej kuchni, na wprost do drzwi kuchennych, które były na wszelki wypadek zawsze zamknięte. Wcześniej, wąziutkie i strome schodki prowadziły do dolnej, reprezentacyjnej części domu. Schodziło się do pokoiku z kominkiem i ławami, skąd szerokie drzwi prowadziły do dwóch następnych pokoi, gdzie każdy mebel, każdy sprzęt czy zdjęcie miały swoją historię i były traktowane przez właścicieli z ogromnym szacunkiem. Obiektem największej dumy był piec z oryginalnymi, malowanymi przez Hucułów kaflami i piękna wschodnia tkanina (przyp. red przywieziona przez rodzinę Stanisława Marię Salińskiego z Mandżurii i sprzedana Kuncewiczom). Pani Maria każdemu nowemu gościowi, z największą cierpliwością opowiadała historię pieca, tkaniny, obrazów, mebli i każdego najmniejszego bibelotu. To był ich dom wytęskniony, opłakany jak zmarły i odzyskany po kilkunastu latach tułaczki po krajach, miastach i obcych domach. Tu odzyskali korzenie i poczucie godności. Kariera literacka Pani Marii w Polsce rozkwitła, choć koledzy-literaci nie rozpieszczali estymą. Ale Wydawnictwo PAX, z którym podpisała umowę zaraz po powrocie wydawało książkę po książce, a czytelnicy szaleli. Widziałam często ludzi, którzy stawali skromnie na początku ścieżki, wiodącej do domu i długo, z nabożeństwem wpatrywali się w okna. Niektórzy, dzięki koneksjom, mieli zaszczyt wejść do środka i to ich Pani Maria oprowadzała, jak kustosz, po parterze domu. Kiedyś, po takiej wizycie, powiedziała mi coś zdumiewającego: wiesz, ja wiem, że oni przychodzą niby do mnie, a tak naprawdę chcą zobaczyć piec huculski i dom. Gdy zaczęłam jej tłumaczyć, jak ogromne ma rzesze czytelników, jak ważna w ich życiu jest ona sama, popatrzyła na mnie trochę z ukosa, z niedowierzaniem.
To były końcowe lata 70. Pani Maria pisała książkę za książką. (przyp. red. ukazywały się kolejne wydania jej książek, także tych przedwojennych). W tym czasie , gdy wpadałam do Kazimierza, zamieszkiwałam u nich w bibliotece. Nasz rytm dnia stał się rutynowy. Wstawałam pierwsza, na pewno nie o świcie i robiłam śniadanie. Znając upodobania, kroiłam dość dużo wędliny dla Pana Jerzego i coś lekkiego dla Pani Marii. Zawsze odbywał się ten sam rytuał. Pan Jerzy nakładał mi na talerz dużą porcje wędlin, za którymi rano nie przepadałam, by uzasadnić taką samą, dla siebie. Pani Maria natychmiast mówiła: Jeerzy, co ty robisz, wiesz, że ci nie wolno… Ach co ty, Marylko, co ty, ja tylko tyle, co jej – mruczał Pan Jerzy, a ostatnie słowa bulgotały w ustach z przepyszną szyneczką. Po śniadaniu każdy z nas szedł do swoich zajęć. Ja wracałam po południu i przy kolacji opowiadałam, co słychać w Kazimierzu, kogo spotkałam, co widziałam – bardzo byli wszystkiego ciekawi. Kiedyś piłam kawę w kawiarni na Rynku z Edmundem Johnem i powiedziałam mu, że mieszkam u Kuncewiczów. To oni jeszcze żyją? – zdziwił się oschle. Wieczorem opowiadam, że spotkałam Johna w kawiarni. To ten stary jeszcze żyje? – zapytał zimno Pan Jerzy. Starość się chyba nie lubi – pomyślałam wtedy. Dzisiaj już nie jestem tego taka pewna. Po kolacji państwo Kuncewiczowie wychodzili na spacer, zawsze tą samą , z konieczności wybraną trasą. Najpierw, ścieżką przez teren Ośrodka, do domu pana Łaszanowskiego. Po wymianie kilku zdań na temat pogody i zdrowia skręcało się w prawo, by ścieżką gospodarzy dojść do wąwozu Małachowskiego, który w tym miejscu robił się dużo łagodniejszy w swoich stromiznach. Dalej było trochę pod górkę, ale widok ze szczytu był rozległy. Dookoła pola, szczyty drzew z odległych wąwozów. Zakończenie spaceru pod widocznym z daleka w sadzie domu Pani Wisi Koziorowskiej, gdzie się zakręcało i pokonując małe wzniesienia, wracało do domu. Pani Maria, znając moje upodobania do robienia bukietów z polnych kwiatów, ostrzegała mnie by tego nie robić przy Panu Jerzym. Będzie grzmiał i ubolewał, aż ci się odechce. Co ma żyć, niech żyje. Nie przeszkadzało mu to jednak bawić mnie opowiadaniem, jakie piękne motyle kiedyś były i jak na nie polował i jaki ich zbiór posiadał.
Było nam ze sobą tak dobrze, że gdybym nie miała swojej rodziny, to przeprowadziłabym się do nich. To było nasze wspólne, nierealne marzenie.

Pewnego razu, Pani Maria przyszła do mnie, wyraźnie ożywiona mówiąc, że za dwa dni przyjedzie Jerzy Krzysztoń z żoną. Po kultowym Obłędzie była to postać legendarna. Ja na to, że wyjeżdżam. Nie ma mowy. Jerzy z kuchni pójdzie do mojego saloniku, ty na miejsce Jerzego, a oni do twojego pokoju. Pan Jerzy bardzo się ucieszył, że będę spała w jego łóżku, a ja, że poznam mitycznego Krzysztonia i będę świadkiem intelektualnych dyskusji dwojga literatów. Przy okrągłym stole w kuchni, przy kolacji rozmowa toczyła się na temat warunków umów z wydawcami, ilości nakładu, kwot wstępnych zaliczek, porównania warunków wydawców szwedzkich do angielskich itp. Też edukujące. Dzisiaj to rozumiem, wtedy – nie.
Po kolacji poszliśmy wszyscy na spacer tą sama co zawsze trasą. Wtedy Pan Jerzy powiedział swoim tubalnym głosem: Idę tą ścieżką 75 rok. Popatrzyliśmy z Krzysztoniem na siebie wielkimi oczami. My razem tyle nie mamy – powiedział do mnie cicho. Mieliśmy, ale nie wyprowadzałam go z błędu. Po spacerze wróciliśmy do kuchni. Na powitanie wieczorne abstynenta po ciężkiej chorobie alkoholowej, na stole pojawiły się alkohole. Przemiła i ciepła Pani Krzysztoniowa nie piła. Państwo Kuncewiczowie wypili po dwa kieliszki, a mnie Pan Krzysztoń wprawnie i dyskretnie nalewał następne, pod stołem. W tym samym zestawie osób, poszerzonym jeszcze o jednego Jerzego – Gnatowskiego, spotkaliśmy się u mnie w domu, w Warszawie. A czwarty Jerzy, mały Jureczek Gnatowski miał ostry zakaz pytania: dlaczego pan nie ma ręki, czy panu ja zjadł krokodyl? Musiał to być czerwiec, bo na początku kolacji, podanej na tarasie w ogrodzie, ubrałam wszystkich w amarantowe róże, które kwitły u mnie jak szalone, ale tylko w czerwcu. Spotkaliśmy się jeszcze dwa razy, nim w grudniu 1981 roku wyskoczył przez okno na znak protestu na wprowadzenie stanu wojennego. Zostawił nam Obłęd.
Pani Maria często powtarzała, że powinnam poznać Panią Zofię Kucówkę, która często bywała w ich domu. Pokój gościnny był jeden i choćby z tego powodu mijałyśmy się często. Pani Maria powtarzała, że mamy dużo z sobą wspólnego. Poznałyśmy się w innym czasie, w Muzeum Marii Dąbrowskiej. Kto inny nas przedstawił i może z tego powodu powiało mrozem.
Pewnego razu zabrałam ze sobą Jerzego Gnatowskiego na wspólne malowanie. Państwo Kuncewiczowie ucieszyli się, że pokój ten wreszcie spełni pierwotne przeznaczenie. Jerzy wymalował kilka kafli na piecu, stojącym w naszym pokoju w pejzaże i swoje śliczne piece. Właściciele byli zachwyceni: na dole „hucuł”, a na górze – Gnatowski. Na koniec pleneru, korzystając z pięknej pogody, zrobiliśmy pokaz prac na tarasie. Było wino, lutnia i śpiew. I rozgwieżdżona noc kazimierska. Po naszym wyjeździe, sprzątaczka, mimo że z Kazimierza, doczyściła piec do białego.
Kiedyś Pani Maria zawołała mnie do siebie, by odczytać mi fragment książki, którą właśnie pisała – Fantasia alla polacca. Zapytałam, czy była kiedyś w Mięćmierzu. Chyba najdalej na Albrychtówce i to przed wojną. No to jedziemy jutro na wycieczkę i pokażę państwu namacalną fantazję alla polacca. Po drodze Pani Maria wspominała jak wieczorem, już o zmierzchu, szli piechotą wąwozami, śmiejąc się i gubiąc i nawołując po drodze w kierunku Albrychtówki, by później, po ciemku, zbiegać ku Wiśle do czekających na nich łodzi. Wracali nimi powoli, ale bardzo głośno.
W Mięćmierzu musieliśmy wjechać w kamienistą drogę w wąskim wąwozie. Wjechałam z całym impetem w ostro pnącą się do góry drogę, ale silnik pod samym wierzchołkiem wąwozu zgasł i zaczęliśmy się turlać z powrotem. Na szczęście, opanowałam sytuację i z rykiem odrzutowca, w smrodzie spalonych opon zajechaliśmy pod sam wiatrak. Zostaliśmy bardzo serdecznie przyjęci i oprowadzeni. Państwo Kuncewiczowie byli pod wielkim wrażeniem fantazji i determinacji w budowie czegoś tak niepotrzebnego, jak wiatrak w kraju, w którym nie było rzeczy najbardziej potrzebnych. Poprowadziłam ich z powrotem brzegiem skarpy, między łąkami. Po drodze, zapukałam do drzwi pani Małgorzaty Szejnert, która mile zdziwiona zaprosiła nas do środka. Jej syn był jeszcze taki mały. Zostawiłam Panią Marię i Pana Jerzego na ławeczce przy studni, a sama poszłam po samochód. Byli oszołomieni pięknem krajobrazu, serdecznym przyjęciem, natłokiem wspomnień i tym nierealnym, a zrealizowanym pomysłem. Fantasia alla polacca.
Mam jeszcze jeden obraz pod powiekami i dotyczący Pani Marii. To musiało być w 1977 roku, bo byłam w ogrodzie i pilnowałam dzieci. Pani Maria wyszła do mnie, do ogrodu i bardzo podekscytowana zaczęła mówić, że profesor Tatarkiewicz będzie dzisiaj miał wykład w pobliskim Nałęczowie. Właśnie się wybiera i nie wie, jaką suknie włożyć. Nie mogłam zostawić dzieci samych i wejść za nią. Taką, w jakiej się pani najlepiej czuje – bo to najważniejsze – powiedziałam. Jakiś czas później, zobaczyłam jak podjeżdża mercedes i jakiś motyl, nie dotykając ziemi, leci do niego ścieżką przez ogród. To nie był powolny i ostrożny chód Pani Marii. To był szybki i lekki krok młodej kobiety, w jasnej sukni w kwiaty, z powiewającym szalem. Stałam zdumiona i to zdumienie i zachwyt mam w sobie do dzisiaj.
A czas płynie i płynie… Pan Jerzy miał poważne kłopoty ze zdrowiem. Rozmawiali o tym w mojej obecności i pytali o moje zdanie. Dawałam przykład mojego dziadka, który w wieku 84 lat poddał się takiej operacji i żył jeszcze 10 lat. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, to niespodziewanie zaważyło na decyzji pana Jerzego. Po udanej operacji wszystko jakby wrócił na swoje tory. Jakby… Karol Siciński, projektując dom, był jeszcze młodym człowiekiem. Nie miał wyobraźni, jakim problemem dla starszych ludzi są strome i niewygodne schody. Te schody odcięły pana Jerzego od dolnej części domu, a co najważniejsze – od tarasu. Lubił po nim poczłapać, wygrzewać się w łagodnym słońcu, oglądając swój ogród. Podobno przychodził jakiś młody człowiek, który go prawie na plecach znosił i wnosił po tych schodach. Nie było mnie przy tym. Nie przyjeżdżałam już tak często. Nie miałam czym. Miałam wypadek samochodowy, w którym skasowałam samochód. Sama nie czułam się najlepiej.
Wiadomość o śmierci Pana Jerzego przyszła, nie pamiętam już, jaką drogą. Wraz z zaproszeniem na konsolację w salonie Domu Prasy. Pogrzeb był bardzo uroczysty. Przyjechało i przyszło tak wielu ludzi, tylko Pan Jerzy nie chciał do grobu. Ciągle ta trumna albo wylatywała z rąk, albo nie chciała się zmieścić w okrągłym otworze, wydrążonym w ziemi pod ogromnym drzewem. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że całe życie był w opozycji. Całe życie nie zgadzał się na zaistniałą sytuację i teraz tez pokazuje nam swoje stanowisko. Ostatni raz. Mieliśmy od razu pójść do Domu Prasy, ale Józio Miłosz przypomniał nam, że dzisiaj są jego imieniny i zeszliśmy do kawiarni, na szybką kawę. Dlatego zawsze na Józefa, w marcu, przypomina mi się ten pogrzeb.
Wieczorem PKS-em wróciliśmy do domu, ale ja nie mogłam zasnąć. Wstałam z łóżka i napisałam wiersz. Proroczy – dlatego go zamieszczam.
Pamięci Jerzego Kuncewicza
To miasteczko jak sen
Jak film ręka przewijany
Biały, marcowy mróz
w koronce drzew i te dzwony
w kościołach mijanych
Te żałobne wieńce, łzy w ostrym słońcu
jak perły na żal nanizane
i ta abstrakcja jaką jest śmierć
Czy to jest tylko przemijanie
Bo przecież słyszę jego tubalny glos
echem od ścian grobu odbitym
dlaczego tak niezręcznie trumnę
do ziemi kładą…
A potem musnąwszy mnie lekko po włosach
przysiadł się do stołu i o wino prosi
zajadając kawał mięcha w ostrą wszedł dyskusję
z chwalącym go właśnie, a najlepszym z interlokutorów
Aż wreszcie ręką dał znać Marylce
że już wracac trzeba
że zmęczony
że dom czeka na Nasze Obecności
i teraz do domu
zadudniło na schodach
poczłapało w kuchni
trzasnęły drzwi werandy
zaskrzypiały drzwiczki
okno samo się otworzyło
ktoś krzyknął w sypialni…
A w drzwiach kuchni otwartych
cień jakiś stoi – na stałe
A w miasteczku jak sen birbant zgolił głowę
Panki stroszą pióra
Zawył pijak
Pies podkulił ogon
Ktoś przyjechał
Ktoś odjechał
Nic się nie zmieniło
18 marca 1984

Po jakimś czasie, gdy pokazałam Pani Marii ten wiersz, chwilę milczała. Po tym zapytała, skąd wiem, że on tu jest – bo to prawda – powiedziała. Pani Janeczka, która przez całe życie pomagała im w domu i w kuchni często słyszała, jak pani Maria rozmawiała z mężem. I zarzekała się, że też słyszała głos Pana Jerzego. Pani Maria całe życie przeżyła z nim, ale także obok niego. Broniła swojej autonomii i dawała dowody niezależności. A teraz, gdy odszedł, stał się niezbędny do życia. Okazał się niezastąpiona osobą do wymiany myśli i wrażeń. Stąd piękna książka Listy do Jerzego.
Pani Maria potrzebowała stałej opieki nad sobą i domostwem. Niestety, wybór nie był najlepszy. Osoba ta odcięła Panią Marię od ludzi, odpowiadając przez telefon, że pani Kuncewiczowa nie przyjmuje. Jak się później okazało, Pani Maria miała pretensję do mnie i innych osób, że wszyscy o niej zapomnieli.
Śmierć Pani Marii zastała mnie w Kazimierzu. Był rok 1989. Odeszła Pani Maria Kuncewiczowa i odchodził ode mnie mój mąż, Jerzy Gnatowski. Wszystko się zmieniło w moim życiu, w Polsce i na świecie… Pewien etap życia skończył się nieodwołalnie. Dla domu „Pod wiewiórką” także.
Po śmierci Pani Marii okazało się, że w nowym testamencie na rzecz syna Witolda zmieniła się przeznaczenie domu. Byłam mimowolnym świadkiem, ile czasu, lat i energii poświęcił Pan Jerzy, by ten dom już za ich życia był muzeum. Ich muzeum. I był już oddziałem Muzeum Nadwiślańskiego. Wszystkie umowy zostały podpisane. Wszystko zostało załatwione. I wszystko w jednej chwili diabli wzięli.
W wielkim skrócie. Pan Witold, który całe życie spędził w Stanach Zjednoczonych, nie był zainteresowany domem. Założył Fundację. Dom niszczał. Chciał go sprzedać. Zgłosił się prywatny kupiec. Zrobił się duży szum w mediach i na szczęście, został kupiony przez Urząd Marszałkowski i zamieniony na Muzeum Marii i Jerzego Kuncewiczów. Pan Jerzy przez te wszystkie lata nie opuścił domu. Musiał go pilnować, aby dom przestał być traktowany jak dziwka, a zaczął być traktowany jak dama. Oni oboje go tak traktowali. Pani Maria pisała Dom z wielkiej litery.
Wreszcie znowu jest tak, jak miało być. Można by sądzić, że Pan Jerzy już może odpocząć. Może tak nie jest, bo ludzie, którzy spali w ostatnich latach w pokojach gościnnych skarżyli się, że w nocy ktoś łazi, szurając kapciami…

Bolesław Prus

Pisarza uznawanego za propagatora Nałęczowa „wytropił” w Kazimierzu Dolnym nasz autor, redaktor Janusz Ogiński. Dziękujemy!

Bolesław Prus, grafika ze zbiorów polona.pl

Z pewnością do bywalców Kazimierza Dolnego należy zaliczyć też Bolesława Prusa. Ireneusz J. Kamiński w swojej książce Kazimierz nad Wisłą pisze: Bolesława Prusa przypisano na dobre do Nałęczowa. Z listów pisarza wiemy jednak, że bywał on w Kazimierzu – może zachęcony przez Oktawię Radziwiłłowicz-Rodkiewiczową, późniejszą żonę Żeromskiego, z którą korespondował w sprawach całkiem prozaicznych, takich na przykład, jak wynajęcie mieszkania na okres kuracji. Gabriela Pauszer-Klonowska, autorka bulwersującej miejscami książki pt. W cieniu nałęczowskich drzew, podaje, co podobało się Prusowi w Kazimierzu, dokąd docierał rowerem. A zatem: widoki i architektura, rynek ze studnią, ale najbardziej klasztor Reformatów z wejściowym korytarzem o stukilkudziesięciu stopniach. Ta właśnie sceneria okazała się inspiracją opowiadania Z żywotów świętych.

Klasztor oo. franciszkanów w Kazimierzu Dolnym, fot. P. Makowski


Gdy by­łem w mie­ście K., spo­tkał mnie pew­ne­go razu miej­sco­wy sę­dzia śled­czy i rzekł z uśmie­chem:
– Wy­obraź pan so­bie, że dzi­siej­szej nocy ukra­dli dzwon z klasz­to­ru. Wła­śnie idę tam, więc chodź pan ze mną, a zo­ba­czysz oso­bli­wość. Jest to dzie­więć­dzie­się­cio­let­ni za­kon­nik, któ­ry już sam je­den miesz­ka w opusz­czo­nych bu­dow­lach. A war­to z nim po­ga­dać.
Po­szli­śmy. Był po­god­ny dzień lip­co­wy. Pod zie­lo­ną stud­nią, na ryn­ku, sta­ło kil­ka chłop­skich fur­ma­nek, z któ­rych mię­dzy szcze­bla­mi wy­su­wa­ły się pęki sło­my. Nie­co da­lej gro­mad­ka tu­ry­stów przy­glą­da­ła się wie­ko­wym do­mom. Rolę prze­wod­ni­ków peł­ni­li fak­to­rzy, a naj­wy­mow­niej­szy z nich ob­ja­śniał:
– Te domy to są bar­dzo sta­re; oni mają może ty­siąc, może pięć­set lat. Oni byli bu­do­wa­ne jesz­cze za Es­ter­ki, któ­ra… jed­ni pań­stwo po­wia­da­ją, że uro­dzi­ła się tu­taj, a dru­gie, że w Par­chat­ce. Ale Ra­bi­no­wicz, co on ma obe­rżę, to jest jej wnuk; u nie­go do­sta­ną pań­stwo taki miód, ja­kie­go nie­ ma na ca­łym świe­cie. Jego żona robi bar­dzo do­sko­na­łe ryby po ży­dow­sku. Pań­stwo to lu­bią, ja wiem…
Mia­sto K. jest z trzech stron oto­czo­ne wzgó­rza­mi: na jed­nem wi­dać szcząt­ki za­mko­wych ruin, na d­ru­giem sta­ry klasz­tor, do któ­re­go zbli­ża­li­śmy się wła­śnie przez cuch­ną­cą ulicz­kę.
Od pod­nó­ża góry do świą­ty­ni pro­wa­dził po­chy­ły ko­ry­tarz o stu kil­ku­dzie­się­ciu scho­dach; wie­lu bra­kło, wię­cej było spróch­nia­łych. Po obu stro­nach ko­ry­ta­rza znaj­do­wa­ły się ni­sze, a w nich ob­ra­zy, nie­gdyś ma­lo­wa­ne na ścia­nie, dziś po­ka­le­czo­ne skut­kiem opa­da­nia tyn­ku, lub za­sło­nię­te wiel­kie­mi pla­ma­mi wil­go­ci. Jesz­cze jed­nak moż­na było od­róż­nić węża, ku­szą­ce­go Ewę, pał­kę Ka­ina i nogi Abla, arkę, z któ­rej wy­la­ty­wa­ła go­łę­bi­ca, a na wyż­szych kon­dy­gna­cjach: Dzie­cię Chry­stu­sa, wy­kła­da­ją­ce Za­kon, na­kar­mie­nie głod­nej rze­szy pię­cior­giem chle­ba, wresz­cie uszy ośli­cy, na któ­rej Je­zus od­był wjazd do Je­ro­zo­li­my, tu­dzież ga­łąz­ki pal­mo­we wi­ta­ją­cych Go tłu­mów.
Zmę­cze­ni wspi­na­niem się po scho­dach, sta­nę­li­śmy w otwar­tej fur­cie, za któ­rą cią­gnął się zno­wu ko­ry­tarz, obie­ga­ją­cy do­ko­ła za­bu­do­wa­nia klasz­tor­ne. Było tu ci­cho i mar­two. We­so­łe świa­tło słoń­ca, któ­re przez po­wy­bi­ja­ne okna pa­da­ło na ścia­ny, peł­ne nie­gdyś ob­ra­zów, oświe­tla­ło dziś albo spróch­nia­łe ramy, albo sczer­nia­łe płót­na. Z pod skle­pień zwie­sza­ła się opusz­czo­na pa­ję­czy­na, bo pa­ją­ki ucie­kły z pu­stek, gdzie na­wet nie błą­ka­ła się żad­na mu­cha. Za okna­mi, na czwo­ro­bocz­nym dzie­dziń­cu, wśród usy­cha­ją­cych drzew i buj­nych ostów, było wię­cej gru­zu niż tra­wy.

Było to jedyne, niestety, opowiadanie Bolesława Prusa, które przedstawiało Kazimierz Dolny, zresztą niezbyt pochlebnie. Tekst ten ukazał się po raz pierwszy w 1891 roku w Kurierze Codziennym. Później jeszcze w zbiorze Opowiadania wieczorne (wyd. Gebethner i Wolff, W-wa, 1935). Głównym bohaterem utworu jest nie wymieniony z nazwiska zakonnik. Według pisarza była to osobliwa postać. Pisał o nim w noweli tak: Musiał być to człowiek bardzo stary, miał niewielką białą brodę, czaszkę gładką i żółtawą jak kość, czoło pofałdowane podłużnymi bruzdami. Podaje też, że mnich był niegdyś znanym w okolicy kaznodzieją. W tym miejscu należy podkreślić, że postać ta nie była wytworem fantazji literackiej pisarza. Dziś wiadomo – dzięki monografii Sanktuarium Maryjne Franciszkanów Reformatów w Kazimierzu nad Wisłą ojca doktora Albina Sroki – że opisanym przez Bolesława Prusa zakonnikiem był o. Adrian Adalbert Gałuszkiewicz (ur. 1 czerwca 1803 r. w Zwoleniu; do zakonu wstąpił w 1820, święcenia kapłańskie w 1826. Był lektorem filozofii, definitorem i gwardianem, zmarł w Kazimierzu 30 listopada 1889 r.). Trzeba też dodać, że 1864 roku władze zaborcze postanowiły zlikwidować wszystkie klasztory, z których zakonnicy wzięli udział w powstaniu styczniowym i te, w których mieszkało mniej niż 8 zakonników oraz te, które były „centrami wrogiej propagandy politycznej”. Dekret o likwidacji podpisał car Aleksander II w dn. 27 X (8 XI) 1864 r. Ponieważ zakonnicy z Kazimierza brali czynny udział w powstaniu, m.in. pełnili funkcję kapelanów w oddziałach Leona Frankowskiego, Józefa Broniewicza i Antoniego Zdanowicza, Komisja Rządowa Spraw Wewnętrznych w Warszawie dekretem z 19 kwietnia 1866 r. zlikwidowała klasztor, a majątek zarekwirowała. W kazimierskim konwencie przebywali wówczas już tylko zakonnicy w podeszłym wieku, dlatego wysłano ich do innych domów zakonnych, a jedynie o. Adriana Gałuszkiewicza pozostawiono na miejscu do obsługi kościoła. O. Adrian dbał o budynki klasztorne, powołał też komitet kościelny, który zajmował się remontami. W 1884 roku o. Adrian Gałuszkiewicz bardzo poważnie zachorował, dlatego klasztor podupadł, rozkradziono też resztki mienia kościelnego, w tym archiwum i bibliotekę. W 1889 roku schorowany zakonnik poprosił biskupa lubelskiego o ekskardynację (przesiedlenie) z diecezji, ponieważ chciał przenieść się do klasztoru we Włocławku. Zgodę taką otrzymał, ale nie skorzystał, bo zmarł – co podkreślano – w największym ubóstwie. Został pochowany na kazimierskim cmentarzu w grobowcu przyjaciela, księdza Romana Pankowskiego z Wilkowa nad Wisłą.
Ojciec Albin Sroka w liście napisanym do mnie w maju 1996 roku podał jeszcze kilka innych szczegółów, dotyczących pochówku o. Adriana, a także grobowca, w którym został pochowany. Panie Januszu, dzięki za pomoc. (chodzi o zdjęcie mogiły o. Adriana Gałuszkiewicza, które zrobiłem dla niego na cmentarzu kazimierskim). Tak, grób o. Adriana w 1967 roku odnowiłem. Jest to piwniczka, wewnątrz są 2 trumny: o. Adriana i ks. z Wilkowa (o nieznanym mi nazwisku). Trzeba by czytać w kronice parafialnej w Wilkowie. Ten ksiądz mieszkał w klasztorze i był tu pochowany. Sądzę, że cały grób on mógł wybudować, a o. Adriana tylko przy nim pochowano? (…) Obok pobudowałem grób dla o. Maurycego Przybyłowskiego (b. prowincjała). Budowałem go z murarzem, no i ja też kamienie ukradłem z rzeki Grodarz, a plan poddał Jerzy Zawieyski (pisarz), u nas często mieszkał. Jest tam miejsce i dla mnie, jak Bóg da! (…) Nie wiem czy wybiorę się do Kazimierza, ale może….?! Tak kocham ten Kazimierz. Tabliczkę o. Gałuszkiewiczowi sam pisałem farbą czarną, a blaszkę taką znalazłem grobową.

Historyczne już zdjęcia grobu Ojca Gałuszewicza na kazimierskim cmentarzu 1996 r. , fot. J.Ogiński

Obecnie nie ma już tych grobów. Na ich miejscu znajduje się kwatera z okazałym grobowcem, do którego przeniesiono szczątki wszystkich wcześniej pochowanych zakonników, w tym o. A. Gałuszkiewicza (i prawdopodobnie księdza z Wilkowa). Miejsce wiecznego spoczynku znaleźli tam także ostatnio zmarli: o. Bonifacy Kotrys, o. Mikołaj Lechwar i o. Cyryl Mieczysław Plis.

Stanisław Dygat -impresja

Choć lektura do dla nas przede wszystkim przyjemność, podczas czytania książek poszukujemy także tropów kazimierskich. Trochę zapomniałam (a niesłusznie) o Marii Konwickiej i Byli sobie raz (Znak 2019). Książka jest smakowita i aż roi się w niej od ciekawostek. Opowieściom towarzyszą zdjęcia. To na nich wypatrzyliśmy charakterystyczne wapienne ściany patio Domu Architekta w Kazimierzu Dolnym. Sam budynek zasługuje na osobną notatkę. Bywali tu naprawdę wszyscy luminarze epoki. Był to jeden z pierwszych hoteli z prawdziwego zdarzenia, oferujący luksus w postaci łazienki z bieżącą wodą (a dla VIP-ów nawet z wanną). Przypomnijmy, budynek powstał w połowie lat 50. XX wieku ( czyli w czasach, w których nie wszyscy mieli jeszcze elektryczność).

Na wypatrzonych fotografiach dobrze bawią się ojciec Marii, pisarz Tadeusz Konwicki oraz niekwestionowany mentor ówczesnej sceny kulturalnej stolicy (również pisarza), Stanisław Dygat.

Stanisław Dygat, fotografia z książki M.Konwickiej „Byli sobie raz” Wydawnictwo Znak 2019.

O okolicznościach wykonania tych fotografii Konwicka pisze następująco: Staś Dygat uważał, że na złość reżimowi należało po prostu miło żyć. Kiedy pod koniec lat pięćdziesiątych spędzaliśmy wspólnie wakacje w Kazimierzu, w Domu Architekta, oddawał mi moja ulubioną przystawkę – jajko na twardo w majonezie, przyprószone lekko czerwoną papryką. Oddawał mi też desery. Byłam zachwycona, że jako jedyny z ojca znajomych traktował mnie poważnie i poświęcał mi tyle uwagi. A ojciec szydził, ze chociaż Dygat ciągle się odchudzał, gimnastykował i „wałkował jakimś importowanym gadżetem”, na spacerach odbywających się dla spalania kalorii chował się w krzaki, gdzie potrafił pochłonąć kilogram czekolady.

Nie wiem jak Państwo, ale ja potrafię zrozumieć obie pasje Stanisława Dygata. Smacznej lektury!

Tadeusz Konwicki na kolanach Stanisława Dygata, fotografia z książki M.Konwickiej „Byli sobie raz” Wydawnictwo Znak 2019.

Józef Czechowicz

monotonnie koń głowę unosi 

grzywa spływa raz po raz rytmem

koła koła 

zioła 

terkocze senne półżycie 

drożyną leśną łąkową 

dołem dołem 

polem 

 nad wieczorem o rżyska zawadza 

księżyc ciemny czerwony

wołam 

złoty kołacz

nic nie ma nawet snu tylko kół skrzyp 

mgława noc jawa rozlewna 

wołam kołacz złoty 

wołam koła dołem polem kołacz złoty 

(J. Czechowicz, Przez kresy)

Sądzę, że póki nie wyjdziemy z zaklętego koła paszportów i wiz, literatura nasza będzie musiała być prowincjonalna – nie w tym dobrym znaczeniu. Żeby dobrze oceniać, chwytać intencje pisarza, trzeba móc go do czegoś przymierzyć, odnieść jego twórczość do pisarstwa innych, nie tylko z najbliższego kręgu kulturowego. Nie można ograniczać się do porównań Nałkowskiej z Dąbrowską, Rudnickiego z Brandysem. Trzeba móc porównywać polskich pisarzy do Faulknera, do Baldwina do Mailera. To fragment wywiadu, jakiego w 1972 r. Maria Kuncewiczowa udzieliła Tygodnikowi Kulturalnemu. Jednocześnie, w tym samym wywiadzie pisarka zwróciła uwagę na walor prowincji – jako miejsca twórczych inspiracji: Flaubert był prowincjuszem i Stendhal i Faulkner byli prowincjuszami. Prowincja jest kopalnią wartości. Ludzie, którzy się formują w wielkomiejskich kawiarniach, nie mają tego zaplecza, jakie miał chociażby Leśmian.

Obydwie wypowiedzi zdają się idealnie opisywać poetę, Józefa Czechowicza. Aby odszukać w jego twórczości – wierszach i korespondencji – związków z Kazimierzem Dolnym nie trzeba wiele wysiłku lecz… czasu. Poeta uwielbiał pisać listy. Z zachowanej części możemy wnioskować, jak liczną rzeszę odbiorców miały te perełki epistolografii.

Roman Kramsztyk, Portret Józefa Czechowicza wikipedia.pl

Latem 1924 r. w liście do przyjaciela, poety i dziennikarza Wacława Gralewskiego Czechowicz pisał następująco: Na Wiśle jest najlepiej. I fala, i wiosła, i słońce, i wiatr. Całe cztery dni chodziłem boso i nago, krzyczałem pełną piersią, oddychałem zieloną Wisłą.

Pobyt Czechowicza w Miasteczku był również związany z malarzem, Janem Wydrą, z którym przyjaźnił się Czechowicz, a który w tym czasie mieszkał w Kazimierzu Dolnym.

Losy tych artystów łączy nie tylko Kazimierz.

Czechowicz i Wydra znali się od dziecka. Tak sugeruje fragment wiersza poety, Autoportret: ze snów dzieciństwa mnie wydarł z nudów książki szkolnej serdeczny jan wydra. Do tych wspomnień, wcale nie najszczęśliwszych i sytych Czechowicz powracał wielokrotnie:  Głodny i bosy chłopiec, biegnący po starych uliczkach miasta już wtedy garnął się do rysunku. Gdy nie było pod ręką kartki papieru rysował na ścianie izby konne wizerunki królów, o których słyszał w szkole, głowy ludzi z otoczenia, a matka niszczyła te pierwsze dzieła przy każdorazowym bieleniu izby. […] Słońce zachodzi czerwono. Kiedyś oglądałem zupełnie taki sam zachód z Jaszkiem [Jan Wydra]. Włóczyliśmy się wówczas po łąkach Czechówki lubelskiej z tomem Hymnów Kasprowicza. Inny był wtedy mój świat.

J. Czechowicz fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Korespondencja Wydry i Czechowicza nie przetrwała próby czasu. Postać Wydry pojawia się natomiast niejednokrotnie w listach do innych znajomych Czechowicza. Poeta troszczy się o swojego przyjaciela. W kolejnym liście do W. Gralewskiego z 19 sierpnia 1925 r. wspominał: Odwiedziłem niedawno Wydrę w Kazimierzu. Miałem mnóstwo emocyj na kostiumowej zabawie w ruinach zamku. Wystarczy, gdy Cię objaśnię, że część towarzystwa była ubrana tylko w muszle nanizane na sznurki. A la wiślane rusałki. Dodajmy też kolejny fragment z listu do prawnika i mecenasa Wydry, Kazimierza Miernikowskiego z 7 czerwca 1929 r.: Pisał do mnie Wydra. Może byśmy tak, po moim powrocie do Lublina odwiedzili „Łopuszankę” wspólnie w jakąś niedzielę ? O „Łopuszance” i przyjaźni z właścicielką tej kazimierskiej willi, Heleną Łopuską pisaliśmy już na naszym blogu.

Kartka z notesu J.Czechowicza fot. Kalendarz Czechowicza FB

 Czechowicz czuwał  nad Janem Wydrą – szukał kupców na jego obrazy, wspierał finansowo.

Do legendy przeszedł zwłaszcza jeden z obrazów, namalowanych przez Wydrę wspominanemu już Wacławowi Gralewskiemu. Osobliwością było to, że Wydra był znakomitym medium – wspominał Gralewski – brał udział w wielu moich eksperymentach i portret zrobił w transie. Wystarczyło mu kilka godzin. Tematycznie wizerunek stanowił koncepcję wydobytą z podświadomości. Na płótnie widniała realistycznie namalowana głowa z poszerzonymi znacznie oczami. Była to głowa człowieka idącego przez ciemność i ogromną burzę. Na falach jakby wielkiego huraganu lecą całe stada upiorów i potworów. Z ócz człowieka tryskają smugi światła – usta mocno zaciśnięte wskazują na zacięcie i upór. Gdzieś tam w oddali, w głębinie potwornej nocy jest cel, do którego on uparcie dąży. Można by w tym obrazie znaleźć alegorię i jakby przeczucie późniejszych czasów. Janek po przebudzeniu był bardzo zafrapowany pomysłem i wykonaniem. Uważał, że wykonanie było dobre. Trzymał przez pewien czas portret w domu, ale matka, z którą mieszkał, kategorycznie zażądała usunięcia go. Podobno portret straszył, szczególnie w nocy… Zabrałem go więc do siebie, a następnie umieściłem w redakcji. Ale z kolei Czechowicz oświadczył, że źle na niego oddziałuje i uniemożliwia mu pracę. Obraz zwracał powszechną uwagę, a na wrażliwych działał deprymująco i wydobywał z ich piersi okrzyki. Stał się sui genesis „portretem Doriana Graya”. Wreszcie tak się złożyło, że został zniszczony (do pewnego stopnia za moją aprobatą). Wydra bolał nad tym, a Czechowicz uznał, że była to w pewnym sensie żywa istota i że dokonane zostało morderstwo…

Swoja przyjaźń z Janem Wydrą Czechowicz utrwalił w dramacie Wskrzeszenie Łazarza, którego akcja toczy się w Kazimierzu Dolnym. Taki tytuł nosi ostatnie działo o tematyce religijnej, stworzone przez malarza. Głównymi bohaterami widowiska są malarz, Jan (Jan Wydra), Maria (Żona Wydry, Maria z Maćkowskich) i poeta Henryk (drugie imię Józefa Czechowicza). Pojawiają się tu również mieszkańcy Kazimierza: Szymon, Jasiulina, Bronek, Majster, Majstrowa. Tytułowe Wskrzeszenie ma być opus magnum artysty:

Jan: Śniło mi się raz, że maluję taki właśnie obraz. I że jeśli go namaluję, będę zdrów i choroba nie wróci. Zmartwychwstanę jak Łazarz. Nie śmiej się, uwierzyłem w sen, jak dawno już w nic nie wierzyłem. Zacząłem malować, ale jakoś i to nie idzie.

Tekst dramatu, jak również inna jednoaktówka, tocząca się w Kazimierzu Dolnym, zatytułowana Czasu jutrzejszego, której bohaterem był Wydra,  były drukowane w czasopiśmie Pion, w roku 1937.

Fotografia J. Czechowicza wikipedia.pl

Po śmierci Jana Wydry (zm. 1937 r.) Czechowicz pisał do poety i krytyka literackiego Stanisława Czernika: Umarł mi w przewodnią niedzielę towarzysz dzieciństwa i najserdeczniejszy przyjaciel, malarz z Bractwa św. Łukasza.

Kazimierz Dolny, ale także Krasnystaw, Puławy, Zamość ale także Słobódka, Wilno czy Włodzimierz Wołyński ukształtowały wrażliwość poetycką Czechowicza. Wrażliwość i umiejętność opisywania prowincji przez poetę łączą jego twórczość z innym mistrzem – Edwardem Hartwigiem. Fotograf zapamiętał Czechowicza tak: Byłem zaprzyjaźniony z Józefem Czechowiczem. Pamiętam go jako skromnego, bardzo sympatycznego człowieka. Cichutko mówił, wolno chodził. Przyszedł kiedyś do pracowni na pogawędkę. Trzymał w ręku aparat fotograficzny dając znak, że mamy podobne zainteresowania. Często rozmawialiśmy o Lublinie, o jego zaniedbanych, biednych przedmieściach. Wielokrotnie przemierzałem i fotografowałem te rejony miasta. To są właśnie zaułki, torfowiska, wierzby. Fotografie bardzo proste, ale bardzo polskie pejzaże. Pokazywałem Czechowiczowi moje prace. Oglądał i zamyślał się długo nad nimi. To był przede wszystkim bardzo uroczy i skromny człowiek. Przychodził do mojej pracowni, gdzie lubił sobie posiedzieć. Nigdy się nigdzie nie śpieszył.

J. Czechowicz, Spichlerz Feuersteina w Kazimierzu Dolnym, 1934 fot. ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Powyższy tekst nie powstałby gdyby nie czasopismo Scriptores, przygotowywane przez pracowników lubelskiego Ośrodka Brama Grodzka Teatr NN. Cytatów z listów J. Czechowicza nie byłoby, gdyby nie wybór tekstów, autorstwa prof. T. Kłaka.  Posługiwałam się wydaniem z 1977 r. Nawet książka może być świadkiem historii. W tej znalazły się m.in. informacje o „wrogiej działalności na rzecz Ojczyzny” innego lubelskiego poety, Józefa Łobodowskiego. Po II wojnie światowej został na emigracji i pracował w sekcji polskiej Radia Madryt. Ale to już temat na zupełnie inną historię.

J. Czechowicz fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Maria Kuncewiczowa,  Czysty Józef

 Lublin literacki 1932-1982, red. W. Michalski, J. Zięba, Wydawnictwo Lubelskie, 1984

Tego dnia, kiedy Józef Czechowicz został we wrześniu 1939 r. przywalony murem zbombardowanego domu, byłam w Lublinie przejazdem. Jak mi się zdawało, do Pniówka pod Szczebrzeszynem, a jak się później okazało – do Łucka, Bukaresztu, Paryża, Londynu i dalej, dalej za morze, na zagraniczny szlak oporu przeciwko Hitlerowi. A więc 9 września 1939 r. byłam w Lublinie. Ślad tego pobytu utrwaliłam w książce Klucze, którą Anglicy nazwali podróżą przez Europę w ogniu.

O śmierci Czechowicza dowiedziałam się dużo później, dopiero chyba po wojnie. I oto los zrządził, że w roku bodaj 1969 w cyklu wykładów o współczesnej literaturze polskiej przyszło mi mówić o poecie Czechowiczu do studentów amerykańskich w Chicago. Nigdy nie udawałam profesora z prawdziwego zdarzenia. Na wykłady byłam proszona jako pisarz, czytelnik i kolega, pisarzy, nie zaś naukowiec. Dlatego chcąc udzielić słuchaczom rzeczowych informacji, musiałam się posługiwać raczej dziełami fachowych historyków i krytyków literatury niż rezultatem własnych badań. W wypadku Czechowicza opierałam się głównie na Kazimierzu Wyce. Moim osobistym wkładem była moja wrażliwość pisarska, bezpośredni odbiór tych wierszy, własny komentarz, zabarwienie emocjonalne, no i last but not least… tłumaczenie na angielski wybranych dla przykładu poezji. Wykłady przygotowywałam naginając relacje do odrębnych właściwości psychicznych, a także innego zakresu wiadomości amerykańskiego studenta. Jeżeli się zdecydowałam powtórzyć państwu w tłumaczeniu na polski ten mój chicagowski wykład sprzed sześciu czy ośmiu lat tutaj w Lublinie, to właśnie dlatego, że jak już wspomniałam, kąt widzenia nadany tematowi jest ze względu na specyficzne okoliczności trochę różny. Przy czym zaznaczam, że wykład jest daleko posuniętą pozycją w długiej serii i studenci zostali już uprzednio wprowadzeni w epokę. A zatem mówiłam tak: Stosunkowo niedawno wydano w Lublinie w Polsce centralnej tomik pt. Fraszki, zbiór wierszy pośmiertnych. Autor, jeden z najlepszych okresu międzywojennego, Józef Czechowicz, zmarł w roku 1939, ale dotąd podziwiany jest przez czytelników i krytyków polskich. Urodził się w 1903 r. w mieście prowincjonalnym i był za życia postacią kontrowersyjną zarówno w swojej prowincji, jak w Warszawie, dokąd się przeniósł pod koniec lat dwudziestych. Krytycy, którzy jak Ignacy Fik czy Ludwik Fryde, chwalili jego liryki, kładli szczególny nacisk na czystość tej poezji. Stąd też w jednej z fraszek Czechowicz nazywa siebie ironicznie „czysty Józef”. On sam nie znosił nalepek na swojej twórczości. W przedmowie do jednego ze zbiorów przedwojennych napisał mniej więcej tak: „esencją mojej poezji jest to, co widzę, ale moja wizja oparta jest skądinąd na żywiole niewidzialnym i niemuzykalnym. Co zaś do kwestii, skąd się bierze pierwszy pomysł wiersza i jak on urasta w dzieło sztuki, mogę tylko odpowiedzieć, że moje pomysły pochodzą z mego życia, pochodzą z faktu, że jestem człowiekiem. I moje życie nie zależy od moich wierszy”. Po ogłoszeniu fraszek krytyk Arnold Słucki zastanawiał się, jak to jest możliwe, żeby poeta dwudziestolecia, którego nazywano katastrofistą, niemal geniuszem liryki czarnej, mógł napisać strofy humorystyczne tak zabawne. Po czym – wnioskuje – prawdopodobnie w tych beztroskich zwrotkach Czechowicz odsłania nam teraz swoją drugą naturę. Czymże więc była jego pierwsza natura? Natura katastrofisty? Wydawać się może, że sposób, w jaki umarł, usprawiedliwia wcześniejsze przeczucia tragedii tak wyraźne w jego wierszach. Nie odebrał sobie życia jak Witkiewicz czy Lechoń i nie poległ jak żołnierz. W dniu, kiedy rząd polski pod obstrzałem Luftwaffe udawał się na wygnanie, Czechowicz zginął na ulicy przygnieciony murem. Przypadek. Ale poeta przeżył całe życie w oczekiwaniu takiego właśnie przypadku, sugeruje Kazimierz Wyka.

Pierwszy tom poezji wyszedł w 1927 r. pt. Kamień, następny – dzień jak co dzień – w 1930 r. i wyznaczyły one natychmiast autorowi miejsce w szeregach awangardy. Były tak różne od stylu Skamandra! Tę różnicę Czechowicz dzielił ze wszystkimi pisarzami awangardy, a polegała ona na sformułowaniu, które podał w 1936 r.: „Sztuka pisarska za punkt honoru mieć winna nie ilość pięknych wyrażeń, ale ich celność i rozmieszczenie”. Przez to rozumiał, że materia poetycka winna być kondensowana bez uwagi na jej melodyjność, że obrazowania muszą być kontrolowane przez intelekt, że uczucie należy przekładać nad wizję, zamiast je przekazywać środkami liryki bezpośredniej. Ale i wśród awangardy miejsce Czechowicza było osobne. Szczególnie w latach trzydziestych, kiedy wpływ Peipera i Przybosia nieco osłabł, Czechowicz wyrósł na przywódcę młodego pokolenia w rezultacie dwóch ściśle osobistych skłonności – zamiłowania w życiu wiejskim i niemelodyjności zamysłu muzycznego. Treścią awangardy było wówczas miasto. Ono dyktowało ich program artystyczny. Urbanizm, technologia, masy – to były bóstwa. Analogia między budową maszyny i budową wiersza nastręczała się sama. Także zobowiązywał funkcjonalizm architektury współczesnej. Ukryty prąd przemian społecznych zasilał zarówno formę, jak i treść sztuki awangardowej. Czy pamiętacie Juliana Przybosia? Przyboś także był człowiekiem wsi, ale fascynowało go miasto. I pasterskie metafory służyły mu do wyrafinowanych konstrukcji urbanistycznych. Dla Czechowicza natomiast sprawy sielskie były treścią samą w sobie. Żywił się polskim pejzażem, atmosferą prowincji, liryczną scenerią. Wszystkie te emocjonalne pierwiastki filtrował przez umysłowość na wskroś współczesną, daleką od łatwego sentymentu i klisz intelektualnych. We wczesnych swoich wierszach jeszcze próbował ogólnie przyjętych przez awangardę chwytów kosmopolitycznych jak np. w Inwokacji

Przez pincenez widać w błękicie żonglowanie z rzadka piłka upada na tenisowy kort ręce ciągle zajęte planet podbijaniem w pikowej bluzce córka komunisty w jedwabnej koszuli lord dysonansowy dystych Pozwolę sobie przytoczyć to po angielsku. Nie dlatego, żebym myślała, że coś dodałam do treści tak bardzo wymownej, samowystarczalnej; pozwolę sobie jeszcze w dalszym ciągu przytoczyć kilka innych tłumaczeń nie po to, żeby wykazać dokładność przekładu, bo wiem, że angielski nie jest językiem powszechnie znanym w Polsce i zaledwie mała cząstka dzisiejszej publiczności zna ten język… ale zgadzam się ze zdaniem Jamesa Joyce’a, które sformułował w książce Finnegars Wake, niedawno podobno przetłumaczonej na polski, co jest dla mnie rzeczą nie do pojęcia. (Jak można było ten utwór napisany jakimś surrealistycznym idiomem, czyli mieszaniną wszystkich języków, istną wieżę Babel filologii współczesnej – przetłumaczyć na jeden określony język?). Otóż zdaniem Joyce’a poezja, jeżeli naprawdę jest poezją, jest także magią i właściwie nie jest to konieczne, żeby rozumieć słowa, jakimi magia się wyraża. Dźwięk, rytm, jakieś skojarzenia nieoczekiwane, może zupełnie filologicznie nieuzasadnione, jednakże coś dają słuchaczowi.

Więc np. ta strofa Inwokacji po angielsku: Through eye-glasses one can see the juggling in the Sky now and then the ball hits the tennis court hands skip on tossing up planets a communist’s daughter in a pique blouse and a young lord in a silken shirt a dissonant distich Pincenez, tenis, córka komunisty, lord w jedwabnej koszuli – oto nieco naiwny aspekt szerokiego świata, mimo wszystko efektowny. Natomiast, kiedy Czechowicz patrzy na miasteczko, jego widzenie pozostaje sielskie:

 za jabłonkowym wieńcem kościół podnosi wieżyce wspina się białym źrebięciem w niepokoju że nie może się srebrem nasycić księżycowego wodopoju tearing the garlands of apple blossom the church raizes its turrets climbs like a white foal restless because the silver waters of the moon do not quench its thirst because the silver waters of the moon do not quench its thirst

Szybko porzucił konwencję krakowskiej awangardy; jego opanowanie liryki, jak również absolutne utożsamienie się z naturą i wsią, odsunęły go od współczesnych, przybliżając raczej do Leśmiana samotnika, dwa razy starszego od niego człowieka, symbolisty. W swoich utworach Czechowicz osiągnął znakomitą równowagę między współczesną poetyką a niemal mitologicznym ubóstwieniem wsi. Osiągnął to za pomocą przekładania liryzmu na wartości malarskie, np. Westchnienie:

 którem nieraz w księżyca pobiałach przemierzał urocze miasteczko Włodzimierzu pod perłowym stepem nieba kiedy noc majowa ogrom cerkwi płynął w drzewach gwiazdy stały w rowach parowozy gdzieś za stacją oddychały długo powiew niósł to i akacją pachniało nad rzeczką nad ługą cień dzwonnicy na ogrodzie wskazał krzak słowiczy wołynieje coraz słodziej pianie okolicy o miasteczko Tutaj spotykamy neologizmy właśnie a la Leśmian, w rodzaju „stodoła się stodoliła”, a więc „krzak słowiczy wołynieje coraz słodziej”. where I so often paced the moon’s pallid trails sweet little town Włodzimierz under the pearly steppe of the skies when it was May and night the huge cerkov floated among trees stars stood in the diches engines somewhere beyond the station breathed heavily wind carried it all and acacias smelled on the river over the Ług the shadow of a belfry poited to o garden and a nightingale bush sang ever sweeter oh, wołyń oh, little town

Tutaj treść liryczna jest tak gęsta, że stwarza sobie własną ramę formalną. Odpada retoryka i wszelka idea przewodnia. Niepotrzebne są upiększenia. Poeta pozostając sobą, czyli „szlachetnym dzikusem”, jak mówią Anglicy, zdołał przekroczyć miasto i zwyciężyć je swoim współczuciem.

W poemacie Wigilia, który jest parafrazą popularnej kolędy uświetnionej przez Chopina w jednym z mazurków Czechowicz mówi:

 lulajże Jezuniu lulajże lulaj ty nigdy nie będziesz chodził o kulach ach ślepi ach głodni nakryci gazetą po bramach śpią ludzie centurie chór im słońcem stajenki jest asfalt i beton z ciał można ułożyć piękny wzór lulajże człowieku lulajże lulaj ulubione pieścidełko samotności sleep baby Jesus sleep you will never walk on crutches oh blind oh hungry covered with newspapers under city portals sleep people centuries a choir to them asfalt and concrete are hay of the stable a beautiful pattern can to made of bodies sleep man sleep well beloved darling of loneliness.

Inną szczególną cechą Czechowicza jest nieśpiewna muzyczność. W czasie kiedy debiutował, poetyka dnia rozpadała się na dwa prądy pozornie sprzeczne. Po jednej stronie z koncepcji rytmicznej Skamandrytów wynikały znakomite osiągnięcia. Wiersze sylabotoniczne często połączone z rytmem łamanym, to znów rytm przełożony całkowicie na akcenty. Niemal hipnotyczne strofy Tuwima. Niesłychanie efektywne jamby Broniewskiego – to urzekało pomniejszych poetów. Ale rezultaty naśladowców nie były udane i po roku 1930 coraz słabsze. Po stronie przeciwnej srożył się fanatyczny krytycyzm i panowała działalność awangardy z jej absolutnym potępieniem rytmów tradycjonalnych, strofy i frazy poetyckiej. Ulubionym szyderstwem były słowa „katarynka” i „kataryniarz”. Tadeusz Peiper wprowadził umyślnie wydłużone zdania bez osi rytmicznej. Przyboś głosił zdania krótkie kończące się wraz z zanikiem obrazu. Zdania, których wyłączną osią była intonacja i metafora. Obaj poeci usiłowali wykluczyć element muzyczny. To, co w końcu osiągnęli, było nie tylko eliminacją banalnej melodyjności, ale i usunięciem zróżnicowanych ruchomych rytmów. Czechowicz doskonale zdawał sobie sprawę z tych problemów. Trudno powiedzieć, czy odpowiedział własną teorią i jaka ta teoria była, jeżeli była. W każdym razie główny rys jego dzieła szybko się ujawnił: muzyczność. Jak to osiągnął? Przez inwokację i niemal rytualne zawodzenia. Przez łamane słowa, w półdźwięku przesuwanie rytmu, zmiany metryczne; przez subtelną grę między wierszem wolnym a regularnym, odległe asonanse itp. Ale wszystko to, nawet jeżeli to był premedytowany system, brzmi niesłychanie naturalnie, wygląda na oczywisty a zarazem nieuchwytny proces biologiczny. Źródła tonalne Czechowicza nie zdają się wynikać z fonicznej warstwy jego poezji, pochodzą z większej głębi, z obrazów. Wydaje się więc, że rytmy dyktowane są nie tyle przez foniczne właściwości słów, ile przez sens obrazów. To bardzo interesująca sprawa, związana z tajemnicą, dlaczego rytm jest smutny, uroczysty czy wesoły. Czy jest taki a nie inny z powodu tego, jak brzmi, czy z powodu tego, co znaczy, co opisuje. Czy rytm jest rzeczą samą w sobie, czy też narzędziem, którego poeta używa dla stworzenia wizji. Ponieważ pierwsza awangarda odrzuciła rytmy tradycjonalne, ciężar gatunkowy przeniósł się na obrazowanie i na sposoby tropiczne. Stąd przeładowanie opisowością, krajobrazem, elementami statycznymi. Pod tym względem Czechowicz był istotnym członkiem awangardy. Jednak z pewnym zastrzeżeniem. Surowiec jego obrazowania pogrążony został w muzyce irracjonalnej, która – jak w poezji Leśmiana – zmienia przedmioty materialne w coś innego – w przedmioty mitologiczne. Poeta na przykład rzuca kawał drewna do rzeki, i to drewno zanurza się w żywioł mitologiczny. Czy pamiętacie w wierszu Leśmiana tę kulę drewnianą człowieka kulawego, która uwolniona od swego pana, nareszcie wolna, pływa po powierzchni wody? W rytmie jej pływania ukrywa się muzyka pochodząca z obrazu, nie z dźwięku. To samo powtarza się ciągle w poezji Czechowicza. Tak więc Czechowicz wyszedł z awangardy. Obrał w końcu własną drogę. Czy zaprowadziła go ona naprzód czy wstecz, trudno powiedzieć. Jak obraz może podyktować rytm wiersza, możemy obserwować w poemaciku, który jest opisem małego miasteczka, Zamościa. (Tu następuje komentarz dla państwa zbędny, ale przytaczam wszystko tak, jak idzie, bo musiałam ten Zamość studentom amerykańskim objaśnić. A więc:) Zamość jest pięknym zabytkiem historycznym; zbudowany w XVI w. w stylu renesansowym przez męża stanu i magnata, Jana Zamoyskiego – człowieka, którego prywatna aura i minione glorie dotąd przesycają mury i atmosferę miejsca. Zachował się obszerny rynek z ratuszem pośrodku. Istnieją wały obronne, grube ściany, jak w czasie, kiedy miasteczko było fortecą. Są kościoły, strome dachy, a naokoło równe, faliste pola pszeniczne i żytnie. Miasto wydaje się wyspą, albo może gniazdem ogromnego ptaka usłanym płasko na ziemi, jak to jest we zwyczaju niektórych ptaków drapieżnych. (Tu przeczytałam im odnośny wiersz po polsku, a teraz przeczytam, jak to brzmi po angielsku):

 w ciemności przegonny powiew na dachach strzelistych jak pacierz noc czarną jamą niewidzialni trzepocą orlowie zamość zamość rynek to staw kamienny z ratusza przystanią kolumn kroki senne dalekie rano w ciemności ukosy kortyn blanki skarpy bramy czarnym się fortem zamość w ziemię wszarpał amen In darkness a quickening breeze over roofs soaring like prayers and night like a black cave invisible eagles flutter Zamość Zamość the square is a lake of stone with the town hall a harbor columns walk sleepily the morning is far dark curtains aslant battlements, buttresses gates the black fortress digs deep into the earth amen

Jak większość poetów współczesnych, Czechowicz nie lubi dużych liter, nie lubi przestankowania. Skoro jego mowa jest tak zwięzła, poeta pragnie stworzyć rytmiczną więź między wersami, coś w rodzaju echa, które powtarza głos. Gdyby były przerwy i kropki, materia muzyczna uległaby rozdarciu. Tu przypomnę wam jeszcze jednego pisarza, którego już znacie, autora Nietoty, symbolistę Tadeusza Micińskiego. Przedstawiłam go jako prozaika, ale był on nade wszystko poetą, co staje się oczywiste przy analizie jego prozy. Pamiętacie jego panteizm, jego obsesjonalne zwroty ku wschodniej mitologii, jego pasję do słowiańskiej prehistorii, jego zamiłowanie w bogatej ornamentyce, jego fantastyczną wyobraźnię? Zgadzam się z Kazimierzem Wyką, kiedy wskazuje na pokrewieństwo Czechowicza nie tylko z Leśmianem, ale i z Micińskim. Czechowicz sam powiedział: poezja jest snem na jawie. Szczęśliwy ten pisarz, który wie, jak utrwalać swoje sny i dzielić je z innymi. Wyobraźnia liryczna Czechowicza jest rzeczywiście fantastycznie bogata. Poeta nie boi się najdalszych nawet skojarzeń oryginalnych i surrealistycznych. W poemacie Orland szalony z cyklu W mroku gwiazd Miciński wspomina malachity aromatycznych sosen i płynne szlaki turkusowego oceanu. Podobny egzotyzm słowny spotykamy u Czechowicza, kiedy np. mówi: „Przywołuję procesję królów w szatach z różowego złota, nad falistą powierzchnią wielkich jezior przekłuwam złotem ich złote szaty”. Jest to wizja raczej barokowa. Ten gatunek wyobraźni często prowadzi do pustosłowia i groteski, ale Czechowicza nie można nazwać poetą barokowym po prostu dla jego platonicznie zwięzłego stylu. Np. prowincja noc

noc to koło w ciszy niebieskiej wełnie wilno kościelne śpi białe jak gołąb night is a circle in the blue wool of stillness Wilno with its churches sleeps white like a pigeon

 Albo przez kresy:

 monotonnie koń głowę unosi grzywa spada raz po raz rytmem koła koła zioła terkocze senne półżycie drożyną leśną łąkową dołem dołem polem

monotonously the horse raises its head time after time the mane flows down under the wheels the weeds dreamy half life rattles away through woods and grasses down down into the fields

 Ten styl lakoniczny daje efekty rzeźbiarskie. Jest statyczny, sprowadzony do werbalnego minimum. Jednak Czechowicz nie był intelektualistą, więc jego zwięzłość nie prowadziła nigdy do sformułowań aforystycznych. Nawet kiedy podejmował tematy historyczne czy filozoficzne. To, co chciał osiągnąć, to była uczuciowo-wizualna kondensacja. W ciągu 15-letniej kariery literackiej wydał zaledwie 6 tomików poezji, w sumie około 130 wierszy, z których co najmniej 20 pozostanie w historii literatury polskiej jako jej szczytowe osiągnięcia. Taka przynajmniej była opinia krytyków i historyków w ćwierć wieku po jego śmierci. Każda prawdziwa poezja ma jakąś moralną i filozoficzną zawartość. Stosunek Czechowicza do życia jest pesymistyczny. Jeszcze jeden powód do osamotnienia w szeregach awangardy, która była krańcowo optymistyczna, naiwnie olśniona technologią, uznająca wiarę w potęgę maszyn i jej funkcjonowanie niezależne od człowieka. Ich poezja była zatem dynamiczna i ekscentryczna, podczas gdy nastrój Czechowicza jest wiernością, zadumą i egocentryzmem. Nawet w najbardziej efektownych osiągnięciach technologii Czechowicz nie przestaje widzieć tajemniczego dna przyrody, jej strasznej egzotyki, zawsze gotowej do wybuchu i zniszczenia dzieł ludzkich. Przykładem jest wiersz Dno. Jest to dno łodzi podwodnej, i poeta sugeruje, że pod nim leży Atlantyda. Czarno-czerwona jak karty, a jak port pełna blasku. Pesymizm Czechowicza wszelako nie zawiera w sobie nut rozpaczy. Przypomina raczej zafascynowanie Iwaszkiewicza śmiercią, jako jeszcze jednym doznaniem zmysłów. Pesymiści zwykle są ludźmi religijnymi. Nie dowierzając człowiekowi, muszą wierzyć w Boga. Podług nich, w poezji Czechowicza można znaleźć wiele akcentów religijnych, takich jak np. „ten, którego wzywam tak rzadko, o Panie Bolesny, skryty w firmamentu konchach”. Dla Wyki to brzmi agnostycznie. Dla mnie tylko niekonwencjonalnie. Przecież komentarz liryczny do wiary jest rzeczą prywatną i w każdym wypadku inną, stosownie do cech przyrodzonych poszczególnych ludzi. „Wiemy, że pod kwiatami nie ma dna, wiemy to, wiemy” – powiada Czechowicz. Nieprzejrzystość, nieprzenikalność świata smuci go, ale godzi się on na tajemnice, a taka postawa wyraża zmysł metafizyczny, który jest korzeniem wszelkich religii.

chodziła Maria Panna między gwiazdami chłodziła Maria Panna dusz cierpiących upalenie a ja w gromie stoję północy się boję po co wam przebywać ze śpiącymi i ze snami nie męczcie odfruńcie dokąd chcecie kruki wilcy niedźwiedziowie jelenie amen oczyść nas ktokolwiek jesteś wszędzie odfruńcie od nas dzieła ludzkie i zwierzęce po to klęczymy leżąc na słomie jak martwi od niezliczonych lat

To na pewno nie jest wyznanie wiary w Boga osobowego, jak uczy katechizm, ale na pewno też akt wiary w coś czy kogoś nadprzyrodzonego, zdolnego do oczyszczenia człowieka i wyniesienia go na wyższy stopień bytu. Ponad czyny ludzkie i zwierzęce. Zwróćmy też uwagę na sakralne słowo, „amen”, powtarzające się w utworach poety. Czy to nie jest zgoda, aby się tak stało, jak Bóg postanowił? W połowie lat trzydziestych zbliżanie się wielkiej katastrofy ciążyło młodym i w chwilach pesymizmu zwracali się do Czechowicza, oczekując od niego natchnień czy idei broniących przed rozpaczą. Otaczająca rzeczywistość nie nastręczała pociechy. Duch monachijski przenikał Europę i zabarwiał także na pół faszystowski reżim w Polsce.

Po śmierci Piłsudskiego, którego prestiż i atrakcyjna osobowość ratowały sytuację polityczno-społeczną w Polsce, źródła siły moralnej zdawały się wysychać. Kapitalizm w kraju mało uprzemysłowionym nie ofiarowywał bodźców gospodarczych, a nie każdy był obdarzony błogosławieństwem prostej wiary religijnej. Czechowiczowski kult wizji artystycznej wyższej ponad rzeczywistość przynosił chwilową ulgę. Czechowicz pisze: „Gdy ucisk tego, co popularnie nazywamy nie ja, non ego, parł w wiekach średnich na człowieka z potworną mocą, duch jego dźwigał się dla wyżyn niebywałych i z fantazjotwórstwa powstawały katedry, witraże, kompozycje muzyczne i poematy wspanialsze niż kiedykolwiek. Dzisiejszy napór barbarzyństwa życia gromadnego stwarza podobne warunki”. Taka była diagnoza poety w latach poprzedzających drugą wojnę światową i wywołany przez nią napór barbarzyństwa gromadnego o ileż sroższy niż to, co on obserwował przed wojną. Nie pozostaje nam nic innego, mówił, jak znowu zwrócić się ku sztuce jako kategorii życia wysublimowanego przez wizje jednostek. Zbieg okoliczności, wywodzi dalej Czechowicz, zestawiający walkę o czystość sztuki z zanikiem sumienia chrześcijańskiego w naszych czasach stwarza sytuację tragiczną. A przecież te zjawiska nie są przeciwstawne. Wierność sztuce nie musi niszczyć sumienia. Poeta nie wypowiada się jednak bezpośrednio w sprawie moralności chrześcijańskiej, co skłania Wykę do traktowania go jako agnostyka. Ale dla mnie dzisiaj, w perspektywie lat, które dzielą nas od śmierci Czechowicza, Czysty Józef wydaje się w poezji przedstawicielem tak zwanego pesymizmu religijnego. Poetą zakochanym w życiu mimo pełnej świadomości kalectw i tajemnic doczesnego bytu. Taką świadomość nazywamy pesymizmem w odróżnieniu do naiwnej afirmacji, ale nie jest to przecież pesymizm dla pisarza obdarzonego zmysłem metafizycznym. Nie jest to pesymizm rozpaczy, polegający na krótkiej perspektywie, na przekonaniu, że razem z rozpadem ciała kończy się czas jednostki, że ciało i duch to jedno, a świat dostępny zmysłom jest światem jedynym. Czysty Józef w swojej poezji ma zbyt wiele podwójnych den, zbyt wiele powiązań rzeczywistości z wyobraźnią, zbyt wiele pragnienia czystego piękna, żeby można było mu odmówić wiary w wartości religijne.

Fragment rękopisu wiersza prowincja noc J.Czechowicza fot. Kalendarz Czechowicza FB

Agnieszka Osiecka

Tekst o Agnieszce Osieckiej chodził nam po głowie już od dawna. Bynajmniej, nie z powodu nadmiaru książek o poetce, skupiających się bardziej na plotce i sensacji, aniżeli fenomenie pisarskim, z jakim niewątpliwie mamy do czynienia.

Być może biografii Osieckiej jest tyle, bo grono jej znajomych było liczne, a  jakość tych znajomości  była ogromnie intensywna. Efekt – praktycznie każdy znajomy Osieckiej ma monopol na odkrywanie prawd ostatecznych o Poetce. Ze szkodą dla niej samej.

Agnieszka Osiecka w Kazimierzu Dolnym, tę fotografię wypatrzyliśmy w filmie Andrzeja Titkowa „Piękny, dwudziestoletni”.

Nie ukrywamy, lubimy czytać pamiętniki i biografie. Nawet w tych pisanych z pretensjami można znaleźć jedno interesujące zdanie. Ostatnio wpadła nam w ręce książka o środowisku warszawskich literatów. Jeśli uda się Państwu przebrnąć przez gąszcz ploteczek i nie zrazić antysemickimi uwagami, w nagrodę Czytelnik otrzymuje takie oto opowiadanie: Herbatki i przyjęcia imieninowe urządzała Maria Kuncewiczowa przy placu Trzech Krzyży 8, gdzie przychodziły tłumy. W grudniu 1928 roku u Marii Kuncewiczowej gościło 60 osób. Mieszkanie (…) było zatłoczone i pełne hałasu. Jak zanotowała Maria Dąbrowska, na przyjęciu grał ślepy grajek. To nie koniec sensacji, Dąbrowska z Zofią Nałkowską próbowały porozmawiać przekrzykując gwar imprezy. Bezskutecznie, tym bardziej że prawdziwa bomba miała dopiero nastąpić. Kozetka, na której przysiadły pisarki nagle się załamała i panie spadły na podłogę. Tu polew dla wyobraźni, bo doprawdy trudno byłoby opisać miny literackiego Parnasu, który sięgnął dna… no może bezpieczniej – podłogi. Jest jeszcze w tej książce inne smacznie zdanie – zostawimy je sobie na inną okazję. Bo przecież miało być o Osieckiej.

Bardzo bym chciała, aby jej rzetelną biografię napisała na przykład Magdalena Grzebałkowska. Życiorys pisarki aż prosi się o obiektywne i chłodne (z pozoru) oko. Dystans pozwoliłby z pewnością uniknąć sensacyjek, a dałby szanse zgłębić materię, która inspirowała  i raniła Osiecką najbardziej – jej własne życie.

Możliwość bliskiego poznania poetki stwarzają jej dzienniki. Są wydawane sukcesywnie i nie możemy się już doczekać kolejnych tomów. Nie chodzi jedynie o obyczajowość Polski 2 połowy lat 50. XX wieku, ale pierwsze wpisy związane z Kazimierzem Dolnym.

Wisła, fot. P. Makowski

Wnikliwi Czytelnicy naszego bloga wiedzą, że Miasteczko odkrył dla Osieckiej Marek Hłasko. Sentyment do Kazimierza przetrwał dłużej niż związek Poetki z polskim Jamesem Deanem. Żeby sprawiedliwości stało się zadość nadmieńmy, że Kazimierz to jedno z wielu miasteczek, które Osiecka wspominała z sentymentem. A skoro nie ma jeszcze Dzienników z Kazimierzem w tle, sięgnijmy po inną książkę – Na początku był negatyw. W rozdziale „Miasta magiczne” Osiecka pisze m.in. Miejsca-bajeczki, miejsca-świątynki, miejsca-karuzele. Ludność w tych miejscach dzieli się na miejscową i na „stonkę”, a „stonka” charakteryzuje się tym, że na wakacjach nie ma żadnych poważniejszych przeżyć. To przecież gdzieś tam, w domu, czyha na nas choroba, śmierć najbliższych, wezwania na komendę, pęknięte rury i zepsuty telefon. Na wakacjach, prócz miłości, nic wielkiego zdarzyć się nie może. (…) Miejscowości tedy dzielą się na wakacyjne i zwykłe. Która jest która – to kwestia umowy.


Wisła, fot. P. Makowski

Na innej z kolei stronie, pod fotografią uśmiechniętego brodacza w kucharskiej czapce widnieje taki oto dopisek: Maciej Sikorski, mój cioteczny brat, doktor matematyki. Jest topologiem (…) na północy Szwecji. Przez  większą część roku nic nie widać i nic nie słychać. Z tego powodu latem Maciek prowadzi małą szaszłykarnię w Kazimierzu. Wiemy, o które miejsce z całkiem niedawnej przeszłości Kazimierza chodzi?

Wśród tekstów poetyckich Agnieszki Osieckiej znalazł się także taki, który do okolic Kazimierza Dolnego pasuje, jak ulał.

Daruj nam, Wisło

Gdzie wiklinowych dróżek sto,
gdzie ślady ptasich nóg,
gdzie cienie łodzi,
gdzie ryba chodzi,
nas nie ma już.

Gdzie przebaczliwa cisza trwa,
gdzie księżycowy kurz,
gdzie rzeka chłodzi,
nie o nas chodzi,
nie o nas już.

Daruj nam szara Wisło,
że my już nie przy sobie.
Wspomnij nas dobra Wisło
dwoje serc, dusze obie.

Wspomnij nas dobra Wisło
dwoje serc, dusze obie.
Noc czarną wędką łowi tych,
co nie kochali dość.

To o nas chodzi,
to o nas chodzi
tu jak na złość.


Wisła, fot. P. Makowski

W oczekiwaniu na kolejne tomy dzienników Agnieszki Osieckiej namawiamy Państwa do poszukiwań: tekstów nieodkrytych, prozy, starych, zapomnianych piosenek, ot choćby takiego wiersza

Dziś,

Może wczoraj

W moich włosach zagnieździł się ptak.

Mówi tak;

Poczekaj

Wszystko wróci –

Ksiązki, mężczyźni,  zwierzęta,

Nawet mały niebieski ołówek.

Poczekaj.

Jeszcze trochę.



Wisła, fot. P. Makowski. Ci, którzy czytali „Na początku był negatyw” wiedzą, skąd się wzięli wędkarze:) Zarówno w kwestii Wisły, jak i Agnieszki Osieckiej nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa.

Julian Tuwim (oczyma Marii Kuncewiczowej)

Trawo, trawo do kolan!

Podnieś mi się do czoła. Żeby myślom nie było

Ani mnie, ani pola.

Żebym ja się uzielił,

Przeświecił do rdzenia kości,

I już się nie oddzielił

Słowami od twej świeżości.

Abym tobie i sobie

Jednym imieniem mówił:

Albo obojgu – trawa,

Albo obojgu – tuwim.

Początki tej znajomości nie były proste. Po udanym debiucie –Bursztynach, opublikowanych przez Marię Szczepańską w Pro Arte et Studio początkująca pisarka zaniosła do redakcji kolejne dziełko. Śmierć fiołka została odrzucona i – jak wspomina Kuncewiczowa – opatrzona złośliwymi komentarzami Juliana Tuwima. Porażka musiała być bolesna, bo poeta uchodził za niekwestionowany autorytet (z jego opiniami liczył się nawet Bolesław Leśmian).

Julian Tuwim, fot. Polona.pl

Drogi Kuncewiczowej i Tuwima krzyżowały się potem wielokrotnie. Pracowali dla Wydawnictwa Rój, pisząc teksty do Biblioteczki Historyczno-Geograficznej. Motto tego wydawnictwa jest warte przytoczenia: nie kłamać bawiąc i nie nudzić ucząc. Platformą spotkań były także Wiadomości Literackie oraz – mniej oficjalnie Restauracja Ziemiańska.

Z należytym respektem oglądałam idole warszawskich snobów intelektualnych lat trzydziestych – wspomina Kuncewiczowa w jednym z wywiadów z Heleną Zaworską- Tuwim z tą jego zabójczą myszką na policzku… podobno to znamię przyprawiało go o jakiś kompleks. Trudno w to uwierzyć. Wątpię, czy bez tej myszki mógł być piękniejszy, bo i tak był bardzo piękny. Tak właśnie wyobrażałam sobie perskiego poetę Hafiza i dziwiłam się, że Tuwim nie prowadza za sobą po Mazowieckiej gazeli na srebrnym łańcuszku. (…) Rzadko spotyka się poetę, który wygląda na poetę. Tuwim wyglądał. Miał także najczystszą polską wymowę, jaką kiedykolwiek słyszałam. Bez żadnych przydźwięków. Głos jak srebrna klinga.

Z trudem, ale znaleźliśmy w tej nobilitowanej grupie Juliana Tuwima fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Historia dopisała do tej opowieści również spotkanie dramatyczne.  2 września 1939 r. w Warszawie odbyła się premiera sztuki Serce w rozterce, w przekładzie Tuwima. Widownia świeciła pustkami, ale nie bardzo wierzono w prawdziwą wojnę. Tuwimowie szybko zorientowali się, że sytuacja jest poważna. Jak pisze Mariusz Urbanek w biografii Tuwima Wylękniony bluźnierca, pisarz zaczął upychać w wielkiej, fibrowej walizie wszystko to, co wydawało mu się istotne. To jego utwory, rękopisy, szkice do planowanych prac, więc pakował je w pierwszej kolejności, dociskając kolanami wieko walizy. Manuskrypt prawie gotowego do druku zbioru esejów Pegaz dęba, materiały do życiorysu grafomana Sotera Rozmiar Rozbickiego, pieczołowicie gromadzone wypisy z rzadkich dzieł, listy do żony oraz albumy z wierszami przepisywanymi w panieńskich czasach przez matkę i babkę. W walizie musiało zmieścić się czterdzieści pięć lat życia poety. (…) Walizka, jako najważniejsza z bagaży, miała ruszyć z właścicielem w emigracyjną podróż, ale okazała się za duża. Zabrakło dla niej miejsca w przepełnionym samochodzie. Woźny w redakcji „Wiadomości Literackich” Kazimierz Gac, którego Tuwim poprosił o pomoc, zakopał ją w piwnicy domu przy Złotej 8. „Nie było dnia na uchodźstwie, aby myśli nie biegły do niej” – napisał poeta już po wojnie.

Wyjechał z Warszawy 5 września, taksówką, razem z żoną, Grydzewskim i Słonimskimi do Kazimierza nad Wisłą. „Rozumowanie nasze było bardzo proste. Ponieważ czołgi niemieckie, jak wiadomo, zrobione były z tektury, nie będą one mogły przejść Wisły, a jakby próbowały, to się rozkleją” – ironizował już po wojnie z buńczucznych zapewnień o przewadze militarnej polskiej armii nad wojskami niemieckimi.

W Kazimierzu uciekinierzy zatrzymali się na chwilę u Marii i Jerzego Kuncewiczów. Scenę rozstania z Tuwimami wielokrotnie opisywała Kuncewiczowa. Cytowała również ostatnie zdanie wypowiedziana na trawniku przed Domem Kuncewiczów: Oto Julian Tuwim, poeta polski, idzie na wygnanie.

Kuncewiczowie i Julian Tuwim spotkali się ponownie w okupowanym Paryżu. Wigilię 1939 r. spędzili wspólnie , na przyjęciu zorganizowanym przez Jana Lechonia. Byli tam również Kazimierz Wierzyński Antoni i Janina Słonimscy, redaktor  Wiadomości Literackich Mieczysław Grydzewski i Stanisław Baliński. Ten ostatni tak wspominał to wydarzenie

w stolicy Francji – jeszcze nie okupowanej – panowały ciemności. Zasłaniano okna przed niebezpieczeństwem nalotów. Smutek  był  nieco  równoważony nadzieją, że wojna nie potrwa zbyt długo. Wygnańców-pielgrzymów dręczył szczególnie los znękanego narodu, znękanej stolicy Polski. Już w następnym roku drogi tej grupy się rozeszły. Kuncewiczowie, Baliński i Grydzewski po kapitulacji Francji wyjechali do Wielkiej Brytanii, Lechoń i Tuwimowie – przez Portugalię i Brazylię dotarli do USA. W 1946 roku Tuwimowie wrócili do Polski. W drodze do Ojczyzny zatrzymali się, na chwilę w Londynie. Spotkali się w Kuncewiczami i Balińskim. O tym nieudanym soirée wspominaliśmy w tekście o Stanisławie Balińskim.

fot. Piotr Makowski

Stanisław Baliński (w poszukiwaniu wiersza)

Są tacy, którzy uważają, że książki ratują życie. Są też tacy, którzy podobnie mówią o muzyce. Wcale nie myślą przy tym o Mozarcie czy Mahlerze. Bardzo proszę, aby Czytelnicy darowali osobiste wynurzenia, ale w przypadku ograniczonego dostępu do biblioteki i pamięci innej niż własna, ten tekst będzie osobisty.

Muzyka była mi potrzebna do tego, aby napisać, że nie lubię jak dziennikarze (a przodują w tym ci od muzyki) zaczynają wywiady z gwiazdami od opisu, jak to trudno było z Nią czy też Nim się umówić, jakie to niekomfortowe/komfortowe (wybrać właściwe) warunki trzeba było zaakceptować itd. Itd. A gubi się w tym meritum, czyli muzyka.

Nie lubię, a jednak tekst o jednym z największych przyjaciół Marii Kuncewiczowej, Stanisławie Balińskim powinien zaczynać się od stwierdzenia „nie było łatwo”. Pisarz, poeta i tłumacz wymyka się z kart literatury. Chociaż w każdym słowniku jego nazwisko pada w jednej linijce ze skamandrytami, to jakby czcionką mniej czytelną. Spróbuję wyjaśnić, czy to przypadek, czy też zabieg celowy (jakże trudny do zrozumienia w czasach celebryctwa).

Stanisław Baliński, lata 30. XX w. fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

Wszystko zaczęło się od wiersza o fiołku, jaki pod piękną fotografią zamieściła Małgorzata Musierowicz na swojej oficjalnej stronie (tak, zaglądam). Tekst był na tyle frapujący, że postanowiłam nieco odświeżyć sobie pamięć. Dobrze, bo m.in. dzięki Balińskiemu i jego koledze „po piórze” maniacy poezji i piosenki francuskiej odkryli Jacquesa Préverta.

Niektórym, w tym odkrywaniu skutecznie pomagała grupa TSA.    

Trzy zapałki kolejno zapalone nocą


Pierwsza by zobaczyć Twoje oczy
Druga by zobaczyć Twoje usta
Trzecia po to by zobaczyć całą twoją twarz
I całkowity zmrok, aby wszystkiego nauczyć się na pamięć
Gdy obejmę Cię
Swymi ramionami…

W oryginale ten wiersz nosi tytuł Paris At night, a oryginał przedstawia się następująco:

Trois allumettes une à une allumées dans la nuit
La premiére pour voir ton visage tout entier
La seconde pour voir tes yeux
La dernière pour voir ta bouche
Et l’obscuritè tout entière pour me rappeler tout cela
En te serrant dans mes bras.

Stanisław Baliński (trzeci od lewej) w grupie dyplomatów, lata 30. XX w., fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego

W wielu książkach odnoszących się do czasów 20.lecia międzywojennego, Stanisław Baliński figuruje jako… syn swojego ojca. W przypadku wspomnień pasjonatów Warszawy da się to wytłumaczyć. Ignacy był prawnikiem, prezesem stołecznej rady miejskiej, autorem wydanej na emigracji książki „Wspomnienia warszawskie”.  Jeśli jednak tak postępują bliscy znajomi Stanisława Balińskiego, a był nim niewątpliwie Antoni Słonimski, może być to zabieg zaskakujący.

Uporządkujmy więc naszą wiedzę w sposób encyklopedyczny. Stanisław Baliński (1899-1984) to poeta i nowelista. Jest m.in. autorem opowiadań „Miasto księżyców”, wydanych w roku 1924. Czyżby podobieństwo do cyklu, który przyniósł Marii Kuncewiczowej honorowe obywatelstwo Kazimierza Dolnego? Sprawdzimy to, jak tylko otworzą większe biblioteki, bo opowiadania Balińskiego nie zostały wznowione. Baliński studiował nie tylko polonistykę, ale i prawo. Od roku 1922 był pracownikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych. To stąd znajomość z rodziną Szczepańskich i Kuncewiczów. Świetnie rozwijającą się karierę (zawodową i artystyczną) przerwał wybuch II wojny światowej.  W mieszkaniu Słonimskich przy ul. Flory 2 w Warszawie spotykają się  i Kuncewiczowie i Stanisław Baliński. Nikt nie ma złudzeń co do przebiegu wydarzeń. Zwłaszcza dla Słonimskiego (otwarcie krytykującego Hitlera) oraz Kuncewicza (zaangażowanego politycznie antyfaszysty) pozostanie w Polsce jest równoznaczne z wyrokiem śmierci. 5 września cała grupa (będzie w niej m.in. Tuwim i Wierzyński) wyjeżdża z Warszawy. W bagażach, oprócz osobistych rzeczy, znajduje się dokumentacja MSZ. Do tego, co w ekwipunku ma Baliński powrócimy za chwilę. Noc z 5 na 6 września uchodźcy spędzają w Kazimierzu Dolnym, w domu Kuncewiczów. Wszyscy spali na rozłożonych w dużym pokoju siennikach  na parterze – opowiadała Maria Kuncewiczowa dziennikarzowi Kameny, Mirosławowi Dereckiemu – Pamiętam też, że smażyło się jajecznicę w wielkim, miedzianym naczyniu. Rozmawialiśmy niewiele. Byliśmy zbyt zaskoczeni, zbyt wstrząśnięci tym, co się działo dookoła. Następnego dnia grupa podzieliła się. Kuncewiczowe jadą z Urbanowiczami autem. W Lublinie pojazd zostanie zarekwirowany. Słonimski wraz z Balińskim wyruszają w stronę Krzemieńca furmanką. Baliński w swojej walizce przewozi listy Mickiewicza do Odyńca (był z tym drugim spokrewniony) szkatułkę z rodową biżuterią i starkę napoleońską. Przy każdym nalocie drżał o te przedmioty, co prowokowało Słonimskiego do żartów.

 Drogi uciekinierów połączą się w Londynie. Baliński wróci do dyplomacji, a także do twórczości. Nie obędzie się tu bez scysji przyjaciół, dotyczących tego, w jakim czasopiśmie poeci winni publikować swoje utwory. Nawet takie szczegóły mogły świadczyć o zaangażowaniu i sympatiach politycznych. Po zakończeniu wojny Baliński zdecydował się pozostać na emigracji. Słonimski wrócił do kraju, a Baliński tłumaczył decyzję przyjaciela pragmatyzmem, związanym m.in. z kiepską znajomością angielskiego. Do grupy powracających dołączył wkrótce Tuwim. Maria Kuncewiczowa w Fantomach opisuje to następująco: Po wojnie siedzieliśmy przy kolacji – Słonimscy, Baliński, Feliks (Topolski), my z Jerzym – fetując Tuwima, który przejazdem w Londynie, zmierzał z Ameryki do Polski. Każde z nas spodziewało się czegoś innego i od osobistego, i od wspólnego losu. Rozmowa była jałowa, potrawy stygły. Ktoś z głębi przeszedł przez salę… Cyrankiewicz. Tuwim się zerwał: „zaraz wrócę”. Nie wrócił. A raczej, wrócił tam, skąd kiedyś odszedł, machając kapeluszem, przez trawnik w Kazimierzu.

Przyjaźń Słonimskiego i Balińskiego, mimo różnic zdań i poglądów, przetrwała.  Baliński próbuje tłumaczyć decyzję Słonimskiego (np. dotyczącą pracy w UNESCO, jednocześnie stara się racjonalnie oceniać politykę, którą w stosunku do Polski zaczyna prowadzić ZSRR).

Po 1945 roku Baliński wraz z Kuncewiczami kupują kamienicę na Forest Hill i przystępują do jej remontu. Znów odwołajmy się do  Fantomów Marii Kuncewiczowej. Jerzy politykował, Witold pływał, Staś (Baliński) podjął się doglądania robotników. Byli to polscy żołnierze, zdemobilizowani i niepewni – co robić – wracać czy nie wracać do kraju. Na wszelki wypadek tępili nas, wymyślali nieprawdopodobne zajęcia, za które żądali horrendalnych płac, albo grozili, że pójdą, zostawiając dziurę w podłodze u wejścia do kuchni Legrandów.  Oto ówczesna relacja Irène:  Wiesz, Ignace sam lubi krzyczeć, ale nie znosi, żeby inni krzyczeli, kiedy on ma excellence idée do zanotowania! Chciałam ich uciszyć i z powodu tej przepaści w podłodze nie mogłam wyjść z kuchni. Wychylam się, a tam Monsieur Staś (Baliński) stoi z bukiecikiem fiołków, ręce mu się trzęsą i coś do nich mówi i tak wygląda, jakby tym swoim rodakom chciał dać bukiecik fiołków, żeby go nie zbili. Ja się okropnie roześmiałam, oni ucichli, popatrzyli na mnie, wzruszyli ramionami i poszli pracować, a Staś został z tymi fiołkami. (…) Siedzimy ze Stasiem z głowami odchylonymi do tyłu, jak kiedyś w Fowey pod letnim księżycem. Przypomina się rozmowa- On: „Czy ty się nie boisz?” Ja: „Nie, ale się nudzę. „Czym?” „Życiem”. „Dobrze, ale jaką masz alternatywę?” Z tego, co dotąd zauważyłam, śmierć nie jest zabawną alternatywą, a chyba najmniej zabawna jest śmierć mitów. Zabito nam księżyc.


fot. Piotr Makowski

Baliński został w Anglii. Jego prozę, wiersze i przekłady „przemycał” na swoich łamach Przekrój. W archiwum tej gazety znalazłam ten utwór:

Zlecenie

Drzwi które ktoś otworzył,

Drzwi które ktoś zamknął za sobą,

Krzesło na którymś ktoś spoczął,

Kot którego ktoś przywitał,

Owoc który ktoś napoczął,

List który ktoś dostrzegł nagle.

List który ktoś długo czytał.

Krzesło które ktoś przewrócił

Drzwi do których ktoś się rzucił,

Droga gdzie ktoś biegł z rozpaczą.

Droga gdzie ktoś dotąd biegnie,

Rzeka do której ktoś skacze,

Szpital gdzie ktoś chciał po cichu

Coś krzyknąć i zgasł bez okrzyku.

 

Nie mylą się Państwo (jeśli dotrwaliście do tego momentu). To znowu Jacques Prévert w przekładzie naszego bohatera.

Stanisław Baliński był człowiekiem niebywale skromnym. Podkreślają to ci, którzy z nim rozmawiali. Z zachowanych wywiadów (w Internecie oraz naszym muzealnym archiwum)  wynika, że był wyjątkowym rozmówcą. Do końca zachował doskonałą pamięć. W jednym z ostatnich wywiadów, jakiego udzielił prof. Włodzimierzowi Wójcikowi mówił : Niech pan pozdrowi moją prawdziwą  przyjaciółkę, Marysię Kuncewiczową; niech pan pozdrowi polskie powietrze, którym się tak lekko oddychało.

Z właścicielką  willi pod Wiewiórką łączyło go nie tylko umiłowanie do przyrody (preferowane drzewo-brzoza). Co jeszcze? Wieczorem w hotelu Staś Baliński. Narzeka na reumatyzm, ociężał, ale w oczach zawsze ten sam wstydliwy unik, jaki dzieci przeciwstawiają dorosłym. Zna harmonię i solfeż, mnóstwo wiedział, czytał, zna dużo języków, dużo ministrów, chłopów i hrabin, ale nie może pokonać wstydu. To nas łączy, ten wstyd istnienia, tak samo niepojęty jak miłość. Co to właściwie jest? Próbowałam ten temat poruszyć w noweli „Diabeł” z tomu „Dwa księżyce”. Chodzi o syna praczki, który ucieka przed identyfikacją. Wstydzi się. Nie zrobił nic złego i niczego się nie boi, tylko nie znosi  żeby go wołano po imieniu, kurczy się, cierpi kiedy na niego patrzą. (…) Janek to oczywiście ja, ale także Staś. (M. Kuncewiczowa, Fantomy)

A codą tego tekstu niech będzie Jacques Prevert. Recytowali to kiedyś Serge Reggiani i Charlotte Rampling. Tym razem w oryginale:

Pour toi, mon amour

Je suis allé au marché aux oiseaux

et j’ai acheté des oiseaux

pour toi,

mon amour.

Je suis allé au marché aux fleurs

et j’ai acheté des fleurs

pour toi,

mon amour.

Je suis allé au marché à la ferraille

et j’ai acheté des chaînes,

de lourdes chaînes

pour toi,

mon amour.

Et puis je suis allé au marché aux esclaves

et je t’ai cherchée,

mais je ne t’ai pas trouvée,

mon amour.

fot. Piotr Makowski

P.S. O twórczości Stanisława Balińskiego i wierszu Kolęda warszawska kilka lat temu przypomniała Margret. (No i w końcu są celebryci!;) Teksty Balińskiego śpiewali m.in. Sława Przybylska i Leszek Długosz. Poszukajcie, bo warto.

P.S. 2 Nie byłoby tego tekstu, gdyby nie biografia A. Słonimskiego Słonimski. Heretyk na ambonie J. Kuciel-Frydryszak;  strona www.liryka-liryka.blogspot.com oraz oficjalna strona Małgorzaty Musierowicz – to tam wszystko się zaczęło.

Ojciec Cyryl Mieczysław Plis

W poszukiwaniu tropów pamięci, wyznaczanych przez postaci Marii i Jerzego Kuncewiczów pomagają nam czytelnicy. Tekst naszego  współautora, Janusza Ogińskiego nie mógł przyjść w lepszym okresie. Jego bohaterem jest ojciec Cyryl Mieczysław Plis. O zakonniku, który zmarł w roku 2016, bardzo pięknie pisała Ewa Anna Soria, w tekście Fajny braciszek ze sklepiku, zamieszczonym na portalu kazimierzdolny.pl. Myślę, że Pani Redaktor się nie obrazi, jeśli zacytujemy fragment tego artykułu:

Ojciec Cyryl, fot. z archiwum Janusza Ogińskiego

Fajny braciszek ze sklepiku –  tak postrzegało go wiele osób, które zaglądały do kazimierskiego Klasztoru w poszukiwaniu… smaku życia, bo tak chyba można by określić łącznie wszystkie oczekiwania ludzi, którzy niespiesznym krokiem przekraczali próg klasztorny z ciekawością, co ich też czeka po drugiej stronie.
Bywało, że czekał na nich człowiek. Ze swoją opowieścią. O Klasztorze. O ziołach. O życiu. Ojciec Cyryl w swoim sklepiku. Ludzie przychodzili tu ze świata, obcy, nieznajomi, a wychodzili niejako przyswojeni. I nieważne, czy byli to ministrowie, prezydentowa Kwaśniewska czy zwykli ludzie.

(poniżej zamieszczamy artykuł Janusza Ogińskiego, pisany jeszcze przed śmiercią tego wyjątkowego zakonnika. Został opublikowany w 2012 r., w gazecie Powiśle Lubelskie. Celowo nie wprowadzamy do niego zmian.)

Ojciec Cyryl – franciszkanin z Wilkowa nad Wisłą

Nie ma chyba takiej osoby wśród mieszkańców i stałych bywalców Kazimierza Dolnego, kto nie znałby o. Cyryla. Codziennie spotkać go można w franciszkańskiej świątyni podczas nabożeństwa przed ołtarzem Matki Bożej Kazimierskiej, często w konfesjonale, a w ostatnim czasie także i w przyklasztornym sklepiku z ziołami. To postać powszechnie lubiana, otoczona szacunkiem, mająca opinię znakomitego spowiednika.


Ojciec Cyryl, fot. z archiwum Janusza Ogińskiego

W rodzinnym Wilkowie nad Wisłą ma także spore grono przyjaciół i znajomych. Mieszka tu również jego rodzina i wielu krewnych. Są dumni, że mają „swojego” zakonnika w kazimierskim klasztorze. Niewielu jednak pamięta jak wyglądało jego dzieciństwo i młodość, a także jak trafił za klasztorną furtę.

Mieczysław Plis urodził się 2 czerwca 1934 roku w Wilkowie n. Wisłą. Jego rodzicami byli Jan i Katarzyna z d. Rybak ze wsi Machów. Był ich trzecim, najmłodszym dzieckiem. Starsi to: Henryk i Zygmunt. W 1940 roku, 13 maja, umarła jego matka – Katarzyna Plis.  Kilka lat później narodzinę przyszłego zakonnika z Wilkowa spadło kolejne nieszczęście. Było to

przymusowe wysiedlenie do wsi Żmijowiska, a potem do wsi Kowala koło Poniatowej, spowodowane przyjściem frontu rosyjsko – niemieckiego w lipcu 1944 roku. W 1946 roku, w maju, dotarła do jego ojca tragiczna wiadomość, że Henryk (starszy brat Mieczysława i Zygmunta), który w czasie wojny był lotnikiem 304 dywizjonu bombowego stacjonującego w Londynie, zginął śmiercią bohaterską 20 października 1941 roku w 90. operacji powietrznej w locie bojowym na Hamburg. Został odznaczony trzykrotnie Krzyżem Walecznych i Medalem Bohatera.

Mieczysław rozpoczął naukę w 1941 roku, już podczas okupacji niemieckiej. Początkowo uczył się w gminnej szkole, ale gdy zniszczył ją pożar, lekcje przeniesiono do budynku parafialnego i domów prywatnych. Pamiętam, część z nas uczyła się w tak zwanym „okrąglaku”, a pozostali w domu Kusia o przydomku „Cukier”, i jeszcze u Szkutnickich. Uczyliśmy się rachunków, polskiego i religii – wspomina o. Cyryl.

Szkołę powszechną Mieczysław Plis ukończył w 1949 roku. Później był rok przerwy spowodowanej ciężką chorobą. W 1950 roku próbował dostać się do liceum w Kazimierzu Dolnym,  ale go nie przyjęto. Wtedy Mieczysław udał się do męskiego Lubelskiego Liceum Biskupiego nazywanego potocznie „Biskupiakiem”.  To była renomowana szkoła, uczyli w niej w większości profesorowie KUL-u. Wracałem po pierwszym roku nauki na wakacje. Wysiadłem z autobusu na rynku w Kazimierzu, bo tam przy studni był dworzec autobusowy. Zobaczyłem Józefa Kwiatka, zastępcę dyrektora kazimierskiego liceum. Poznał mnie. Pamiętał, że próbowałem dostać się do ogólniaka. Zagadnął mnie, gdzie się uczę i kazał pokazać świadectwo. Kiedy zobaczył, że mam bardzo dobre oceny, zapytał czy chcę się uczyć w Kazimierzu nad Wisłą. Na tę propozycję odpowiedziałem, że chętnie jeśli będę przyjęty. Zgodziłem się, bo w liceum kazimierskim internat kosztował 120 złotych, a szkoła była bezpłatna. Natomiast w „Biskupiaku” czesne wynosiło 60 złotych, zaś internat kosztował 240 złotych. Pojechałem do Lublina zabrać z kancelarii papiery.  I tak od września 1951 roku rozpocząłem naukę w Kazimierzu nad Wisłą.  Mieszkałem w klasztorze u franciszkanów, bo szkoła wynajmowała część budynku na internat. To wtedy po raz pierwszy miałem bliższy kontakt z klasztorem i zakonnikami. Wtedy też po raz pierwszy przymierzyłem habit. Jest nawet takie moje zdjęcie w habicie –wspomina o. Cyryl.

Mieczysław Plis (stoi drugi od prawej) jako uczeń kazimierskiego ogólniaka fot. z archiwum Janusza Ogińskiego

Mieczysław Plis maturę zdał w 1954 roku. Zaraz po tym zdecydował się na życie zakonne. Pojechał do Klasztoru Ojców Franciszkanów w Krakowie, gdzie urzęduje Ojciec Prowincjał. Tam złożył podanie i dokumenty. Po rozpatrzeniu prośby został przyjęty i skierowany do nowicjatu w Pilicy. W pilickim klasztorze, na koniec nowicjatu, złożył pierwsze śluby zakonne w 1955 roku. W 1956 roku podjął studia w Wyższym Seminarium Duchownym w Krakowie. Tam też z rąk biskupa Karola Wojtyły przyjął tonsurę i niższe święcenia kapłańskie. Natomiast śluby wieczyste złożył 15 grudnia 1960 roku, a świecenia kapłańskie przyjął 28 czerwca 1961 r. z rąk ks. biskupa krakowskiego Juliana Groblickiego na Dębnikach w Krakowie.  Po święceniach o. Cyryl pracował przez 10 lat we Włocławku. Później przez 6 lat w Koninie, rok w Stopnicy, a następnie w Zakliczynie, aż do 13 lipca 1987 roku. Od 1987 roku, do dziś, o. Cyryl pracuje w Klasztorze  O.O. Franciszkanów w Kazimierzu Dolnym. Do jednych z ważniejszych wydarzeń w swoim życiu o. Cyryl zalicza spotkanie Janem Pawłem II, które miało miejsce 29 maja 1986 roku w Watykanie. Wówczas o. Cyryl obchodził 25-lecie święceń kapłańskich. Z tej okazji dostąpił też zaszczytu odprawienia w koncelebrze Mszy św. z Papieżem w Jego kaplicy w Watykanie.


O. Cyryl Mieczysław Plis z Janem Pawłem II w czasie spotkania, które odbyło się maja 1986 roku w Watykanie w auli Klementyńskiej. fot. z archiwum Janusza Ogińskiego

Kilka tygodni później, również z okazji 25-lecia kapłaństwa, o. Cyryl odprawił Mszę świętą w Sanktuarium św. Jana Maria Vianney w Ars, we Francji, w miejscu do którego pielgrzymują kapłani. Należy też wspomnieć, że w 2001 roku o. Cyryl otrzymał od Ministra Kultury i

Sztuki Kazimierza Ujazdowskiego „Złotą Odznakę” za Opiekę nas Zabytkami. Uroczystość wręczenia tej odznaki odbyła się w Muzeum Wsi Lubelskiej w Lublinie.

Codą do tego tekstu niech będzie wypowiedź ojca Bonifacego z kazimierskiego klasztoru, cytowana w artykule Anny Ewy Sorii Fajny braciszek ze sklepiku.

Bardzo cenił swoje kapłaństwo – wspomina ojciec Bonifacy. – Nawet wtedy, gdy już z powodu choroby nie bardzo mógł chodzić, przychodził do kościoła. Jeżeli nie mógł stać przy ołtarzu, to siadał, wstając tylko na najważniejsze momenty mszy. Chciał swoje obowiązki spełnić. Jeszcze rano w Wielką Sobotę przyszedł, bo to on zawsze święcił pokarmy, ale już się bardzo źle czuł i nie mógł czytać. Poświęcił chyba raz i powiedział gwardianowi, żeby go zastąpił. Jeszcze wieczorem powiedział, że idzie do kościoła. I brat Daniel pomógł mu wejść. Ledwie wchodził na te dwa stopnie, które prowadzą do prezbiterium… Jeszcze przyjął komunię, ale już nie celebrował… Mimo choroby często można go było spotkać w konfesjonale, nawet wtedy gdy nie miał wyznaczonego dyżuru.

Irena Lorentowicz

Irena Loretnowicz, lata 20te XX w. (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Bez niej nie byłoby ani Domu, ani kazimierskiej Marii Kuncewiczowej. Co prawda mąż pisarki przywiózł ją do Miasteczka, ale to dopiero Rena (Irena Lorentowicz) rozbudziła w niej zauroczenie Kazimierzem. Wędrując pod rękę po zielonych wąwozach, zapewne w poczuciu natchnionego porozumienia dwóch kobiet – artystek, dotarły do miejsca, w którym dziś stoi Kuncewiczówka. To Rena, w scenerii cudzego podwórka, dymiących garów z paszą i nieujarzmionej zieleni oznajmiła: „Tu powinnaś zamieszkać!”. Jakże to wyjątkowe musiało być porozumienie, skoro pisarka zaufała przyjaciółce i niedługo potem stała się współwłaścicielką kazimierskiej parceli.

Wakacje w Bretanii. Ewa (matka Ireny) przy sztaludze, mała Renia w głębi, na kolanach ojca (fotografia z książki „Oczarowania”)

Charyzmatyczna Irena Lorentowiczówna (1908-1985) poznała Kazimierz dużo wcześniej niż Maria. Była studentką słynnego Prusza. Razem z profesorem i kolorową malarnią przeżywała egzotykę Miasteczka.

Kazimierz to było kilkanaście lat naszej młodości, Kazimierz to była nasza własność, razem z czarem starych domów drewnianych – jakże podobnych do toledańskiego budownictwa w dzielnicy starożydowskiej, razem z patrycjuszowskimi murami, sklepikami z nieprawdziwego zdarzenia. (Irena Lorentowicz, Oczarowania, PAX 1975)

Portret autorstwa Tadeusza Pruszkowskiego (źródło: Wikipedia)

Była urodzona dla sztuki i związana z teatrem niemal od zawsze. Co innego mogła chłonąć mała Renia, skoro jej ojciec, Jan Lorentowicz, dyrektor teatrów, krytyk i publicysta sprowadzał sprawy sceny do codziennego życia domowego. Matka Ireny, Ewa z Rościszewskich Lorentowicz, zajmowała się grafiką i introligatorstwem, projektując okładki książek.

Dzieciństwo i domową atmosferę malarki najlepiej opisuje ulubiona zabawa w „Jaworowych ludzi” czyli korowód gości jej rodziców, a wśród nich: Żeromski, Staff, Tetmajer, Berendt z Franzem Fiszerem na czele. Wrażliwość artystki kształtował świat biblioteki ojca, o czym tak pisała we wspomnieniach:

Zwłaszcza biblioteka ojca, z biurkiem między dwoma oknami, to był świat najdroższy mi. (…) To jednak mogło odbywać się tylko tam, w tej bibliotece, w tym moim dzieciństwie zasnutym mgłą andersenowską, kiedy to w nocy rodzice wyciągali mi spod poduszki stosy książek. Były to śliczne wydawnictwa Mortkowiczowskie dla dzieci, bajki Leśmiana, i norweskie Nad dalekim cichym fiordem, i Konopnickiej bajki o sierotce Marysi. Ale nauczyłam się też oglądać ilustracje-reprodukcje z wydawnictw dla dorosłych z historii sztuki. Dość wcześnie, zanim jeszcze zrozumiałam, weszło mi to w krew. I polskie malowidła, zwłaszcza pejzaże. W tym jakoś czasie, może nieco dawniej, wyszły ojca ilustrowane antologie poezji polskiej Ziemia Polska w pieśni i Polska pieśń miłosna. Były to wówczas pierwsze tego typu ozdobne zbiory wierszy. Pochłaniałam obrazki. Nauczyłam się nazwisk poetów, a ballady Mickiewicza, czytane przez ojca, były ulubionymi bajkami. (Irena Lorentowicz Oczarowania PAX 1975)

Artystka rozwijała swój warsztat w Szkole Sztuk Pięknych (1925 – 31) i Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej. Moment przełomowy twórczości i kariery nastąpił wiosną 1935 roku, kiedy otrzymała propozycję współpracy przy realizacji opery Harnasie Karola Szymanowskiego w Operze Paryskiej. Sztuka odniosła ogromny sukces a Irena Lorentowicz za wykonaną scenografię otrzymała I Nagrodę Grand l`Opera oraz stypendium rządu francuskiego aż na pięć lat! Za sukcesem szły propozycje. Paryskie sceny składały zamówienia, sława polskiej scenografki rosła.

W ten oto sposób Rena, pierwowzór tajemniczej Meny z Dwóch księżyców, która suknie zdobiła erudycją, malarstwo humorem, przyrodę muzyką, rzeczywistość snem, a wszystko — sobą, zdobywała świat.

Co z przyjaźnią z Marynką (tak nazywała Rena swoją przyjaciółkę pisarkę)? Przetrwała. Pomimo różnych spojrzeń na cud dziejącego się świata, bez względu na wieloletnie przerwy w widywaniu się.

Z Marynką najbardziej może łączy mnie miłość przyrody i piękno otaczającego świata, choć inaczej widziane, ale wspólnie i gorąco przeżywane. Lubię w niej tę zadumę, kiedy patrzy przed siebie i chłonie widziane. A patrzy inaczej, bardziej dogłębnie. Współczułam jej, że nie potrafi się tak cieszyć życiem jak oberwańcy – malarze. (I.L „Oczarowania”)

Wybuch wojny zastał Renę w Paryżu. Jesienią 1939 roku, do stolicy Francji przybyło małżeństwo Kuncewiczów, szukając schronienia przed wojskami Hitlera i Stalina. Nad Sekwaną przyjaźń okazała się mieć bardziej wymierne skutki – w pierwszych dniach Rena gościła Marię i Jerzego w swoim mieszkaniu na Montparnassie. To Marynka przekazała Renie wiadomość o śmierci jej ukochanego ojca. Nikt ze środowiska polskich emigrantów tego nie potrafił, trzymano to w tajemnicy. W końcu ten ciężki obowiązek spadł na przyjaciółkę z Kazimierza.

Kuncewiczowie krótko mieszkali w wojennym Paryżu. Irena Lorentowicz wyemigrowała rok po nich, w 1941 roku. W okolicznościach godnych scenariusza filmowego, dotarła do Stanów Zjednoczonych. Miała szczęście, talent i uznane w środowisku nazwisko . To pozwoliło jej pracować „w zawodzie”. Do 1959 roku realizowała zamówienia scenograficzne dla Metropolitan Opera. Projektowała również książki dla najmłodszych. Niektóre z nich jeszcze dziś można kupić na amerykańskich portalach aukcyjnych.

Przyjrzyjcie się im. W ilustracjach jest nie tylko radość koloru, w końcu to książki dla dzieci. Wyraźnie widać formę postaci jak ze swojskiego podwórka pełnego polskiego folkloru. Nie wiemy, czy zamówienie na wykonanie tych ilustracji tak określało wygląd bohaterów książeczek, czy to inwencja twórcza artystki tęskniącej za Ojczyzną.

Pisała: Wybierałam się do Warszawy od chwili, gdy oglądałam fotografie ruin po Powstaniu, a wśród ruin zdumiewające stragany z kwiatami. (Oczarowania).

Najpierw, jakby na próbę, przyjechała do Polski z… wycieczką prowadzoną przez polskich paulinów. Ostatecznie, na stałe do kraju wróciła w 1960 roku. Tuż po powrocie oddała amerykański paszport, przyjmując polskie dokumenty. Znowu miała szczęście, bo doświadczenie i talent artystki pozwalały na realizację kolejnych zamówień scenograficznych w polskich teatrach. Podjęła się także pracy w Liceum Techniki Teatralnej w Warszawie, gdzie uczyła historii ubioru i techniki teatru. Jak wspominali jej uczniowie ( w tej grupie jest nie tylko Kieślowski, ale odwiedzająca często Dom Kuncewiczów artystka, Maja Raszewska) Rena była bardzo lubianym pedagogiem. Lubiła dzielic się nie tylko swą wiedza i doświadczeniem. Rozdawała własne projekty scenograficzne. Z tych „podarunków”, w Kuncewiczówce zorganizowano niegdyś ekspozycję. Jako scenografka wystapiła przed kamerą w filmie Personel, wyreżyserowanym przez Krzysztofa Kieślowskiego. Dzieło możemy obejrzeć, w zrekonstruowanej formie, na platformie VOD TVP.

Czy filmie grała samą siebie? Charakterystyka Ireny Lorentowicz, napisana przez jej kazimierską przyjaciółkę we wstępie do cytowanej tu wielokrotnie książki Ireny Lorentowicz „Oczarowania”, pozwala twierdzić, że tak:

Jak Mena z Dwóch księżyców nie tyle żyła, co przeżywała. Urządzała, upiększała, deformowała rzeczywistość, żeby inni ładnie w niej mieszkali.

Nieprzerwanie przyjeżdżała do Kazimierza, oczywiście jak za czasów malarnii w sezonie letnim i zawsze pod dach tej samej gospodyni. We wspomnieniach (zamieszczonych na blogu www.wkazimierzu.pl) dowiadujemy się, że pomimo braku rodziny, zjawiała się zawsze pod opieką dwóch przysposobionych wychowanków z Liceum Techniki Teatralnej.

Starsi kazimierzacy zapamiętali ją jako dystyngowaną, choć nieco ekscentryczną damę w kapeluszu i oryginalnej biżuterii (ponoć podarowanej przez Zuzię Pruszkowską).

Będąc w Kazimierzu Dolnym, Rena spotykała się z Marynką i Jerzym Kuncewiczami, aby dyskutować i wspólnie przeżywać wrażenia, jakie przynosił świat. Zmarła w lutym 1985 roku w Warszawie.

„Jerzy, od dnia 20 lutego 1985 roku nie ma Reni. Nie ma jej w mieszkaniu na ulicy Gamerskiego, w Warszawie, gdzie przez dwadzieścia lat opalizowały stare szkła na mahoniowych komodach, gdzie poukładane starannie piętrzyły się w pracowni teki ze szkocami kostiumów Lifara i innych koryfeuszy baletu i opery w Paryżu, Warszawie, Nowym Jorku.

Znikły akwarelowe obrazki z kawałeczkami atłasu czy adamaszku przypiętymi do arkusza jako wskazówki dla szwalni w teatrze. Nie ma na ścianie portretu jej ojca, Jana Lorentowicza, którego intelektualne i męskie czary sączą się jeszcze z dzienników Zofii Nałkowskiej i z listów anty-dulskiej Gabrieli.

Nie ma wstążek, nie ma suchych i świezych bukietów i nie ma też na szpitalnym łóżku istoty nieprawdziwej, która dawniej była Renią (…).

W ostatnim swoim dniu odwiedziła mnie. Wizyta była olśniewająca i straszna. Jak gdyby akt zemsty na przedmiocie, który Renię zdradził. Lustro. Długie lustro w złoconej ramie osunęło się na posadzkę i rozprysło na szklane drzazgi z przeraźliwym trzaskiem. (…) Osunęło się i stłukło razem z odbiciem Reni w przemijającej postaci świata.” (Maria Kuncewiczowa, Listy do Jerzego)

Irena Lorentowicz w latach 80tych XX w. (źródło: Archiwum Twórczości Krzysztofa Kieślowskiego www.kieslowski.com.pl)

Edward Hartwig i Ewa Hartwig-Fijałkowska

Nie bez powodu mówi się, że literatura otwiera nam okna na świat. A jeśli umiejętnie uda się połączyć słowo i obraz, taki widok będzie się jawić jak panorama. Czy za sprawą książek można więc zaczarować rzeczywistość? Tego zadania podjęli się kilka lat temu twórcy nie byle jacy. Wstęp książki, która w tej chwili leży na moim biurku napisała (oczywiście) Maria Kuncewiczowa.

Moje wydanie albumu o Kazimierzu Dolnym (polujcie na to wydawnictwo na aukcjach internetowych)

Czytamy w nim: Kazimierz Dolny nad Wisłą jest jednym z polskich mitów. Wiadomo, że mity mają długie życie, zależne nie tyle od historii i geograficznego klimatu, ile od ogólnoludzkiej potrzeby przekraczania rzeczywistości. Kiedy kilkadziesiąt lat temu mój mąż Jerzy, lublinianin, przywiózł mnie, warszawiankę, do niechlujnego miasteczka pełnego szwargotu kupczyków żydowskich i rżenia chłopskich chabet, pierwszą moją reakcją była raczej odraza, niż zachwyt. Ale z dnia na dzień rosła ta nieuchwytna dla rozsądku fascynacja.

Ewa Hartwig-Fijałkowska i Edward Hartwig, fot ze skrzydełka albumu, o którym piszemy.

Nie mylą się Państwo. To wstęp do albumu fotograficznego, Ewy Hartwig-Fijałkowskiej i Edwarda Hartwiga. Ojciec (1909-2003), słusznie uważany za jednego z najwybitniejszych fotografów polskich, przyjeżdżał do Kazimierza Dolnego w okresie 20. lecia międzywojennego. Chciał być malarzem (uczył się m.in. w prywatnej szkole malarstwa  Henryka Wiercińskiego w Lublinie). Dlatego ciągnęło go do kolorowej braci kazimierskiej „malarni” pod wodzą prof. Pruszkowskiego. Niektóre z zawartych wówczas przyjaźni przetrwają próbę czasu. Pracownie Zenona Kononowicza i Władysława Filipiaka (i samo malarze) będą dla Hartwiga nieustającym źródłem inspiracji. Już nie plastycznych, ale fotograficznych.

Najlepsze zdjęcia wykonał w Lublinie. Piszę nieobiektywnie, bo jestem lublinianką i uwielbiam te fotografie. Nie tylko lubelskich zaułków, Wieniawy, nowo powstających osiedli mieszkaniowych (to już w czasach powojennych), ale także mieszkańców Lublina. Hartwig towarzyszył im w czasie ważnych wydarzeń, ale także uwieczniał ich portrety zarobkowo. O pracach, które w tej chwili wywołują najwięcej zachwytów mawiał, że są robione „do tapczanu”. Eksperymentował, a najlepszym miejscem do tych poszukiwań był Kazimierz Dolny.

Edward Hartwig, Kazimierz Dolny, fot. ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Przyjeżdżałem pociągiem – wspominał Hartwig – częściej furmanką, ale najpiękniejsze były piesze spacery z Puław do Kazimierza wśród łąk i owocowych sadów, kwitnących śliw i jabłoni, niekiedy groblą wiślaną, nadwiślańskimi wzgórzami, skąd rozpościerał się niezapomniany wspaniały obraz Wisły i jej zakoli, skarpy wiślanej Janowca; krajobrazu zmieniającego się jak w kalejdoskopie w różnych porach roku. 

Lubelski Ośrodek Brama Grodzka Teatr NN, który otrzymał w darze od rodziny Artysty ogromny zbiór jego fotografii przygotował całą stronę, poświęconą Edwardowi Hartwigowi. To z niej pochodzi cytat, odnoszący się do przedwojennego Kazimierza. Jakże tej opowieści blisko do opowiadań Marii Kuncewiczowej, zgromadzonych w tomie Dwa księżyce. Oceńcie to Państwo sami:

Kazimierz był wtedy miasteczkiem z prawdziwymi domami, prawdziwymi zabytkami i prawdziwymi mieszkańcami. Dziś jest to dworzec zajezdny, przez który przepływają dziesiątki turystów.

Bardzo piękny, ale na wpół martwy dla tych, którzy znali to miejsce przed wojną. Pamiętam tamtejsze chłopskie jarmarki, małe żydowskie sklepiki, dzwony bijące w kościołach, letników przyjeżdżających z całymi rodzinami i dziećmi – i przede wszystkim malarzy. Był to okres szkoły Pruszkowskiego i Bractwa Świętego Łukasza. Na ulicach porozstawiane niemal co krok sztalugi, przy każdej z nich ekscentryczna postać z paletą w jednej, pędzlem w drugiej ręce. Na schodkach i rozkładanych stołkach studenci ze szkicownikami. Widywałem ich u Berensa, gdzie przychodzili na posiłki zakrapiane nierzadko alkoholem, z zazdrością słuchałem dobiegających mnie odgłosów ich beztroskich rozmów, zachwycały mnie ich białe wymięte spodnie płócienne, kolorowe szale na szyjach i zgniecione kapelusze chroniące głowy przed słońcem. Pierwszy raz zobaczyłem ich przy stoliku, na którym palił się ogień na półmisku czy w wazie, dziś już nie wiem. Może był to poncz, może zapalono rum na naleśnikach – dla mnie ten ogień i oświetlone jego odblaskiem wesołe twarze o ciekawym wyrazie stały się jakby symbolem czegoś odmiennego, piękniejszego od reszty świata. Wiedziałem, że często nie mieli grosza przy duszy i nieraz zmagali się z biedą, bywało, że nie starczało im na farby i płótna albo na jedzenie, ale ich sposób życia wydawał mi się najgodniejszy naśladowania. Różnice zachowań i obyczajów w różnych środowiskach społecznych były wówczas ogromne. Panowie mieszczuchy potrafili jeszcze wybrać się na trawkę w lakierkach i nawet młodzi ludzie ubierali się na co dzień starannie, nie było jeszcze mowy o niczym w rodzaju dżinsów lub noszonych dziś czasem przez młodzież, nawet uniwersytecką, kombinezonach robotniczych. Co tu dużo mówić – zapragnąłem znaleźć się w tej atmosferze sztuki i pozornej beztroski, tego odmiennego fasonu i odmiennych trosk.

We wstępie do albumu, który niejako sprowokował powyższy tekst, jest również takie zdanie:

Kazimierz był zawsze miastem moich wzruszeń, natchnień twórczych. Miejscowa ludność twierdzi, że Bóg stworzył ten piękny obszar ziemi w niedzielę i stąd jego niepowtarzalny urok i atmosfera.

Nie zdziwi zatem Państwa to, że Edward Hartwig do Miasteczka stworzone w niedzielę zabierał m.in. siostrę – poetkę oraz swoje córki. Ewa Hartwig-Fijałkowska, współautorka wydawnictwa, które nam towarzyszy pisała o Kazimierzu trochę mniej poetycznie. Tony sprzętu, jaki zabierali ze sobą w drogę oraz fakt bycia kierowcą i tragarzem znanego ojca odzierał te wyprawy z romantyzmu. Nie najłatwiejsze było także sprostanie w dziedzinie fotografii wysokim wymaganiom stawianym przez utytułowanego Edwarda Hartwiga. Być może właśnie dlatego poszczególne zdjęcia w wydawnictwie nie są sygnowane. W jednym z wywiadów (znowu nieoceniona strona lubelskiego Teatru NN) Ewa Hartwig-Fijałkowska wspominała plenery kazimierskie: Teraz już ten Kazimierz wygląda zupełnie inaczej, to już nie jest to samo. Trudno zobaczyć malarza malującego, natomiast częściej zobaczymy malarza sprzedającego swoje prace. Tak, że ten Kazimierz zupełnie się zmienił.Ja myślę, że najpiękniejsze to są te wąwozy. To jest uroczysko po prostu o każdej porze dnia. I przede wszystkim nie w sobotę i w niedzielę, tylko w taki normalny okres czasu, nie w sezonie. Nawet jak deszczyk popada. Ale to ma cały urok właśnie w wąwozie, żeby sobie postać, żeby sobie popatrzeć. Poza tym panorama na drugą stronę, na Janowiec. Strasznie mi brakuje właśnie tych malarzy i tych ludzi, którzy fotografują. Brakuje mi tej atmosfery kazimierskiej. Zupełnie innej niż teraz, bo nawet już jak zaczęły się te festiwale sztuki ludowej, to też już było strasznie tłoczno. To znaczy, może jeszcze wolałabym tamtą atmosferę niż to co się w tej chwili dzieje, że tam są te festiwale filmowe. To było takie bardziej ludowe. Te jarmarki na przykład, z prawdziwego zdarzenia. Przecież ja mam jeszcze kilka zdjęć ojca z tymi furmankami, to było coś.

„Trudny” Dom Kuncewiczów w obiektywie Hartwigów, jedna z fotografii z albumu, o którym piszemy

Dom Marii Kuncewiczowej to jest miejsce trochę inne. Wyobcowane jak gdyby z architektury kazimierskiej. Jest takie troszkę zimniejsze optycznie. Mieliśmy z ojcem kłopoty, żeby to jakoś sfotografować, a to musiało się tam znaleźć. To jest zupełnie coś innego. Na pewno samo miejsce jest bardzo ciekawe ze względu na postać, ale troszkę odbija od Kazimierza.

Właścicielka Willi pod Wiewiórką i autorzy kazimierskich fotografii spotkali się na kartach albumu. Na bohatera swojej twórczości patrzyli podobnie. Jak przyznaje Kuncewiczowa, mimo zmieniających się czasów, mód, magia czy też marzenie o Kazimierzu Dolnym jest nadal pożywką dla artystów spragnionych czegoś więcej niż rzeczywistość.

W zbiorach Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym znalazło się ponad 20 prac Edwarda Hartwiga. W roku 2018, na okoliczność wystawy prac Ewy Hartwig-Fijałkowskiej w Domu Kuncewiczów pokusiliśmy się o połączenie tekstu Marii Kuncewiczowej z kadrami Edwarda Hartwiga. Patronem tego mariażu były, oczywiście, Dwa księżyce.


Eliasz Kanarek – wielki malarz ze Skowierzyna

Najpierw będzie wstęp. A właściwie kilka wstępów:

Życzeniowy. Gdybym była bogata… To marzenie-mantra, powtarzane przez wielu, w różnych sytuacjach. W moim przypadku ten zwrot jest związany z finansami, jakie wydawałabym na sztukę. Na przykład taki oto obraz:

Eliasz Kanarek, Rodzina Cyrkowców, lata 50. XX w. (wypatrzone na aukcji w Christies)

Mogłabym także tworzyć kolekcję, bo artysta, który jest jego autorem wymyka się historykom sztuki. Podobno wciąż jest za mało materiału badawczego, aby o jego pracach napisać coś więcej. Wiele prac wciąż można kupić na amerykańskim rynku sztuki. Ceny nie są może zawrotne, ale… No właśnie, gdybym była bogata. Ciekawostka, ten artysta – jako jedyny z grupy na fotografii poniżej nie został wyretuszowany. Choć jego twórczość jest „nieostra”, to zdjęcie – jak najbardziej.

Otrzęsiny w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie, słodkie lata 30. XX w. Eliasz Kanarek w grupie po lewej stronie, nad kobietą w białej bluzce (fot. NAC.pl)

Wstęp filmowo-literacki. Jak na złość, nie wzięłam ze sobą (a tekst jest pisany w czasie, gdy z powodu epidemii musimy skazać się na emigrację domową, czyli pracować w domach) Dwóch Księżyców Marii Kuncewiczowej. Bohaterem jednego z opowiadań jest żydowski malarz, Szymon. Zafascynowany inną artystką, Madzią. Sam nie akceptuje swojej żydowskości i – za sprawą orientalnej tkaniny zawiązanej na głowie jak turban – przeistacza się w maharadżę z Orientu. W owych czasach w Kazimierzu Dolnym każde dziwactwo czy fałsz uchodzą za dopuszczane, a nawet pożądane ta mistyfikacja podoba się Madzi. Problem jednak w tym, że prawdziwych uczuć nie wolno odgrywać, ani tym bardziej z nich kpić. Podobno pierwowzorem do stworzenia tej postaci był dla Kuncewiczowej właśnie bohater tekstu, który zamieszczamy poniżej.

Eliasz Kanarek, Różowy koń, kolekcja prywatna , wystawiony na aukcji w USA

Wstęp jak najbardziej muzealny. Bardzo chciałabym zobaczyć obrazy, które członkowie Bractwa Świętego Łukasza stworzyli na Wystawę Światową w Nowym Jorku. Jest wśród nich jeden specjalny. To odsiecz wiedeńska. Powód jest prozaiczny: do portretu króla Jana III Sobieskiego pozował Jerzy Kuncewicz.

Bractwo św. Łukasza, Sobieski pod Wiedniem, 1938-39

Wstęp właściwy (choć trochę i towarzyski). Nasze znajomości zawierane za pośrednictwem Internetu przynoszą konkretne efekty. Dziennikarz i kazimierzak, Janusz Ogiński jest uważnym czytelnikiem naszego bloga (za to dziękujemy). Tym tekstem dołącza do grona jego współautorów (za to również podziękowania). Bohaterem tej opowieści będzie autor tego obrazu:

Eliasz Kanarek, Kwiaty, 1950, kolekcja prywatna

Jest zaliczany do najwybitniejszych malarzy okresu międzywojennego. Należał do „Łukaszowców”, legendarnej grupy malarskiej – Bractwa św. Łukasza. Była to artystyczna konfraternia utworzona w 1925 roku podczas pleneru w Kazimierzu Dolnym przez uczniów prof. Tadeusza Pruszkowskiego z warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Eliasz Kanarek malował portrety, sceny rodzajowe, martwe natury i pejzaże.

Eliasz Kanarek fot. B.E. Dorys (ze zbiorów polona.pl)

Ostatnio o „Łukaszowcach” stało się głośno, bowiem ministerstwo kultury rozpoczęło starania, by odzyskać z USA kolekcję składającą się z siedmiu obrazów namalowanych przez nich na Światową Wystawę w Nowym Jorku w 1939 roku, skąd nie wróciły. Obrazy powstały na zlecenie rządu RP i miały na celu – jak napisał w katalogu do wystawy Tadeusz Pruszkowski – uprzytomnienie Amerykanom, że Polska jest wielkim państwem o starej kulturze, nie zaś tworem nowym, powstałym po wojnie europejskiej. Obrazy przedstawiały najważniejsze wydarzenia z historii Polski: spotkanie Bolesława Chrobrego z cesarzem Ottonem III, który pielgrzymował do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie (1000 r.), chrzest Litwy (1386 r.), nadanie szlachcie przez Władysława Jagiełłę przywileju zwanego „jedleńsko-krakowskim”, gwarantującego, że nikt nie będzie więziony bez wyroku sądowego (1430 r.), zawarcie Unii Lubelskiej (1569 r.), uchwalenie „konfederacji warszawskiej” o wzajemnej tolerancji wyznań religijnych (1573 r.), odsiecz Wiednia (1683 r.), uchwalenie Konstytucji 3 Maja (1791 r.). Malowali je: Bolesław Cybis, Bernard Frydrysiak, Jan Gotard, Aleksander Jędrzejewski, Jeremi Kubicki, Antoni Michalak, Stefan Płużański, Janusz Podoski, Tadeusz Pruszkowski, Jan Zamoyski, a także pochodzący ze Skowierzyna – Eliasz Kanarek.

Wnuk obszarnika, syn chorążego Legionów Polskich

Pradziadami Eliasza było żydowskie małżeństwo Jakub Moises i Majta Kanarkowie, wyrobnicy z Antoniowa koło Radomyśla nad Sanem. Ich syn, Rachmiel, dziadek malarza, również przez wiele lat zatrudniał się jako wyrobnik w okolicznych folwarkach, był też pieszym kurierem pocztowym, handlował skórami, pierzem, starzyzną, zbożem, drewnem. Z czasem, gdy się wzbogacił, kupił w połowie lat 70.XIX wieku dwa niewielkie folwarki w Orzechowie i Popowicach. Następnie w 1881 r. od Franciszka Popiela nabył folwark w Kotowej Woli, a trzy lata później od księcia Hieronima Lubomirskiego duży obszar ziemski w Żabnie. Niedługo po tym dokonał też zyskownej transakcji kupując od Zofii Horodyńskiej i jej syna Zbigniewa dobra skwierzyńskie leżące po obu stronach Sanu. W międzyczasie wyprowadził się wraz z rodziną z Antoniowa do okazałego dworu w Skowierzynie. Jako przedsiębiorca dorobił się czterech cegielni i kilku innych drobnych fabryk, m.in. trzech gorzelni, kilku tartaków, fabryki terpentyny i denaturatu. Handlował też drewnem, prowadził hodowlę bydła opasowego. Miał opinię zdolnego przedsiębiorcy, ale też i hojnego filantropa. Wiadomo, że wspierał polskie cele narodowe i społeczne, finansując obchody rocznic ważnych wydarzeń historycznych, pomagał szkołom, które znajdowały się na jego obszarach dworskich, angażował się w życie społeczne radomyskiej gminy żydowskiej, dostarczył bezpłatnie cegłę na budowę kościoła rzymsko-katolickiego w Zaleszanach i budynku „Sokoła” w Tarnobrzegu. Rachmiel Kanarek ożenił się w 1885 r. Tylą Perlman, córką wyrobników folwarcznych z Mielca. Z tego związku urodziło się 9 dzieci: 5 synów i 4 córki. Najstarszym był Mojżesz Jakub ur. w 1876 r.(ojciec malarza). Jego życiorys jest również intrygujący. W młodości służył w Legionach Polskich, później, w wieku dojrzałym, pełnił wiele funkcji publicznych, był m.in. prezesem rady powiatowej PSL w Tarnobrzegu.

Wybitny malarz, a także … aktor amator

Artysta malarz Eliasz Kanarek urodził się 21 czerwca 1902 roku w rodzinnym Skowierzynie k. Zaleszan (pow. stalowowolski). Niestety, danych personalnych jego matki nie udało się ustalić. Nie wiadomo też gdzie rozpoczynał nauki. Natomiast pewnym jest, że latach 1919-1920 służył jako ochotnik w Wojsku Polskim. Studia w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych pod kierunkiem prof. Tadeusza Pruszkowskiego rozpoczął w 1923 roku. Razem z nim rozpoczynali naukę malarstwa tak znani artyści jak: Jan Zamoyski, Bolesław Cybis, Antoni Michalak, Jan Wydra (pracownia Pruszkowskiego), czy Witold Podoski, Tadeusz Kulisiewicz, Bogna Krasnodębska, Halina Ostrowska-Grabska (pracownia Władysława Skoczylasa), nota bene Halina Ostrowska-Grabska związana była z rodziną Stanisława Hofmokla z Zarzecza, była też przyjaciółką Walerii Mireckiej z Racławic koło Niska.

Bractwo św. Łukasza, Pierwsza wystawa w „Zachęcie”, Warszawa, 1928. Od lewej: Eliasz Kanarek, Aleksander Jędrzejewski, Antoni Michalak, Jan Wydra, Edward Kokoszko, Bolesław Cybis, Tadeusz Pruszkowski, Jan Zamoyski, Jan Gotard, Czesław Wdowiszewski (fot. katalog Zachęty)

Eliasz Kanarek, jako rysownik, współpracował w latach 1935-1938 z satyrycznym tygodnikiem „Szpilki”. Uczestniczył w weneckim Biennale 1934 r., a także wystawiał swoje prace w Carnegie Institute w Pittsburgu (USA). W 1932 roku zaprojektował scenografię do filmu „Dzikie pola” reżyserii Józefa Lejtesa. Wystąpił też jako aktor, co czym niewielu pamięta, w ekscentrycznym filmie „Szczęśliwy wisielec czyli Kalifornia w Polsce” nakręconym w 1926 roku przez jego mistrza – Tadeusza Pruszkowskiego. Ówczesne studentki profesora, Irena Lorentowicz (później wybitna scenografka), a także Pia Górska, wspominały, że „główną rolę” owego „szczęśliwego wisielca” w tym groteskowo-humorystycznym filmie powierzono Eliaszowi Kanarkowi. Przeżywał on na ekranie szereg niezwykłych przygód, musiał nawet rzucać się w przepaść w jednym z kazimierskich kamieniołomów. W filmie tym wystąpili rówież inni młodzi malarze z pracowni „Prusza”, m.in. Marian Szymanowski, Janina Konarska, Teresa Roszkowska. Premiera odbyła się 10 grudnia 1926 roku w warszawskim kinie „Splendid”. Niestety, film nie zachował się, ponieważ jedyna kopia zaginęła w czasie II wojny światowej. W marcu 1939 roku Eliasz Kanarek popłynął wraz z innym malarzem Bolesławem Cybisem transatlantykiem „Batory” do Nowego Jorku, wioząc wspomniane wyżej obrazy na wystawę. Po wybuchu wojny pozostał w USA. Również obrazy namalowane przez Bractwo św. Łukasza nie powróciły do kraju. Zostały zdeponowane w Le Moyne College w Syracuse. Eliasz Kanarek zmarł w maju 1969 roku w Scotsville.

Jeden z siedmiu obrazów (Unia Lubelska) pokazanych w polskim pawilonie Wystawy Światowej w Nowym Jorku w 1939 roku (fot. NAC.pl)

Kazimiera Iłłakowiczówna

Jeśli zaleczę choć jedno serce,

nie będę żyła na próżno;

jeśli choć jednej pomogę rozterce,

jednej ranie ulgą posłużę,

jeśli jednego małego ptaka

z powrotem do gniazda włożę,

nie będę żyła na próżno.

To jeden z wierszy znakomitej amerykańskiej poetki, Emily Dickinson w przekładzie Kazimiery Iłłakowiczówny. Zaskakujące, jak wiele faktów z życiorysu Iłły (tak mówiono o poetce) jest podobnych do tych z biogramu Marii Kuncewiczowej. Po pierwsze – data urodzin. Nie wypominając obydwu paniom wieku zaznaczmy, że każda z nich podawała co najmniej trzy daty swego przyjścia na świat. W przypadku Kazimiery Iłłakowiczówny (lata: 1889,1892 i 1893) każda z nich wydaje się prawdopodobna. Po drugie, obydwie znały dobrze języki obce i były tłumaczkami. Zasługą Iłłakowiczówny jest m.in. przekład Anny Kareniny oraz wielu utworów klasyki niemieckiej, nie wspominając o cytowanej już E. Dickinson. Kolejna sprawa to stosunek do własnej twórczości (przynajmniej na początku kariery) i umniejszanie rangi własnego pisarstwa. Niesłusznie, bo wierszami Iłłakowiczówny zachwycali się Tuwim i Żeromski. Kolejna sprawa – uwielbienie dla Skamandrytów i wspólne spotkania w „Ziemiańskiej”. Na dokładkę… niechęć, jaką obydwie panie darzyło damskie środowisko literackie Warszawy (wyjątkiem od tej reguły była Maria Pawlikowska-Jasnorzewska). Na ostatek zaś religijność, którą obydwie pisarki zaczęły odkrywać dość późno.

Kazimiera Iłłakowiczówna z czasów studenckich. Fot. ze strony wyborcza.pl

Drogi Marii Kuncewiczowej i Kazimiery Iłłakowiczówny niejednokrotnie się krzyżowały. A to w jednej z popularnych warszawskich kawiarni, a to w wydawnictwie bądź też ministerstwach, w których obydwie pracowały. Spotykały się wielokrotnie w Kazimierzu Dolnym (opisywanym przez Kuncewiczową) oraz Nałęczowie (który inspirował Iłłakowiczównę).

Zasadnicza różnica polega jednak na tym, że Kuncewiczowa chętnie odwoływała się do własnych przeżyć i doświadczeń (także i bolesnych), a dla Iłłakowiczówny wątki autobiograficzne były tematem tabu, z jednym wprawdzie wyjątkiem. Odstępstwo od reguły to Ścieżka obok drogi czyli cykl wspomnień o Józefie Piłsudskim, z czasów kiedy Iłłakowiczówna była jego sekretarką (lata 1926-1935).

Nie chcąc odbierać chleba (a i Państwu przyjemności lektury) biografom Kazimiery Iłłakowiczówny, skupmy się jedynie na fragmentach z jej życia związanych z okolicami Kazimierza Dolnego. Pierwszy trop prowadzi do Łazisk, w powiecie opolskim. Majątek otrzymała w posagu Halina z Kleniewskich, żona kuzyna Kazimiery, Witolda Iłłakowicza. Latem 1912 roku do majątku przyjechała na wakacje studentka polonistyki i anglistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, Kazimiera Iłłakowiczówna. Od tego roku wielokrotnie odwiedzała Łaziska. Pani Halina uwielbiała Kazię (tak domownicy nazywali poetkę). Zachwytu nie podzielał syn pani Haliny, Jerzy Olgierd Iłłakowicz:  Kazia była osobą dziwną, niezwykle utalentowaną, zamknięta w sobie, z wyraźnym negatywnym stosunkiem do ludzi. (…) Moje pierwsze zrozumienie jej wszechstronnych talentów miało miejsce w Łaziskach w 1921 roku. Tłumaczyła na polski książkę angielską na temat początków rewolucji rosyjskiej. Tłumaczyła szybciej, niż ja mogłem nadążyć przeczytać tekst na polski. A czytałem szybko i jej pismo było bardzo wyraźne. Ogromnie mi to zaimponowało. Ona biegle mówiła po angielsku, niemiecku, francusku, rosyjsku, trochę po litewsku. ( H.J. Zawistowski: Koneksje środowiskowe, rodzinne i literackie Kazimiery Iłłakowiczówny [w:] Ziemiaństwo na Lubelszczyźnie III, tom 2). W listach Iłłakowiczówny znaleźliśmy m.in. taki fragment : W latach 1910 aż do wojny często bywałam we dworach na pobrzeżu Wisły, z Puław jeździłam statkiem do Piotrawina, a dalej przez Zawichost i Sandomierz na Tarnobrzeg do Krakowa na uniwersytet. Bardzo pragnę zwiedzić Kazimierz, Puławy i oczywiście Lublin. Byłam w tych miejscowościach, ale nigdy ich nie zwiedzałam. (j.w) Niestety (jeszcze) nie wiemy, czy powodem krótkich wizyt w wymienionych miejscowościach była praca w gabinecie marszałka Piłsudskiego. Być może pobyty w Kazimierzu Dolnym mają związek z pasją Piłsudskiego, związaną z pewnym bardzo tajemniczym miejscem… To jednak pomysł na zupełnie inną historię. Obiecujemy, powrócimy do niej już wkrótce.

Kazimiera Iłłakowiczówna. To zdjęcie wypatrzyliśmy na blogu Jacka Dehnela awers-rewers.pl (Dziękujemy Autorowi bloga za udostępnienie zdjęcia)

Z powojennej korespondencji K. Iłłakowiczówny wynika, że starała się ona o posadę na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Otrzymała ją, ale obietnica pracy na uczelni była aktualna jedynie do października 1947 r. Poetka wróciła z repatriacji miesiąc później. Choć osiedliła się w Poznaniu, to od roku 1963 regularnie odwiedzała Nałęczów. Bała się pierwszej wizyty, ale uzdrowisko przypadło jej do gustu. Najchętniej zatrzymywała się w domu Sióstr Urszulanek przy ul. Prusa. Tak zapamiętał poetkę niestrudzony badacz literatury, prof. Tadeusz Kłak: W latach sześćdziesiątych często można było spotkać w parku lub na ulicach Nałęczowa starszą panią, lekko już pochyloną, ubraną najczęściej w białą wyszywaną bluzkę oraz w długą kwiaciastą spódnicę, z kolorową chustką zarzuconą na ramiona. W dni zimniejsze czy deszczowe zawiązywała chustkę pod brodę, tak jak czyniły to kiedyś wiejskie kobiety, albo zakładała na głowę pelerynę z folii. Nosiła beżowy prochowiec. (…) W przeciwieństwie do innych pisarzy i ludzi o głośnych nazwiskach, którzy chętnie uczestniczyli w życiu towarzyskim sezonowych gości, przesiadując choćby w kawiarni lub na jej werandzie, Iłłakowiczówna prowadziła tu życie raczej samotne.(…) Ceniła czas, była niezwykle punktualna i wymagała punktualności od innych. Wszystko z góry przewidywała i organizowała dokładnie, zawsze z dużym wyprzedzeniem.(…) Gdy zaś poprosiłem ją, po odpowiednim uzgodnieniu, by spotkała się na wieczorze autorskim z kuracjuszami Sanatorium ZNP, dzień wcześniej udała się tam, obejrzała salę, a spotkanie musiało być tak zorganizowane, jak poetka sobie życzyła. (…) Kiedyś zwróciłem się do niej z prośbą o udzielenie wywiadu dla Kameny, pisma wychodzącego wtedy w Lublinie, w którym stale pracowałem. Zgodziła się na to i poprosiła, by dać jej pytania na piśmie. Gdy je przeczytała, rzekła : „Ale one nie mają sensu!”. I komentowała po kolei przedstawione pytania, wskazując ich bezzasadność. Na doręczony jej później nowy zestaw pytań przyniosła odpowiedzi, bardzo zresztą zwięzłe, z zastrzeżeniem, że nie wolno w nich zmienić nawet przecinka. (…) Na pytanie o jej stosunek do Nałęczowa, odpowiedziała tam: W Nałęczowie zaimponować mogą czystość, cisza i doskonałe utrzymanie. Przyjemni są: Prus po jednej stronie, Żeromski po drugiej, a staw z łabędziami pomiędzy.

Janusz Stanny, jedna z ilustracji do „Wierszyków nałęczowskich” Kazimiery Iłłakowiczówny. fot. garazilustracji.blogspot.com

Nic dziwnego więc, że w tomie wierszy dla dzieci roi się od nałęczowskiej fauny i flory:

Słowik i Księżyc

Słowik gwiżdże i kląska

wśród drzewa;

Księżyc się po gałązkach

przelewa.

Krągłe oko otwiera

Ropucha:

Nie wie – patrzeć ma teraz

czy słuchać?

Janusz Stanny, ilustracja do wiersza „Słowik i księżyc”, „Wierszyki nałęczowskie” Kazimiery Iłłakowiczówny , fot. garazilustracji.blogspot.com

Jak pisał prof. Kłak w książce W krajobrazie Nałęczowa, którą cytujemy, Kazimiera Iłłakowiczówna ceniła swoich kolegów po piórze, z wieloma utrzymywała kontakty listowne, ale spotykała się z jedynie kilkorgiem z nich. W tej grupie znaleźli się Maria i Jerzy Kuncewiczowie, którzy wielokrotnie odwiedzali poetkę w Nałęczowie i których rewizytowała w Kazimierzu Dolnym.

Zwięzła, rzeczowa, czasem bezceremonialna, lubiąca towarzystwo dzieci i szanująca małych czytelników. Tak zapamiętali ją ci, z którymi w Nałęczowie rozmawiała. Dzięki pamięci zachowała się również anegdota o zaginionym szalu. Ogłoszenie o cennej zgubie spisał (i zachował) nieoceniony Tadeusz Kłak. Brzmiało ono tak: W sobotę dn. 15 czerwca o godz. 10.30 zostawiono na ławce na ul. Prusa długi, puszysty brązowy szal (Mohair). Znalazca proszony jest o odniesienie za nagrodą, Prusa 16 (za Jabłuszkiem) dla Kaz. Iłłak.  Kiedy szal się odnalazł, Iłłakowiczówna zaproponowała, żeby zamiast ogłoszenia o zgubie powiesić w tym miejscu informację, że szal się znalazł, aby ludzie mogli się przekonać, iż taka rzecz jest możliwa. 

Prof. Kłak napomknął, że Kazimiera Iłłakiewiczówna nie przywiązywała wagi do kierowanej do niej korespondencji. Zamiast autora, ważniejsze było to, co do niej napisał. Za zgodą pisarki ocalił bardzo wiele listów od luminarzy ówczesnej kultury. Chciałby się zajrzeć do tych perełek epistolografii!

Ps Przepiękne ilustracje do Wierszy nałęczowskich K. Iłłakowiczówny z ilustracjami Janusza Stannego wypatrzyliśmy na garazilustracji.blogspot.com (jest tam tego więcej!!!!)

Ojciec Albin Sroka – dodatek od Czytelników

Niezwykły suplement do historii, opisanych na naszym blogu otrzymujemy od jego czytelników. Krąg czytelników rośnie, także dzięki temu, że tekst o Januszu Łopuszańskim przedrukował popularny portal www.kazimierzdolny.pl

Kilka dni po tej publikacji otrzymaliśmy wiadomość od Pana Janusza Ogińskiego (pochodzącego z Kazimierza Dolnego). Za jego przyzwoleniem przytaczamy treść tej korespondencji. Zamieszczone fotografie i skany listów są dodatkowym bonusem:

Ojciec Albin Sroka z naszym darczyńcą, Januszem Ogińskim. Fotografia z archiwum p. Ogińskiego.

Do 2012 roku pracowałem jako dziennikarz w lokalnym tygodniku „Sztafeta”, który ukazuje się w pow. stalowowolskim, niżańskim, tarnobrzeskim i leżajskim – pisze Pan Janusz Ogiński. Przeglądając Kazimierski Portal Informacyjny trafiłem na tekst „Historia z fałszerstwem w tle” (…) jednakże prawdziwą niespodzianką dla mnie był w zakładce „Bywalcy” znakomity tekst o działalności twórczej o. Albina Sroki. Cieszę się ogromnie, że w Kazimierzu nie zapomniano o tym wspaniałym człowieku, który kochał to miasto, marzył by w nim zamieszkać, pragnął być pochowany na kazimierskim cmentarzu (miał nawet przygotowany grobowiec !!!). O ile mi wiadomo, był zaprzyjaźniony z Marią i Jerzym Kuncewiczami. O. Albina Srokę poznałem w 1995 roku. Z czasem znajomość ta przemieniła się w serdeczną przyjaźń. Dużo korespondowaliśmy. W 1999 roku wspólnie z Ryszardem Lubickim byliśmy redaktorami drugiego wydania (poszerzonego o IV rozdział dot. koronacji obrazu) monografii: „Sanktuarium Maryjne Franciszkanów Reformatów w Kazimierzu n. Wisłą (pierwsze w 1984 r., broszura w 1991 r., skrócona wersja w 2009 r.). Ośmielam się wysłać zdjęcie, na którym jestem z o. Albinem. Fotografia została wykonana w jarosławskim klasztorze franciszkańskim. Wysyłam też kilka kierowanych do mnie listów o. Albina, w których opisuje swój pobyt w Kazimierzu n. Wisłą. Może kiedyś to się do czegoś przyda.

Jeden z podarowanych przez Pana Janusza Ogińskiego listów od ojca A.Sroki. Są w nim m.in kazimierskie ścieżki…

Korespondencja z Panem Ogińskim „zasiała” w naszych głowach ziarenko pomysłu. Obiecujemy, że wzejdzie w momencie powrotu oddziału Dom Kuncewiczów z „wygnania”, związanego z remontem konserwatorskim naszego budynku. O szczegółach – wkrótce.

Ojciec Albin Sroka. A tekstu o tej wyjątkowej osobie szukajcie poniżej:)

Władysław Broniewski

Urodził się nad Wisłą. Może nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pochodził z Płocka i wraz z rodzicami mieszkał na skarpie wiślanej. Rzeka wielokrotnie wpływała do jego wierszy, choć nie zawsze kojarzyła się tylko z pięknym, choć groźnym krajobrazem. Jedna z najsłynniejszych fotografii Władysława Broniewskiego została wykonana nad Wisłą. Wykorzystał ją Wilhelm Sasnal do stworzenia takiego oto obrazu.

Wilhelm Sasnal, Broniewski, Muzeum Sztuki Nowoczesnej

O Władysławie Broniewskim (1897-1962) napisano tomy. Robili to zarówno entuzjaści jego twórczości, rodzina i bliscy, jaki również ci, którzy krytycznie odnosili się do zarówno do jego poglądów, jak i zasług dla polskiej poezji. Naszym zadaniem jest (na szczęście) wytropienie związków Władysława Broniewskiego z Kazimierzem Dolnym. Niech zatem poprowadzi nas Wisła. Na początku lat 50.XX w. poeta nosił się z zamiarem napisania poematu, poświęconego Wiśle. Do realizacji planów przystąpił w roku 1953. Tekst, współredagowany z córką Broniewskiego, Joanną Broniewską-Kozicką (nazywaną Anką) miał być scenariuszem filmu pod tytułem Wisła. Dzieło miało składać się z III części. Pierwsza, której kanwą miały być pory roku, miała symbolicznie przedstawiać trud pracy ludzkiej. Jednym z wymiernych wyznaczników tejże były historie miast nadwiślańskich, bogacących się dzięki Wiśle w czasie renesansu. Taki miastem miał być właśnie Kazimierz Dolny. Druga część poematu (i filmu) miała obrazować upadek prosperity. Nie zapominajmy, że Broniewski był ideologiem socjalizmu, w filmie nie mogło więc zabraknąć propagandowych haseł. III część miała więc być apoteozą ludzi pracy i odrodzenia kraju w innej, lepszej rzeczywistości. Scenariusz filmu, którego przygotowanie poprzedziła solidna dokumentacja, został złożony do Aleksandra Forda. Realizację filmu Wisła, w aspekcie dotyczącym interesującego nas tematu, w roku 1954 opisuje żona Broniewskiego, Wanda: Od roku myśli, zamierzenia twórcze Męża i Anki skupiały się na poemacie filmowym Wiśle. W drugiej połowie sierpnia Anka kręciła fragmenty tego filmu w Kazimierzu nad Wisłą. Pojechaliśmy tam na rowerach na dworzec wschodni i z Puław do Kazimierza znów na rowerach. Trochę wyżej w górę Wisły przycumowana była tratwa z flisakami, wyreżyserowana przez Ankę pod czasy króla Kazimierza. Mąż był w dobrym nastroju, z żywym zainteresowaniem obserwował pracę Anki. Po pracy wędrowaliśmy z Anką po Kazimierzu bądź jeździliśmy na rowerach. Wieczorami Mąż zachodził do Anki na dłuższe rozmowy. Śniadanie jadaliśmy w barze mlecznym. Mąż śmiał się, stojąc w kolejce po kakao, że szkoda, że Go tam nikt nie schwyci aparatem. (Zawsze z lubością gadano o piciu wódki, po prostu tyle było tej wódki w zawistnych gadaniach, że nie wiadomo, kiedy mogła powstać poezja Władka — a teraz dochodzą jeszcze opowieści o telefonach — nic, tylko wódka i telefon). Po kilku dniach wróciliśmy do Warszawy. W dwa dni po nas wróciła Anka. (Wanda Broniewska, Władysław Broniewski, Zgubiłem okulary, Listy z lat 1947-1962, Wydawnictwo Krytyki Politycznej).

Anka Broniewska-Kozicka przy pracy; fot. www.culture.pl

Tu drobne, ale ważne dla tekstu wtrącenie: Joanna Broniewska-Kozicka była córką Władysława Broniewskiego i jego pierwszej żony, Jadwigi. Z relacji córki Anki, Ewy Zawistowskiej (Dziadek Władek, O Broniewskim, Ance i rodzinie, Prószyński i S-ka) wiemy, że nie chciała robić kariery dzięki wsparciu uznanego ojca. Dosyć wcześnie wyszła za mąż i posługiwała się nazwiskiem Kozicka (mąż, Stefan Kozicki był dziennikarzem). Marzyła o zawodzie reżysera i mimo to, że wcześnie została matką, zdecydowała się na wyjazd do Paryża i studia reżyserskie. Wychowaniem córki, Ewy zajęły się babcie. Dziewczynkę uwielbiał także sławny dziadek. Małżeństwo Kozickich nie było szczęśliwe. Para nie rozwiodła się, ale Anka nie kryła swojej sympatii do pisarza, Bohdana Czeszki. Na początku 1954 roku Wajda zaczął robić film na jej podstawie, według scenariusza napisanego przez Czeszkę (Pokolenie). Mama była w trakcie realizacji Wisły. Mieli zatem wspólne zawodowe zainteresowania. Czeszko mógł jej imponować – pisała Ewa Zawistowska w książce Dziadek Władek. O Broniewskim, Ance i rodzinie (Prószyński i S-ka)

W książce znalazł się również inny fragment, dotyczący głębokiej więzi łączącej Ankę z jej ojcem: Anka wróciła po wojnie (przebywała z matką w ZSRR, a Broniewski – po pobycie w sowieckim więzieniu trafił do Armii gen. Andersa) z wyidealizowanym obrazem własnego ojca. Bardzo go kochała i bardzo czekała na spotkanie. Później przeżyła zawód. Nie przypuszczała, że aż tak pogłębił się jego alkoholizm. Egocentryzm chyba też. Czasem mawiała ze złością: „Budda zapatrzony we własny pępek”. Ale kochała go nadal bardzo.

Władysław Broniewski z przedwojennej katy pocztowej, fot ze zbiorów www.polona.pl

Tragedia wydarzyła się 1 września 1954 r. Ewa była jeszcze na koloniach, a mąż w delegacji. Anka, która mieszkała przy Placu Konstytucji, wróciła na chwilę do domu by przygotować się na kolejnych wyjazd w plener do Krakowa, do filmu Wisła. Następnego dnia, kierowca z Wytwórni Filmów Dokumentalnych który po nią przyjechał, poczuł na klatce schodowej ulatniający się gaz. Wyważono drzwi, ale Anka już nie żyła. Tak opisuje to zdarzenie Wanda Broniewska: zadzwonił telefon — obcy głos kobiecy mówił do mnie: „Pani wyjdzie za 5 minut z domu, skręci w prawo i wsiądzie do auta „Kroniki filmowej”. Ja na to: „Co z Anką?”. (Anka rano miała jechać do Krakowa kręcić film i przelękłam się, że to jakaś katastrofa samochodowa). W odpowiedzi te same martwo wypowiedziane słowa: „Pani wyjdzie za 5 minut z domu, skręci w prawo i wsiądzie do auta „Kroniki filmowej”. (…) W samochodzie był Bohdan Czeszko (…) odezwał się: „Anka nie żyje”. (…) Anka leżała w poprzek tapczanu, obok niej książka.(…) Władek był przerażająco opanowany. Wyszliśmy po kwiaty i wrócili. Władek został na noc. (Wanda Broniewska, Władysław Broniewski, Zgubiłem okulary, Listy z lat 1947-1962, Wydawnictwo Krytyki Politycznej).

Śmierć Anki stała się powodem plotek. Mówiono, że była rozczarowana życiem, nieszczęśliwie zakochana i sama targnęła się na życie. Rodzina zgodnie zaprzecza tym doniesieniom. Poetka, Jadwiga Stańczakowa (nota bene bohaterka naszej rubryki), która przyjaźniła się z Broniewskimi pisała o tym, że winowajcami tragicznych wydarzeń były zmęczenie Anki i zalany palnik kuchenki gazowej. Kobieta nastawiła czajnik chcąc zrobić sobie kawę i zapomniała o nim. Woda wykipiała z czajnika, zalewając palnik gazowy. Ulatniający się gaz spowodował śmierć reżyserki. Tę wersję zdarzeń potwierdza córka, Ewa Zawistowska : Anka miała słabe serce, często była bardzo blada. Byłą ambitna, bardzo obowiązkowa i nie zwracała uwagi na swoje zdrowie. Ilekroć miała do nas przyjść, szykowałam przede wszystkim najmocniejszą kawę. Dnia 1 września Anka zwolniła się wcześniej z pracy (WFD, ul. Chełmska), żeby przygotować się do wyjazdu do Krakowa na kręcenie filmu. Był upał. Taksówką pojechała do pralni odebrać kostium, do matki na Lenartowicza po walizkę i do siebie na MDM wybrać dokumenty do filmu potrzebne na wyjazd do Krakowa. Winda nieczynna, biegiem na szóste piętro. Spieszyła się, żeby wrócić na Chełmską na godzinę 17.00, na zebranie — do mieszkania wpadła na chwilę — okna zamknięte, story zasłonięte — żadnych porządków, zaczęła pakować walizkę w przedpokoju, nastawiła kawę, na chwilę położyła się na tapczanie, bardzo najprawdopodobniej zmęczona, kawa wykipiała. (Dziadek Władek. O Broniewskim, Ance i rodzinie, Prószyński i S-ka)

W roku 2005 Galeria Raster przygotowała cykl działań artystycznych, związanych z twórczością Władysława Broniewskiego. Jednym z nich był pokaz fragmentów filmu Wisła, z materiałów zachowanych w warszawskiej Wytwórni Filmów Dokumentalnych. O tym wydarzeniu historyk sztuki, Waldemar Baraniewski pisał następująco: Broniewski był artystą nowoczesnym. Doskonale rozumiał rolę i znaczenie nowych środków ekspresji, w tym szczególnie filmu. (…) Projekt Wisła otworzył poetę na wielkie wizualizacje. Otóż Wisła – mówił Broniewski – i jej bieg przez ziemię i historię Polski jest dla mnie  jakby syntezą całej Ojczyzny. Płynąca rzeka jest wizją trwałości, ale i nieuchronności mijającego czasu. Bezkresnego piękna i nieokiełznanego żywiołu, Historii i biologicznej egzystencji. (…) Broniewski studiował Kolberga, Glogera, zbierał informacje z zakresu hydrologii, archeologii, historii, ale nie zamierzał stworzyć dokumentu. Część scen w filmie jest inscenizowana. Spław zboża, sceny z rybakami. Trochę schematyczne, ale staranne plastycznie, dopracowane. (…) Film miał być barwny. W scenariuszu ten element służył wydobyciu dramaturgii i plastycznych walorów krajobrazów, w ich czasowej zmienności. (…) Czarno-biała kopia daje więcej kontrastów, dynamizuje i dramatyzuje obrazy.

Kadry z filmu Wisła, udostępnione przez Galerię Raster

W tomie wierszy Anka, napisanych przez Broniewskiego po śmierci córki znalazł się m.in. Film o Wiśle:

Od źródeł Wisły aż po ujście,

od źródeł życia aż do śmierci,

aż do utraty tchu jam niósł cię

na czułych skrzydłach moich wierszy.

Tak rzekę braliśmy na własność,

i piękne były nasze dobra,

jak światło, które ma nie zgasnąć,

jak żywy i wieczysty obraz.

Od wież wawelskich aż po gdańskie,

od Nowej Huty aż po Stocznię

i w przeszłość – aż po gród pogański,

umiłowaniem – po widoczne

sięgaliśmy, by słowem-okiem

odtwarzać, tworzyć wielkie dzieje

i w krajobrazie tkwiąc szerokim

uparcie głosić:- Dnieje! Dnieje!

… Pamięci moja smutna, nie kłam,

oto już obraz się pogmatwał,

wiślaną mgłą zasnuty ekran,

czerwone słońce, trumna, tratwa

i kry burzące most, i wieże

zamkowe, i fabryczny komin,

ostatni wieczór w Kazimierzu,

i w oczach mgła, i gorycz wspomnień…

Ach? Cóż ja robię? Chwytam cienie

i cień twój drogi na ekranie,

a rozum radzi: zapomnienie,

a serce wierzy: miłowanie.

Audycji o Wiśle w twórczości Władysława Broniewskiego można posłuchać pod poniższym adresem:

https://www.polskieradio.pl/8/6148/Artykul/1779507,Wladyslaw-Broniewski-patrzy-na-Wisle

Niestety, nie podpowiem gdzie szukać płyty Broniewski, na której utwory poety śpiewają m.in. siostry Wrońskie, Marcin Świetlicki i Muniek Staszczyk.

Marek Hłasko (18+)

Każde napisane o nim zdanie może być frazesem. Rzeczywiście, jest idealnym „materiałem” zarówno dla naukowych rozpraw, jak i plotkarskich tekstów. Postaram się z gąszczu zdań wyłowić te najważniejsze, bo związane z Kazimierzem Dolnym. W opowieści nie zabraknie wątków miłosnych.

Marek Hłasko nad Wisłą (w obiektywie Agnieszki Osieckiej). To zdjęcie wypatrzyliśmy w filmie Andrzeja Titkowa „Piękny, dwudziestoletni”

Jest rok 1957. Hłasko (1934-1969) ma za sobą udany i komentowany debiut – zbiór opowiadań Pierwszy krok w chmurach. Ma również za sobą zakończony romans z Hanną Golde, dziennikarką. Związek, choć nie pierwszy i nie ostatni w życiu pisarza, skłonił go do takiej oto refleksji: ja sam kochałem się w życiu tylko raz; było to jedenaście lat temu i potem nigdy już nie kochałem nikogo ani przez minutę, mimo że nieustannie starałem się stworzyć sobie złudzenia. (Piękni, dwudziestoletni, Czytelnik 1988). Kazimierz Dolny miał być miejscem leczenia złamanego serca, ale także wytężonej pracy. Hłasko wziął ze sobą brudnopis opowiadania Cmentarze, nad którym zaczął pracować dwa lata wcześniej. Skąd wybór Kazimierza? Możemy się jedynie domyślać (dotychczas nie natrafiłam na trop tej zagadki). Wiadomo natomiast, że Hłasko był w relacjach (nie napiszę, że przyjaźnił się, bo w wielu przypadkach były to związki o ekstremalnie zmiennych temperaturach) z całą warszawską socjetą. W tej grupie byli m.in. przedwojenni bywalcy Kazimierza Dolnego np. Jarosław Iwaszkiewicz czy Adolf Rudnicki. Popularność zyskało także miejsce, w którym zatrzymał się Hłasko. To Dom Architekta. W styczniu 1957 r., w liście do Jarosława Iwaszkiewicza pisarz nadmienia: siedzę teraz w Kazimierzu, ale za parę dni wyrzucają nas wszystkich, przyjeżdża tu setka dzieci węgierskich. Towarzyszką podróży Hłaski jest maszyna do pisania – stąd w liście dopisek: proszę wybaczyć, że piszę na maszynie, ale mam tak parszywy charakter pisma, że coś okropnego. Przymusowa eksmisja z SARP-u nie była długa, skoro już w lutym 1957 r., w liście do matki, Marek Hłasko pisze: jestem. Zasuwam piguły. Prowadzę się jak dziecko i w ogóle. W kolejnym liście donosi: otóż skończyłem pisać tę historię górską (również scenariusz tejże) (Baza ludzi umarłych-na podst. Następny do raju). Teraz kończę Cmentarze. Bardzo dużo czytam. Kiepsko z pogodą, co dzień się zmienia. Spać nie można.

W roku 1957 pisarz powróci do Kazimierza jeszcze kilkakrotnie. Na razie zatrzymajmy się przy Cmentarzach. Swoją pracę nad tekstem Hłasko wspominał tak: zrozumiałem, że nie można napisać prawdziwego opowiadania o totalizmie, które byłoby tragiczne i do dziś nie wierzę w możliwość takiej literatury. Człowiek wkraczający w bramy niemieckiego obozu koncentracyjnego wiedział, iż istnieją tylko dwie możliwości wydostania się stamtąd. Pierwsza droga prowadzi przez komin krematorium obozowego; druga to ewentualne wkroczenie wojsk alianckich czy też sowieckich sokołów. Ale od początku do końca osoby dramatu pozostają te same: kat pozostaje katem; ofiara ofiarą; dozorca niewolników do końca swej kariery nie wypuści bata z ręki. Człowiek wkraczający w bramy sowieckiego więzienia nic nie wie. (…) Napisałem opowiadanie Cmentarze; opowiadanie dziecinne i nieudane; ale postanowiłem zbudować je na faktach autentycznych, gdyż jeszcze wtedy nie wiedziałem, że w prozie liczy się nie fakt, a tylko prawdziwe zmyślenie. Fakty te w prozie okazały się niemożliwe do wykorzystania. (cyt. Piękni, dwudziestoletni) Cmentarze, z powodu tematyki, zostały odrzucone w polskich wydawnictwach z komentarzem „takiej Polski nie ma”. Tekst ujrzał światło dzienne dzięki Agnieszce Osieckiej, która we wrześniu 1957 r. wyjechała do Francji ze Studenckim Teatrem Satyryków i dostarczyła maszynopis Jerzemu Giedroyciowi z paryskiej Kultury. Tu pojawia się pierwszy, kazimierski wątek miłosny. Agnieszka Osiecka, aktorka teatru STS, dziennikarka i Hłasko – złoty chłopiec literatury i chuligan stołecznych salonów poznali się przypadkowo. Agnieszka odniosła pisarzowi książkę, którą pożyczyła jej koleżanka, ponoć z Hłaską pokłócona. Pierwsze spotkanie (rok 1956) przebiegło bez emocji – przynajmniej ze strony Hłaski. Sprawy potoczyły się jednak błyskawicznie, skoro na wysłany wiosną 1957 r. telegram Przyjedź Osiecka pojawia się w Kazimierzu Dolnym. To z tamtego okresu pochodzą zdjęcia, wykonane przez Agnieszkę m.in. na Górze Trzech Krzyży. Ciekawostka, bo to właśnie te fotografie Osiecka przedstawiła w portfolio podczas egzaminu do Łódzkiej Szkoły Filmowej.

Marek Hłasko w obiektywie Agnieszki Osieckiej, fragment fotografii z książki „Rozmowy w tańcu”

Marek Hłasko i Agnieszka Osiecka wybrali się razem do Kazimierza jeszcze jesienią. Ale o tym za chwilę.

Znajomość Marka Hłaski i Agnieszki Osieckiej była na tyle ważna i intensywna, że para postanowiła wziąć ślub. Odbyły się nawet oficjalne zaręczyny, zawarte w obecności rodzin. Czy naprawdę się kochali tak mocno, by związać się ze sobą? Czy była to kolejna poza Hłaski i Osieckiej, uważanej za łamaczkę męskich serc? Znienawidzilibyśmy się po ślubie – piszą do siebie w listach (ich przyjaźń i związana z nią korespondencja trwały do śmierci Hłaski). Listy czy może lepiej sztuka epistolografii tej dwójki jest niezwykle interesująca. Z opublikowanych dotychczas dokumentów wynika, że łączyła ich bliska relacja, zwierzali się sobie i wspierali. Pobyt w Kazimierzu powracał w listach niejednokrotnie:. Pozostałaś takim samym dzieckiem , jakim byłaś w dniach Kazimierza –pisze Marek Hłasko w roku 1959 – kochanym, mądrym, zupełnie niedojrzałym, a w żadnym wypadku nie zasługującym na nieszczęście małżeństwa z kimś takim jak ja. W innym liście z kolei zapewnia: Jeszcze wszystko będzie dobrze, jeszcze będziesz mówić: Życie mi złamałeś, łobuzie, gdyby nie to, że za Ciebie wyszłam…itd. Czy pobraliby się za granicą (Hłasko coraz częściej mówi o wyjeździe za granicę) ? Do ślubu nie dojdzie, bo Osiecka nie dostanie paszportu. Będzie to kara za wywiezienie przez nią Cmentarzy i kontakt z mieszkańcami Maisons-Laffitte. Pozostawały nadzieje, marzenia i listy pełne wspomnień z Kazimierza. Kiedyś, gdy byliśmy z Markiem w Kazimierzu – komentowała Osiecka jeden z listów do Hłaski – jakiś malarz, przypadkowy człowiek w naszym życiu, opowiedział nam historię o tapirze. To zwierzę ma niesłychanie prymitywny wygląd. Narysował nam tego tapira – uproszczone zwierzę bez ozdobników. Markowi się to podobało niesłychanie. Uznał, że ja jestem takim tapirem czyli szczytem prymitywu. Potem bawiliśmy się w rysowanie tego zwierzęcia. Od tego czasu zaczęły się gry słowne. Marek mówił o sobie zwierzę-tapir. Wreszcie przekształcił zwrot w człowiek-zwierzę. Choć znali się od podszewki, a znajomość zbudowali na fundamentach literatury, nie doczekali się pięknego zakończenia, jak z romantycznej historii.

Agnieszka Osiecka i Marek Hłasko w kazimierskim SARP-ie, zdjęcie z artykułu w „Wysokich Obcasach” znalezionego w Internecie

Nie mogło być inaczej, skoro w 1957 r. podczas kręcenia filmu na podstawie Ósmego dnia tygodnia, Hłasko poznaje odtwórczynię roli Agnieszki, Sonię Ziemann. Z gąszczu wiadomości, którymi obrosła ta historia wybierzmy najistotniejsze. Pomoże nam w tym przyjaciel Marka Hłaski Henryk Rozpędowski, autor (niełatwej w lekturze) książki Był chamsin. Na decyzję wyjazdu i pozostania Hłaski na Zachodzie miały wpływ sprawy prywatne. Krótkotrwały romans z Sonią Ziemann w Polsce traktował poważnie. Już wtedy myślał o związku trwałym. Był prawdziwie i rzetelnie w niej zakochany – pisał Rozpędowski, opierając tę wypowiedź na relacjach Hłaski i Ziemann. (Jak więc traktować niemal równiczesne oświadczyny Osieckiej?)

Do poznania Ziemann i Hłaski doszło w studiu filmowym we Wrocławiu. Sonia, w młodości baletnica, debiutowała na scenie jeszcze przed wojną. W latach 50. XX wieku była popularną aktorką zachodnią, zawdzięczającą swój sukces filmowi Dziewczę z Czarnego Lasu. Praca z Aleksandrem Fordem miała rozpocząć nowy, dojrzały okres w jej karierze. Podczas pierwszego spotkania Mark Hłasko tak intensywnie przyglądał się Sonii, że wytrącił ją z gry. Według aktorki, mimo że był kompletnie pijany miał w sobie wdzięk Gary Cooper’a i urok uskrzydlonego anioła. Ich pierwsza rozmowa przebiegała następująco:

(relacja Sonii Ziemann)

– Co Pan właściwie tu robi?

– To on pyta, co Pani tu robi?

– Myślę, że gram Agnieszkę.

– On mówi, że nie tak, jak on ją napisał

Relacja Marka Hłaski :

– Co ta k…a tu robi?

Sonia Ziemann i Marek Hłasko, kadr z filmu „Wszyscy jesteśmy wymyśleni” Włodzimierza Krygiera

Łaził za nią, kupował jej pluszowe misie, spał pod drzwiami jej pokoju hotelowego – pisał Rozpędowski. Zatańczył z nią jeden raz – okropnie. Jej filmowy partner, Zbyszek Cybulski (także okropny tancerz) powtarzał James Dean (na którego pozował Hłasko) nicht gut. Nie poskutkowało. Choć Hłasko mówił o Ziemann gestapówka i przeklęta Prusaczka, ona uważała to za urocze. W maju 1957 r.Marek Hłasko zaprasza Sonię Ziemann do Kazimierza Dolnego. Treść telegramu, jaki wysłał do hotelu Monopol we Wrocławiu była następująca: Nie jedź pierwszego maja do Berlina, przyjedź, proszę, do Kazimierza. Będą tam spokój, słońce, misie i kwiaty dla Ciebie. Pojechała, a w eskapadzie BMW, należącym do aktorki towarzyszyli jej agent, Harry Heidermann (rozpaczliwie zakochany w Sonii) oraz małżeństwo niemieckich etnografów, Skibowskich ( Klaus Skibowski robił zdjęcia z tego pobytu). Własne sprawozdanie z wypadu do Kazimierza z pierwszą naiwną (Sonia Ziemann) zamieścił Hłasko w Pięknych, Dwudziestoletnich: w drugi dzień świąt Wielkiej nocy jechaliśmy z Warszawy do Kazimierza jej samochodem; jest to najbardziej pijany dzień w Polsce, gdyż wtedy – jak to się mówi – żeni się wieś. (…) Drogi były pełne pijanych chłopów, pijanych furmanów, pijanych cyklistów i ludzi ganiających z cepami, nożami, widłami i innymi tego typu akcesoriami zabaw ludowych, których nie uwzględniła Maria Dąbrowska w swoim opowiadaniu Na wsi wesele. (…) Przed samym Kazimierzem musiałem zatrzymać wóz; dwóch pijanych ludzi goniąc trzeciego wpadło na maskę prowadzonego przeze mnie samochodu i na moich oczach wbiło mu parę noży; po czym pojechałem dalej.

– Za trzy dni pobiją się znowu – powiedziałem do niej – To będzie tym razem na jego pogrzebie.

– Na czyim?

– Na pogrzebie faceta, którego przed chwilą zabili.

– Kogo zabili?

– Zabili człowieka na masce twojego samochodu – powiedziałem.

Uśmiechnęła się, nie uwierzyła.

Sonia Ziemann i Marek Hłasko przy kazimierskiej studni,
kadr z filmu „Wszyscy jesteśmy wymyśleni” Włodzimierza Krygiera

Choć dzieliły ich światy i… język (Hłasko nie mówił po niemiecku), ich miłość była gwałtowna i łapczywa (cyt. za Rozpędowskim). Sonia wraca do Niemiec, a Hłasko (tak, słusznie Państwo podejrzewają) zaczyna pisać do niej listy. Są po polsku, a czyta je i tłumaczy na niemiecki Maria Brauer, żona filmowca z Łodzi, osiadłego na Zachodzie. W lutym 1958 r. Hłasko wyjeżdża z Polski. Jeszcze nie wie, że to podróż w jedną stronę.

W kwietniu 1958 r. Ziemann i Hłasko spotykają się w Paryżu. Marek jest czysty, pachnący i trzeźwy. Przesyła gigantyczne bukiety kwiatów (cyt. za Rozpędowskim). Po tym spotkaniu pisze : w Paryżu wiosna, w Wilanowie, w Kazimierzu też na pewno już wiosna. Ty tutaj masz jesienie i zimy i lata i wiosny. Ja tutaj mam tylko Ciebie.

Resztę tej historii Państwo znają: będzie ślub i burzliwy związek. Będą pierwsze polskie słowa wypowiedziane przez Sonię – serce i kotku. Będzie też rozwód i korespondencja, utrzymywana przez Marka Hłaskę zarówno z Sonią jak i Agnieszką Osiecką, pieszczotliwie ochrzczoną panną Czaczkes.

Do tej historii dodam jeszcze trzy zdania ją dopełniające :

Podobno Hłasko miał piękne dłonie – mówiły o tym zarówno Sonia jak i Agnieszka.

Każdy chce być szczęśliwy. Ja chciałem być szczęśliwszym od innych. Bóg mnie pokarał – Marek Hłasko, Listy , Agora 2014

Czy Państwo wiedzą, że ulubiona piosenką Marka Hłaski było All the way Franka Sinatry? (tekst zamieszam poniżej)

When somebody loves you

Its no good unless he loves you…

All the way

Happy to be near you
When you need someone to cheer you

All the way

Taller than the tallest tree is

Thats how its got to feel

Deeper than the deep blue sea is

Thats how deep it goes if its real

When somebody needs you

Its no good unless she needs you

All the way

Through the good or lean years

And for all those in between years

Come what may

Who knows where the road will lead us

Only a fool would say

But if you let me love you

Its for sure I’m gonna love you

All the way

Ps. By the way;), czy pamiętają Państwo ostatni pobyt Sonii Ziemann w Kazimierzu Dolnym na festiwalu Lato filmów? Jeśli tak – dajcie znać! (kuncewiczowka@mnkd.pl)

Ps/2 W poniedziałek, 16 lutego 2020 r. w Monachium (Niemcy) zmarła Sonia Ziemann. Aktorka miała 94 lata.

Aleksander Ford (18+!)

Związki tego wybitnego reżysera, twórcy polskiej szkoły filmowej z Kazimierzem Dolnym są zaskakujące. Podejrzewam, że nie byłoby Forda – reżysera, gdyby nie profesor Tadeusz Pruszkowski. Cała historia (opisana w monografii Forda, autorstwa St. Janickiego) zaczęła się w czasach studiów Aleksandra Forda (1908-1980) w Warszawie. Choć przyszły twórca ekranizacji Krzyżaków wybrał historię sztuki, to los połączył go z cyganerią warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, pod wodzą Pruszkowskiego. Pierwszą filmową próbą był Szczęśliwy wisielec, czyli Kalifornia w Polsce. To komedia o miłości, zrealizowana przez uczniów Pruszkowskiego i samego profesora w roku 1926. Janicki pisze, że w pracach przy realizacji filmu uczestniczył m.in. Aleksander Ford.

Zachowane, archiwalne kadry z filmu „Szczęśliwy wisielec” za www.andante.nazwa.pl

Film, wyświetlany w kinie Splendid, poniósł klapę, ale Profesor, rezygnując z dalszych prób własnych, tym silniej popierał utalentowana młodzież, podsycał jej entuzjazm – wspominał Janicki. Aleksander Ford, zachęcony przez Pruszkowskiego, przystąpił do realizacji pierwszego, profesjonalnego filmu. To Pruszkowski pomógł w jego sfinansowaniu – zdobył m.in. 500 metrów taśmy filmowej (dokładnie tyle, ile było potrzebne na cały film, bez dubli). Malarze, uczniowie Prusza, wykonali scenografię, a efekt wspólnych starań, film Nad ranem publiczność obejrzała w czerwcu 1928 r. Pierwszy pokaz w stołecznym kinie Stylowy zaowocował doskonałymi recenzjami. Krytycy chwalili oryginalny scenariusz, montaż, zdjęcie i efektowną pracę z kamerą (np. w jednej ze scen podążała za ruchem pięści bijących się mężczyzn). Niewielu wiedziało, że niektóre „efekty” zastosowane przez Forda były wynikiem braków finansowych.

Kolejny „związek” z Kazimierzem Dolnym to dwa scenariusze, napisane przez bywalca kazimierskiego Berensa, Anatola Sterna: Nieznajomi i Głód. Mimo iż ideologicznie (zwłaszcza drugi tytuł) bliskie Fordowi, nie doczekały się realizacji. Pamiętajmy, że nie działały jeszcze studia i grupy producenckie, a filmy współfinansowali np. dyrektorzy kin, w których te produkcje były potem wyświetlane. Zalążkiem późniejszych studiów filmowych było Stowarzyszenie Start, które przed II wojną światową współtworzył Ford.

No właśnie, szefowie kin… Niestety, nie spodobał im się kolejny film Forda, realizowany m.in. w okolicach Kazimierza Dolnego, czyli Ludzie Wisły. Scenariusz powstał na podstawie popularnej wówczas powieści Heleny Boguszewskiej. Mimo, iż reżyser wiernie zekranizował bestseller, to na pierwszym pokazie (kolaudacji) dyrektorzy kin siedzieli sztywno, ponuro, w milczeniu. Trudno było zaobserwować, czy film im się podobał. Wcale nie reagowali. Ani jedno kino nie zakupiło naszego filmu. Uważali, ze jest za ładny, że ma za wysoki poziom artystyczny, co w ustach branży było zarzutem. Powiedzieli jeszcze, że o wiele za dużo przyrody, że za bardzo poetyczny – mówiła o tej projekcji Helena Boguszewska. Ford musiał przemontować film. Trafił on do kin na prowincji i był bardzo dobrze przyjęty przez publiczność.

Kadr z filmu „Ludzie Wisły”. Całość – dostępna w Internecie

Na kolejne spotkanie reżysera z Kazimierzem Dolnym trzeba było poczekać do roku 1948. Efektem konkursu na scenariusz filmowy o życiu Fryderyka Chopina była praca, autorstwa Stanisława Hadyny (zdobyła wówczas II nagrodę). Jej ekranizację powierzono Aleksandrowi Fordowi, a za kostiumy była odpowiedzialna Teresa Roszkowska (studentka prof. T. Pruszkowskiego). Zdjęcia do filmu Młodość Chopina trwały 8 miesięcy, montaż kolejnych 5. Wśród rekwizytów powojennej superprodukcji były m.in. 2 oryginalne fortepiany, na których grał Fryderyk Chopin. Premiera filmu odbyła się w roku 1952, a Czesławowi Wołłejce (Chopinowi) partnerują: muzyka i… pejzaże nadwiślańskie z okolic Kazimierza Dolnego.

Kadr z filmu „Młodość Chopina”. Całość w Internecie.

Ostatnie filmowe spotkanie Aleksandra Forda z Kazimierzem Dolnym nie miało happy endu. Ósmy dzień tygodnia, zrealizowany w roku 1958, na swoją filmową premierę czekał ponad 20 lat.

Wszystko zaczęło się od tego, że Ford zrezygnował z kręcenia murowanego hitu czyli Janosika. Sięgnął natomiast po opowiadanie zyskującego coraz większe zainteresowanie pisarza, Marka Hłaski. Mimo, iż krytycy uznali opowieść o miłości w trudnych czasach za bardzo brutalną, Ford postanowił przenieść ją na ekran. Hłasko, mający wcześniejsze doświadczenia w pracy nad scenariuszem, zgodził się na współpracę. W naszym filmie ukazujemy czystą miłość na tle brutalnego i trywialnego życia – mówił Ford – Zdarza się, ze mówi się o poezji, a myśli się o łóżku. W filmie mówi się o łóżku, nazywa się rzeczy po imieniu, często w sposób szokujący, jak to w życiu bywa. Ale myśli się , walczy się o prawdziwą miłość, a to najpiękniejsze uczucie między kobietą i mężczyzną. Wierzę, że pod powłoką brutalności kryje się czysty liryzm. Starałem się to w filmie wyrazić – mówił Ford. W rolach głównych wystąpili Zbigniew Cybulski i aktorka „zza żelaznej kurtyny”, Sonia Ziemann. W trakcie realizacji, ekipę filmową odwiedziła na planie Agnieszka Osiecka, wówczas dziennikarka. Tego filmu jeszcze nie ma. Dopiero się kręci – pisała Osiecka –Ktoś nazwał to opowiadanie „polskim Godotem”. Skojarzenie dość odległe, ale jest w tym przecież jakiś okruch prawdy.(…) Jak świat światem ludzie (…) czekają na Godota, tęsknią za ósmym dniem tygodnia. Szczęście to jest to – powiada Stendhal – czego prawdopodobnie nigdy nie osiągniemy, ale na szukanie go warto poświęcić życie. Film Forda nie będzie o ósmym dniu tygodnia. Będzie o tym, że nie ma ziemi dla zakochanych.(…) Trochę trudno sobie wyobrazić pannę Ziemann, piękność w stylu amerykańskim, w roli jasnej dziewczyny z Targówka, ale być może charakteryzacja i talent uczynią cuda. – konkluduje złośliwie Osiecka. Film nie trafił na ekrany kin po jego realizacji. Historycy i badacze kina podają kilka przyczyn: brutalizację świata i fakt iż, wszystko toczy się „wokół spraw łóżka”, brak pozytywnego, socjalistycznego przesłania, wreszcie samą osobowość (zachowanie i twórczość Marka Hłaski, publikowanie w tzw. drugim obiegu i jego późniejszą ucieczkę na Zachód). Nie bez znaczenia pozostawał również gwałtowny charakter samego Hłaski, wszczynane przez niego burdy i awantury. W książce Piękni, dwudziestoletni (1966 r.) Hłasko wspominał pracę przy filmie następująco: Obejrzałem trochę zdjęć i zapoznawszy się ze zmianami (…) zażądałem zmiany tytułu i usunięcia mojego nazwiska z napisów tytułowych filmu. Zmiany te zostały poczynione  na żądanie pułkownika profesora Aleksandra Forda.(…) Znałem w swoim życiu  wielu cwanych ludzi (…), ale na całej swej drodze nie spotkałem człowieka tak bezwzględnie cwanego jak Ford.  Myślę, że mogę o nim to śmiało napisać, gdyż wiem, ilu ludzi, ile pomysłów i ile filmów zmarnował ten człowiek, będący najbardziej chytrym i cwanym oportunistą, a udający człowieka najbardziej rozgoryczonego i rozwścieczonego głupotą władz.(…) Ford, który Warszawę zna tylko z okna swego auta, umieścił akcję filmu na Starym Mieście. Agnieszka pęta się po cukierkowych ulicach; tam z kolei stoją statyści ubrani w koszulki gimnastyczne i udają lumpenproletariuszy, którzy zaczepiają dziewczynę. W tym opowiadaniu (…) chodziło mi o jedną sprawę: dziewczyna, która widzi brud, ohydę wszystkiego, pragnie dla siebie i dla ukochanego chłopaka jednej tylko rzecz: pięknego  początku ich miłości. Ford zrobił film na temat, że ludzie nie mają się gdzie rżnąć, co oczywiście nie jest prawdą: rżnąć się można wszędzie.(…) Z filmu wyszło gówno. Zdaniem Hłaski, jedynym pozytywem Ósmego dnia tygodnia jest rola Zbyszka Cybulskiego, który stworzył tu pełnokrwistą i prawdziwą postać. Romantyczne, choć nie do końca prawdziwe, są wykorzystane w filmie pejzaże kazimierskie. Nieprawdziwe, bo widoki ze wzgórz kazimierskich zagrały podwarszawskie Bielany.

Kadry z filmu „Ósmy dzień tygodnia”. Całość w Internecie

Konsekwencją współpracy Forda, Hłaski i Sonii Ziemann był romans i małżeństwo pisarza z aktorką. Temu związkowi partnerował również Kazimierz Dolny. O tym już wkrótce…

Sonia Ziemann i Marek Hłasko w Kazimierzu Dolnym, 1958. Fotografia wykorzystana m.in w filmie „Wszyscy jesteśmy wymyśleni”

Jerzy Łopuszański

W tej historii więcej jest znaków zapytania, niż faktów. Nie udało nam się znaleźć portretu tego rzeźbiarza. Podobno był taki obraz, ale po śmierci artysty został sprzedany. Nabywcy, usłyszawszy o tragicznej śmierci sportretowanego na obrazie mężczyzny, pozbyli się dzieła. Czy trafiło na strych czy też do innego kolekcjonera, który nie dociekał, kim jest człowiek na obrazie? Dzieło mogło być interesujące, bo kolega Jerzego Łopuszańskiego, malarz Włodzimierz Bartoszewicz opisał go tak: był to przystojny brunet o rasowej, suchej twarzy okolonej czarną brodą. Zawsze milczący, skupiony w sobie. Spod ściągniętych brwi patrzyły zamyślone, smutne oczy.

Praca prof. Kazimierza Parfianowicza o Jerzym Łopuszańskim liczy zaledwie kilkanaście stron. Powstała w oparciu o skromne archiwalia znajdujące się w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

Jest wśród nich metryka artysty. Jerzy Jan Łopuszański, syn Feliksa i Marii z domu Grycon przyszedł na świat 4 marca 1898 r. w Warszawie. Podobno nie był wyróżniającym się uczniem gimnazjum. Nie ukończył również edukacji w Szkole Strogonowskiej w Moskwie. Z powodzeniem natomiast radził sobie na zajęciach z rysunku, prowadzonych przez prof. Miłosza Kotarbińskiego (1854-1944).

Fotografia prof. M.Kotarbińskiego ze zbiorów www.polona.pl

Rozwój artystycznej kariery przerwała I wojna światowa. Łopuszański służył w I Legii Polskiej i w roku 1915 został ranny. Powrócił na front. Udział w wojnie miał poważne konsekwencje – jak wspominał Włodzimierz Bartoszewicz w książce Buda na Powiślu, Łopuszański pod Lwowem (…) został ciężko ranny odłamkiem w głowę. Przez szereg miesięcy nie widział, nie słyszał i miał naruszony zmysł równowagi do tego stopnia, że nie mógł utrzymać się na nogach. Z życiorysu dostarczonego przez Jerzego Łopuszańskiego do warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych wynika, że udział w I wojnie kosztował artystę utratę 60% zdolności do pracy. Otrzymał niewielką rentę inwalidzką.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Łopuszański kontynuował naukę w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie, w klasie prof. Edwarda Wittinga. Kiedy wybuchła wojna polsko-bolszewicka, mimo inwalidztwa, znów wyruszył do walki. Pod Warszawą został ciężko ranny i stracił czucie w lewej ręce. Choć Łopuszański doznał poważnego uszczerbku na zdrowiu, wrócił na studia. Z powodu złej sytuacji finansowej Łopuszańskiego, zwolniono go z opłat czesnego (list artysty w tej sprawie zachował się w archiwach warszawskiej ASP). Rzeźbiarz przez 4 semestry kształcił się u prof. T. Breyera. Pod koniec lat 20. XX wieku prezentował swe rzeźby na wystawach, organizowanych w Zachęcie. W roku 1928 eksponował tu „Chimerę” oraz „Jelenia i węża”, w roku 1929 „Ołtarz”, a rok później „Łabędzia” i „Krzyk”.

Praca J.Łopuszańskiego z katalogu wystawy w Zachęcie z 1928 r.

W późniejszych latach pokazywał w Zachęcie prace „Ave Maria” i „Krucyfiks” (być może to rzeźba, znajdująca się obecnie w kościele parafialnym w Rembertowie). Powyższe informacje pochodzą z katalogów wystaw Zachęty. Z przedwojennej prasy wiemy, że prace Łopuszańskiego znajdowały uznanie w oczach krytyków. Pisano, że są to wyróżniające się rzeźby o wyższym poziomie. Były wykonane z kamienia oraz czarnego i czerwonego dębu. Później, artysta zaczął eksperymentować i następnie z powodzeniem wykorzystywać cement.

W roku 1930 Jerzy Łopuszański osiedlił się w Kazimierzu Dolnym. Zamieszkał na barce wiślanej, a korespondencję kierowano na adres ul. Puławskiej. Prezentował swoje prace na wystawach organizowanych przez Towarzystwo Przyjaciół Kazimierza Dolnego. Wykonywał również realizacje rzeźbiarskie w miasteczku. Kilka z nich przetrwało do dziś. Na miejscowym cmentarzu znajduje się grób Walentyny z Szymanowskich Dębskiej i jej syna, 7-letniego Jana. Według przekazów ustnych kobieta miała zabić swoje ciężko chore dziecko, a następnie popełnić samobójstwo. Nagrobek, który wykonał Jerzy Łopuszański powstał w roku 1928 lub 1929 (tragedia, którą upamiętnia wydarzyła się 10 czerwca 1928 r.). Rzeźba „Dwa orły” jest zrobiona z cementu. Przedstawia umierającą orlicę, chroniącą swoje pisklę.

Z boku postumentu, na którym ustawiono ptaki , Łopuszański umieścił swoją sygnaturę. Nawiązuje do średniowiecznych gmerków kamieniarskich. W inicjały twórcy jest wpisany półksiężyc, odwołujący się do herbu Kazimierza Dolnego. Grób Walentyny Dębskiej, usytuowany w górnej części cmentarza, wzbudza zainteresowanie. Warto zadbać o pomnik, gdyż cement kruszeje i nagrobek ma sporo ubytków.

Kolejnym pomnikiem autorstwa Łopuszańskiego na kazimierskim cmentarzu jest nagrobek rodziny Koziorowskich. To słup z wytłoczonymi na blasze aniołami.

Nagrobek rodziny Koziorowskich projektu Jerzego Łopuszańskiego na kazimierskim cmentarzu (fot.MJS)

Innych prac Jerzego Łopuszańskiego należy szukać w samym miasteczku. W niezmienionej formie przetrwała rzeźba „Madonny”, ustawionej na dziedzińcu, przed klasztorem Franciszkanów na Wietrznej Górze. Pomnik, którego poświęcenie odbyło się 12 czerwca 1930 r. – nawiązuje do sztuki ludowej.

Trudny do zidentyfikowania jest wkład Jerzego Łopuszańskiego w obecny wygląd fasady Kamienicy Celejowskiej. Do prac konserwatorskich przy tym budynku zatrudnił rzeźbiarza Jan Koszczyc-Witkiewicz. Tu pojawiają się kolejne zagadki. Podobno architekt miał swoją wizję konserwatorską. Różniła się ona zdecydowanie od tego, jak pracują współcześni konserwatorzy. Witkiewicz nie przywiązywał dużej wagi do ikonografii. Chciał natomiast uratować sam obiekt i nadać mu „rys stylistyki renesansu”, nie zaś wiernie odtwarzać ubytki, spowodowane przez pożary i działania wojenne.

Prof. Kazimierz Parfianowicz, w publikacji dotyczącej Łopuszańskiego przedstawił inne poglądy. Przed przystąpieniem do prac w Kamienicy Celejowskiej rzeźbiarz miał wnikliwie studiować książki, dotyczące sztuki renesansowej. Nadbudowanie fasy pełnoplastycznymi głowami zwierząt, gryfów i ptaków uważał za celowe. Nawiązaniem do tychże studiów miała być „Chimera” prezentowana przez Łopuszańskiego w Zachęcie, na kilka lat przed pracami konserwatorskimi w Kamienicy Celejowskiej. Wspominany już kilkakrotnie Włodzimierz Bartoszewicz pisał, że Jerzy Łopuszański bardzo zaangażował się w te prace. Kiedyś w Kazimierzu nad Wisłą zapraszał mnie na rusztowania, by pokazać rzeźby na attyce celejowskiej kamienicy, którą właśnie skończył rzeźbić. Po rusztowaniach chodził jak kot – zanotował Bartoszewicz w Budzie na Powiślu.

Trud Łopuszańskiego poszedł na marne. W latach 70. XX wieku część rzeźb z attyki została usunięta, a obydwu konserwatorom zarzucono nieumyślne fałszerstwo architektoniczne. Gargulce Łopuszańskiego przetrwały jedynie w ikonografii.

Fotografia E.Hartwiga prezentująca fragment attyki Kamienicy Celejowskiej, ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Do dzisiejszych czasów zachowało się bardzo niewiele prac Jerzego Łopuszańskiego, choć… nie o wszystkich wiemy. Artysta wykonywał bibeloty (np. podstawy do lamp, zakończenia balustrad) oraz biżuterię. Być może w Państwa domach znajdują się jego prace, bo „rzeźbiarskiej galanterii” wykonywał sporo.

Z biegiem czasu oddalał się coraz bardziej od ludzi. Dziwaczał. Ze swoją gęstą, czarną brodą i rzadko strzyżonymi włosami , ubrany w jakąś płócienną bluzę i białą marynarską czapeczkę, wyglądał na wilka morskiego, przybyłego z dalekiej wyprawy – notował Bartoszewski. Port czyli powrót z Kazimierza Dolnego do Warszawy, małżeństwo i próba stabilizacji życiowej zakończyły się tragicznie. 24 grudnia 1934 r. Jerzy Łopuszański popełnił samobójstwo. O tym incydencie rozpisywała się stołeczna prasa. Powiesił się w wigilijną noc, samobójstwo malarza-inwalidy, cierpiał na apatię, czuł się gorzej niż zazwyczaj, żona znalazła wisielca! – to tylko niektóre wyimki z gazet.

Jerzy Łopuszański został pochowany na cmentarzu na Powązkach. Miał 37 lat. Grobu artysty nie udało się nam odnaleźć.

Jadwiga Stańczakowa

Wszystko mnie tu osacza

Skarpy wąwozów,

Rynek ze schodkami.

Z podcieniami,

Bulwar

I Ludzie.

Przekopuje się przez to

Moją laską

Z trudem

Dopiero w domu

Jawią się obrazy

I układają

W spacer

Przez miasteczko

Nad Wisłą.

Ten wiersz znalazł się w cyklu Nie widzę i opisuję. Został wydrukowany w tomiku Depresje i wróżby. Cykl krótkich liryków stał się dla ich autorki, Jadwigi Stańczakowej (1919-1996) przepustką do Domu Marii i Jerzego Kuncewiczów.

Jadwiga Stańczakowa, kadr z filmu
Zaczytani w kinie | premiera książki Jadwigi Stańczakowej „Dziennik we dwoje”

Życiorys Stańczakowej mógłby stać się scenariuszem niejednego filmu. Przed wojną panienka z dobrego domu, wzorowa studentka, aktywna uczestniczka życia towarzyskiego, która – jak wspomina – tańczyła u Berensa w Kazimierzu Dolnym i poznała Adolfa Rudnickiego. W czasie okupacji uciekła z getta warszawskiego i – z pomocą późniejszego męża, Wacława Stańczaka – wyprowadziła z niego rodziców. Po wojnie – aktywna dziennikarka, relacjonująca m.in. procesy oprawców obozów koncentracyjnych. Następnie, współpracowała zarówno z poczytnymi dziennikami, jak również pismami dla dzieci i młodzieży.

Choroba – barwnikowe zwyrodnienie siatkówki – dawała o sobie znać stosunkowo wcześnie. Na początku były to drobiazgi: zmęczenie oczu, słabe widzenie po zmroku. Na początku lat 50. XX wieku Jadwiga Stańczakowa straciła wzrok. Nie zrezygnowała z pracy zawodowej i jako dziennikarka działała w piśmie Pochodnia Polskiego Związku Niewidomych.

Osobnym rozdziałem w jej życiu są: twórczość literacka i przyjaźń z Mironem Białoszewskim. Losy tej znajomości przedstawił Andrzej Barański w filmie Parę osób, mały czas. Piękny i osobisty tekst o Jadwidze Stańczakowej napisał Tadeusz Sobolewski (prywatnie jej zięć). Znajdą go Państwo pod tym adresem https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,3132212.html

Fragment listu J. Stańczakowej do M. Kuncewiczowej fot. z archiwum Domu Kuncewiczów (Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym)

W archiwum Domu Kuncewiczów zachował się list Jadwigi Stańczakowej i jej córki, Anny Sobolewskiej do Marii Kuncewiczowej. Wynika z niego, że pisarka i poetka znały się i lubiły. Pretekstem do rozmów były literatura oraz Kazimierz Dolny. Stańczakowa przyjeżdżała tu regularnie, w sierpniu. Z pobytem w miasteczku wiązały się różne historie. Nieraz, stanowiły one kanwę opowiadań, jak chociażby historia pana Alberta z tomu Ślepak. Podczas jednej z wędrówek z opiekunką, Stachą, Stańczakowa trafiła do domu pewnego mężczyzny. Był nauczycielem rysunku i niemieckiego. Udzielał lekcji. Trochę zajmował się ogrodnictwem – wspomina Stańczakowa. Pan Albert miał niewidomą siostrzenicę. Przypadkowe spotkanie mogło przerodzić się w interesującą znajomość, jednak… czegoś w tej historii zabrakło.

W słońcu

Leżę w słońcu

Z zamkniętymi oczami

I nie ma różnicy

Pomiędzy mną przed laty

Widzącą

A mną teraz

Byleby nie otwierać

Oczu.

Ten i inne wiersze z cyklu Nie widzę i opisuję Jadwiga Stańczakowa ofiarowała Marii Kuncewiczowej podczas wakacyjnego pobytu w Kazimierzu Dolnym latem 1980 r. Korespondencja wędrowała przez płot „Kuncewiczówki”, bo Stańczakowa mieszkała po sąsiedzku, w Domu Prasy. Pani Maria odpowiedziała pięknym, ciepłym listem i zaproszeniem na spotkanie. Z tekstu Wizyty u państwa Kuncewiczów, zamieszonym w miesięczniku Kresy z roku 1992, dowiadujemy się m.in., że rozmowa dotyczyła warsztatu pisarskiego. W opinii Kuncewiczowej wiersze Jadwigi Stańczakowej były proste i piękne. Miały swój wewnętrzny rytm i muzyczność. Kuncewiczowa pytała także o sposób obrazowania – czy też, jak określiła to później Stańczakowa – zaklinania słowami. Umiejętność tę docenił również Jerzy Kuncewicz. Przyznam się pani, że mi się mało które wiersze podobają. Ale pani tak. Widać, że ma pani wewnętrzny nakaz pisania – przytacza Stańczakowa jego wypowiedź.

Jadwiga Stańczakowa odwiedzała kazimierski dom Kuncewiczów wielokrotnie. Lubiła oddawać się ciszy i urokowi tego miejsca. Podczas jednej z wizyt, w towarzystwie córki Anny i jej męża, Tadeusza Sobolewskiego rozmowa zeszła na temat ekranizacji Cudzoziemki. Z tekstu Stańczakowej dowiadujemy się, że przymierzał się do niej Andrzej Wajda, ale wycofał się tego pomysłu. Podobno powiedział, że książka jest za dobra do filmowania. Wątpliwości Marii Kuncewiczowej czy Ewa Wiśniewska udźwignie rolę Róży miał rozwiać Tadeusz Sobolewski, który zapewnił panią Marię, że Wiśniewska jest dobrą aktorką.

Interesujące są także fragmenty rozmów o medytacji oraz telepatii, jakie Kuncewiczowie prowadzili z Jadwigą Stańczakową. Pan Jerzy wspominał zdarzenie z czasów okupacji: W czasie wojny nasz syn służył w marynarce wojennej. Pewnej nocy zadzwonił telefon. Ja go usłyszałem wyraźnie, żona nie słyszała. Spojrzałem na zegarek. Potem okazało się, że właśnie w tym momencie łódź podwodna tonęła. Uratowali się cudem. Syn na pewno pomyślał o mnie w tej chwili.

Ja oczarowana magią Kahunów – pisze dalej Stańczakowa – powiedziałam, że oni wierzyli w nadświadomość pojedynczego człowieka i zbiorową. Tak – powiedział pan Kuncewicz – nadświadomość istnieje. To się w przyrodzie nazywa Bóg.

A pani Maria: – Ja od młodości nie mogłabym nie wierzyć, Bo kogo tu prosić i komu dziękować? Teraz za to piękne lato, za słońce. Chciałam jeszcze powiedzieć pani o pani książce, że jest mi taka bliska, bo ja odczuwam  też bardziej pozawzrokowo. A poza tym starość ogranicza coraz bardziej, tak jak ślepota.

Dla współczesnego czytelnika tekstów Jadwigi Stańczakowej i Marii Kuncewiczowej zdumiewająca jest podobna wrażliwość na otaczający świat. Także ten z okolic Kazimierza Dolnego:

Za wąwozem

Tak mi tu dobrze

Wśród pól

I sadów

Wystukiwanych laską

Traw

Jakby wszystko

Było tylko dla mnie

Do usłyszenia

I do czucia.

Antoni Uniechowski (czyli książka z makulatury)

W kadrach archiwalnej Polskiej Kroniki Filmowej z 1955 roku znalazłam zdjęcia Kazimierza Dolnego i goszczących tu artystów. Wprawdzie reporterzy skupili się na novum ówczesnych czasów czyli Domu Architekta, ale krótki materiał filmowy rozpoczęła scena z kazimierskiego wzgórza, na którym w malowniczej pozie uwieczniono Antoniego Uniechowskiego. Rysownik, scenograf i kolekcjoner spędzał tu prawdopodobnie wakacje. „Oko” kamery utrwaliło go, kiedy u stóp baszty, w towarzystwie żony szkicuje pejzaż miasteczka. Być może ten, który w tym samym roku ilustrował tekst z Teresy Chabowskiej o letnisku w Kazimierzu, opublikowany w Przekroju.

Antoni Uniechowski, kadr z „Polskiej Kroniki Filmowej” z roku 1955

Gdzie spędziłeś urlop?

– Oczywiście, w Kazimierzu.

– Gdzie wybierasz się w niedzielę?

– Do Kazimierza nad Wisłą.

– Gdzie się tak ładnie opaliłeś?

– Nad Wisłą w Kazimierzu.

Jak Państwo widzą, reportaż wcale się nie zestarzał. A przynajmniej jego początek. Chabowska słusznie zauważa, że miasteczko przeżywa kolejny (trzeci już chyba) renesans i że zmienia się we wcale dobrze wyposażony ośrodek wczasowo-turystyczny. Malarze wprawdzie narzekają na tłok – pisze dalej Chabowska – ale ostatecznie tak niewiele dobrych obrazów namalowano w słynnych plenerach Kazimierza, że kto wie czy nie większa będzie korzyść gdy corocznie parę tysięcy ludzi obejrzy sobie te plenery w oryginale.

Ilustracja Antoniego Uniechowskiego ilustrująca reportaż T.Chabowskiej z „Przekroju”, fot. z internetowej bazy danych archiwalnych numerów tej gazety

Cały tekst znajdą Państwo pod tym adresem https://przekroj.pl/en/archive/artykuly/14079?f=numer . Z kronikarskiego obowiązku zaznaczmy jeszcze, że autorka artykułu z wyrozumiałością opisuje problemy z aprowizacją (zwłaszcza w dni targowe, kiedy to energiczne gosposie z wiklinowymi koszykami wykupują z piekarni cały chleb). Interesujące są również doniesienia o popularnych stołówkach: w śpichrzu (pisownia oryg.) PTTK, wspominanym Domu Architekta oraz Gospodzie Ludowej (dawnym Berensie). Wszyscy goszczący w Kazimierzu spotykają się w dni targowe na rynku. Zakupy robi tu m.in. pisarz, Marian Brandys oraz malarz, Marek Oberlander (smakosz cebuli cukrowej). Jest wspomnienie o dawnych wiślanych plażach (w roku 1955 trzeba było przeprawiać się na nie na drugi brzeg – transport łodzią kosztował 6 zł.) i cotygodniowych dancingach u Berensa. Są również zachwyty nad standardem pokoi w Domu Architekta, z których korzystają nie tylko przedstawiciele tego zawodu, ale także literaci i malarze. Atmosfera jest tu z lekka snobistyczna – wspomina Chabowska. Dobrze pisze o nowym wówczas kinie, w którym można sobie przypomnieć filmy widziane w Warszawie czy Krakowie. W reporterskiej beczce miodu jest też łyżka dziegciu. Chodzi o komunikację do i z miasteczka. Panem et komunikacjam nawołuje Chabowska, a mnie prośba o chleb i normalny dojazd do Kazimierza Dolnego wydaje się wciąż aktualna.

Powyższy tekst miał jednak dotyczyć Uniechowskiego. Antoni Uniechowski ( 1903, Wilno – 1979, Warszawa) był nie tylko fantastycznym grafikiem i kolekcjonerem, ale także kronikarzem, pasjonatem i piewcą Warszawy. Dzięki swemu talentowi gawędziarskiemu oraz benedyktyńskiej pracy córki, Krystyny Uniechowskiej, niektóre opowieści „Tonia” ( bo tak mówili o nim przyjaciele) przetrwały do dziś.

Tytuł naszej opowieści nie bez powodu nawiązuje do śmietnika. Książkę Uniechowski opowiada czyli tajemnice mafii antykwarskiej Krystyny Uniechowskiej ocaliliśmy przed wyrzuceniem na makulaturę. Pomijając walor poznawczy i przyjemność obcowania z dobrą literaturą, wydawnictwo odwdzięczyło się nam w dwójnasób. Pierwszy prezent to grafika przedstawiająca zabudowę kazimierską.

Fragment grafiki Antoniego Uniechowskiego z książki „Uniechowski opowiada czyli tajemnice mafii antykwarskiej” Krystyny Uniechowskiej, Warszawa, Czytelnik 1975

Kolejnym jest opowieść o prof. Tadeuszu Pruszkowskim, z którym Uniechowski zetknął się podczas studiów w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych (do tego epizodu jeszcze powrócimy).

Wysoki pan, bardzo gruby, ubrany zawsze po sportowemu, przeważnie w mundur „cywilnego” lotnika – opisuje Uniechowski Pruszkowskiego – Najcharakterystyczniejszym szczegółem tego stroju były niby lotnicze buty – wysokie, sznurowane pod kolano, które uwydatniały wspaniałe łydy. On właśnie posiadał dość dziwny jak na malarza i profesora pojazd: własną awionetkę. Podniebne loty i wyczyny Pruszkowskiego imponowały i budziły ogólną zazdrość. Czasami ktoś z jego asystentów dostępował zaszczytu i wzbijał się w niebo w awionetce profesora. (…) Do Kazimierza Pruszkowski przylatywał z warszawy awionetką. Starzy kazimierzanie jeszcze pamiętają, jak wynurzał się z obłoków, kołował chwile nad miasteczkiem , aby osiąść potem na własnym lotnisku, które zorganizował sobie na łasze wiślanej  pod Bochotnicą. Tam, w hangarze, przesiadał się z awionetki do samochodu i w parę minut później pędzi…ł trąbiąc przez ciche uliczki Kazimierza do swojej rezydencji dominującej nad miasteczkiem” Potem Uniechowski opisuje jedną z przygód Pruszkowskiego, który niespodziewanie (za żywota) trafił do raju. Przy okazji, czyli tekście o samym Pruszkowskim nie omieszkamy jej zacytować.

Uniechowski, czynny uczestnik przedwojennych plenerów w Kazimierzu Dolnym, nie zostałby artystą gdyby nie dieta. Tak, tak… Opis metod higienicznych, stosowanych przez matkę rysownika, Zofię z Jelskich przyprawiłyby o zawrót głowy współczesne matki-pedantki. Posiłki dla dzieci były pozbawione jakichkolwiek wartości odżywczych, bo ówcześni lekarze (przynajmniej ci, preferowani przez Panią Zofię) zabraniali podawania najmłodszym surowych warzyw i owoców. „Tak się zasugerowałem tymi teoriami – pisze po latach Uniechowski – że kiedyś, po powąchaniu śliwki chorowałem tydzień.” Nie mogę odmówić sobie zacytowania przepisu na bulion homeopatyczny wg jednej z ciotek Antoniego Uniechowskiego: nad garnkiem wiesza się pęczek jarzyn i kurze udko, tak, by ich cień padał na powierzchnię wrzącej w garnku wody. Wielogodzinne wygotowywanie cienia marchewki gwarantowało, że w wywarze nie będzie śladu trujących surowizn.

Nie dziwmy się zatem, że mały Antoni wiecznie chorował i spędzał czas w łóżku. Uwielbiał to, bo wówczas mógł czytać i rysować do woli. Kto wie, czy drakońskie metody higieniczne nie zaprowadziłyby Uniechowskiego do grobu, gdyby nie wybuch I wojny i urozmaicenie menu.

Jakim uczniem był Uniechowski? Artysta nie ukrywał, że nie należał do prymusów z przedmiotów obowiązujących w gimnazjum. Poza rysunkiem. To dało mu szansę kontynuowania edukacji w „budzie na Powiślu” czyli Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie. Na uczelnię zapisał się w roku 1924, a kształcił się w klasie prof. Karola Tichego. Kolega Uniechowskiego, malarz Włodzimierz Bartoszewicz opisuje go jako miłego i dowcipnego kompana, w którego pracach przypominających średniowieczne miniatury trudno było szukać zapowiedzi geniusza. Tymczasem, jak dodaje Bartoszewski, po II wojnie światowej Uniechowski stał się jedynym w swoim rodzaju ilustratorem i znakomitym rysownikiem, umiejącym odczuć epokę i styl. Prace Uniechowskiego posiadają smak i wykwintność, a jednocześnie pozawalają dostrzec wszelkie wady u ułomności rysowanych przez niego postaci i opowiedzieć o nich lapidarną , wyrafinowana linią, w sposób zawsze elegancki, wolny od wulgarności i brzydoty. Bartoszewski, wspominając Uniechowskiego zaznacza, że był to artysta słynny z wielkopańskiego gestu. Chętnie rozdawał swoje rysunki, a swojemu koledze po pędzlu rysował w książkach – zamiast dedykacji.

Grafiki Antoniego Uniechowskiego towarzyszyły mi od dzieciństwa – znam je choćby z Polyanny czy też poważniejszych Emancypantek. Choć mawiał żartobliwie, że zrobił karierę na nostalgii, to kształtował (i może nadal choć trochę kształtuje) gust kilku pokoleń Polaków. Doceniał i ratował zabytki, w nadgryzionym przez czas fotelu dostrzegając jego historię. Jego żona, Felicja Sarna – Uniechowska podzielała pasję Uniechowskiego do piękna. W czasach meblościanki na wysoki połysk, w (dziś powiedzielibyśmy trendowym) czasopiśmie Ty i Ja pokazywała dobrze urządzone wnętrza. Zmarła w maju 2019 r.

Hanna Januszewska

Ten tekst powstał niejako na życzenie młodszych pracowników Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym. Niektórym czytelnikom naszego bloga trzeba przedstawić niegdysiejszą ulubioną pisarkę dla dzieci z mojego pokolenia, autorkę lektur szkolnych, Hannę Januszewską. Słowa „była” używam z nostalgią (by nie powiedzieć z żalem), bo w spisie książek zadanych uczniom do obowiązkowego czytania znajdują się zaledwie dwie bajki Charles’a Perrault’a w jej przekładzie. Na szczęście, są młode mamy, pamiętające o wierszach Januszewskiej i mające w swoich bibliotekach jej książki. Nie jest to jednak (to znowu z autopsji) zbyt liczna grupa. Szkoda, bo Januszewska to autorka doskonałych tekstów prozatorskich i poetyckich, nierzadko osadzonych w polskiej kulturze i folklorze. Takie będą książki, o których za chwilę…

Za biogramem autorki (chyba najpełniejszy zamieszcza internetowa strona merlin.pl) przypomnijmy, że Hanna Januszewska-Moszyńska urodziła się 20 kwietnia 1905 roku w Warszawie. Debiutowa w roku 1920 zbiorem poezji. Po zakończeniu studiów polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim rozpoczęła współpracę z czasopismami dla dzieci. To Płomyk i Płomyczek (pisma funkcjonujące przez II wojną światową i reaktywowane po jej zakończeniu). W czasie okupacji Hanna Januszewska działała w konspiracji i tajnym nauczaniu. Po wojnie pracowała w łódzkiej rozgłośni Polskiego Radia, a następnie po powrocie do stolicy, reaktywowała współpracę z pismami dla dzieci i młodzieży (m.in. Miś i Świerszczyk).

Autorka była wielokrotnie wyróżniana m.in. Orderem Uśmiechu, nagrodą Prezesa Rady Ministrów oraz Premio Europeo, za liczne treści pedagogiczne i patriotyczne obecne w jej tekstach Bajka o czterech wiatrach została wpisana na Listę Honorową im. H. Ch. Andersena. Hanna Januszewska-Moszyńska zmarła 18 lipca 1980 roku w Warszawie.

Wśród licznych tekstów Hanny Januszewskiej odnalazłam dwa związane z Kazimierzem Dolnym. Książeczka Flisak i Przydróżka ukazał się w roku 1950. W muzealnych zbiorach znalazło się wydanie z roku 1972, z przepięknymi ilustracjami Jana Marcina Szancera. Przydróżka to mały skrzat, który przyjmuje zakład flisaka Wojciecha o to, kto pierwszy w ciągu zaledwie tygodnia dotrze do Gdańska. Nie zdradzę finału tej opowieści.

Podróż Przydróżki zbiegiem Wisły prowadziła przez Kazimierz Dolny. Na świętojańskim wianku dopłynęła, przez Sandomierz, do Kazimierza Dolnego.

Ilustracja Jana Marcina Szancera z książki H. Januszewskiej Flisak i Przydróżka, Nasza Księgarnia, Warszawa 1972 r.

Z Kazimierza – na jabłku z puławskiego sadu – Przydróżka powędrowała dalej, do Warszawy.

Kolejna książka Januszewskiej z motywem podróży po Polsce to słynna Pyza na polskich dróżkach. Ciekawostka, spacery Pyzy rozpoczęły się jeszcze przed II wojną światową, a bohaterka tej książeczki poznawała wówczas nie tylko uroki Warszawy, ale także Lwów i Wilno. W latach 50. XX wieku zamieniono je na Nową Hutę.

Niestety, nie udało mi się dotrzeć do pierwszych wydań opowieści o Pyzie. Znam natomiast doskonale jej późniejszy wizerunek, stworzony przez związanego z Kazimierzem Dolnym artystę, Adama Kiliana. Być może pamiętają Państwo, że podczas wędrówek po Polsce Pyza odwiedziła Kazimierz i swoją urodą zachwyciła miejscowych malarzy:

Stali właśnie na wybrzeżu,

malowali starą wieżę,

Kazimierski zamek stary,

Wisłę, łodzie i galary.

Mówi jeden – spójrz, Kolego!

Widzisz na wiślanym brzegu

malusieńką tę gosposię?

Na obrazek aż się prosi!

Pyza na to: – Jak mi miło!

Toć mi się to ani śniło,

że zostanę uwieczniona!

Może w ramki oprawiona?

Oczywiście! Na tle wieży.

Kolor damy żywy, świeży

i na pewno Twa osoba

wszystkim dzieciom się spodoba!

Więc spójrz, Pyzo w dół, na stok.

Przechyl główkę trochę w bok…

Piękny kolor, kształt bez skazy.

Udał nam się ten obrazek!

Plakat Adama Kiliana z Pyzą w roli głównej, fot. ze strony organizatora wydarzenia,WOK Lublin

Amos Oz

28 grudnia przypada rocznica śmierci Amosa Oza. Mimo, iż nie udało nam się osobiście poznać tego wybitnego pisarza, możemy poszczycić się zaskarbieniem sobie jego sympatii. Wszystko za sprawą tłumaczki prozy Oza i organizatorki pierwszego przyjazdu pisarza do Polski, Danuty Sękalskiej-Wojtowicz. W 3 (157) numerze kwartalnika literackiego Akcent ukazał się artykuł Danuty Sękalskiej-Wojtowicz,  nawiązujący do twórczości Oza oraz jego wizyt w naszym kraju. Najciekawsza dla nas jest relacja pierwszej podróży do Polski, w roku 1994 i pobytu w Kazimierzu Dolnym.

Amos Oz fot. Michiel Hendrickx (Wikipedia)

Postanowiłam pokazać pisarzowi Kazimierz nad Wisłą – pisze Danuta Sękalska-Wojtowicz na kartach Akcentu miasteczko, gdzie przetrwały jeszcze ślady dawnej Polski i gdzie przed wojną mieszkała  duża społeczność żydowska. Wysłałam  mu faksem do miasteczka Arad na skraju pustyni Negew, gdzie wtedy mieszkał, dokładny program wizyty. Odpisał z podziękowaniem, szczególnie był wdzięczny za szansę odwiedzenia Kazimierza i za uprzejme zaproszenie Fundacji Marii Kuncewiczowej do drewnianej willi pisarki. To brzmi uroczo. (…) Jechaliśmy samochodem ulubioną przez mojego męża drogą przez lasy kozienickie. Oz był zauroczony jesiennym krajobrazem. Zwracał uwagę na domy, na las, obfitość wód i na delikatność światła. (…) Zajechaliśmy do Kazimierza, do Kuncewiczówki. W domu pisarki, autorki m.in. Miasta Heroda, przedwojennego reportażu z Palestyny, (…) w pękającym w szwach salonie Oz miał bardzo żywe spotkania autorskie. (…) potem wyznał, że to, co słyszał… o Kuncewiczowej, widok drewnianej willi, z zewnątrz i w środku – to wszystko sprawiło mu wielka radość, bo mógł sobie wyobrazić życie, jakie kiedyś pulsowało  w tym domu. (…) Podczas spotkania Amos poruszył wiele tematów. Opowiadał o domu rodzinnym, o kibucu, o swoich książkach. Mówił o ambiwalencji uczuć, jakich Żyd doświadcza w Polsce: Wszystkich Żydów – mnie również – łączą skomplikowane więzy emocjonalne z Polską. Ponieważ przez tysiąc lat Polska była ojczyzną Żydów w większym stopniu niż jakikolwiek inny kraj. Nazywano ją Polin. To znaczy: tu odpoczniesz, tu się zatrzymasz. Nasze uczucia są powikłane. Nawet Żydzi nastawieni antypolsko tęsknią za tym krajobrazem, atmosferą. Nawet Żydzi, którzy mają sentyment do Polski, są pełni gniewu. Myślę, że pora, by Żydzi i Polacy stanęli twarzą w twarz i patrząc sobie głęboko w oczy – zaczęli rozmawiać. Najlepszą zaś formą rozmowy jest wzajemne poznanie literatury – mówił. (…) Nazajutrz zaprowadziliśmy Oza do miasteczka, najpierw na kirkut.  Cmentarz żydowski został zniszczony za okupacji przez Niemców, po wojnie tutejsi mieszkańcy zebrali kamienie nagrobne i postawili je od nowa. Czasem górą do dołu, bo nie znali znaków hebrajskich. To wzruszyło mnie do łez – mówił Oz. Ci ludzie zebrali nagrobki i zrekonstruowali te groby. Będę to pamiętał do końca życia. Pokazaliśmy Ozowi miasteczko, sztetel Kazimierz Dolny, jak je nazywał. Żydowski sztetel, polsko-żydowski sztetel, jaki znał z obrazów, rekonstrukcji i muzeów. Po powrocie do Izraela Amos Oz napisał do mnie: Jestem wdzięczny tobie i wszystkim, którzy ofiarowali m ten prezent, podróż do Kazimierza Dolnego.

W  zbiorze esejów pod wspólnym tytułem Czarownik swojego plemienia został zamieszczony wywiad z Amosem Ozem, w którym także pisarz powraca do wizyty w Kazimierzu Dolnym.

Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że te miejsca zaludniają duchy Żydów, a w potrzaskanych płytach nagrobnych, które zostały wmurowane w ścianę – zapisany jest ich żywy dramat – mówił wówczas Oz.

W księdze pamiątkowej Domu Kuncewiczów znaleźliśmy wpis Amosa Oza, dokumentujący spotkanie w Kazimierzu Dolnym.

Autograf Amosa Oza z księgi pamiątkowej Domu Kuncewiczów

Podczas innego spotkania w Domu Kuncewiczów, Danuta Sękalska-Wojtowicz zaprezentowała swój filmowy wywiad z pisarzem. Amos Oz powiedział m.inn., że dzięki pobytowi w Kazimierzu Dolnym udało mu się połączyć fragmenty rodzinnych wspomnień i opisać Równe, w którym przed wojną żyła jego ukochana matka. Efekt tej literackiej rekonstrukcji to piękna i wzruszająca książka Opowieść o miłości i mroku.

Nie mógłbym przystąpić do pisania powieści zaczynając od koncepcji – zwierzał się Oz Danucie Sękalskiej-Wojtowicz – Zaczynam od zapachu, od widoku, od dźwięku, a najpewniej od dotyku, od kontaktu fizycznego. To on wyzwala we mnie reakcję. Dotyk kamienia, drewna człowieka. Cały czas dotykam ludzi. Niektórzy tego nie lubią.

W jednym z wywiadów, zapytany o to co jest tematem jego prozy, odpowiedział:  podróż od człowieka do człowieka. Podróż ta najeżona jest trudnościami, ale warto się w nią wybrać.

Wszystkie książki pisał ręcznie. Komputer służył wyłącznie do ich przepisywania. Dzięki klawiaturze komputera docierały do Domu Kuncewiczów także i słowa Amosa Oza. W jednym z ostatnich maili, jakie – za pośrednictwem Danuty Sękalskiej-Wojtowicz – do nas dotarły było zdanie, że chciałby – choć jako mucha na ścianie odwiedzić Dom Kuncewiczów w Kazimierzu Dolnym.

Jako, że willa „Pod Wiewiórką” niejednokrotnie pokazała nam, że potrafi zbierać pozytywną energię (sama Maria Kuncewiczowa mówiła o niej „istota”) głęboko wierzymy w to, że cząstka dobrych myśli Amosa Oza pozostanie z nami w tym miejscu na zawsze.

Ojciec Albin Sroka

Losy wielu postaci łączą się z Kazimierzem Dolnym. Choć już tu nie mieszkają, to powracają we wspomnieniach. O franciszkaninie, ojcu Albinie Sroce przypomniał nam redaktor Krzysztof Kamiński. W listopadzie 2019 r., wraz z grupą dziennikarzy, odwiedził Kazimierz Dolny To on zwrócił nam uwagę na ciekawostki, jakie kryje niepozorna książeczka w brązowej okładce, stojąca w jego (jak się potem okazało, także i w naszej, muzealnej) biblioteczce.

Ojciec Albin Soroka, zdjęcie ze strony www.jaroslawska.pl

Pan Krzysztof poznał ojca Srokę w Jarosławiu. Zanim jednak zakonnik powrócił w rodzinne strony (urodził się w roku 1937, w Wólce Pełkińskiej nieopodal Jarosławia), pełnił posługę w różnych klasztorach: w Wieliczce, Stopnicy, Gdańsku, Brodnicy i Kazimierzu nad Wisłą. Przygotował do koronacji obrazy Matki Bożej w Kazimierzu n/Wisłą (w 1986 r.), Pińczowie (1993 r.), Wieliczce (1995 r.) i Łukawcu (1991 r.). Jest również autorem monografii historii kultu tych obrazów.

Pobyt ojca Sroki w Kazimierzu Dolnym wiąże się z czasem jego studiów na wydziale prawa kanonicznego w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. To lata 1962-1969. W publikacji Sanktuarium Matki Bożej Zwiastowania w Kazimierzu nad Wisłą znalazł się m.in. rozdział, zawierający prywatne wspomnienia z pobytu w miasteczku.

To miasto zapadło głęboko w moje serce – pisze ojciec Sroka – malowniczo położone w wyjątkowo bogato urozmaiconym terenie, zatopione w zieleni, wiosną i latem czarujące mnóstwem kwiatów, a jesienią bogactwem złotych liści, szczyci się uroczym ryneczkiem i trzema kościołami (…). Ruiny zamku i baszta, Góra Trzech Krzyży, a także spichlerze położone u dołu dopełniają uroku, niżej bystro toczy się Wisła.

Fotografia Edwarda Hartwiga ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Sięgamy po tę książkę nie tylko z powodu malowniczego opisu Kazimierza Dolnego czy też klasztornej rzeczywistości lat 60. XX wieku. Z niemałym trudem powstrzymujemy się od dalszego cytowania anegdot, związanych goszczącymi w murach klasztornych duchownymi (choć smakowite są opisy wypraw wędkarskich ówczesnego rektora KUL, księdza Mariana Rechowicza czy wycieczek ojca Sroki na żółtym kajaku nazwanym „Amor”). Ważne dla nas są informacje o spotkaniach w murach kazimierskiego klasztoru z Marią i Jerzym Kuncewiczami.

Pani Maria przychodziła na nabożeństwa ku czci św. Antoniego we wtorki i 8 rano. Klęczała przed ołtarzem, z przysłonięta czarną woalką twarzą, przystępowała do Komunii św. Po mszy przychodziła do zakrystii, zamawiała msze św. I składała ofiary na „chleb dla ubogich”. (…) Interesowała się życiem franciszkańskim, była zauroczona postacią św. Franciszka, dużo mówiła o urokach i duchowej atmosferze Asyżu. Interesowała się naszym życiem i często zostawiała ofiary na remont zakonu.

Ojciec Albin Sroka poświęcił Marii Kuncewiczowej nie tylko to wspomnienie, ale również wiersz. Otrzymaliśmy go od nieocenionego Krzysztofa Kamińskiego:

Maria Kuncewiczowa

W sześćdziesięciolecie urodzin

W wywiadzie telewizyjnym powiedziała:

Piszę dlatego – bo w przeciwnym razie

Bym… pękła.

To była potrzeba jej duszy.

Jedni śpiewają z nadmiaru uczuć, inni komponują muzykę,

Ona musiała uzewnętrznić swe uczucia w pisaniu…

Pozazdrościłem wielkiej pisarce

I pomyślałem sobie:

Obym ja mógł pęknąć z nadmiaru miłości do Boga!

Ojciec Albin Sroka zmarł 26 października 2012 r. w Jarosławiu.

Swoistym post scriptum do tej opowieści niechaj będzie fragment z Listów do Jerzego, odnoszący się do uroczystości obrazu Matki Boskiej Kazimierskiej z klasztoru franciszkanów.

W niedzielę 7 września 1986 roku patrzyłam z tarasu na pierwszym piętrze po wschodniej stronie Rynku, tej samej, gdzie stoją kamienice Przybyłów, na obchód koronacji (…) Tutaj, pod niebem zamglonym, już przygotowanym na jesień, odbyła się dziękczynna msza, recytowana i śpiewana przez kler i miejscowych parafian. (…) Słuchając mszy, obserwowałam powolną metamorfozę ciżby w zorganizowaną społeczność.(..) Patrzyłam na arcydzieło wspólnoty. Jednocześnie, jak wyziew z głębokiej piwnicy, chłód mną zatrząsnął. Dlaczego dopiero teraz poczułam chłód? Przecież dzień był chłodny od początku. Oszołomiona, nagle zepchnięta w przeszłość, jeszcze słyszałam chór męski śpiewający muzykę kościelną, kiedy szachownica wiernych załamała się, a z podziemia Rynku buchnął gwałt i smród przedwojennego targowiska. Chłopskie chabety wierzgały i rżały smagane batem, a żydowski szwargot, zmieszany z przekleństwami kmiotków, zagłuszał dzwonki ministrantów z ołtarza Królowej. Triumfalny klakson oznajmiał przejazd limuzyny marszałka Sejmu, Ignacego Daszyńskiego, z werandy Berensowskiej gospody doleciała sprośna piosenka Prusza, ulubionego mistrza malarzy spod znaku świętego Łukasza. Po czym hałasy ucichły, a na sakralne podium wtoczył się kłąb nędzy, namiętności i urojeń. Jak we śnie, zobaczyłam dzień rozszczepiony na to, co jest i co było, bez widoku na to, co będzie. Dwie rzeczywistości zlane w jedną rzekę bez ujścia.

Przed wejściem do klasztoru oo franciszkanów, Fotografia Edwarda Hartwiga ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Andrzej Pągowski

Skrupulatnie wykorzystujemy fakt pobytu w Kazimierzu Dolnym postaci związanych z działalnością Domu Kuncewiczów (oddział Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym). Naszej uwadze nie uszło to, że w roku 2017 na Festiwal „Dwa Brzegi” przyjechał grafik, Andrzej Pągowski. Nie bez powodu jest on uważany za mistrza polskiego plakatu. Filmowego i teatralnego, bo Andrzej Pągowski ma na swoim koncie ponad 1.300 projektów plakatów. Można je podziwiać w uznanych galeriach światowych, muzeach i kolekcjach prywatnych. Mikro-zbór prac Andrzeja Pągowskiego ma również Dom Kuncewiczów. Są to plakaty filmów zrealizowanych według dzieł Marii Kuncewiczowej „Cudzoziemka” oraz „Dwa księżyce”. Są one ważne nie tylko dla nas, ale ich autora skoro… na swoim oficjalnym Facebooku Andrzej Pągowski anonsował przyjazd do Kazimierza właśnie nimi.

Chciałabym Pana namówić do podróży w czasie. W roku 1986 swoją premierę ma „Cudzoziemka” w reż. Ryszarda Bera. Jest Pan autorem nie jednego,  ale dwóch plakatów do tego filmu.

Tak, to były czasy kiedy robiło się kilka plakatów. Najczęściej dwa: fotosowy i graficzny. Trochę „po macoszemu” traktowałem plakaty fotosowe, ale po wielu latach dotarło do mnie, że były wykonane bardzo profesjonalnie i robią wrażenie mimo upływu lat. Dwa lata temu, na  wystawie moich prac w Łodzi, jeden z oglądających – młody chłopak, zapytał mnie, w jakim programie komputerowym je robiłem. Odpowiedziałem wtedy „ w programie nożyczki”, ponieważ rzeczywiście wtedy te plakaty robiło się w ten sposób. Dostawałem fotosy, wycinałem, doklejałem, podmalowywałem. Nie starałem się „odnotowywać w pamięci” ilości plakatów fotosowych. Dopiero kiedy robiliśmy łódzką wystawę okazało się, że mam w swoich archiwach 140 plakatów fotosowych do filmów polskich, które powstawały równolegle z plakatami graficznymi. Patrząc na nie widzę, że były one ciekawymi pracami z użyciem fotografii. Do tej grupy zaliczam również plakat do filmu „Cudzoziemka”.

Jak dochodziło do kolaudacji i który plakat oficjalnie promował film? Czy było tak, że na ulicach polskich miast można było zobaczyć równocześnie plakaty fotosowe i graficzne do jednego tytułu?

Jeśli chodzi o dystrybucję to tak. Obydwa plakaty pojawiały się równocześnie „na mieście”. Dodatkowo, tytuł promował też tak zwany telegram. To były „paski” z tytułami. Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta dawne słupy reklamowe z okresu PRL – nie popularne „okrąglaki” ale płaskie „wafle” na nóżkach, oklejane z obu stron. Plakat w formacie B1 wisiał na górze, a na dole był pas, który wypełniał właśnie telegram. Do niektórych plakatów robiono ich mniejsze wersje dla małych i wiejskich kin, w których nie było wymiarowych gablot. Jeśli chodzi o kolaudację to do każdego filmu był zapraszany jeden lub dwóch grafików. Chodziłem jako ten drugi grafik, ale nieskromnie powiem, bardzo szybko zacząłem chodzić jako pierwszy, a potem już jedyny grafik.

Plakat A.Pągowskiego do filmu „Cudzoziemka”. Posiadamy go w zbiorach Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Czy zaprojektowane przez Pana plakaty do „Cudzoziemki” mogła, przed ich oficjalną kolaudacją, widzieć i akceptować Maria Kuncewiczowa?

Tego nie wiem. Jeśli chodziło o Krzysztofa Kieślowskiego, Andrzeja Wajdę czy Andrzeja Barańskiego to kontaktowali się ze mną i byli bardzo zainteresowani stroną plastyczną plakatu. Oglądali je i miałem z nimi bezpośredni kontakt. Nie wiem, czy reżyser postąpił podobnie w przypadku „Cudzoziemki”.

Co artysta powinien wiedzieć o filmie zanim przystąpi do pracy nad plakatem? Czy w przypadku „Cudzoziemki” sięgał Pan po pierwowzór czyli powieść?

Byłem leniwym grafikiem. Nie wdawałem się w czytanie. Chodziłem głównie do kina i oglądałem filmy. Chłonąłem też rozmowy z reżyserami, których dosłownie zadręczałem swoimi pytaniami. Tak jest do dziś – robiłem plakat do filmu Bodo Koxa („Człowiek z magicznym pudełkiem”) i musiał on przejść przez rozmowę ze mną podobnie jak Kieślowski czy Barański. Dużo czytałem jako dziecko…do czytania wróciłem po latach. Wtedy przekonałem się, jak fantastycznym elementem życia i pracy zawodowej może być lektura.

Jak było w przypadku projektu drugiego – autorskiego plakatu do „Cudzoziemki”? Jest bardzo symboliczny. Robi wrażenie także i dziś jako samodzielne dzieło. Wystarczy sprawdzić jakie ceny osiąga na aukcjach internetowych…

W tym przypadku chciałbym przywołać wypowiedź mojego przyjaciela Franciszka Starowieyskiego. Liczyłem się z jego zdaniem bo jako jeden z niewielu artystów potrafił  szczerze pochwalić lub zganić mój projekt. Starowieyski powiedział mi, że projektując plakaty powinno się brać pod uwagę przestrzeń ulicy i fakt, że mamy tylko kilka sekund aby przykuć uwagę; zatrzymać spojrzenie patrzącego. Zaintrygowany widz idzie do kina, ogląda film i po projekcji mówi „tak, zrozumiałem”. Pracowałem i pracuję w realnym czasie ulicznym. To znaczy obserwuję dominanty kolorystyczne ulicy. Jeśli na przykład ulica, zmienna galeria eksponowania plakatu, staje się czerwono-niebieska to mój plakat będzie czarno-biały. Jeżeli ulica zaczyna być szaro-czarna to moja praca będzie żółta. Zależy mi na tym, że plakat spełnił swoją rolę czyli był zauważony.

plakat do filmu „Dwa księżyce” autorstwa A.Pągowskiego, ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Rok 1993 przyniósł kolejny film według prozy M. Kuncewiczowej. To „Dwa księżyce” w reż. Andrzeja Barańskiego.

Ten plakat jest jak Kazimierz Dolny.  Zielonkawy, trochę ceglano-brązowy. To jeden z moich ulubionych plakatów. Praca jest bardzo mocno osadzona w klimacie filmu – twarz jednego z bohaterów w otoczeniu tytułowych księżyców, z których każdy symbolizuje inny świat: realny i oniryczno-erotyczny. Mogłem to zrobić także ze względu na twórcę filmu. Andrzej Barański robi poetyckie filmy. Nie czuje się tu gwiazdorstwa, ale śledzi piękną, liryczną, literacką opowieść. Pewnie z tego powodu przed przyjazdem do Kazimierza na moim oficjalnym FB przywołałem tę pracę. Lubię ją, cenię i patrzenie na nią wciąż sprawia mi przyjemność.

Projektując swoje prace uważnie przygląda się Pan otoczeniu, w którym będą eksponowane. Jaki więc byłby plakat promujący współczesny Kazimierz Dolny?

Zrobiłem autorski plakat do tegorocznego festiwalu „Dwa Brzegi”. Jest on zupełnie inny niż oficjalny, czarno-różowy. Nie wiem, czy mi wypada, ale uważam, że ten festiwal nie jest czarno-różowy. Kazimierz jest kolorowy, dziś przyjemnie rozgrzany. Patrzę na ruiny zamku w otoczeniu kwiatów i zieleni i czuję się jak we Włoszech. Klimat, atmosfera, ludzie – o dziwo – jest bardziej włoski niż polski. Kolory, których użyłem w autorskim plakacie festiwalu są bardziej zgaszone niż barwy dzisiejszego dnia. Może przez to, że dla mnie Kazimierz ma swoją patynę, zaskakującą architekturę dopełnianą przez przyrodę. Wszystko tworzy wyjątkową całość, która cieszy oko.

Plakat festiwalu „Dwa Brzegi”, zaprojektowany przez A.Pągowskiego (z oficjalnej strony artysty pagowski.pl)

Andrzej Pągowski to bohater rozmowy, której towarzyszy Maria Kuncewiczowa. Ten cykl chcemy kontynuować. Nasze Muzeum prosi o kontakt mieszkańców i bywalców, którzy  w latach 60. – 80. XX w. przebywali w Kazimierzu Dolnym znali państwa Kuncewiczów i chcieliby podzielić się swoimi wspomnieniami z tych czasów. Zależy nam na przywołaniu tej epoki, a osobiste spotkania z Marią i Jerzym Kuncewiczami mogą stać się do tego pretekstem. 

Ewa Wiśniewska

Przyjaciółką Domu Kuncewiczów jest Ewa Wiśniewska, znakomita polska aktorka; niezapomniana odtwórczyni roli Róży w filmie „Cudzoziemka” w reżyserii Ryszarda Bera. Premierowy pokaz filmu odbył się jesienią 1986r. Specjalną projekcję, z udziałem twórców i Marii Kuncewiczowej, autorki literackiego pierwowzoru i filmowego scenariusza „Cudzoziemki” zorganizowano również w Kazimierzu Dolnym.

ślubne zdjęcie Róży – Ewy Wiśniewskiej z filmu „Cudzoziemka” stało w sypialni Marii Kuncewiczowej, fot. ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Ewa Wiśniewska wędrując po wnętrzach oddziału literackiego MNKD niejako sama zaczęła wywoływać duchy wspomnień. Często w jej refleksjach pojawiało się słowo „pamiętam” i ten fakt postanowiliśmy wykorzystać.

Spotykamy się w ogródku Domu Aktora (bo tak nazywany jest budynek dawnej łaźni, zaprojektowany niegdyś przez samego Jana Koszczyc-Witkiewicza). Ignorujemy gwar tętniącego życiem miasteczka, a wysoki żywopłot izoluje nas od otoczenia.

Czy, w Pani opinii,  Maria Kuncewiczowa była w latach 80.XX w. pisarką, dla której pielgrzymowało się do Kazimierza?

Pielgrzymowało się do niej będąc w Kazimierzu, ale nie była to popularność typu „wszechobecnego” Henryka Sienkiewicza. Świadczy o tym to, że tylko dwie je powieści zostały zekranizowane. Ale niektórzy mieli dostęp do tej literatury.

A czy Pani wcześniej po nią sięgała?

Nie, zrobiłam to dopiero gdy „wybuchła” sprawa wzięcia udziału w filmie. To pani Maria zdecydowała, że mam zagrać. Przywieziono jej z Warszawy zdjęcia trzech aktorek i to ona powiedziała „ta, ta ma nos Róży”. W ten sposób dostałam tę rolę. Potem przyjeżdżałam jeszcze kilkakrotnie do pani Marii.

Czy udzielała Pani jakichś wskazówek?

Ona nie znała polskich aktorów, nie interesowała się tym. Nasze rozmowy dotyczyły rozświetlenia postaci Róży. Rozszerzała krąg mojej wiedzy, chciała nadać tej postaci określony wyraz. Potem, przyjechaliśmy do niej z Jerzym Kamasem, odtwórcą roli Adasia (filmowym mężem Róży), żeby zobaczyła nas razem jako filmowych partnerów.

Czy na takie wizyty jeździło się trochę jak na „audiencję” do królowej? Pamięta Pani może tę pierwszą?

Przyznaję, że jechałam bez obaw – luźno. Wcale nie dlatego, że byłam tak pewna siebie. Celowo używam tego słowa, bo wiedziałam, że zdjęcia do filmu rozpoczęły się kilka miesięcy temu, z inną aktorką. Pani Maria zobaczyła pierwsze prace i powiedziała „nie”. Wtedy rozpoczęto na nowo poszukiwania odtwórczyni roli głównej. Pomyślałam więc sobie :”Matko Boska, mogę przyjechać…”.  Do dziś pamiętam panią Marię, witającą nas na schodach z lekko przekrzywioną peruką… To był widok niezapomniany dla mnie.

Postać Róży można albo pokochać albo znienawidzić…

A ja starałam się ją bronić. Zdarzyło mi się to dwukrotnie. W „Sonacie jesiennej” Bergmana grając Charlottę, broniłam postać wspaniałej artystki – wirtuoza, w przeciwieństwie do Róży, która sobie uzurpowała prawo do tego, ze jest artystką, a była tylko rzemieślnikiem. Natomiast jej parcie na to, żeby być kimś przerodziło się w terror w stosunku do córki; żeby z niej chociaż zrobić artystkę. Dopiero pod koniec życia przyznaje, że to jest niesłuszna droga, że trzeba słuchać siebie. Starałam się więc bronić Różę, choć jej wyobraźnia przeczyła rzeczywistości, przecież ona tylko chciała być artystką. Chciała – robiąc spustoszenie wokół siebie i nie bardzo sobie to uświadamiała.

W „Cudzoziemce” doszukiwano się wątków biograficznych. W Pani rozmowie z Marią Kuncewiczową, której fragment zarejestrowała ekipa dokumentalisty, Ludwika Perskiego, pisarka przyznaje, że są tu także wątki autobiograficzne.

Tak ale nie śmiem oceniać artyzmu pani Marii, bo swój jakby „zaniżyła’ wcielając w postać Róży też i siebie.

Kadr z filmu „Cudzoziemka”. Zdjęcie wybieramy nieprzypadkowo. Posłużył się nim A.Pągowski do zaprojektowania plakatu do tego obrazu. Wyciął aktorkę z tła, dodając elementy graficzne. Efekt? Na jednej ze ścian Domu Kuncewiczów…

Ale we wspomnianej rozmowie powiedziała Pani też „Róża to ja”. Nie chodzi tu o niezrealizowany talent… Kobieta złamana, kobieta zrezygnowana. Co w niej wówczas Pani odnalazła?

Przede wszystkim jeżeli chodzi o tę jej pierwszą i największą miłość – Michała, który zawiódł jej oczekiwania. A ona, będąc tak kategoryczną jak była, nie potrafiła przetrwać tego stanu zawieszenia uczucia. A cierpiała cały czas wspominając Michała.

A potem to małżeństwo z rozsądku…

Takie były czasy, pewnie teraz jakaś młoda dusza by się zbuntowała i powiedziała „nie”. Oczywiście, każdy aktor kreując rolę nawiązuje do swoich przeżyć, do swoich doznań, do swojej psychiki. Jeżeli jest to czas niemłodej już duszy aktorskiej jaką ja byłam wtedy, łatwiej to przełożyć na odczucia prywatne.

Jak wyglądały Pani rozmowy z Marią Kuncewiczową?

Ja byłam oczarowana panią Marią. Natomiast ona nie demonstrowała swojego wieku. Nie miałam świadomości, że rozmawiam ze starszą od siebie kobietą ponieważ ona miała młodzieńczy zapał. Posiadała niesłychany wdzięk, i nie miał on nic wspólnego z upływem lat. Kobietą do końca. Kobietą a nie babcią.

Gra w „Cudzoziemce” miała swoje konsekwencje…

Tak, ale to docenia się dopiero post factum. Rzadko zdarza się w filmie polskim tego typu propozycja.

Była Pani również obecna na pokazie „Cudzoziemki” w Kazimierzu, z udziałem Marii Kuncewiczowej.

Pani Maria odbierała należące się jej hołdy. Nie było to nic nienormalnego. Kiedyś ceniono wartość człowieka, istniał szacunek dla czyjegoś artyzmu, wyjątkowego talentu.

Czy odnalazła Pani ślad tych wspomnień podczas odwiedzin w Domu Kuncewiczów – czyli naszym muzeum?

On jest! Zakusy były różne na to miejsce i ten lęk, że znajdzie się „mądrala” i coś zrobi z tym miejscem, niestety, tak jak z wytwórnią filmową w Łodzi. Ale nie. Dom jest i nawet pozostał w nim ten charakterystyczny zapach. Chwała wam za to!

Nasza rozmowa była znacznie dłuższa. Ta zarejestrowana, ale także prywatna. Spotkanie zostało uwieńczone spacerem do jednej z kazimierskich galerii. Podczas tej krótkiej wędrówki pani Ewa Wiśniewska natychmiast została rozpoznana przez turystów. Witali ją serdecznie, mówiąc o filmach z jej udziałem. Od razu przypomniały mi się jej słowa o tym, że artystów powinno się cenić nie za udział głośnych imprezach, ale za prawdziwy talent. Widocznie duch Marii Kuncewiczowej i tu miał coś do powiedzenia.