Bywalcy

Edward Hartwig i Ewa Hartwig-Fijałkowska

Nie bez powodu mówi się, że literatura otwiera nam okna na świat. A jeśli umiejętnie uda się połączyć słowo i obraz, taki widok będzie się jawić jak panorama. Czy za sprawą książek można więc zaczarować rzeczywistość? Tego zadania podjęli się kilka lat temu twórcy nie byle jacy. Wstęp książki, która w tej chwili leży na moim biurku napisała (oczywiście) Maria Kuncewiczowa.

Moje wydanie albumu o Kazimierzu Dolnym (polujcie na to wydawnictwo na aukcjach internetowych)

Czytamy w nim: Kazimierz Dolny nad Wisłą jest jednym z polskich mitów. Wiadomo, że mity mają długie życie, zależne nie tyle od historii i geograficznego klimatu, ile od ogólnoludzkiej potrzeby przekraczania rzeczywistości. Kiedy kilkadziesiąt lat temu mój mąż Jerzy, lublinianin, przywiózł mnie, warszawiankę, do niechlujnego miasteczka pełnego szwargotu kupczyków żydowskich i rżenia chłopskich chabet, pierwszą moją reakcją była raczej odraza, niż zachwyt. Ale z dnia na dzień rosła ta nieuchwytna dla rozsądku fascynacja.

Ewa Hartwig-Fijałkowska i Edward Hartwig, fot ze skrzydełka albumu, o którym piszemy.

Nie mylą się Państwo. To wstęp do albumu fotograficznego, Ewy Hartwig-Fijałkowskiej i Edwarda Hartwiga. Ojciec (1909-2003), słusznie uważany za jednego z najwybitniejszych fotografów polskich, przyjeżdżał do Kazimierza Dolnego w okresie 20. lecia międzywojennego. Chciał być malarzem (uczył się m.in. w prywatnej szkole malarstwa  Henryka Wiercińskiego w Lublinie). Dlatego ciągnęło go do kolorowej braci kazimierskiej „malarni” pod wodzą prof. Pruszkowskiego. Niektóre z zawartych wówczas przyjaźni przetrwają próbę czasu. Pracownie Zenona Kononowicza i Władysława Filipiaka (i samo malarze) będą dla Hartwiga nieustającym źródłem inspiracji. Już nie plastycznych, ale fotograficznych.

Najlepsze zdjęcia wykonał w Lublinie. Piszę nieobiektywnie, bo jestem lublinianką i uwielbiam te fotografie. Nie tylko lubelskich zaułków, Wieniawy, nowo powstających osiedli mieszkaniowych (to już w czasach powojennych), ale także mieszkańców Lublina. Hartwig towarzyszył im w czasie ważnych wydarzeń, ale także uwieczniał ich portrety zarobkowo. O pracach, które w tej chwili wywołują najwięcej zachwytów mawiał, że są robione „do tapczanu”. Eksperymentował, a najlepszym miejscem do tych poszukiwań był Kazimierz Dolny.

Edward Hartwig, Kazimierz Dolny, fot. ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Przyjeżdżałem pociągiem – wspominał Hartwig – częściej furmanką, ale najpiękniejsze były piesze spacery z Puław do Kazimierza wśród łąk i owocowych sadów, kwitnących śliw i jabłoni, niekiedy groblą wiślaną, nadwiślańskimi wzgórzami, skąd rozpościerał się niezapomniany wspaniały obraz Wisły i jej zakoli, skarpy wiślanej Janowca; krajobrazu zmieniającego się jak w kalejdoskopie w różnych porach roku. 

Lubelski Ośrodek Brama Grodzka Teatr NN, który otrzymał w darze od rodziny Artysty ogromny zbiór jego fotografii przygotował całą stronę, poświęconą Edwardowi Hartwigowi. To z niej pochodzi cytat, odnoszący się do przedwojennego Kazimierza. Jakże tej opowieści blisko do opowiadań Marii Kuncewiczowej, zgromadzonych w tomie Dwa księżyce. Oceńcie to Państwo sami:

Kazimierz był wtedy miasteczkiem z prawdziwymi domami, prawdziwymi zabytkami i prawdziwymi mieszkańcami. Dziś jest to dworzec zajezdny, przez który przepływają dziesiątki turystów.

Bardzo piękny, ale na wpół martwy dla tych, którzy znali to miejsce przed wojną. Pamiętam tamtejsze chłopskie jarmarki, małe żydowskie sklepiki, dzwony bijące w kościołach, letników przyjeżdżających z całymi rodzinami i dziećmi – i przede wszystkim malarzy. Był to okres szkoły Pruszkowskiego i Bractwa Świętego Łukasza. Na ulicach porozstawiane niemal co krok sztalugi, przy każdej z nich ekscentryczna postać z paletą w jednej, pędzlem w drugiej ręce. Na schodkach i rozkładanych stołkach studenci ze szkicownikami. Widywałem ich u Berensa, gdzie przychodzili na posiłki zakrapiane nierzadko alkoholem, z zazdrością słuchałem dobiegających mnie odgłosów ich beztroskich rozmów, zachwycały mnie ich białe wymięte spodnie płócienne, kolorowe szale na szyjach i zgniecione kapelusze chroniące głowy przed słońcem. Pierwszy raz zobaczyłem ich przy stoliku, na którym palił się ogień na półmisku czy w wazie, dziś już nie wiem. Może był to poncz, może zapalono rum na naleśnikach – dla mnie ten ogień i oświetlone jego odblaskiem wesołe twarze o ciekawym wyrazie stały się jakby symbolem czegoś odmiennego, piękniejszego od reszty świata. Wiedziałem, że często nie mieli grosza przy duszy i nieraz zmagali się z biedą, bywało, że nie starczało im na farby i płótna albo na jedzenie, ale ich sposób życia wydawał mi się najgodniejszy naśladowania. Różnice zachowań i obyczajów w różnych środowiskach społecznych były wówczas ogromne. Panowie mieszczuchy potrafili jeszcze wybrać się na trawkę w lakierkach i nawet młodzi ludzie ubierali się na co dzień starannie, nie było jeszcze mowy o niczym w rodzaju dżinsów lub noszonych dziś czasem przez młodzież, nawet uniwersytecką, kombinezonach robotniczych. Co tu dużo mówić – zapragnąłem znaleźć się w tej atmosferze sztuki i pozornej beztroski, tego odmiennego fasonu i odmiennych trosk.

We wstępie do albumu, który niejako sprowokował powyższy tekst, jest również takie zdanie:

Kazimierz był zawsze miastem moich wzruszeń, natchnień twórczych. Miejscowa ludność twierdzi, że Bóg stworzył ten piękny obszar ziemi w niedzielę i stąd jego niepowtarzalny urok i atmosfera.

Nie zdziwi zatem Państwa to, że Edward Hartwig do Miasteczka stworzone w niedzielę zabierał m.in. siostrę – poetkę oraz swoje córki. Ewa Hartwig-Fijałkowska, współautorka wydawnictwa, które nam towarzyszy pisała o Kazimierzu trochę mniej poetycznie. Tony sprzętu, jaki zabierali ze sobą w drogę oraz fakt bycia kierowcą i tragarzem znanego ojca odzierał te wyprawy z romantyzmu. Nie najłatwiejsze było także sprostanie w dziedzinie fotografii wysokim wymaganiom stawianym przez utytułowanego Edwarda Hartwiga. Być może właśnie dlatego poszczególne zdjęcia w wydawnictwie nie są sygnowane. W jednym z wywiadów (znowu nieoceniona strona lubelskiego Teatru NN) Ewa Hartwig-Fijałkowska wspominała plenery kazimierskie: Teraz już ten Kazimierz wygląda zupełnie inaczej, to już nie jest to samo. Trudno zobaczyć malarza malującego, natomiast częściej zobaczymy malarza sprzedającego swoje prace. Tak, że ten Kazimierz zupełnie się zmienił.Ja myślę, że najpiękniejsze to są te wąwozy. To jest uroczysko po prostu o każdej porze dnia. I przede wszystkim nie w sobotę i w niedzielę, tylko w taki normalny okres czasu, nie w sezonie. Nawet jak deszczyk popada. Ale to ma cały urok właśnie w wąwozie, żeby sobie postać, żeby sobie popatrzeć. Poza tym panorama na drugą stronę, na Janowiec. Strasznie mi brakuje właśnie tych malarzy i tych ludzi, którzy fotografują. Brakuje mi tej atmosfery kazimierskiej. Zupełnie innej niż teraz, bo nawet już jak zaczęły się te festiwale sztuki ludowej, to też już było strasznie tłoczno. To znaczy, może jeszcze wolałabym tamtą atmosferę niż to co się w tej chwili dzieje, że tam są te festiwale filmowe. To było takie bardziej ludowe. Te jarmarki na przykład, z prawdziwego zdarzenia. Przecież ja mam jeszcze kilka zdjęć ojca z tymi furmankami, to było coś.

„Trudny” Dom Kuncewiczów w obiektywie Hartwigów, jedna z fotografii z albumu, o którym piszemy

Dom Marii Kuncewiczowej to jest miejsce trochę inne. Wyobcowane jak gdyby z architektury kazimierskiej. Jest takie troszkę zimniejsze optycznie. Mieliśmy z ojcem kłopoty, żeby to jakoś sfotografować, a to musiało się tam znaleźć. To jest zupełnie coś innego. Na pewno samo miejsce jest bardzo ciekawe ze względu na postać, ale troszkę odbija od Kazimierza.

Właścicielka Willi pod Wiewiórką i autorzy kazimierskich fotografii spotkali się na kartach albumu. Na bohatera swojej twórczości patrzyli podobnie. Jak przyznaje Kuncewiczowa, mimo zmieniających się czasów, mód, magia czy też marzenie o Kazimierzu Dolnym jest nadal pożywką dla artystów spragnionych czegoś więcej niż rzeczywistość.

W zbiorach Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym znalazło się ponad 20 prac Edwarda Hartwiga. W roku 2018, na okoliczność wystawy prac Ewy Hartwig-Fijałkowskiej w Domu Kuncewiczów pokusiliśmy się o połączenie tekstu Marii Kuncewiczowej z kadrami Edwarda Hartwiga. Patronem tego mariażu były, oczywiście, Dwa księżyce.


Eliasz Kanarek – wielki malarz ze Skowierzyna

Najpierw będzie wstęp. A właściwie kilka wstępów:

Życzeniowy. Gdybym była bogata… To marzenie-mantra, powtarzane przez wielu, w różnych sytuacjach. W moim przypadku ten zwrot jest związany z finansami, jakie wydawałabym na sztukę. Na przykład taki oto obraz:

Eliasz Kanarek, Rodzina Cyrkowców, lata 50. XX w. (wypatrzone na aukcji w Christies)

Mogłabym także tworzyć kolekcję, bo artysta, który jest jego autorem wymyka się historykom sztuki. Podobno wciąż jest za mało materiału badawczego, aby o jego pracach napisać coś więcej. Wiele prac wciąż można kupić na amerykańskim rynku sztuki. Ceny nie są może zawrotne, ale… No właśnie, gdybym była bogata. Ciekawostka, ten artysta – jako jedyny z grupy na fotografii poniżej nie został wyretuszowany. Choć jego twórczość jest „nieostra”, to zdjęcie – jak najbardziej.

Otrzęsiny w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie, słodkie lata 30. XX w. Eliasz Kanarek w grupie po lewej stronie, nad kobietą w białej bluzce (fot. NAC.pl)

Wstęp filmowo-literacki. Jak na złość, nie wzięłam ze sobą (a tekst jest pisany w czasie, gdy z powodu epidemii musimy skazać się na emigrację domową, czyli pracować w domach) Dwóch Księżyców Marii Kuncewiczowej. Bohaterem jednego z opowiadań jest żydowski malarz, Szymon. Zafascynowany inną artystką, Madzią. Sam nie akceptuje swojej żydowskości i – za sprawą orientalnej tkaniny zawiązanej na głowie jak turban – przeistacza się w maharadżę z Orientu. W owych czasach w Kazimierzu Dolnym każde dziwactwo czy fałsz uchodzą za dopuszczane, a nawet pożądane ta mistyfikacja podoba się Madzi. Problem jednak w tym, że prawdziwych uczuć nie wolno odgrywać, ani tym bardziej z nich kpić. Podobno pierwowzorem do stworzenia tej postaci był dla Kuncewiczowej właśnie bohater tekstu, który zamieszczamy poniżej.

Eliasz Kanarek, Różowy koń, kolekcja prywatna , wystawiony na aukcji w USA

Wstęp jak najbardziej muzealny. Bardzo chciałabym zobaczyć obrazy, które członkowie Bractwa Świętego Łukasza stworzyli na Wystawę Światową w Nowym Jorku. Jest wśród nich jeden specjalny. To odsiecz wiedeńska. Powód jest prozaiczny: do portretu króla Jana III Sobieskiego pozował Jerzy Kuncewicz.

Bractwo św. Łukasza, Sobieski pod Wiedniem, 1938-39

Wstęp właściwy (choć trochę i towarzyski). Nasze znajomości zawierane za pośrednictwem Internetu przynoszą konkretne efekty. Dziennikarz i kazimierzak, Janusz Ogiński jest uważnym czytelnikiem naszego bloga (za to dziękujemy). Tym tekstem dołącza do grona jego współautorów (za to również podziękowania). Bohaterem tej opowieści będzie autor tego obrazu:

Eliasz Kanarek, Kwiaty, 1950, kolekcja prywatna

Jest zaliczany do najwybitniejszych malarzy okresu międzywojennego. Należał do „Łukaszowców”, legendarnej grupy malarskiej – Bractwa św. Łukasza. Była to artystyczna konfraternia utworzona w 1925 roku podczas pleneru w Kazimierzu Dolnym przez uczniów prof. Tadeusza Pruszkowskiego z warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Eliasz Kanarek malował portrety, sceny rodzajowe, martwe natury i pejzaże.

Eliasz Kanarek fot. B.E. Dorys (ze zbiorów polona.pl)

Ostatnio o „Łukaszowcach” stało się głośno, bowiem ministerstwo kultury rozpoczęło starania, by odzyskać z USA kolekcję składającą się z siedmiu obrazów namalowanych przez nich na Światową Wystawę w Nowym Jorku w 1939 roku, skąd nie wróciły. Obrazy powstały na zlecenie rządu RP i miały na celu – jak napisał w katalogu do wystawy Tadeusz Pruszkowski – uprzytomnienie Amerykanom, że Polska jest wielkim państwem o starej kulturze, nie zaś tworem nowym, powstałym po wojnie europejskiej. Obrazy przedstawiały najważniejsze wydarzenia z historii Polski: spotkanie Bolesława Chrobrego z cesarzem Ottonem III, który pielgrzymował do grobu św. Wojciecha w Gnieźnie (1000 r.), chrzest Litwy (1386 r.), nadanie szlachcie przez Władysława Jagiełłę przywileju zwanego „jedleńsko-krakowskim”, gwarantującego, że nikt nie będzie więziony bez wyroku sądowego (1430 r.), zawarcie Unii Lubelskiej (1569 r.), uchwalenie „konfederacji warszawskiej” o wzajemnej tolerancji wyznań religijnych (1573 r.), odsiecz Wiednia (1683 r.), uchwalenie Konstytucji 3 Maja (1791 r.). Malowali je: Bolesław Cybis, Bernard Frydrysiak, Jan Gotard, Aleksander Jędrzejewski, Jeremi Kubicki, Antoni Michalak, Stefan Płużański, Janusz Podoski, Tadeusz Pruszkowski, Jan Zamoyski, a także pochodzący ze Skowierzyna – Eliasz Kanarek.

Wnuk obszarnika, syn chorążego Legionów Polskich

Pradziadami Eliasza było żydowskie małżeństwo Jakub Moises i Majta Kanarkowie, wyrobnicy z Antoniowa koło Radomyśla nad Sanem. Ich syn, Rachmiel, dziadek malarza, również przez wiele lat zatrudniał się jako wyrobnik w okolicznych folwarkach, był też pieszym kurierem pocztowym, handlował skórami, pierzem, starzyzną, zbożem, drewnem. Z czasem, gdy się wzbogacił, kupił w połowie lat 70.XIX wieku dwa niewielkie folwarki w Orzechowie i Popowicach. Następnie w 1881 r. od Franciszka Popiela nabył folwark w Kotowej Woli, a trzy lata później od księcia Hieronima Lubomirskiego duży obszar ziemski w Żabnie. Niedługo po tym dokonał też zyskownej transakcji kupując od Zofii Horodyńskiej i jej syna Zbigniewa dobra skwierzyńskie leżące po obu stronach Sanu. W międzyczasie wyprowadził się wraz z rodziną z Antoniowa do okazałego dworu w Skowierzynie. Jako przedsiębiorca dorobił się czterech cegielni i kilku innych drobnych fabryk, m.in. trzech gorzelni, kilku tartaków, fabryki terpentyny i denaturatu. Handlował też drewnem, prowadził hodowlę bydła opasowego. Miał opinię zdolnego przedsiębiorcy, ale też i hojnego filantropa. Wiadomo, że wspierał polskie cele narodowe i społeczne, finansując obchody rocznic ważnych wydarzeń historycznych, pomagał szkołom, które znajdowały się na jego obszarach dworskich, angażował się w życie społeczne radomyskiej gminy żydowskiej, dostarczył bezpłatnie cegłę na budowę kościoła rzymsko-katolickiego w Zaleszanach i budynku „Sokoła” w Tarnobrzegu. Rachmiel Kanarek ożenił się w 1885 r. Tylą Perlman, córką wyrobników folwarcznych z Mielca. Z tego związku urodziło się 9 dzieci: 5 synów i 4 córki. Najstarszym był Mojżesz Jakub ur. w 1876 r.(ojciec malarza). Jego życiorys jest również intrygujący. W młodości służył w Legionach Polskich, później, w wieku dojrzałym, pełnił wiele funkcji publicznych, był m.in. prezesem rady powiatowej PSL w Tarnobrzegu.

Wybitny malarz, a także … aktor amator

Artysta malarz Eliasz Kanarek urodził się 21 czerwca 1902 roku w rodzinnym Skowierzynie k. Zaleszan (pow. stalowowolski). Niestety, danych personalnych jego matki nie udało się ustalić. Nie wiadomo też gdzie rozpoczynał nauki. Natomiast pewnym jest, że latach 1919-1920 służył jako ochotnik w Wojsku Polskim. Studia w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych pod kierunkiem prof. Tadeusza Pruszkowskiego rozpoczął w 1923 roku. Razem z nim rozpoczynali naukę malarstwa tak znani artyści jak: Jan Zamoyski, Bolesław Cybis, Antoni Michalak, Jan Wydra (pracownia Pruszkowskiego), czy Witold Podoski, Tadeusz Kulisiewicz, Bogna Krasnodębska, Halina Ostrowska-Grabska (pracownia Władysława Skoczylasa), nota bene Halina Ostrowska-Grabska związana była z rodziną Stanisława Hofmokla z Zarzecza, była też przyjaciółką Walerii Mireckiej z Racławic koło Niska.

Bractwo św. Łukasza, Pierwsza wystawa w „Zachęcie”, Warszawa, 1928. Od lewej: Eliasz Kanarek, Aleksander Jędrzejewski, Antoni Michalak, Jan Wydra, Edward Kokoszko, Bolesław Cybis, Tadeusz Pruszkowski, Jan Zamoyski, Jan Gotard, Czesław Wdowiszewski (fot. katalog Zachęty)

Eliasz Kanarek, jako rysownik, współpracował w latach 1935-1938 z satyrycznym tygodnikiem „Szpilki”. Uczestniczył w weneckim Biennale 1934 r., a także wystawiał swoje prace w Carnegie Institute w Pittsburgu (USA). W 1932 roku zaprojektował scenografię do filmu „Dzikie pola” reżyserii Józefa Lejtesa. Wystąpił też jako aktor, co czym niewielu pamięta, w ekscentrycznym filmie „Szczęśliwy wisielec czyli Kalifornia w Polsce” nakręconym w 1926 roku przez jego mistrza – Tadeusza Pruszkowskiego. Ówczesne studentki profesora, Irena Lorentowicz (później wybitna scenografka), a także Pia Górska, wspominały, że „główną rolę” owego „szczęśliwego wisielca” w tym groteskowo-humorystycznym filmie powierzono Eliaszowi Kanarkowi. Przeżywał on na ekranie szereg niezwykłych przygód, musiał nawet rzucać się w przepaść w jednym z kazimierskich kamieniołomów. W filmie tym wystąpili rówież inni młodzi malarze z pracowni „Prusza”, m.in. Marian Szymanowski, Janina Konarska, Teresa Roszkowska. Premiera odbyła się 10 grudnia 1926 roku w warszawskim kinie „Splendid”. Niestety, film nie zachował się, ponieważ jedyna kopia zaginęła w czasie II wojny światowej. W marcu 1939 roku Eliasz Kanarek popłynął wraz z innym malarzem Bolesławem Cybisem transatlantykiem „Batory” do Nowego Jorku, wioząc wspomniane wyżej obrazy na wystawę. Po wybuchu wojny pozostał w USA. Również obrazy namalowane przez Bractwo św. Łukasza nie powróciły do kraju. Zostały zdeponowane w Le Moyne College w Syracuse. Eliasz Kanarek zmarł w maju 1969 roku w Scotsville.

Jeden z siedmiu obrazów (Unia Lubelska) pokazanych w polskim pawilonie Wystawy Światowej w Nowym Jorku w 1939 roku (fot. NAC.pl)

Kazimiera Iłłakowiczówna

Jeśli zaleczę choć jedno serce,

nie będę żyła na próżno;

jeśli choć jednej pomogę rozterce,

jednej ranie ulgą posłużę,

jeśli jednego małego ptaka

z powrotem do gniazda włożę,

nie będę żyła na próżno.

To jeden z wierszy znakomitej amerykańskiej poetki, Emily Dickinson w przekładzie Kazimiery Iłłakowiczówny. Zaskakujące, jak wiele faktów z życiorysu Iłły (tak mówiono o poetce) jest podobnych do tych z biogramu Marii Kuncewiczowej. Po pierwsze – data urodzin. Nie wypominając obydwu paniom wieku zaznaczmy, że każda z nich podawała co najmniej trzy daty swego przyjścia na świat. W przypadku Kazimiery Iłłakowiczówny (lata: 1889,1892 i 1893) każda z nich wydaje się prawdopodobna. Po drugie, obydwie znały dobrze języki obce i były tłumaczkami. Zasługą Iłłakowiczówny jest m.in. przekład Anny Kareniny oraz wielu utworów klasyki niemieckiej, nie wspominając o cytowanej już E. Dickinson. Kolejna sprawa to stosunek do własnej twórczości (przynajmniej na początku kariery) i umniejszanie rangi własnego pisarstwa. Niesłusznie, bo wierszami Iłłakowiczówny zachwycali się Tuwim i Żeromski. Kolejna sprawa – uwielbienie dla Skamandrytów i wspólne spotkania w „Ziemiańskiej”. Na dokładkę… niechęć, jaką obydwie panie darzyło damskie środowisko literackie Warszawy (wyjątkiem od tej reguły była Maria Pawlikowska-Jasnorzewska). Na ostatek zaś religijność, którą obydwie pisarki zaczęły odkrywać dość późno.

Kazimiera Iłłakowiczówna z czasów studenckich. Fot. ze strony wyborcza.pl

Drogi Marii Kuncewiczowej i Kazimiery Iłłakowiczówny niejednokrotnie się krzyżowały. A to w jednej z popularnych warszawskich kawiarni, a to w wydawnictwie bądź też ministerstwach, w których obydwie pracowały. Spotykały się wielokrotnie w Kazimierzu Dolnym (opisywanym przez Kuncewiczową) oraz Nałęczowie (który inspirował Iłłakowiczównę).

Zasadnicza różnica polega jednak na tym, że Kuncewiczowa chętnie odwoływała się do własnych przeżyć i doświadczeń (także i bolesnych), a dla Iłłakowiczówny wątki autobiograficzne były tematem tabu, z jednym wprawdzie wyjątkiem. Odstępstwo od reguły to Ścieżka obok drogi czyli cykl wspomnień o Józefie Piłsudskim, z czasów kiedy Iłłakowiczówna była jego sekretarką (lata 1926-1935).

Nie chcąc odbierać chleba (a i Państwu przyjemności lektury) biografom Kazimiery Iłłakowiczówny, skupmy się jedynie na fragmentach z jej życia związanych z okolicami Kazimierza Dolnego. Pierwszy trop prowadzi do Łazisk, w powiecie opolskim. Majątek otrzymała w posagu Halina z Kleniewskich, żona kuzyna Kazimiery, Witolda Iłłakowicza. Latem 1912 roku do majątku przyjechała na wakacje studentka polonistyki i anglistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, Kazimiera Iłłakowiczówna. Od tego roku wielokrotnie odwiedzała Łaziska. Pani Halina uwielbiała Kazię (tak domownicy nazywali poetkę). Zachwytu nie podzielał syn pani Haliny, Jerzy Olgierd Iłłakowicz:  Kazia była osobą dziwną, niezwykle utalentowaną, zamknięta w sobie, z wyraźnym negatywnym stosunkiem do ludzi. (…) Moje pierwsze zrozumienie jej wszechstronnych talentów miało miejsce w Łaziskach w 1921 roku. Tłumaczyła na polski książkę angielską na temat początków rewolucji rosyjskiej. Tłumaczyła szybciej, niż ja mogłem nadążyć przeczytać tekst na polski. A czytałem szybko i jej pismo było bardzo wyraźne. Ogromnie mi to zaimponowało. Ona biegle mówiła po angielsku, niemiecku, francusku, rosyjsku, trochę po litewsku. ( H.J. Zawistowski: Koneksje środowiskowe, rodzinne i literackie Kazimiery Iłłakowiczówny [w:] Ziemiaństwo na Lubelszczyźnie III, tom 2). W listach Iłłakowiczówny znaleźliśmy m.in. taki fragment : W latach 1910 aż do wojny często bywałam we dworach na pobrzeżu Wisły, z Puław jeździłam statkiem do Piotrawina, a dalej przez Zawichost i Sandomierz na Tarnobrzeg do Krakowa na uniwersytet. Bardzo pragnę zwiedzić Kazimierz, Puławy i oczywiście Lublin. Byłam w tych miejscowościach, ale nigdy ich nie zwiedzałam. (j.w) Niestety (jeszcze) nie wiemy, czy powodem krótkich wizyt w wymienionych miejscowościach była praca w gabinecie marszałka Piłsudskiego. Być może pobyty w Kazimierzu Dolnym mają związek z pasją Piłsudskiego, związaną z pewnym bardzo tajemniczym miejscem… To jednak pomysł na zupełnie inną historię. Obiecujemy, powrócimy do niej już wkrótce.

Kazimiera Iłłakowiczówna. To zdjęcie wypatrzyliśmy na blogu Jacka Dehnela awers-rewers.pl (Dziękujemy Autorowi bloga za udostępnienie zdjęcia)

Z powojennej korespondencji K. Iłłakowiczówny wynika, że starała się ona o posadę na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Otrzymała ją, ale obietnica pracy na uczelni była aktualna jedynie do października 1947 r. Poetka wróciła z repatriacji miesiąc później. Choć osiedliła się w Poznaniu, to od roku 1963 regularnie odwiedzała Nałęczów. Bała się pierwszej wizyty, ale uzdrowisko przypadło jej do gustu. Najchętniej zatrzymywała się w domu Sióstr Urszulanek przy ul. Prusa. Tak zapamiętał poetkę niestrudzony badacz literatury, prof. Tadeusz Kłak: W latach sześćdziesiątych często można było spotkać w parku lub na ulicach Nałęczowa starszą panią, lekko już pochyloną, ubraną najczęściej w białą wyszywaną bluzkę oraz w długą kwiaciastą spódnicę, z kolorową chustką zarzuconą na ramiona. W dni zimniejsze czy deszczowe zawiązywała chustkę pod brodę, tak jak czyniły to kiedyś wiejskie kobiety, albo zakładała na głowę pelerynę z folii. Nosiła beżowy prochowiec. (…) W przeciwieństwie do innych pisarzy i ludzi o głośnych nazwiskach, którzy chętnie uczestniczyli w życiu towarzyskim sezonowych gości, przesiadując choćby w kawiarni lub na jej werandzie, Iłłakowiczówna prowadziła tu życie raczej samotne.(…) Ceniła czas, była niezwykle punktualna i wymagała punktualności od innych. Wszystko z góry przewidywała i organizowała dokładnie, zawsze z dużym wyprzedzeniem.(…) Gdy zaś poprosiłem ją, po odpowiednim uzgodnieniu, by spotkała się na wieczorze autorskim z kuracjuszami Sanatorium ZNP, dzień wcześniej udała się tam, obejrzała salę, a spotkanie musiało być tak zorganizowane, jak poetka sobie życzyła. (…) Kiedyś zwróciłem się do niej z prośbą o udzielenie wywiadu dla Kameny, pisma wychodzącego wtedy w Lublinie, w którym stale pracowałem. Zgodziła się na to i poprosiła, by dać jej pytania na piśmie. Gdy je przeczytała, rzekła : „Ale one nie mają sensu!”. I komentowała po kolei przedstawione pytania, wskazując ich bezzasadność. Na doręczony jej później nowy zestaw pytań przyniosła odpowiedzi, bardzo zresztą zwięzłe, z zastrzeżeniem, że nie wolno w nich zmienić nawet przecinka. (…) Na pytanie o jej stosunek do Nałęczowa, odpowiedziała tam: W Nałęczowie zaimponować mogą czystość, cisza i doskonałe utrzymanie. Przyjemni są: Prus po jednej stronie, Żeromski po drugiej, a staw z łabędziami pomiędzy.

Janusz Stanny, jedna z ilustracji do „Wierszyków nałęczowskich” Kazimiery Iłłakowiczówny. fot. garazilustracji.blogspot.com

Nic dziwnego więc, że w tomie wierszy dla dzieci roi się od nałęczowskiej fauny i flory:

Słowik i Księżyc

Słowik gwiżdże i kląska

wśród drzewa;

Księżyc się po gałązkach

przelewa.

Krągłe oko otwiera

Ropucha:

Nie wie – patrzeć ma teraz

czy słuchać?

Janusz Stanny, ilustracja do wiersza „Słowik i księżyc”, „Wierszyki nałęczowskie” Kazimiery Iłłakowiczówny , fot. garazilustracji.blogspot.com

Jak pisał prof. Kłak w książce W krajobrazie Nałęczowa, którą cytujemy, Kazimiera Iłłakowiczówna ceniła swoich kolegów po piórze, z wieloma utrzymywała kontakty listowne, ale spotykała się z jedynie kilkorgiem z nich. W tej grupie znaleźli się Maria i Jerzy Kuncewiczowie, którzy wielokrotnie odwiedzali poetkę w Nałęczowie i których rewizytowała w Kazimierzu Dolnym.

Zwięzła, rzeczowa, czasem bezceremonialna, lubiąca towarzystwo dzieci i szanująca małych czytelników. Tak zapamiętali ją ci, z którymi w Nałęczowie rozmawiała. Dzięki pamięci zachowała się również anegdota o zaginionym szalu. Ogłoszenie o cennej zgubie spisał (i zachował) nieoceniony Tadeusz Kłak. Brzmiało ono tak: W sobotę dn. 15 czerwca o godz. 10.30 zostawiono na ławce na ul. Prusa długi, puszysty brązowy szal (Mohair). Znalazca proszony jest o odniesienie za nagrodą, Prusa 16 (za Jabłuszkiem) dla Kaz. Iłłak.  Kiedy szal się odnalazł, Iłłakowiczówna zaproponowała, żeby zamiast ogłoszenia o zgubie powiesić w tym miejscu informację, że szal się znalazł, aby ludzie mogli się przekonać, iż taka rzecz jest możliwa. 

Prof. Kłak napomknął, że Kazimiera Iłłakiewiczówna nie przywiązywała wagi do kierowanej do niej korespondencji. Zamiast autora, ważniejsze było to, co do niej napisał. Za zgodą pisarki ocalił bardzo wiele listów od luminarzy ówczesnej kultury. Chciałby się zajrzeć do tych perełek epistolografii!

Ps Przepiękne ilustracje do Wierszy nałęczowskich K. Iłłakowiczówny z ilustracjami Janusza Stannego wypatrzyliśmy na garazilustracji.blogspot.com (jest tam tego więcej!!!!)

Ojciec Albin Sroka – dodatek od Czytelników

Niezwykły suplement do historii, opisanych na naszym blogu otrzymujemy od jego czytelników. Krąg czytelników rośnie, także dzięki temu, że tekst o Januszu Łopuszańskim przedrukował popularny portal www.kazimierzdolny.pl

Kilka dni po tej publikacji otrzymaliśmy wiadomość od Pana Janusza Ogińskiego (pochodzącego z Kazimierza Dolnego). Za jego przyzwoleniem przytaczamy treść tej korespondencji. Zamieszczone fotografie i skany listów są dodatkowym bonusem:

Ojciec Albin Sroka z naszym darczyńcą, Januszem Ogińskim. Fotografia z archiwum p. Ogińskiego.

Do 2012 roku pracowałem jako dziennikarz w lokalnym tygodniku „Sztafeta”, który ukazuje się w pow. stalowowolskim, niżańskim, tarnobrzeskim i leżajskim – pisze Pan Janusz Ogiński. Przeglądając Kazimierski Portal Informacyjny trafiłem na tekst „Historia z fałszerstwem w tle” (…) jednakże prawdziwą niespodzianką dla mnie był w zakładce „Bywalcy” znakomity tekst o działalności twórczej o. Albina Sroki. Cieszę się ogromnie, że w Kazimierzu nie zapomniano o tym wspaniałym człowieku, który kochał to miasto, marzył by w nim zamieszkać, pragnął być pochowany na kazimierskim cmentarzu (miał nawet przygotowany grobowiec !!!). O ile mi wiadomo, był zaprzyjaźniony z Marią i Jerzym Kuncewiczami. O. Albina Srokę poznałem w 1995 roku. Z czasem znajomość ta przemieniła się w serdeczną przyjaźń. Dużo korespondowaliśmy. W 1999 roku wspólnie z Ryszardem Lubickim byliśmy redaktorami drugiego wydania (poszerzonego o IV rozdział dot. koronacji obrazu) monografii: „Sanktuarium Maryjne Franciszkanów Reformatów w Kazimierzu n. Wisłą (pierwsze w 1984 r., broszura w 1991 r., skrócona wersja w 2009 r.). Ośmielam się wysłać zdjęcie, na którym jestem z o. Albinem. Fotografia została wykonana w jarosławskim klasztorze franciszkańskim. Wysyłam też kilka kierowanych do mnie listów o. Albina, w których opisuje swój pobyt w Kazimierzu n. Wisłą. Może kiedyś to się do czegoś przyda.

Jeden z podarowanych przez Pana Janusza Ogińskiego listów od ojca A.Sroki. Są w nim m.in kazimierskie ścieżki…

Korespondencja z Panem Ogińskim „zasiała” w naszych głowach ziarenko pomysłu. Obiecujemy, że wzejdzie w momencie powrotu oddziału Dom Kuncewiczów z „wygnania”, związanego z remontem konserwatorskim naszego budynku. O szczegółach – wkrótce.

Ojciec Albin Sroka. A tekstu o tej wyjątkowej osobie szukajcie poniżej:)

Władysław Broniewski

Urodził się nad Wisłą. Może nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pochodził z Płocka i wraz z rodzicami mieszkał na skarpie wiślanej. Rzeka wielokrotnie wpływała do jego wierszy, choć nie zawsze kojarzyła się tylko z pięknym, choć groźnym krajobrazem. Jedna z najsłynniejszych fotografii Władysława Broniewskiego została wykonana nad Wisłą. Wykorzystał ją Wilhelm Sasnal do stworzenia takiego oto obrazu.

Wilhelm Sasnal, Broniewski, Muzeum Sztuki Nowoczesnej

O Władysławie Broniewskim (1897-1962) napisano tomy. Robili to zarówno entuzjaści jego twórczości, rodzina i bliscy, jaki również ci, którzy krytycznie odnosili się do zarówno do jego poglądów, jak i zasług dla polskiej poezji. Naszym zadaniem jest (na szczęście) wytropienie związków Władysława Broniewskiego z Kazimierzem Dolnym. Niech zatem poprowadzi nas Wisła. Na początku lat 50.XX w. poeta nosił się z zamiarem napisania poematu, poświęconego Wiśle. Do realizacji planów przystąpił w roku 1953. Tekst, współredagowany z córką Broniewskiego, Joanną Broniewską-Kozicką (nazywaną Anką) miał być scenariuszem filmu pod tytułem Wisła. Dzieło miało składać się z III części. Pierwsza, której kanwą miały być pory roku, miała symbolicznie przedstawiać trud pracy ludzkiej. Jednym z wymiernych wyznaczników tejże były historie miast nadwiślańskich, bogacących się dzięki Wiśle w czasie renesansu. Taki miastem miał być właśnie Kazimierz Dolny. Druga część poematu (i filmu) miała obrazować upadek prosperity. Nie zapominajmy, że Broniewski był ideologiem socjalizmu, w filmie nie mogło więc zabraknąć propagandowych haseł. III część miała więc być apoteozą ludzi pracy i odrodzenia kraju w innej, lepszej rzeczywistości. Scenariusz filmu, którego przygotowanie poprzedziła solidna dokumentacja, został złożony do Aleksandra Forda. Realizację filmu Wisła, w aspekcie dotyczącym interesującego nas tematu, w roku 1954 opisuje żona Broniewskiego, Wanda: Od roku myśli, zamierzenia twórcze Męża i Anki skupiały się na poemacie filmowym Wiśle. W drugiej połowie sierpnia Anka kręciła fragmenty tego filmu w Kazimierzu nad Wisłą. Pojechaliśmy tam na rowerach na dworzec wschodni i z Puław do Kazimierza znów na rowerach. Trochę wyżej w górę Wisły przycumowana była tratwa z flisakami, wyreżyserowana przez Ankę pod czasy króla Kazimierza. Mąż był w dobrym nastroju, z żywym zainteresowaniem obserwował pracę Anki. Po pracy wędrowaliśmy z Anką po Kazimierzu bądź jeździliśmy na rowerach. Wieczorami Mąż zachodził do Anki na dłuższe rozmowy. Śniadanie jadaliśmy w barze mlecznym. Mąż śmiał się, stojąc w kolejce po kakao, że szkoda, że Go tam nikt nie schwyci aparatem. (Zawsze z lubością gadano o piciu wódki, po prostu tyle było tej wódki w zawistnych gadaniach, że nie wiadomo, kiedy mogła powstać poezja Władka — a teraz dochodzą jeszcze opowieści o telefonach — nic, tylko wódka i telefon). Po kilku dniach wróciliśmy do Warszawy. W dwa dni po nas wróciła Anka. (Wanda Broniewska, Władysław Broniewski, Zgubiłem okulary, Listy z lat 1947-1962, Wydawnictwo Krytyki Politycznej).

Anka Broniewska-Kozicka przy pracy; fot. www.culture.pl

Tu drobne, ale ważne dla tekstu wtrącenie: Joanna Broniewska-Kozicka była córką Władysława Broniewskiego i jego pierwszej żony, Jadwigi. Z relacji córki Anki, Ewy Zawistowskiej (Dziadek Władek, O Broniewskim, Ance i rodzinie, Prószyński i S-ka) wiemy, że nie chciała robić kariery dzięki wsparciu uznanego ojca. Dosyć wcześnie wyszła za mąż i posługiwała się nazwiskiem Kozicka (mąż, Stefan Kozicki był dziennikarzem). Marzyła o zawodzie reżysera i mimo to, że wcześnie została matką, zdecydowała się na wyjazd do Paryża i studia reżyserskie. Wychowaniem córki, Ewy zajęły się babcie. Dziewczynkę uwielbiał także sławny dziadek. Małżeństwo Kozickich nie było szczęśliwe. Para nie rozwiodła się, ale Anka nie kryła swojej sympatii do pisarza, Bohdana Czeszki. Na początku 1954 roku Wajda zaczął robić film na jej podstawie, według scenariusza napisanego przez Czeszkę (Pokolenie). Mama była w trakcie realizacji Wisły. Mieli zatem wspólne zawodowe zainteresowania. Czeszko mógł jej imponować – pisała Ewa Zawistowska w książce Dziadek Władek. O Broniewskim, Ance i rodzinie (Prószyński i S-ka)

W książce znalazł się również inny fragment, dotyczący głębokiej więzi łączącej Ankę z jej ojcem: Anka wróciła po wojnie (przebywała z matką w ZSRR, a Broniewski – po pobycie w sowieckim więzieniu trafił do Armii gen. Andersa) z wyidealizowanym obrazem własnego ojca. Bardzo go kochała i bardzo czekała na spotkanie. Później przeżyła zawód. Nie przypuszczała, że aż tak pogłębił się jego alkoholizm. Egocentryzm chyba też. Czasem mawiała ze złością: „Budda zapatrzony we własny pępek”. Ale kochała go nadal bardzo.

Władysław Broniewski z przedwojennej katy pocztowej, fot ze zbiorów www.polona.pl

Tragedia wydarzyła się 1 września 1954 r. Ewa była jeszcze na koloniach, a mąż w delegacji. Anka, która mieszkała przy Placu Konstytucji, wróciła na chwilę do domu by przygotować się na kolejnych wyjazd w plener do Krakowa, do filmu Wisła. Następnego dnia, kierowca z Wytwórni Filmów Dokumentalnych który po nią przyjechał, poczuł na klatce schodowej ulatniający się gaz. Wyważono drzwi, ale Anka już nie żyła. Tak opisuje to zdarzenie Wanda Broniewska: zadzwonił telefon — obcy głos kobiecy mówił do mnie: „Pani wyjdzie za 5 minut z domu, skręci w prawo i wsiądzie do auta „Kroniki filmowej”. Ja na to: „Co z Anką?”. (Anka rano miała jechać do Krakowa kręcić film i przelękłam się, że to jakaś katastrofa samochodowa). W odpowiedzi te same martwo wypowiedziane słowa: „Pani wyjdzie za 5 minut z domu, skręci w prawo i wsiądzie do auta „Kroniki filmowej”. (…) W samochodzie był Bohdan Czeszko (…) odezwał się: „Anka nie żyje”. (…) Anka leżała w poprzek tapczanu, obok niej książka.(…) Władek był przerażająco opanowany. Wyszliśmy po kwiaty i wrócili. Władek został na noc. (Wanda Broniewska, Władysław Broniewski, Zgubiłem okulary, Listy z lat 1947-1962, Wydawnictwo Krytyki Politycznej).

Śmierć Anki stała się powodem plotek. Mówiono, że była rozczarowana życiem, nieszczęśliwie zakochana i sama targnęła się na życie. Rodzina zgodnie zaprzecza tym doniesieniom. Poetka, Jadwiga Stańczakowa (nota bene bohaterka naszej rubryki), która przyjaźniła się z Broniewskimi pisała o tym, że winowajcami tragicznych wydarzeń były zmęczenie Anki i zalany palnik kuchenki gazowej. Kobieta nastawiła czajnik chcąc zrobić sobie kawę i zapomniała o nim. Woda wykipiała z czajnika, zalewając palnik gazowy. Ulatniający się gaz spowodował śmierć reżyserki. Tę wersję zdarzeń potwierdza córka, Ewa Zawistowska : Anka miała słabe serce, często była bardzo blada. Byłą ambitna, bardzo obowiązkowa i nie zwracała uwagi na swoje zdrowie. Ilekroć miała do nas przyjść, szykowałam przede wszystkim najmocniejszą kawę. Dnia 1 września Anka zwolniła się wcześniej z pracy (WFD, ul. Chełmska), żeby przygotować się do wyjazdu do Krakowa na kręcenie filmu. Był upał. Taksówką pojechała do pralni odebrać kostium, do matki na Lenartowicza po walizkę i do siebie na MDM wybrać dokumenty do filmu potrzebne na wyjazd do Krakowa. Winda nieczynna, biegiem na szóste piętro. Spieszyła się, żeby wrócić na Chełmską na godzinę 17.00, na zebranie — do mieszkania wpadła na chwilę — okna zamknięte, story zasłonięte — żadnych porządków, zaczęła pakować walizkę w przedpokoju, nastawiła kawę, na chwilę położyła się na tapczanie, bardzo najprawdopodobniej zmęczona, kawa wykipiała. (Dziadek Władek. O Broniewskim, Ance i rodzinie, Prószyński i S-ka)

W roku 2005 Galeria Raster przygotowała cykl działań artystycznych, związanych z twórczością Władysława Broniewskiego. Jednym z nich był pokaz fragmentów filmu Wisła, z materiałów zachowanych w warszawskiej Wytwórni Filmów Dokumentalnych. O tym wydarzeniu historyk sztuki, Waldemar Baraniewski pisał następująco: Broniewski był artystą nowoczesnym. Doskonale rozumiał rolę i znaczenie nowych środków ekspresji, w tym szczególnie filmu. (…) Projekt Wisła otworzył poetę na wielkie wizualizacje. Otóż Wisła – mówił Broniewski – i jej bieg przez ziemię i historię Polski jest dla mnie  jakby syntezą całej Ojczyzny. Płynąca rzeka jest wizją trwałości, ale i nieuchronności mijającego czasu. Bezkresnego piękna i nieokiełznanego żywiołu, Historii i biologicznej egzystencji. (…) Broniewski studiował Kolberga, Glogera, zbierał informacje z zakresu hydrologii, archeologii, historii, ale nie zamierzał stworzyć dokumentu. Część scen w filmie jest inscenizowana. Spław zboża, sceny z rybakami. Trochę schematyczne, ale staranne plastycznie, dopracowane. (…) Film miał być barwny. W scenariuszu ten element służył wydobyciu dramaturgii i plastycznych walorów krajobrazów, w ich czasowej zmienności. (…) Czarno-biała kopia daje więcej kontrastów, dynamizuje i dramatyzuje obrazy.

Kadry z filmu Wisła, udostępnione przez Galerię Raster

W tomie wierszy Anka, napisanych przez Broniewskiego po śmierci córki znalazł się m.in. Film o Wiśle:

Od źródeł Wisły aż po ujście,

od źródeł życia aż do śmierci,

aż do utraty tchu jam niósł cię

na czułych skrzydłach moich wierszy.

Tak rzekę braliśmy na własność,

i piękne były nasze dobra,

jak światło, które ma nie zgasnąć,

jak żywy i wieczysty obraz.

Od wież wawelskich aż po gdańskie,

od Nowej Huty aż po Stocznię

i w przeszłość – aż po gród pogański,

umiłowaniem – po widoczne

sięgaliśmy, by słowem-okiem

odtwarzać, tworzyć wielkie dzieje

i w krajobrazie tkwiąc szerokim

uparcie głosić:- Dnieje! Dnieje!

… Pamięci moja smutna, nie kłam,

oto już obraz się pogmatwał,

wiślaną mgłą zasnuty ekran,

czerwone słońce, trumna, tratwa

i kry burzące most, i wieże

zamkowe, i fabryczny komin,

ostatni wieczór w Kazimierzu,

i w oczach mgła, i gorycz wspomnień…

Ach? Cóż ja robię? Chwytam cienie

i cień twój drogi na ekranie,

a rozum radzi: zapomnienie,

a serce wierzy: miłowanie.

Audycji o Wiśle w twórczości Władysława Broniewskiego można posłuchać pod poniższym adresem:

https://www.polskieradio.pl/8/6148/Artykul/1779507,Wladyslaw-Broniewski-patrzy-na-Wisle

Niestety, nie podpowiem gdzie szukać płyty Broniewski, na której utwory poety śpiewają m.in. siostry Wrońskie, Marcin Świetlicki i Muniek Staszczyk.

Marek Hłasko (18+)

Każde napisane o nim zdanie może być frazesem. Rzeczywiście, jest idealnym „materiałem” zarówno dla naukowych rozpraw, jak i plotkarskich tekstów. Postaram się z gąszczu zdań wyłowić te najważniejsze, bo związane z Kazimierzem Dolnym. W opowieści nie zabraknie wątków miłosnych.

Marek Hłasko nad Wisłą (w obiektywie Agnieszki Osieckiej). To zdjęcie wypatrzyliśmy w filmie Andrzeja Titkowa „Piękny, dwudziestoletni”

Jest rok 1957. Hłasko (1934-1969) ma za sobą udany i komentowany debiut – zbiór opowiadań Pierwszy krok w chmurach. Ma również za sobą zakończony romans z Hanną Golde, dziennikarką. Związek, choć nie pierwszy i nie ostatni w życiu pisarza, skłonił go do takiej oto refleksji: ja sam kochałem się w życiu tylko raz; było to jedenaście lat temu i potem nigdy już nie kochałem nikogo ani przez minutę, mimo że nieustannie starałem się stworzyć sobie złudzenia. (Piękni, dwudziestoletni, Czytelnik 1988). Kazimierz Dolny miał być miejscem leczenia złamanego serca, ale także wytężonej pracy. Hłasko wziął ze sobą brudnopis opowiadania Cmentarze, nad którym zaczął pracować dwa lata wcześniej. Skąd wybór Kazimierza? Możemy się jedynie domyślać (dotychczas nie natrafiłam na trop tej zagadki). Wiadomo natomiast, że Hłasko był w relacjach (nie napiszę, że przyjaźnił się, bo w wielu przypadkach były to związki o ekstremalnie zmiennych temperaturach) z całą warszawską socjetą. W tej grupie byli m.in. przedwojenni bywalcy Kazimierza Dolnego np. Jarosław Iwaszkiewicz czy Adolf Rudnicki. Popularność zyskało także miejsce, w którym zatrzymał się Hłasko. To Dom Architekta. W styczniu 1957 r., w liście do Jarosława Iwaszkiewicza pisarz nadmienia: siedzę teraz w Kazimierzu, ale za parę dni wyrzucają nas wszystkich, przyjeżdża tu setka dzieci węgierskich. Towarzyszką podróży Hłaski jest maszyna do pisania – stąd w liście dopisek: proszę wybaczyć, że piszę na maszynie, ale mam tak parszywy charakter pisma, że coś okropnego. Przymusowa eksmisja z SARP-u nie była długa, skoro już w lutym 1957 r., w liście do matki, Marek Hłasko pisze: jestem. Zasuwam piguły. Prowadzę się jak dziecko i w ogóle. W kolejnym liście donosi: otóż skończyłem pisać tę historię górską (również scenariusz tejże) (Baza ludzi umarłych-na podst. Następny do raju). Teraz kończę Cmentarze. Bardzo dużo czytam. Kiepsko z pogodą, co dzień się zmienia. Spać nie można.

W roku 1957 pisarz powróci do Kazimierza jeszcze kilkakrotnie. Na razie zatrzymajmy się przy Cmentarzach. Swoją pracę nad tekstem Hłasko wspominał tak: zrozumiałem, że nie można napisać prawdziwego opowiadania o totalizmie, które byłoby tragiczne i do dziś nie wierzę w możliwość takiej literatury. Człowiek wkraczający w bramy niemieckiego obozu koncentracyjnego wiedział, iż istnieją tylko dwie możliwości wydostania się stamtąd. Pierwsza droga prowadzi przez komin krematorium obozowego; druga to ewentualne wkroczenie wojsk alianckich czy też sowieckich sokołów. Ale od początku do końca osoby dramatu pozostają te same: kat pozostaje katem; ofiara ofiarą; dozorca niewolników do końca swej kariery nie wypuści bata z ręki. Człowiek wkraczający w bramy sowieckiego więzienia nic nie wie. (…) Napisałem opowiadanie Cmentarze; opowiadanie dziecinne i nieudane; ale postanowiłem zbudować je na faktach autentycznych, gdyż jeszcze wtedy nie wiedziałem, że w prozie liczy się nie fakt, a tylko prawdziwe zmyślenie. Fakty te w prozie okazały się niemożliwe do wykorzystania. (cyt. Piękni, dwudziestoletni) Cmentarze, z powodu tematyki, zostały odrzucone w polskich wydawnictwach z komentarzem „takiej Polski nie ma”. Tekst ujrzał światło dzienne dzięki Agnieszce Osieckiej, która we wrześniu 1957 r. wyjechała do Francji ze Studenckim Teatrem Satyryków i dostarczyła maszynopis Jerzemu Giedroyciowi z paryskiej Kultury. Tu pojawia się pierwszy, kazimierski wątek miłosny. Agnieszka Osiecka, aktorka teatru STS, dziennikarka i Hłasko – złoty chłopiec literatury i chuligan stołecznych salonów poznali się przypadkowo. Agnieszka odniosła pisarzowi książkę, którą pożyczyła jej koleżanka, ponoć z Hłaską pokłócona. Pierwsze spotkanie (rok 1956) przebiegło bez emocji – przynajmniej ze strony Hłaski. Sprawy potoczyły się jednak błyskawicznie, skoro na wysłany wiosną 1957 r. telegram Przyjedź Osiecka pojawia się w Kazimierzu Dolnym. To z tamtego okresu pochodzą zdjęcia, wykonane przez Agnieszkę m.in. na Górze Trzech Krzyży. Ciekawostka, bo to właśnie te fotografie Osiecka przedstawiła w portfolio podczas egzaminu do Łódzkiej Szkoły Filmowej.

Marek Hłasko w obiektywie Agnieszki Osieckiej, fragment fotografii z książki „Rozmowy w tańcu”

Marek Hłasko i Agnieszka Osiecka wybrali się razem do Kazimierza jeszcze jesienią. Ale o tym za chwilę.

Znajomość Marka Hłaski i Agnieszki Osieckiej była na tyle ważna i intensywna, że para postanowiła wziąć ślub. Odbyły się nawet oficjalne zaręczyny, zawarte w obecności rodzin. Czy naprawdę się kochali tak mocno, by związać się ze sobą? Czy była to kolejna poza Hłaski i Osieckiej, uważanej za łamaczkę męskich serc? Znienawidzilibyśmy się po ślubie – piszą do siebie w listach (ich przyjaźń i związana z nią korespondencja trwały do śmierci Hłaski). Listy czy może lepiej sztuka epistolografii tej dwójki jest niezwykle interesująca. Z opublikowanych dotychczas dokumentów wynika, że łączyła ich bliska relacja, zwierzali się sobie i wspierali. Pobyt w Kazimierzu powracał w listach niejednokrotnie:. Pozostałaś takim samym dzieckiem , jakim byłaś w dniach Kazimierza –pisze Marek Hłasko w roku 1959 – kochanym, mądrym, zupełnie niedojrzałym, a w żadnym wypadku nie zasługującym na nieszczęście małżeństwa z kimś takim jak ja. W innym liście z kolei zapewnia: Jeszcze wszystko będzie dobrze, jeszcze będziesz mówić: Życie mi złamałeś, łobuzie, gdyby nie to, że za Ciebie wyszłam…itd. Czy pobraliby się za granicą (Hłasko coraz częściej mówi o wyjeździe za granicę) ? Do ślubu nie dojdzie, bo Osiecka nie dostanie paszportu. Będzie to kara za wywiezienie przez nią Cmentarzy i kontakt z mieszkańcami Maisons-Laffitte. Pozostawały nadzieje, marzenia i listy pełne wspomnień z Kazimierza. Kiedyś, gdy byliśmy z Markiem w Kazimierzu – komentowała Osiecka jeden z listów do Hłaski – jakiś malarz, przypadkowy człowiek w naszym życiu, opowiedział nam historię o tapirze. To zwierzę ma niesłychanie prymitywny wygląd. Narysował nam tego tapira – uproszczone zwierzę bez ozdobników. Markowi się to podobało niesłychanie. Uznał, że ja jestem takim tapirem czyli szczytem prymitywu. Potem bawiliśmy się w rysowanie tego zwierzęcia. Od tego czasu zaczęły się gry słowne. Marek mówił o sobie zwierzę-tapir. Wreszcie przekształcił zwrot w człowiek-zwierzę. Choć znali się od podszewki, a znajomość zbudowali na fundamentach literatury, nie doczekali się pięknego zakończenia, jak z romantycznej historii.

Agnieszka Osiecka i Marek Hłasko w kazimierskim SARP-ie, zdjęcie z artykułu w „Wysokich Obcasach” znalezionego w Internecie

Nie mogło być inaczej, skoro w 1957 r. podczas kręcenia filmu na podstawie Ósmego dnia tygodnia, Hłasko poznaje odtwórczynię roli Agnieszki, Sonię Ziemann. Z gąszczu wiadomości, którymi obrosła ta historia wybierzmy najistotniejsze. Pomoże nam w tym przyjaciel Marka Hłaski Henryk Rozpędowski, autor (niełatwej w lekturze) książki Był chamsin. Na decyzję wyjazdu i pozostania Hłaski na Zachodzie miały wpływ sprawy prywatne. Krótkotrwały romans z Sonią Ziemann w Polsce traktował poważnie. Już wtedy myślał o związku trwałym. Był prawdziwie i rzetelnie w niej zakochany – pisał Rozpędowski, opierając tę wypowiedź na relacjach Hłaski i Ziemann. (Jak więc traktować niemal równiczesne oświadczyny Osieckiej?)

Do poznania Ziemann i Hłaski doszło w studiu filmowym we Wrocławiu. Sonia, w młodości baletnica, debiutowała na scenie jeszcze przed wojną. W latach 50. XX wieku była popularną aktorką zachodnią, zawdzięczającą swój sukces filmowi Dziewczę z Czarnego Lasu. Praca z Aleksandrem Fordem miała rozpocząć nowy, dojrzały okres w jej karierze. Podczas pierwszego spotkania Mark Hłasko tak intensywnie przyglądał się Sonii, że wytrącił ją z gry. Według aktorki, mimo że był kompletnie pijany miał w sobie wdzięk Gary Cooper’a i urok uskrzydlonego anioła. Ich pierwsza rozmowa przebiegała następująco:

(relacja Sonii Ziemann)

– Co Pan właściwie tu robi?

– To on pyta, co Pani tu robi?

– Myślę, że gram Agnieszkę.

– On mówi, że nie tak, jak on ją napisał

Relacja Marka Hłaski :

– Co ta k…a tu robi?

Sonia Ziemann i Marek Hłasko, kadr z filmu „Wszyscy jesteśmy wymyśleni” Włodzimierza Krygiera

Łaził za nią, kupował jej pluszowe misie, spał pod drzwiami jej pokoju hotelowego – pisał Rozpędowski. Zatańczył z nią jeden raz – okropnie. Jej filmowy partner, Zbyszek Cybulski (także okropny tancerz) powtarzał James Dean (na którego pozował Hłasko) nicht gut. Nie poskutkowało. Choć Hłasko mówił o Ziemann gestapówka i przeklęta Prusaczka, ona uważała to za urocze. W maju 1957 r.Marek Hłasko zaprasza Sonię Ziemann do Kazimierza Dolnego. Treść telegramu, jaki wysłał do hotelu Monopol we Wrocławiu była następująca: Nie jedź pierwszego maja do Berlina, przyjedź, proszę, do Kazimierza. Będą tam spokój, słońce, misie i kwiaty dla Ciebie. Pojechała, a w eskapadzie BMW, należącym do aktorki towarzyszyli jej agent, Harry Heidermann (rozpaczliwie zakochany w Sonii) oraz małżeństwo niemieckich etnografów, Skibowskich ( Klaus Skibowski robił zdjęcia z tego pobytu). Własne sprawozdanie z wypadu do Kazimierza z pierwszą naiwną (Sonia Ziemann) zamieścił Hłasko w Pięknych, Dwudziestoletnich: w drugi dzień świąt Wielkiej nocy jechaliśmy z Warszawy do Kazimierza jej samochodem; jest to najbardziej pijany dzień w Polsce, gdyż wtedy – jak to się mówi – żeni się wieś. (…) Drogi były pełne pijanych chłopów, pijanych furmanów, pijanych cyklistów i ludzi ganiających z cepami, nożami, widłami i innymi tego typu akcesoriami zabaw ludowych, których nie uwzględniła Maria Dąbrowska w swoim opowiadaniu Na wsi wesele. (…) Przed samym Kazimierzem musiałem zatrzymać wóz; dwóch pijanych ludzi goniąc trzeciego wpadło na maskę prowadzonego przeze mnie samochodu i na moich oczach wbiło mu parę noży; po czym pojechałem dalej.

– Za trzy dni pobiją się znowu – powiedziałem do niej – To będzie tym razem na jego pogrzebie.

– Na czyim?

– Na pogrzebie faceta, którego przed chwilą zabili.

– Kogo zabili?

– Zabili człowieka na masce twojego samochodu – powiedziałem.

Uśmiechnęła się, nie uwierzyła.

Sonia Ziemann i Marek Hłasko przy kazimierskiej studni,
kadr z filmu „Wszyscy jesteśmy wymyśleni” Włodzimierza Krygiera

Choć dzieliły ich światy i… język (Hłasko nie mówił po niemiecku), ich miłość była gwałtowna i łapczywa (cyt. za Rozpędowskim). Sonia wraca do Niemiec, a Hłasko (tak, słusznie Państwo podejrzewają) zaczyna pisać do niej listy. Są po polsku, a czyta je i tłumaczy na niemiecki Maria Brauer, żona filmowca z Łodzi, osiadłego na Zachodzie. W lutym 1958 r. Hłasko wyjeżdża z Polski. Jeszcze nie wie, że to podróż w jedną stronę.

W kwietniu 1958 r. Ziemann i Hłasko spotykają się w Paryżu. Marek jest czysty, pachnący i trzeźwy. Przesyła gigantyczne bukiety kwiatów (cyt. za Rozpędowskim). Po tym spotkaniu pisze : w Paryżu wiosna, w Wilanowie, w Kazimierzu też na pewno już wiosna. Ty tutaj masz jesienie i zimy i lata i wiosny. Ja tutaj mam tylko Ciebie.

Resztę tej historii Państwo znają: będzie ślub i burzliwy związek. Będą pierwsze polskie słowa wypowiedziane przez Sonię – serce i kotku. Będzie też rozwód i korespondencja, utrzymywana przez Marka Hłaskę zarówno z Sonią jak i Agnieszką Osiecką, pieszczotliwie ochrzczoną panną Czaczkes.

Do tej historii dodam jeszcze trzy zdania ją dopełniające :

Podobno Hłasko miał piękne dłonie – mówiły o tym zarówno Sonia jak i Agnieszka.

Każdy chce być szczęśliwy. Ja chciałem być szczęśliwszym od innych. Bóg mnie pokarał – Marek Hłasko, Listy , Agora 2014

Czy Państwo wiedzą, że ulubiona piosenką Marka Hłaski było All the way Franka Sinatry? (tekst zamieszam poniżej)

When somebody loves you

Its no good unless he loves you…

All the way

Happy to be near you
When you need someone to cheer you

All the way

Taller than the tallest tree is

Thats how its got to feel

Deeper than the deep blue sea is

Thats how deep it goes if its real

When somebody needs you

Its no good unless she needs you

All the way

Through the good or lean years

And for all those in between years

Come what may

Who knows where the road will lead us

Only a fool would say

But if you let me love you

Its for sure I’m gonna love you

All the way

Ps. By the way;), czy pamiętają Państwo ostatni pobyt Sonii Ziemann w Kazimierzu Dolnym na festiwalu Lato filmów? Jeśli tak – dajcie znać! (kuncewiczowka@mnkd.pl)

Ps/2 W poniedziałek, 16 lutego 2020 r. w Monachium (Niemcy) zmarła Sonia Ziemann. Aktorka miała 94 lata.

Aleksander Ford (18+!)

Związki tego wybitnego reżysera, twórcy polskiej szkoły filmowej z Kazimierzem Dolnym są zaskakujące. Podejrzewam, że nie byłoby Forda – reżysera, gdyby nie profesor Tadeusz Pruszkowski. Cała historia (opisana w monografii Forda, autorstwa St. Janickiego) zaczęła się w czasach studiów Aleksandra Forda (1908-1980) w Warszawie. Choć przyszły twórca ekranizacji Krzyżaków wybrał historię sztuki, to los połączył go z cyganerią warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, pod wodzą Pruszkowskiego. Pierwszą filmową próbą był Szczęśliwy wisielec, czyli Kalifornia w Polsce. To komedia o miłości, zrealizowana przez uczniów Pruszkowskiego i samego profesora w roku 1926. Janicki pisze, że w pracach przy realizacji filmu uczestniczył m.in. Aleksander Ford.

Zachowane, archiwalne kadry z filmu „Szczęśliwy wisielec” za www.andante.nazwa.pl

Film, wyświetlany w kinie Splendid, poniósł klapę, ale Profesor, rezygnując z dalszych prób własnych, tym silniej popierał utalentowana młodzież, podsycał jej entuzjazm – wspominał Janicki. Aleksander Ford, zachęcony przez Pruszkowskiego, przystąpił do realizacji pierwszego, profesjonalnego filmu. To Pruszkowski pomógł w jego sfinansowaniu – zdobył m.in. 500 metrów taśmy filmowej (dokładnie tyle, ile było potrzebne na cały film, bez dubli). Malarze, uczniowie Prusza, wykonali scenografię, a efekt wspólnych starań, film Nad ranem publiczność obejrzała w czerwcu 1928 r. Pierwszy pokaz w stołecznym kinie Stylowy zaowocował doskonałymi recenzjami. Krytycy chwalili oryginalny scenariusz, montaż, zdjęcie i efektowną pracę z kamerą (np. w jednej ze scen podążała za ruchem pięści bijących się mężczyzn). Niewielu wiedziało, że niektóre „efekty” zastosowane przez Forda były wynikiem braków finansowych.

Kolejny „związek” z Kazimierzem Dolnym to dwa scenariusze, napisane przez bywalca kazimierskiego Berensa, Anatola Sterna: Nieznajomi i Głód. Mimo iż ideologicznie (zwłaszcza drugi tytuł) bliskie Fordowi, nie doczekały się realizacji. Pamiętajmy, że nie działały jeszcze studia i grupy producenckie, a filmy współfinansowali np. dyrektorzy kin, w których te produkcje były potem wyświetlane. Zalążkiem późniejszych studiów filmowych było Stowarzyszenie Start, które przed II wojną światową współtworzył Ford.

No właśnie, szefowie kin… Niestety, nie spodobał im się kolejny film Forda, realizowany m.in. w okolicach Kazimierza Dolnego, czyli Ludzie Wisły. Scenariusz powstał na podstawie popularnej wówczas powieści Heleny Boguszewskiej. Mimo, iż reżyser wiernie zekranizował bestseller, to na pierwszym pokazie (kolaudacji) dyrektorzy kin siedzieli sztywno, ponuro, w milczeniu. Trudno było zaobserwować, czy film im się podobał. Wcale nie reagowali. Ani jedno kino nie zakupiło naszego filmu. Uważali, ze jest za ładny, że ma za wysoki poziom artystyczny, co w ustach branży było zarzutem. Powiedzieli jeszcze, że o wiele za dużo przyrody, że za bardzo poetyczny – mówiła o tej projekcji Helena Boguszewska. Ford musiał przemontować film. Trafił on do kin na prowincji i był bardzo dobrze przyjęty przez publiczność.

Kadr z filmu „Ludzie Wisły”. Całość – dostępna w Internecie

Na kolejne spotkanie reżysera z Kazimierzem Dolnym trzeba było poczekać do roku 1948. Efektem konkursu na scenariusz filmowy o życiu Fryderyka Chopina była praca, autorstwa Stanisława Hadyny (zdobyła wówczas II nagrodę). Jej ekranizację powierzono Aleksandrowi Fordowi, a za kostiumy była odpowiedzialna Teresa Roszkowska (studentka prof. T. Pruszkowskiego). Zdjęcia do filmu Młodość Chopina trwały 8 miesięcy, montaż kolejnych 5. Wśród rekwizytów powojennej superprodukcji były m.in. 2 oryginalne fortepiany, na których grał Fryderyk Chopin. Premiera filmu odbyła się w roku 1952, a Czesławowi Wołłejce (Chopinowi) partnerują: muzyka i… pejzaże nadwiślańskie z okolic Kazimierza Dolnego.

Kadr z filmu „Młodość Chopina”. Całość w Internecie.

Ostatnie filmowe spotkanie Aleksandra Forda z Kazimierzem Dolnym nie miało happy endu. Ósmy dzień tygodnia, zrealizowany w roku 1958, na swoją filmową premierę czekał ponad 20 lat.

Wszystko zaczęło się od tego, że Ford zrezygnował z kręcenia murowanego hitu czyli Janosika. Sięgnął natomiast po opowiadanie zyskującego coraz większe zainteresowanie pisarza, Marka Hłaski. Mimo, iż krytycy uznali opowieść o miłości w trudnych czasach za bardzo brutalną, Ford postanowił przenieść ją na ekran. Hłasko, mający wcześniejsze doświadczenia w pracy nad scenariuszem, zgodził się na współpracę. W naszym filmie ukazujemy czystą miłość na tle brutalnego i trywialnego życia – mówił Ford – Zdarza się, ze mówi się o poezji, a myśli się o łóżku. W filmie mówi się o łóżku, nazywa się rzeczy po imieniu, często w sposób szokujący, jak to w życiu bywa. Ale myśli się , walczy się o prawdziwą miłość, a to najpiękniejsze uczucie między kobietą i mężczyzną. Wierzę, że pod powłoką brutalności kryje się czysty liryzm. Starałem się to w filmie wyrazić – mówił Ford. W rolach głównych wystąpili Zbigniew Cybulski i aktorka „zza żelaznej kurtyny”, Sonia Ziemann. W trakcie realizacji, ekipę filmową odwiedziła na planie Agnieszka Osiecka, wówczas dziennikarka. Tego filmu jeszcze nie ma. Dopiero się kręci – pisała Osiecka –Ktoś nazwał to opowiadanie „polskim Godotem”. Skojarzenie dość odległe, ale jest w tym przecież jakiś okruch prawdy.(…) Jak świat światem ludzie (…) czekają na Godota, tęsknią za ósmym dniem tygodnia. Szczęście to jest to – powiada Stendhal – czego prawdopodobnie nigdy nie osiągniemy, ale na szukanie go warto poświęcić życie. Film Forda nie będzie o ósmym dniu tygodnia. Będzie o tym, że nie ma ziemi dla zakochanych.(…) Trochę trudno sobie wyobrazić pannę Ziemann, piękność w stylu amerykańskim, w roli jasnej dziewczyny z Targówka, ale być może charakteryzacja i talent uczynią cuda. – konkluduje złośliwie Osiecka. Film nie trafił na ekrany kin po jego realizacji. Historycy i badacze kina podają kilka przyczyn: brutalizację świata i fakt iż, wszystko toczy się „wokół spraw łóżka”, brak pozytywnego, socjalistycznego przesłania, wreszcie samą osobowość (zachowanie i twórczość Marka Hłaski, publikowanie w tzw. drugim obiegu i jego późniejszą ucieczkę na Zachód). Nie bez znaczenia pozostawał również gwałtowny charakter samego Hłaski, wszczynane przez niego burdy i awantury. W książce Piękni, dwudziestoletni (1966 r.) Hłasko wspominał pracę przy filmie następująco: Obejrzałem trochę zdjęć i zapoznawszy się ze zmianami (…) zażądałem zmiany tytułu i usunięcia mojego nazwiska z napisów tytułowych filmu. Zmiany te zostały poczynione  na żądanie pułkownika profesora Aleksandra Forda.(…) Znałem w swoim życiu  wielu cwanych ludzi (…), ale na całej swej drodze nie spotkałem człowieka tak bezwzględnie cwanego jak Ford.  Myślę, że mogę o nim to śmiało napisać, gdyż wiem, ilu ludzi, ile pomysłów i ile filmów zmarnował ten człowiek, będący najbardziej chytrym i cwanym oportunistą, a udający człowieka najbardziej rozgoryczonego i rozwścieczonego głupotą władz.(…) Ford, który Warszawę zna tylko z okna swego auta, umieścił akcję filmu na Starym Mieście. Agnieszka pęta się po cukierkowych ulicach; tam z kolei stoją statyści ubrani w koszulki gimnastyczne i udają lumpenproletariuszy, którzy zaczepiają dziewczynę. W tym opowiadaniu (…) chodziło mi o jedną sprawę: dziewczyna, która widzi brud, ohydę wszystkiego, pragnie dla siebie i dla ukochanego chłopaka jednej tylko rzecz: pięknego  początku ich miłości. Ford zrobił film na temat, że ludzie nie mają się gdzie rżnąć, co oczywiście nie jest prawdą: rżnąć się można wszędzie.(…) Z filmu wyszło gówno. Zdaniem Hłaski, jedynym pozytywem Ósmego dnia tygodnia jest rola Zbyszka Cybulskiego, który stworzył tu pełnokrwistą i prawdziwą postać. Romantyczne, choć nie do końca prawdziwe, są wykorzystane w filmie pejzaże kazimierskie. Nieprawdziwe, bo widoki ze wzgórz kazimierskich zagrały podwarszawskie Bielany.

Kadry z filmu „Ósmy dzień tygodnia”. Całość w Internecie

Konsekwencją współpracy Forda, Hłaski i Sonii Ziemann był romans i małżeństwo pisarza z aktorką. Temu związkowi partnerował również Kazimierz Dolny. O tym już wkrótce…

Sonia Ziemann i Marek Hłasko w Kazimierzu Dolnym, 1958. Fotografia wykorzystana m.in w filmie „Wszyscy jesteśmy wymyśleni”

Jerzy Łopuszański

W tej historii więcej jest znaków zapytania, niż faktów. Nie udało nam się znaleźć portretu tego rzeźbiarza. Podobno był taki obraz, ale po śmierci artysty został sprzedany. Nabywcy, usłyszawszy o tragicznej śmierci sportretowanego na obrazie mężczyzny, pozbyli się dzieła. Czy trafiło na strych czy też do innego kolekcjonera, który nie dociekał, kim jest człowiek na obrazie? Dzieło mogło być interesujące, bo kolega Jerzego Łopuszańskiego, malarz Włodzimierz Bartoszewicz opisał go tak: był to przystojny brunet o rasowej, suchej twarzy okolonej czarną brodą. Zawsze milczący, skupiony w sobie. Spod ściągniętych brwi patrzyły zamyślone, smutne oczy.

Praca prof. Kazimierza Parfianowicza o Jerzym Łopuszańskim liczy zaledwie kilkanaście stron. Powstała w oparciu o skromne archiwalia znajdujące się w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

Jest wśród nich metryka artysty. Jerzy Jan Łopuszański, syn Feliksa i Marii z domu Grycon przyszedł na świat 4 marca 1898 r. w Warszawie. Podobno nie był wyróżniającym się uczniem gimnazjum. Nie ukończył również edukacji w Szkole Strogonowskiej w Moskwie. Z powodzeniem natomiast radził sobie na zajęciach z rysunku, prowadzonych przez prof. Miłosza Kotarbińskiego (1854-1944).

Fotografia prof. M.Kotarbińskiego ze zbiorów www.polona.pl

Rozwój artystycznej kariery przerwała I wojna światowa. Łopuszański służył w I Legii Polskiej i w roku 1915 został ranny. Powrócił na front. Udział w wojnie miał poważne konsekwencje – jak wspominał Włodzimierz Bartoszewicz w książce Buda na Powiślu, Łopuszański pod Lwowem (…) został ciężko ranny odłamkiem w głowę. Przez szereg miesięcy nie widział, nie słyszał i miał naruszony zmysł równowagi do tego stopnia, że nie mógł utrzymać się na nogach. Z życiorysu dostarczonego przez Jerzego Łopuszańskiego do warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych wynika, że udział w I wojnie kosztował artystę utratę 60% zdolności do pracy. Otrzymał niewielką rentę inwalidzką.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Łopuszański kontynuował naukę w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie, w klasie prof. Edwarda Wittinga. Kiedy wybuchła wojna polsko-bolszewicka, mimo inwalidztwa, znów wyruszył do walki. Pod Warszawą został ciężko ranny i stracił czucie w lewej ręce. Choć Łopuszański doznał poważnego uszczerbku na zdrowiu, wrócił na studia. Z powodu złej sytuacji finansowej Łopuszańskiego, zwolniono go z opłat czesnego (list artysty w tej sprawie zachował się w archiwach warszawskiej ASP). Rzeźbiarz przez 4 semestry kształcił się u prof. T. Breyera. Pod koniec lat 20. XX wieku prezentował swe rzeźby na wystawach, organizowanych w Zachęcie. W roku 1928 eksponował tu „Chimerę” oraz „Jelenia i węża”, w roku 1929 „Ołtarz”, a rok później „Łabędzia” i „Krzyk”.

Praca J.Łopuszańskiego z katalogu wystawy w Zachęcie z 1928 r.

W późniejszych latach pokazywał w Zachęcie prace „Ave Maria” i „Krucyfiks” (być może to rzeźba, znajdująca się obecnie w kościele parafialnym w Rembertowie). Powyższe informacje pochodzą z katalogów wystaw Zachęty. Z przedwojennej prasy wiemy, że prace Łopuszańskiego znajdowały uznanie w oczach krytyków. Pisano, że są to wyróżniające się rzeźby o wyższym poziomie. Były wykonane z kamienia oraz czarnego i czerwonego dębu. Później, artysta zaczął eksperymentować i następnie z powodzeniem wykorzystywać cement.

W roku 1930 Jerzy Łopuszański osiedlił się w Kazimierzu Dolnym. Zamieszkał na barce wiślanej, a korespondencję kierowano na adres ul. Puławskiej. Prezentował swoje prace na wystawach organizowanych przez Towarzystwo Przyjaciół Kazimierza Dolnego. Wykonywał również realizacje rzeźbiarskie w miasteczku. Kilka z nich przetrwało do dziś. Na miejscowym cmentarzu znajduje się grób Walentyny z Szymanowskich Dębskiej i jej syna, 7-letniego Jana. Według przekazów ustnych kobieta miała zabić swoje ciężko chore dziecko, a następnie popełnić samobójstwo. Nagrobek, który wykonał Jerzy Łopuszański powstał w roku 1928 lub 1929 (tragedia, którą upamiętnia wydarzyła się 10 czerwca 1928 r.). Rzeźba „Dwa orły” jest zrobiona z cementu. Przedstawia umierającą orlicę, chroniącą swoje pisklę.

Z boku postumentu, na którym ustawiono ptaki , Łopuszański umieścił swoją sygnaturę. Nawiązuje do średniowiecznych gmerków kamieniarskich. W inicjały twórcy jest wpisany półksiężyc, odwołujący się do herbu Kazimierza Dolnego. Grób Walentyny Dębskiej, usytuowany w górnej części cmentarza, wzbudza zainteresowanie. Warto zadbać o pomnik, gdyż cement kruszeje i nagrobek ma sporo ubytków.

Kolejnym pomnikiem autorstwa Łopuszańskiego na kazimierskim cmentarzu jest nagrobek rodziny Koziorowskich. To słup z wytłoczonymi na blasze aniołami.

Nagrobek rodziny Koziorowskich projektu Jerzego Łopuszańskiego na kazimierskim cmentarzu (fot.MJS)

Innych prac Jerzego Łopuszańskiego należy szukać w samym miasteczku. W niezmienionej formie przetrwała rzeźba „Madonny”, ustawionej na dziedzińcu, przed klasztorem Franciszkanów na Wietrznej Górze. Pomnik, którego poświęcenie odbyło się 12 czerwca 1930 r. – nawiązuje do sztuki ludowej.

Trudny do zidentyfikowania jest wkład Jerzego Łopuszańskiego w obecny wygląd fasady Kamienicy Celejowskiej. Do prac konserwatorskich przy tym budynku zatrudnił rzeźbiarza Jan Koszczyc-Witkiewicz. Tu pojawiają się kolejne zagadki. Podobno architekt miał swoją wizję konserwatorską. Różniła się ona zdecydowanie od tego, jak pracują współcześni konserwatorzy. Witkiewicz nie przywiązywał dużej wagi do ikonografii. Chciał natomiast uratować sam obiekt i nadać mu „rys stylistyki renesansu”, nie zaś wiernie odtwarzać ubytki, spowodowane przez pożary i działania wojenne.

Prof. Kazimierz Parfianowicz, w publikacji dotyczącej Łopuszańskiego przedstawił inne poglądy. Przed przystąpieniem do prac w Kamienicy Celejowskiej rzeźbiarz miał wnikliwie studiować książki, dotyczące sztuki renesansowej. Nadbudowanie fasy pełnoplastycznymi głowami zwierząt, gryfów i ptaków uważał za celowe. Nawiązaniem do tychże studiów miała być „Chimera” prezentowana przez Łopuszańskiego w Zachęcie, na kilka lat przed pracami konserwatorskimi w Kamienicy Celejowskiej. Wspominany już kilkakrotnie Włodzimierz Bartoszewicz pisał, że Jerzy Łopuszański bardzo zaangażował się w te prace. Kiedyś w Kazimierzu nad Wisłą zapraszał mnie na rusztowania, by pokazać rzeźby na attyce celejowskiej kamienicy, którą właśnie skończył rzeźbić. Po rusztowaniach chodził jak kot – zanotował Bartoszewicz w Budzie na Powiślu.

Trud Łopuszańskiego poszedł na marne. W latach 70. XX wieku część rzeźb z attyki została usunięta, a obydwu konserwatorom zarzucono nieumyślne fałszerstwo architektoniczne. Gargulce Łopuszańskiego przetrwały jedynie w ikonografii.

Fotografia E.Hartwiga prezentująca fragment attyki Kamienicy Celejowskiej, ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Do dzisiejszych czasów zachowało się bardzo niewiele prac Jerzego Łopuszańskiego, choć… nie o wszystkich wiemy. Artysta wykonywał bibeloty (np. podstawy do lamp, zakończenia balustrad) oraz biżuterię. Być może w Państwa domach znajdują się jego prace, bo „rzeźbiarskiej galanterii” wykonywał sporo.

Z biegiem czasu oddalał się coraz bardziej od ludzi. Dziwaczał. Ze swoją gęstą, czarną brodą i rzadko strzyżonymi włosami , ubrany w jakąś płócienną bluzę i białą marynarską czapeczkę, wyglądał na wilka morskiego, przybyłego z dalekiej wyprawy – notował Bartoszewski. Port czyli powrót z Kazimierza Dolnego do Warszawy, małżeństwo i próba stabilizacji życiowej zakończyły się tragicznie. 24 grudnia 1934 r. Jerzy Łopuszański popełnił samobójstwo. O tym incydencie rozpisywała się stołeczna prasa. Powiesił się w wigilijną noc, samobójstwo malarza-inwalidy, cierpiał na apatię, czuł się gorzej niż zazwyczaj, żona znalazła wisielca! – to tylko niektóre wyimki z gazet.

Jerzy Łopuszański został pochowany na cmentarzu na Powązkach. Miał 37 lat. Grobu artysty nie udało się nam odnaleźć.

Jadwiga Stańczakowa

Wszystko mnie tu osacza

Skarpy wąwozów,

Rynek ze schodkami.

Z podcieniami,

Bulwar

I Ludzie.

Przekopuje się przez to

Moją laską

Z trudem

Dopiero w domu

Jawią się obrazy

I układają

W spacer

Przez miasteczko

Nad Wisłą.

Ten wiersz znalazł się w cyklu Nie widzę i opisuję. Został wydrukowany w tomiku Depresje i wróżby. Cykl krótkich liryków stał się dla ich autorki, Jadwigi Stańczakowej (1919-1996) przepustką do Domu Marii i Jerzego Kuncewiczów.

Jadwiga Stańczakowa, kadr z filmu
Zaczytani w kinie | premiera książki Jadwigi Stańczakowej „Dziennik we dwoje”

Życiorys Stańczakowej mógłby stać się scenariuszem niejednego filmu. Przed wojną panienka z dobrego domu, wzorowa studentka, aktywna uczestniczka życia towarzyskiego, która – jak wspomina – tańczyła u Berensa w Kazimierzu Dolnym i poznała Adolfa Rudnickiego. W czasie okupacji uciekła z getta warszawskiego i – z pomocą późniejszego męża, Wacława Stańczaka – wyprowadziła z niego rodziców. Po wojnie – aktywna dziennikarka, relacjonująca m.in. procesy oprawców obozów koncentracyjnych. Następnie, współpracowała zarówno z poczytnymi dziennikami, jak również pismami dla dzieci i młodzieży.

Choroba – barwnikowe zwyrodnienie siatkówki – dawała o sobie znać stosunkowo wcześnie. Na początku były to drobiazgi: zmęczenie oczu, słabe widzenie po zmroku. Na początku lat 50. XX wieku Jadwiga Stańczakowa straciła wzrok. Nie zrezygnowała z pracy zawodowej i jako dziennikarka działała w piśmie Pochodnia Polskiego Związku Niewidomych.

Osobnym rozdziałem w jej życiu są: twórczość literacka i przyjaźń z Mironem Białoszewskim. Losy tej znajomości przedstawił Andrzej Barański w filmie Parę osób, mały czas. Piękny i osobisty tekst o Jadwidze Stańczakowej napisał Tadeusz Sobolewski (prywatnie jej zięć). Znajdą go Państwo pod tym adresem https://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,3132212.html

Fragment listu J. Stańczakowej do M. Kuncewiczowej fot. z archiwum Domu Kuncewiczów (Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym)

W archiwum Domu Kuncewiczów zachował się list Jadwigi Stańczakowej i jej córki, Anny Sobolewskiej do Marii Kuncewiczowej. Wynika z niego, że pisarka i poetka znały się i lubiły. Pretekstem do rozmów były literatura oraz Kazimierz Dolny. Stańczakowa przyjeżdżała tu regularnie, w sierpniu. Z pobytem w miasteczku wiązały się różne historie. Nieraz, stanowiły one kanwę opowiadań, jak chociażby historia pana Alberta z tomu Ślepak. Podczas jednej z wędrówek z opiekunką, Stachą, Stańczakowa trafiła do domu pewnego mężczyzny. Był nauczycielem rysunku i niemieckiego. Udzielał lekcji. Trochę zajmował się ogrodnictwem – wspomina Stańczakowa. Pan Albert miał niewidomą siostrzenicę. Przypadkowe spotkanie mogło przerodzić się w interesującą znajomość, jednak… czegoś w tej historii zabrakło.

W słońcu

Leżę w słońcu

Z zamkniętymi oczami

I nie ma różnicy

Pomiędzy mną przed laty

Widzącą

A mną teraz

Byleby nie otwierać

Oczu.

Ten i inne wiersze z cyklu Nie widzę i opisuję Jadwiga Stańczakowa ofiarowała Marii Kuncewiczowej podczas wakacyjnego pobytu w Kazimierzu Dolnym latem 1980 r. Korespondencja wędrowała przez płot „Kuncewiczówki”, bo Stańczakowa mieszkała po sąsiedzku, w Domu Prasy. Pani Maria odpowiedziała pięknym, ciepłym listem i zaproszeniem na spotkanie. Z tekstu Wizyty u państwa Kuncewiczów, zamieszonym w miesięczniku Kresy z roku 1992, dowiadujemy się m.in., że rozmowa dotyczyła warsztatu pisarskiego. W opinii Kuncewiczowej wiersze Jadwigi Stańczakowej były proste i piękne. Miały swój wewnętrzny rytm i muzyczność. Kuncewiczowa pytała także o sposób obrazowania – czy też, jak określiła to później Stańczakowa – zaklinania słowami. Umiejętność tę docenił również Jerzy Kuncewicz. Przyznam się pani, że mi się mało które wiersze podobają. Ale pani tak. Widać, że ma pani wewnętrzny nakaz pisania – przytacza Stańczakowa jego wypowiedź.

Jadwiga Stańczakowa odwiedzała kazimierski dom Kuncewiczów wielokrotnie. Lubiła oddawać się ciszy i urokowi tego miejsca. Podczas jednej z wizyt, w towarzystwie córki Anny i jej męża, Tadeusza Sobolewskiego rozmowa zeszła na temat ekranizacji Cudzoziemki. Z tekstu Stańczakowej dowiadujemy się, że przymierzał się do niej Andrzej Wajda, ale wycofał się tego pomysłu. Podobno powiedział, że książka jest za dobra do filmowania. Wątpliwości Marii Kuncewiczowej czy Ewa Wiśniewska udźwignie rolę Róży miał rozwiać Tadeusz Sobolewski, który zapewnił panią Marię, że Wiśniewska jest dobrą aktorką.

Interesujące są także fragmenty rozmów o medytacji oraz telepatii, jakie Kuncewiczowie prowadzili z Jadwigą Stańczakową. Pan Jerzy wspominał zdarzenie z czasów okupacji: W czasie wojny nasz syn służył w marynarce wojennej. Pewnej nocy zadzwonił telefon. Ja go usłyszałem wyraźnie, żona nie słyszała. Spojrzałem na zegarek. Potem okazało się, że właśnie w tym momencie łódź podwodna tonęła. Uratowali się cudem. Syn na pewno pomyślał o mnie w tej chwili.

Ja oczarowana magią Kahunów – pisze dalej Stańczakowa – powiedziałam, że oni wierzyli w nadświadomość pojedynczego człowieka i zbiorową. Tak – powiedział pan Kuncewicz – nadświadomość istnieje. To się w przyrodzie nazywa Bóg.

A pani Maria: – Ja od młodości nie mogłabym nie wierzyć, Bo kogo tu prosić i komu dziękować? Teraz za to piękne lato, za słońce. Chciałam jeszcze powiedzieć pani o pani książce, że jest mi taka bliska, bo ja odczuwam  też bardziej pozawzrokowo. A poza tym starość ogranicza coraz bardziej, tak jak ślepota.

Dla współczesnego czytelnika tekstów Jadwigi Stańczakowej i Marii Kuncewiczowej zdumiewająca jest podobna wrażliwość na otaczający świat. Także ten z okolic Kazimierza Dolnego:

Za wąwozem

Tak mi tu dobrze

Wśród pól

I sadów

Wystukiwanych laską

Traw

Jakby wszystko

Było tylko dla mnie

Do usłyszenia

I do czucia.

Antoni Uniechowski (czyli książka z makulatury)

W kadrach archiwalnej Polskiej Kroniki Filmowej z 1955 roku znalazłam zdjęcia Kazimierza Dolnego i goszczących tu artystów. Wprawdzie reporterzy skupili się na novum ówczesnych czasów czyli Domu Architekta, ale krótki materiał filmowy rozpoczęła scena z kazimierskiego wzgórza, na którym w malowniczej pozie uwieczniono Antoniego Uniechowskiego. Rysownik, scenograf i kolekcjoner spędzał tu prawdopodobnie wakacje. „Oko” kamery utrwaliło go, kiedy u stóp baszty, w towarzystwie żony szkicuje pejzaż miasteczka. Być może ten, który w tym samym roku ilustrował tekst z Teresy Chabowskiej o letnisku w Kazimierzu, opublikowany w Przekroju.

Antoni Uniechowski, kadr z „Polskiej Kroniki Filmowej” z roku 1955

Gdzie spędziłeś urlop?

– Oczywiście, w Kazimierzu.

– Gdzie wybierasz się w niedzielę?

– Do Kazimierza nad Wisłą.

– Gdzie się tak ładnie opaliłeś?

– Nad Wisłą w Kazimierzu.

Jak Państwo widzą, reportaż wcale się nie zestarzał. A przynajmniej jego początek. Chabowska słusznie zauważa, że miasteczko przeżywa kolejny (trzeci już chyba) renesans i że zmienia się we wcale dobrze wyposażony ośrodek wczasowo-turystyczny. Malarze wprawdzie narzekają na tłok – pisze dalej Chabowska – ale ostatecznie tak niewiele dobrych obrazów namalowano w słynnych plenerach Kazimierza, że kto wie czy nie większa będzie korzyść gdy corocznie parę tysięcy ludzi obejrzy sobie te plenery w oryginale.

Ilustracja Antoniego Uniechowskiego ilustrująca reportaż T.Chabowskiej z „Przekroju”, fot. z internetowej bazy danych archiwalnych numerów tej gazety

Cały tekst znajdą Państwo pod tym adresem https://przekroj.pl/en/archive/artykuly/14079?f=numer . Z kronikarskiego obowiązku zaznaczmy jeszcze, że autorka artykułu z wyrozumiałością opisuje problemy z aprowizacją (zwłaszcza w dni targowe, kiedy to energiczne gosposie z wiklinowymi koszykami wykupują z piekarni cały chleb). Interesujące są również doniesienia o popularnych stołówkach: w śpichrzu (pisownia oryg.) PTTK, wspominanym Domu Architekta oraz Gospodzie Ludowej (dawnym Berensie). Wszyscy goszczący w Kazimierzu spotykają się w dni targowe na rynku. Zakupy robi tu m.in. pisarz, Marian Brandys oraz malarz, Marek Oberlander (smakosz cebuli cukrowej). Jest wspomnienie o dawnych wiślanych plażach (w roku 1955 trzeba było przeprawiać się na nie na drugi brzeg – transport łodzią kosztował 6 zł.) i cotygodniowych dancingach u Berensa. Są również zachwyty nad standardem pokoi w Domu Architekta, z których korzystają nie tylko przedstawiciele tego zawodu, ale także literaci i malarze. Atmosfera jest tu z lekka snobistyczna – wspomina Chabowska. Dobrze pisze o nowym wówczas kinie, w którym można sobie przypomnieć filmy widziane w Warszawie czy Krakowie. W reporterskiej beczce miodu jest też łyżka dziegciu. Chodzi o komunikację do i z miasteczka. Panem et komunikacjam nawołuje Chabowska, a mnie prośba o chleb i normalny dojazd do Kazimierza Dolnego wydaje się wciąż aktualna.

Powyższy tekst miał jednak dotyczyć Uniechowskiego. Antoni Uniechowski ( 1903, Wilno – 1979, Warszawa) był nie tylko fantastycznym grafikiem i kolekcjonerem, ale także kronikarzem, pasjonatem i piewcą Warszawy. Dzięki swemu talentowi gawędziarskiemu oraz benedyktyńskiej pracy córki, Krystyny Uniechowskiej, niektóre opowieści „Tonia” ( bo tak mówili o nim przyjaciele) przetrwały do dziś.

Tytuł naszej opowieści nie bez powodu nawiązuje do śmietnika. Książkę Uniechowski opowiada czyli tajemnice mafii antykwarskiej Krystyny Uniechowskiej ocaliliśmy przed wyrzuceniem na makulaturę. Pomijając walor poznawczy i przyjemność obcowania z dobrą literaturą, wydawnictwo odwdzięczyło się nam w dwójnasób. Pierwszy prezent to grafika przedstawiająca zabudowę kazimierską.

Fragment grafiki Antoniego Uniechowskiego z książki „Uniechowski opowiada czyli tajemnice mafii antykwarskiej” Krystyny Uniechowskiej, Warszawa, Czytelnik 1975

Kolejnym jest opowieść o prof. Tadeuszu Pruszkowskim, z którym Uniechowski zetknął się podczas studiów w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych (do tego epizodu jeszcze powrócimy).

Wysoki pan, bardzo gruby, ubrany zawsze po sportowemu, przeważnie w mundur „cywilnego” lotnika – opisuje Uniechowski Pruszkowskiego – Najcharakterystyczniejszym szczegółem tego stroju były niby lotnicze buty – wysokie, sznurowane pod kolano, które uwydatniały wspaniałe łydy. On właśnie posiadał dość dziwny jak na malarza i profesora pojazd: własną awionetkę. Podniebne loty i wyczyny Pruszkowskiego imponowały i budziły ogólną zazdrość. Czasami ktoś z jego asystentów dostępował zaszczytu i wzbijał się w niebo w awionetce profesora. (…) Do Kazimierza Pruszkowski przylatywał z warszawy awionetką. Starzy kazimierzanie jeszcze pamiętają, jak wynurzał się z obłoków, kołował chwile nad miasteczkiem , aby osiąść potem na własnym lotnisku, które zorganizował sobie na łasze wiślanej  pod Bochotnicą. Tam, w hangarze, przesiadał się z awionetki do samochodu i w parę minut później pędzi…ł trąbiąc przez ciche uliczki Kazimierza do swojej rezydencji dominującej nad miasteczkiem” Potem Uniechowski opisuje jedną z przygód Pruszkowskiego, który niespodziewanie (za żywota) trafił do raju. Przy okazji, czyli tekście o samym Pruszkowskim nie omieszkamy jej zacytować.

Uniechowski, czynny uczestnik przedwojennych plenerów w Kazimierzu Dolnym, nie zostałby artystą gdyby nie dieta. Tak, tak… Opis metod higienicznych, stosowanych przez matkę rysownika, Zofię z Jelskich przyprawiłyby o zawrót głowy współczesne matki-pedantki. Posiłki dla dzieci były pozbawione jakichkolwiek wartości odżywczych, bo ówcześni lekarze (przynajmniej ci, preferowani przez Panią Zofię) zabraniali podawania najmłodszym surowych warzyw i owoców. „Tak się zasugerowałem tymi teoriami – pisze po latach Uniechowski – że kiedyś, po powąchaniu śliwki chorowałem tydzień.” Nie mogę odmówić sobie zacytowania przepisu na bulion homeopatyczny wg jednej z ciotek Antoniego Uniechowskiego: nad garnkiem wiesza się pęczek jarzyn i kurze udko, tak, by ich cień padał na powierzchnię wrzącej w garnku wody. Wielogodzinne wygotowywanie cienia marchewki gwarantowało, że w wywarze nie będzie śladu trujących surowizn.

Nie dziwmy się zatem, że mały Antoni wiecznie chorował i spędzał czas w łóżku. Uwielbiał to, bo wówczas mógł czytać i rysować do woli. Kto wie, czy drakońskie metody higieniczne nie zaprowadziłyby Uniechowskiego do grobu, gdyby nie wybuch I wojny i urozmaicenie menu.

Jakim uczniem był Uniechowski? Artysta nie ukrywał, że nie należał do prymusów z przedmiotów obowiązujących w gimnazjum. Poza rysunkiem. To dało mu szansę kontynuowania edukacji w „budzie na Powiślu” czyli Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie. Na uczelnię zapisał się w roku 1924, a kształcił się w klasie prof. Karola Tichego. Kolega Uniechowskiego, malarz Włodzimierz Bartoszewicz opisuje go jako miłego i dowcipnego kompana, w którego pracach przypominających średniowieczne miniatury trudno było szukać zapowiedzi geniusza. Tymczasem, jak dodaje Bartoszewski, po II wojnie światowej Uniechowski stał się jedynym w swoim rodzaju ilustratorem i znakomitym rysownikiem, umiejącym odczuć epokę i styl. Prace Uniechowskiego posiadają smak i wykwintność, a jednocześnie pozawalają dostrzec wszelkie wady u ułomności rysowanych przez niego postaci i opowiedzieć o nich lapidarną , wyrafinowana linią, w sposób zawsze elegancki, wolny od wulgarności i brzydoty. Bartoszewski, wspominając Uniechowskiego zaznacza, że był to artysta słynny z wielkopańskiego gestu. Chętnie rozdawał swoje rysunki, a swojemu koledze po pędzlu rysował w książkach – zamiast dedykacji.

Grafiki Antoniego Uniechowskiego towarzyszyły mi od dzieciństwa – znam je choćby z Polyanny czy też poważniejszych Emancypantek. Choć mawiał żartobliwie, że zrobił karierę na nostalgii, to kształtował (i może nadal choć trochę kształtuje) gust kilku pokoleń Polaków. Doceniał i ratował zabytki, w nadgryzionym przez czas fotelu dostrzegając jego historię. Jego żona, Felicja Sarna – Uniechowska podzielała pasję Uniechowskiego do piękna. W czasach meblościanki na wysoki połysk, w (dziś powiedzielibyśmy trendowym) czasopiśmie Ty i Ja pokazywała dobrze urządzone wnętrza. Zmarła w maju 2019 r.

Hanna Januszewska

Ten tekst powstał niejako na życzenie młodszych pracowników Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym. Niektórym czytelnikom naszego bloga trzeba przedstawić niegdysiejszą ulubioną pisarkę dla dzieci z mojego pokolenia, autorkę lektur szkolnych, Hannę Januszewską. Słowa „była” używam z nostalgią (by nie powiedzieć z żalem), bo w spisie książek zadanych uczniom do obowiązkowego czytania znajdują się zaledwie dwie bajki Charles’a Perrault’a w jej przekładzie. Na szczęście, są młode mamy, pamiętające o wierszach Januszewskiej i mające w swoich bibliotekach jej książki. Nie jest to jednak (to znowu z autopsji) zbyt liczna grupa. Szkoda, bo Januszewska to autorka doskonałych tekstów prozatorskich i poetyckich, nierzadko osadzonych w polskiej kulturze i folklorze. Takie będą książki, o których za chwilę…

Za biogramem autorki (chyba najpełniejszy zamieszcza internetowa strona merlin.pl) przypomnijmy, że Hanna Januszewska-Moszyńska urodziła się 20 kwietnia 1905 roku w Warszawie. Debiutowa w roku 1920 zbiorem poezji. Po zakończeniu studiów polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim rozpoczęła współpracę z czasopismami dla dzieci. To Płomyk i Płomyczek (pisma funkcjonujące przez II wojną światową i reaktywowane po jej zakończeniu). W czasie okupacji Hanna Januszewska działała w konspiracji i tajnym nauczaniu. Po wojnie pracowała w łódzkiej rozgłośni Polskiego Radia, a następnie po powrocie do stolicy, reaktywowała współpracę z pismami dla dzieci i młodzieży (m.in. Miś i Świerszczyk).

Autorka była wielokrotnie wyróżniana m.in. Orderem Uśmiechu, nagrodą Prezesa Rady Ministrów oraz Premio Europeo, za liczne treści pedagogiczne i patriotyczne obecne w jej tekstach Bajka o czterech wiatrach została wpisana na Listę Honorową im. H. Ch. Andersena. Hanna Januszewska-Moszyńska zmarła 18 lipca 1980 roku w Warszawie.

Wśród licznych tekstów Hanny Januszewskiej odnalazłam dwa związane z Kazimierzem Dolnym. Książeczka Flisak i Przydróżka ukazał się w roku 1950. W muzealnych zbiorach znalazło się wydanie z roku 1972, z przepięknymi ilustracjami Jana Marcina Szancera. Przydróżka to mały skrzat, który przyjmuje zakład flisaka Wojciecha o to, kto pierwszy w ciągu zaledwie tygodnia dotrze do Gdańska. Nie zdradzę finału tej opowieści.

Podróż Przydróżki zbiegiem Wisły prowadziła przez Kazimierz Dolny. Na świętojańskim wianku dopłynęła, przez Sandomierz, do Kazimierza Dolnego.

Ilustracja Jana Marcina Szancera z książki H. Januszewskiej Flisak i Przydróżka, Nasza Księgarnia, Warszawa 1972 r.

Z Kazimierza – na jabłku z puławskiego sadu – Przydróżka powędrowała dalej, do Warszawy.

Kolejna książka Januszewskiej z motywem podróży po Polsce to słynna Pyza na polskich dróżkach. Ciekawostka, spacery Pyzy rozpoczęły się jeszcze przed II wojną światową, a bohaterka tej książeczki poznawała wówczas nie tylko uroki Warszawy, ale także Lwów i Wilno. W latach 50. XX wieku zamieniono je na Nową Hutę.

Niestety, nie udało mi się dotrzeć do pierwszych wydań opowieści o Pyzie. Znam natomiast doskonale jej późniejszy wizerunek, stworzony przez związanego z Kazimierzem Dolnym artystę, Adama Kiliana. Być może pamiętają Państwo, że podczas wędrówek po Polsce Pyza odwiedziła Kazimierz i swoją urodą zachwyciła miejscowych malarzy:

Stali właśnie na wybrzeżu,

malowali starą wieżę,

Kazimierski zamek stary,

Wisłę, łodzie i galary.

Mówi jeden – spójrz, Kolego!

Widzisz na wiślanym brzegu

malusieńką tę gosposię?

Na obrazek aż się prosi!

Pyza na to: – Jak mi miło!

Toć mi się to ani śniło,

że zostanę uwieczniona!

Może w ramki oprawiona?

Oczywiście! Na tle wieży.

Kolor damy żywy, świeży

i na pewno Twa osoba

wszystkim dzieciom się spodoba!

Więc spójrz, Pyzo w dół, na stok.

Przechyl główkę trochę w bok…

Piękny kolor, kształt bez skazy.

Udał nam się ten obrazek!

Plakat Adama Kiliana z Pyzą w roli głównej, fot. ze strony organizatora wydarzenia,WOK Lublin

Amos Oz

28 grudnia przypada rocznica śmierci Amosa Oza. Mimo, iż nie udało nam się osobiście poznać tego wybitnego pisarza, możemy poszczycić się zaskarbieniem sobie jego sympatii. Wszystko za sprawą tłumaczki prozy Oza i organizatorki pierwszego przyjazdu pisarza do Polski, Danuty Sękalskiej-Wojtowicz. W 3 (157) numerze kwartalnika literackiego Akcent ukazał się artykuł Danuty Sękalskiej-Wojtowicz,  nawiązujący do twórczości Oza oraz jego wizyt w naszym kraju. Najciekawsza dla nas jest relacja pierwszej podróży do Polski, w roku 1994 i pobytu w Kazimierzu Dolnym.

Amos Oz fot. Michiel Hendrickx (Wikipedia)

Postanowiłam pokazać pisarzowi Kazimierz nad Wisłą – pisze Danuta Sękalska-Wojtowicz na kartach Akcentu miasteczko, gdzie przetrwały jeszcze ślady dawnej Polski i gdzie przed wojną mieszkała  duża społeczność żydowska. Wysłałam  mu faksem do miasteczka Arad na skraju pustyni Negew, gdzie wtedy mieszkał, dokładny program wizyty. Odpisał z podziękowaniem, szczególnie był wdzięczny za szansę odwiedzenia Kazimierza i za uprzejme zaproszenie Fundacji Marii Kuncewiczowej do drewnianej willi pisarki. To brzmi uroczo. (…) Jechaliśmy samochodem ulubioną przez mojego męża drogą przez lasy kozienickie. Oz był zauroczony jesiennym krajobrazem. Zwracał uwagę na domy, na las, obfitość wód i na delikatność światła. (…) Zajechaliśmy do Kazimierza, do Kuncewiczówki. W domu pisarki, autorki m.in. Miasta Heroda, przedwojennego reportażu z Palestyny, (…) w pękającym w szwach salonie Oz miał bardzo żywe spotkania autorskie. (…) potem wyznał, że to, co słyszał… o Kuncewiczowej, widok drewnianej willi, z zewnątrz i w środku – to wszystko sprawiło mu wielka radość, bo mógł sobie wyobrazić życie, jakie kiedyś pulsowało  w tym domu. (…) Podczas spotkania Amos poruszył wiele tematów. Opowiadał o domu rodzinnym, o kibucu, o swoich książkach. Mówił o ambiwalencji uczuć, jakich Żyd doświadcza w Polsce: Wszystkich Żydów – mnie również – łączą skomplikowane więzy emocjonalne z Polską. Ponieważ przez tysiąc lat Polska była ojczyzną Żydów w większym stopniu niż jakikolwiek inny kraj. Nazywano ją Polin. To znaczy: tu odpoczniesz, tu się zatrzymasz. Nasze uczucia są powikłane. Nawet Żydzi nastawieni antypolsko tęsknią za tym krajobrazem, atmosferą. Nawet Żydzi, którzy mają sentyment do Polski, są pełni gniewu. Myślę, że pora, by Żydzi i Polacy stanęli twarzą w twarz i patrząc sobie głęboko w oczy – zaczęli rozmawiać. Najlepszą zaś formą rozmowy jest wzajemne poznanie literatury – mówił. (…) Nazajutrz zaprowadziliśmy Oza do miasteczka, najpierw na kirkut.  Cmentarz żydowski został zniszczony za okupacji przez Niemców, po wojnie tutejsi mieszkańcy zebrali kamienie nagrobne i postawili je od nowa. Czasem górą do dołu, bo nie znali znaków hebrajskich. To wzruszyło mnie do łez – mówił Oz. Ci ludzie zebrali nagrobki i zrekonstruowali te groby. Będę to pamiętał do końca życia. Pokazaliśmy Ozowi miasteczko, sztetel Kazimierz Dolny, jak je nazywał. Żydowski sztetel, polsko-żydowski sztetel, jaki znał z obrazów, rekonstrukcji i muzeów. Po powrocie do Izraela Amos Oz napisał do mnie: Jestem wdzięczny tobie i wszystkim, którzy ofiarowali m ten prezent, podróż do Kazimierza Dolnego.

W  zbiorze esejów pod wspólnym tytułem Czarownik swojego plemienia został zamieszczony wywiad z Amosem Ozem, w którym także pisarz powraca do wizyty w Kazimierzu Dolnym.

Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że te miejsca zaludniają duchy Żydów, a w potrzaskanych płytach nagrobnych, które zostały wmurowane w ścianę – zapisany jest ich żywy dramat – mówił wówczas Oz.

W księdze pamiątkowej Domu Kuncewiczów znaleźliśmy wpis Amosa Oza, dokumentujący spotkanie w Kazimierzu Dolnym.

Autograf Amosa Oza z księgi pamiątkowej Domu Kuncewiczów

Podczas innego spotkania w Domu Kuncewiczów, Danuta Sękalska-Wojtowicz zaprezentowała swój filmowy wywiad z pisarzem. Amos Oz powiedział m.inn., że dzięki pobytowi w Kazimierzu Dolnym udało mu się połączyć fragmenty rodzinnych wspomnień i opisać Równe, w którym przed wojną żyła jego ukochana matka. Efekt tej literackiej rekonstrukcji to piękna i wzruszająca książka Opowieść o miłości i mroku.

Nie mógłbym przystąpić do pisania powieści zaczynając od koncepcji – zwierzał się Oz Danucie Sękalskiej-Wojtowicz – Zaczynam od zapachu, od widoku, od dźwięku, a najpewniej od dotyku, od kontaktu fizycznego. To on wyzwala we mnie reakcję. Dotyk kamienia, drewna człowieka. Cały czas dotykam ludzi. Niektórzy tego nie lubią.

W jednym z wywiadów, zapytany o to co jest tematem jego prozy, odpowiedział:  podróż od człowieka do człowieka. Podróż ta najeżona jest trudnościami, ale warto się w nią wybrać.

Wszystkie książki pisał ręcznie. Komputer służył wyłącznie do ich przepisywania. Dzięki klawiaturze komputera docierały do Domu Kuncewiczów także i słowa Amosa Oza. W jednym z ostatnich maili, jakie – za pośrednictwem Danuty Sękalskiej-Wojtowicz – do nas dotarły było zdanie, że chciałby – choć jako mucha na ścianie odwiedzić Dom Kuncewiczów w Kazimierzu Dolnym.

Jako, że willa „Pod Wiewiórką” niejednokrotnie pokazała nam, że potrafi zbierać pozytywną energię (sama Maria Kuncewiczowa mówiła o niej „istota”) głęboko wierzymy w to, że cząstka dobrych myśli Amosa Oza pozostanie z nami w tym miejscu na zawsze.

Ojciec Albin Sroka

Losy wielu postaci łączą się z Kazimierzem Dolnym. Choć już tu nie mieszkają, to powracają we wspomnieniach. O franciszkaninie, ojcu Albinie Sroce przypomniał nam redaktor Krzysztof Kamiński. W listopadzie 2019 r., wraz z grupą dziennikarzy, odwiedził Kazimierz Dolny To on zwrócił nam uwagę na ciekawostki, jakie kryje niepozorna książeczka w brązowej okładce, stojąca w jego (jak się potem okazało, także i w naszej, muzealnej) biblioteczce.

Ojciec Albin Soroka, zdjęcie ze strony www.jaroslawska.pl

Pan Krzysztof poznał ojca Srokę w Jarosławiu. Zanim jednak zakonnik powrócił w rodzinne strony (urodził się w roku 1937, w Wólce Pełkińskiej nieopodal Jarosławia), pełnił posługę w różnych klasztorach: w Wieliczce, Stopnicy, Gdańsku, Brodnicy i Kazimierzu nad Wisłą. Przygotował do koronacji obrazy Matki Bożej w Kazimierzu n/Wisłą (w 1986 r.), Pińczowie (1993 r.), Wieliczce (1995 r.) i Łukawcu (1991 r.). Jest również autorem monografii historii kultu tych obrazów.

Pobyt ojca Sroki w Kazimierzu Dolnym wiąże się z czasem jego studiów na wydziale prawa kanonicznego w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. To lata 1962-1969. W publikacji Sanktuarium Matki Bożej Zwiastowania w Kazimierzu nad Wisłą znalazł się m.in. rozdział, zawierający prywatne wspomnienia z pobytu w miasteczku.

To miasto zapadło głęboko w moje serce – pisze ojciec Sroka – malowniczo położone w wyjątkowo bogato urozmaiconym terenie, zatopione w zieleni, wiosną i latem czarujące mnóstwem kwiatów, a jesienią bogactwem złotych liści, szczyci się uroczym ryneczkiem i trzema kościołami (…). Ruiny zamku i baszta, Góra Trzech Krzyży, a także spichlerze położone u dołu dopełniają uroku, niżej bystro toczy się Wisła.

Fotografia Edwarda Hartwiga ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Sięgamy po tę książkę nie tylko z powodu malowniczego opisu Kazimierza Dolnego czy też klasztornej rzeczywistości lat 60. XX wieku. Z niemałym trudem powstrzymujemy się od dalszego cytowania anegdot, związanych goszczącymi w murach klasztornych duchownymi (choć smakowite są opisy wypraw wędkarskich ówczesnego rektora KUL, księdza Mariana Rechowicza czy wycieczek ojca Sroki na żółtym kajaku nazwanym „Amor”). Ważne dla nas są informacje o spotkaniach w murach kazimierskiego klasztoru z Marią i Jerzym Kuncewiczami.

Pani Maria przychodziła na nabożeństwa ku czci św. Antoniego we wtorki i 8 rano. Klęczała przed ołtarzem, z przysłonięta czarną woalką twarzą, przystępowała do Komunii św. Po mszy przychodziła do zakrystii, zamawiała msze św. I składała ofiary na „chleb dla ubogich”. (…) Interesowała się życiem franciszkańskim, była zauroczona postacią św. Franciszka, dużo mówiła o urokach i duchowej atmosferze Asyżu. Interesowała się naszym życiem i często zostawiała ofiary na remont zakonu.

Ojciec Albin Sroka poświęcił Marii Kuncewiczowej nie tylko to wspomnienie, ale również wiersz. Otrzymaliśmy go od nieocenionego Krzysztofa Kamińskiego:

Maria Kuncewiczowa

W sześćdziesięciolecie urodzin

W wywiadzie telewizyjnym powiedziała:

Piszę dlatego – bo w przeciwnym razie

Bym… pękła.

To była potrzeba jej duszy.

Jedni śpiewają z nadmiaru uczuć, inni komponują muzykę,

Ona musiała uzewnętrznić swe uczucia w pisaniu…

Pozazdrościłem wielkiej pisarce

I pomyślałem sobie:

Obym ja mógł pęknąć z nadmiaru miłości do Boga!

Ojciec Albin Sroka zmarł 26 października 2012 r. w Jarosławiu.

Swoistym post scriptum do tej opowieści niechaj będzie fragment z Listów do Jerzego, odnoszący się do uroczystości obrazu Matki Boskiej Kazimierskiej z klasztoru franciszkanów.

W niedzielę 7 września 1986 roku patrzyłam z tarasu na pierwszym piętrze po wschodniej stronie Rynku, tej samej, gdzie stoją kamienice Przybyłów, na obchód koronacji (…) Tutaj, pod niebem zamglonym, już przygotowanym na jesień, odbyła się dziękczynna msza, recytowana i śpiewana przez kler i miejscowych parafian. (…) Słuchając mszy, obserwowałam powolną metamorfozę ciżby w zorganizowaną społeczność.(..) Patrzyłam na arcydzieło wspólnoty. Jednocześnie, jak wyziew z głębokiej piwnicy, chłód mną zatrząsnął. Dlaczego dopiero teraz poczułam chłód? Przecież dzień był chłodny od początku. Oszołomiona, nagle zepchnięta w przeszłość, jeszcze słyszałam chór męski śpiewający muzykę kościelną, kiedy szachownica wiernych załamała się, a z podziemia Rynku buchnął gwałt i smród przedwojennego targowiska. Chłopskie chabety wierzgały i rżały smagane batem, a żydowski szwargot, zmieszany z przekleństwami kmiotków, zagłuszał dzwonki ministrantów z ołtarza Królowej. Triumfalny klakson oznajmiał przejazd limuzyny marszałka Sejmu, Ignacego Daszyńskiego, z werandy Berensowskiej gospody doleciała sprośna piosenka Prusza, ulubionego mistrza malarzy spod znaku świętego Łukasza. Po czym hałasy ucichły, a na sakralne podium wtoczył się kłąb nędzy, namiętności i urojeń. Jak we śnie, zobaczyłam dzień rozszczepiony na to, co jest i co było, bez widoku na to, co będzie. Dwie rzeczywistości zlane w jedną rzekę bez ujścia.

Przed wejściem do klasztoru oo franciszkanów, Fotografia Edwarda Hartwiga ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Andrzej Pągowski

Skrupulatnie wykorzystujemy fakt pobytu w Kazimierzu Dolnym postaci związanych z działalnością Domu Kuncewiczów (oddział Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym). Naszej uwadze nie uszło to, że w roku 2017 na Festiwal „Dwa Brzegi” przyjechał grafik, Andrzej Pągowski. Nie bez powodu jest on uważany za mistrza polskiego plakatu. Filmowego i teatralnego, bo Andrzej Pągowski ma na swoim koncie ponad 1.300 projektów plakatów. Można je podziwiać w uznanych galeriach światowych, muzeach i kolekcjach prywatnych. Mikro-zbór prac Andrzeja Pągowskiego ma również Dom Kuncewiczów. Są to plakaty filmów zrealizowanych według dzieł Marii Kuncewiczowej „Cudzoziemka” oraz „Dwa księżyce”. Są one ważne nie tylko dla nas, ale ich autora skoro… na swoim oficjalnym Facebooku Andrzej Pągowski anonsował przyjazd do Kazimierza właśnie nimi.

Chciałabym Pana namówić do podróży w czasie. W roku 1986 swoją premierę ma „Cudzoziemka” w reż. Ryszarda Bera. Jest Pan autorem nie jednego,  ale dwóch plakatów do tego filmu.

Tak, to były czasy kiedy robiło się kilka plakatów. Najczęściej dwa: fotosowy i graficzny. Trochę „po macoszemu” traktowałem plakaty fotosowe, ale po wielu latach dotarło do mnie, że były wykonane bardzo profesjonalnie i robią wrażenie mimo upływu lat. Dwa lata temu, na  wystawie moich prac w Łodzi, jeden z oglądających – młody chłopak, zapytał mnie, w jakim programie komputerowym je robiłem. Odpowiedziałem wtedy „ w programie nożyczki”, ponieważ rzeczywiście wtedy te plakaty robiło się w ten sposób. Dostawałem fotosy, wycinałem, doklejałem, podmalowywałem. Nie starałem się „odnotowywać w pamięci” ilości plakatów fotosowych. Dopiero kiedy robiliśmy łódzką wystawę okazało się, że mam w swoich archiwach 140 plakatów fotosowych do filmów polskich, które powstawały równolegle z plakatami graficznymi. Patrząc na nie widzę, że były one ciekawymi pracami z użyciem fotografii. Do tej grupy zaliczam również plakat do filmu „Cudzoziemka”.

Jak dochodziło do kolaudacji i który plakat oficjalnie promował film? Czy było tak, że na ulicach polskich miast można było zobaczyć równocześnie plakaty fotosowe i graficzne do jednego tytułu?

Jeśli chodzi o dystrybucję to tak. Obydwa plakaty pojawiały się równocześnie „na mieście”. Dodatkowo, tytuł promował też tak zwany telegram. To były „paski” z tytułami. Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta dawne słupy reklamowe z okresu PRL – nie popularne „okrąglaki” ale płaskie „wafle” na nóżkach, oklejane z obu stron. Plakat w formacie B1 wisiał na górze, a na dole był pas, który wypełniał właśnie telegram. Do niektórych plakatów robiono ich mniejsze wersje dla małych i wiejskich kin, w których nie było wymiarowych gablot. Jeśli chodzi o kolaudację to do każdego filmu był zapraszany jeden lub dwóch grafików. Chodziłem jako ten drugi grafik, ale nieskromnie powiem, bardzo szybko zacząłem chodzić jako pierwszy, a potem już jedyny grafik.

Plakat A.Pągowskiego do filmu „Cudzoziemka”. Posiadamy go w zbiorach Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Czy zaprojektowane przez Pana plakaty do „Cudzoziemki” mogła, przed ich oficjalną kolaudacją, widzieć i akceptować Maria Kuncewiczowa?

Tego nie wiem. Jeśli chodziło o Krzysztofa Kieślowskiego, Andrzeja Wajdę czy Andrzeja Barańskiego to kontaktowali się ze mną i byli bardzo zainteresowani stroną plastyczną plakatu. Oglądali je i miałem z nimi bezpośredni kontakt. Nie wiem, czy reżyser postąpił podobnie w przypadku „Cudzoziemki”.

Co artysta powinien wiedzieć o filmie zanim przystąpi do pracy nad plakatem? Czy w przypadku „Cudzoziemki” sięgał Pan po pierwowzór czyli powieść?

Byłem leniwym grafikiem. Nie wdawałem się w czytanie. Chodziłem głównie do kina i oglądałem filmy. Chłonąłem też rozmowy z reżyserami, których dosłownie zadręczałem swoimi pytaniami. Tak jest do dziś – robiłem plakat do filmu Bodo Koxa („Człowiek z magicznym pudełkiem”) i musiał on przejść przez rozmowę ze mną podobnie jak Kieślowski czy Barański. Dużo czytałem jako dziecko…do czytania wróciłem po latach. Wtedy przekonałem się, jak fantastycznym elementem życia i pracy zawodowej może być lektura.

Jak było w przypadku projektu drugiego – autorskiego plakatu do „Cudzoziemki”? Jest bardzo symboliczny. Robi wrażenie także i dziś jako samodzielne dzieło. Wystarczy sprawdzić jakie ceny osiąga na aukcjach internetowych…

W tym przypadku chciałbym przywołać wypowiedź mojego przyjaciela Franciszka Starowieyskiego. Liczyłem się z jego zdaniem bo jako jeden z niewielu artystów potrafił  szczerze pochwalić lub zganić mój projekt. Starowieyski powiedział mi, że projektując plakaty powinno się brać pod uwagę przestrzeń ulicy i fakt, że mamy tylko kilka sekund aby przykuć uwagę; zatrzymać spojrzenie patrzącego. Zaintrygowany widz idzie do kina, ogląda film i po projekcji mówi „tak, zrozumiałem”. Pracowałem i pracuję w realnym czasie ulicznym. To znaczy obserwuję dominanty kolorystyczne ulicy. Jeśli na przykład ulica, zmienna galeria eksponowania plakatu, staje się czerwono-niebieska to mój plakat będzie czarno-biały. Jeżeli ulica zaczyna być szaro-czarna to moja praca będzie żółta. Zależy mi na tym, że plakat spełnił swoją rolę czyli był zauważony.

plakat do filmu „Dwa księżyce” autorstwa A.Pągowskiego, ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Rok 1993 przyniósł kolejny film według prozy M. Kuncewiczowej. To „Dwa księżyce” w reż. Andrzeja Barańskiego.

Ten plakat jest jak Kazimierz Dolny.  Zielonkawy, trochę ceglano-brązowy. To jeden z moich ulubionych plakatów. Praca jest bardzo mocno osadzona w klimacie filmu – twarz jednego z bohaterów w otoczeniu tytułowych księżyców, z których każdy symbolizuje inny świat: realny i oniryczno-erotyczny. Mogłem to zrobić także ze względu na twórcę filmu. Andrzej Barański robi poetyckie filmy. Nie czuje się tu gwiazdorstwa, ale śledzi piękną, liryczną, literacką opowieść. Pewnie z tego powodu przed przyjazdem do Kazimierza na moim oficjalnym FB przywołałem tę pracę. Lubię ją, cenię i patrzenie na nią wciąż sprawia mi przyjemność.

Projektując swoje prace uważnie przygląda się Pan otoczeniu, w którym będą eksponowane. Jaki więc byłby plakat promujący współczesny Kazimierz Dolny?

Zrobiłem autorski plakat do tegorocznego festiwalu „Dwa Brzegi”. Jest on zupełnie inny niż oficjalny, czarno-różowy. Nie wiem, czy mi wypada, ale uważam, że ten festiwal nie jest czarno-różowy. Kazimierz jest kolorowy, dziś przyjemnie rozgrzany. Patrzę na ruiny zamku w otoczeniu kwiatów i zieleni i czuję się jak we Włoszech. Klimat, atmosfera, ludzie – o dziwo – jest bardziej włoski niż polski. Kolory, których użyłem w autorskim plakacie festiwalu są bardziej zgaszone niż barwy dzisiejszego dnia. Może przez to, że dla mnie Kazimierz ma swoją patynę, zaskakującą architekturę dopełnianą przez przyrodę. Wszystko tworzy wyjątkową całość, która cieszy oko.

Plakat festiwalu „Dwa Brzegi”, zaprojektowany przez A.Pągowskiego (z oficjalnej strony artysty pagowski.pl)

Andrzej Pągowski to bohater rozmowy, której towarzyszy Maria Kuncewiczowa. Ten cykl chcemy kontynuować. Nasze Muzeum prosi o kontakt mieszkańców i bywalców, którzy  w latach 60. – 80. XX w. przebywali w Kazimierzu Dolnym znali państwa Kuncewiczów i chcieliby podzielić się swoimi wspomnieniami z tych czasów. Zależy nam na przywołaniu tej epoki, a osobiste spotkania z Marią i Jerzym Kuncewiczami mogą stać się do tego pretekstem. 

Ewa Wiśniewska

Przyjaciółką Domu Kuncewiczów jest Ewa Wiśniewska, znakomita polska aktorka; niezapomniana odtwórczyni roli Róży w filmie „Cudzoziemka” w reżyserii Ryszarda Bera. Premierowy pokaz filmu odbył się jesienią 1986r. Specjalną projekcję, z udziałem twórców i Marii Kuncewiczowej, autorki literackiego pierwowzoru i filmowego scenariusza „Cudzoziemki” zorganizowano również w Kazimierzu Dolnym.

ślubne zdjęcie Róży – Ewy Wiśniewskiej z filmu „Cudzoziemka” stało w sypialni Marii Kuncewiczowej, fot. ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Ewa Wiśniewska wędrując po wnętrzach oddziału literackiego MNKD niejako sama zaczęła wywoływać duchy wspomnień. Często w jej refleksjach pojawiało się słowo „pamiętam” i ten fakt postanowiliśmy wykorzystać.

Spotykamy się w ogródku Domu Aktora (bo tak nazywany jest budynek dawnej łaźni, zaprojektowany niegdyś przez samego Jana Koszczyc-Witkiewicza). Ignorujemy gwar tętniącego życiem miasteczka, a wysoki żywopłot izoluje nas od otoczenia.

Czy, w Pani opinii,  Maria Kuncewiczowa była w latach 80.XX w. pisarką, dla której pielgrzymowało się do Kazimierza?

Pielgrzymowało się do niej będąc w Kazimierzu, ale nie była to popularność typu „wszechobecnego” Henryka Sienkiewicza. Świadczy o tym to, że tylko dwie je powieści zostały zekranizowane. Ale niektórzy mieli dostęp do tej literatury.

A czy Pani wcześniej po nią sięgała?

Nie, zrobiłam to dopiero gdy „wybuchła” sprawa wzięcia udziału w filmie. To pani Maria zdecydowała, że mam zagrać. Przywieziono jej z Warszawy zdjęcia trzech aktorek i to ona powiedziała „ta, ta ma nos Róży”. W ten sposób dostałam tę rolę. Potem przyjeżdżałam jeszcze kilkakrotnie do pani Marii.

Czy udzielała Pani jakichś wskazówek?

Ona nie znała polskich aktorów, nie interesowała się tym. Nasze rozmowy dotyczyły rozświetlenia postaci Róży. Rozszerzała krąg mojej wiedzy, chciała nadać tej postaci określony wyraz. Potem, przyjechaliśmy do niej z Jerzym Kamasem, odtwórcą roli Adasia (filmowym mężem Róży), żeby zobaczyła nas razem jako filmowych partnerów.

Czy na takie wizyty jeździło się trochę jak na „audiencję” do królowej? Pamięta Pani może tę pierwszą?

Przyznaję, że jechałam bez obaw – luźno. Wcale nie dlatego, że byłam tak pewna siebie. Celowo używam tego słowa, bo wiedziałam, że zdjęcia do filmu rozpoczęły się kilka miesięcy temu, z inną aktorką. Pani Maria zobaczyła pierwsze prace i powiedziała „nie”. Wtedy rozpoczęto na nowo poszukiwania odtwórczyni roli głównej. Pomyślałam więc sobie :”Matko Boska, mogę przyjechać…”.  Do dziś pamiętam panią Marię, witającą nas na schodach z lekko przekrzywioną peruką… To był widok niezapomniany dla mnie.

Postać Róży można albo pokochać albo znienawidzić…

A ja starałam się ją bronić. Zdarzyło mi się to dwukrotnie. W „Sonacie jesiennej” Bergmana grając Charlottę, broniłam postać wspaniałej artystki – wirtuoza, w przeciwieństwie do Róży, która sobie uzurpowała prawo do tego, ze jest artystką, a była tylko rzemieślnikiem. Natomiast jej parcie na to, żeby być kimś przerodziło się w terror w stosunku do córki; żeby z niej chociaż zrobić artystkę. Dopiero pod koniec życia przyznaje, że to jest niesłuszna droga, że trzeba słuchać siebie. Starałam się więc bronić Różę, choć jej wyobraźnia przeczyła rzeczywistości, przecież ona tylko chciała być artystką. Chciała – robiąc spustoszenie wokół siebie i nie bardzo sobie to uświadamiała.

W „Cudzoziemce” doszukiwano się wątków biograficznych. W Pani rozmowie z Marią Kuncewiczową, której fragment zarejestrowała ekipa dokumentalisty, Ludwika Perskiego, pisarka przyznaje, że są tu także wątki autobiograficzne.

Tak ale nie śmiem oceniać artyzmu pani Marii, bo swój jakby „zaniżyła’ wcielając w postać Róży też i siebie.

Kadr z filmu „Cudzoziemka”. Zdjęcie wybieramy nieprzypadkowo. Posłużył się nim A.Pągowski do zaprojektowania plakatu do tego obrazu. Wyciął aktorkę z tła, dodając elementy graficzne. Efekt? Na jednej ze ścian Domu Kuncewiczów…

Ale we wspomnianej rozmowie powiedziała Pani też „Róża to ja”. Nie chodzi tu o niezrealizowany talent… Kobieta złamana, kobieta zrezygnowana. Co w niej wówczas Pani odnalazła?

Przede wszystkim jeżeli chodzi o tę jej pierwszą i największą miłość – Michała, który zawiódł jej oczekiwania. A ona, będąc tak kategoryczną jak była, nie potrafiła przetrwać tego stanu zawieszenia uczucia. A cierpiała cały czas wspominając Michała.

A potem to małżeństwo z rozsądku…

Takie były czasy, pewnie teraz jakaś młoda dusza by się zbuntowała i powiedziała „nie”. Oczywiście, każdy aktor kreując rolę nawiązuje do swoich przeżyć, do swoich doznań, do swojej psychiki. Jeżeli jest to czas niemłodej już duszy aktorskiej jaką ja byłam wtedy, łatwiej to przełożyć na odczucia prywatne.

Jak wyglądały Pani rozmowy z Marią Kuncewiczową?

Ja byłam oczarowana panią Marią. Natomiast ona nie demonstrowała swojego wieku. Nie miałam świadomości, że rozmawiam ze starszą od siebie kobietą ponieważ ona miała młodzieńczy zapał. Posiadała niesłychany wdzięk, i nie miał on nic wspólnego z upływem lat. Kobietą do końca. Kobietą a nie babcią.

Gra w „Cudzoziemce” miała swoje konsekwencje…

Tak, ale to docenia się dopiero post factum. Rzadko zdarza się w filmie polskim tego typu propozycja.

Była Pani również obecna na pokazie „Cudzoziemki” w Kazimierzu, z udziałem Marii Kuncewiczowej.

Pani Maria odbierała należące się jej hołdy. Nie było to nic nienormalnego. Kiedyś ceniono wartość człowieka, istniał szacunek dla czyjegoś artyzmu, wyjątkowego talentu.

Czy odnalazła Pani ślad tych wspomnień podczas odwiedzin w Domu Kuncewiczów – czyli naszym muzeum?

On jest! Zakusy były różne na to miejsce i ten lęk, że znajdzie się „mądrala” i coś zrobi z tym miejscem, niestety, tak jak z wytwórnią filmową w Łodzi. Ale nie. Dom jest i nawet pozostał w nim ten charakterystyczny zapach. Chwała wam za to!

Nasza rozmowa była znacznie dłuższa. Ta zarejestrowana, ale także prywatna. Spotkanie zostało uwieńczone spacerem do jednej z kazimierskich galerii. Podczas tej krótkiej wędrówki pani Ewa Wiśniewska natychmiast została rozpoznana przez turystów. Witali ją serdecznie, mówiąc o filmach z jej udziałem. Od razu przypomniały mi się jej słowa o tym, że artystów powinno się cenić nie za udział głośnych imprezach, ale za prawdziwy talent. Widocznie duch Marii Kuncewiczowej i tu miał coś do powiedzenia.