Bywalcy

28 grudnia przypada rocznica śmierci Amosa Oza. Mimo, iż nie udało nam się osobiście poznać tego wybitnego pisarza, możemy poszczycić się zaskarbieniem sobie jego sympatii. Wszystko za sprawą tłumaczki prozy Oza i organizatorki pierwszego przyjazdu pisarza do Polski, Danuty Sękalskiej-Wojtowicz. W 3 (157) numerze kwartalnika literackiego Akcent ukazał się artykuł Danuty Sękalskiej-Wojtowicz,  nawiązujący do twórczości Oza oraz jego wizyt w naszym kraju. Najciekawsza dla nas jest relacja pierwszej podróży do Polski, w roku 1994 i pobytu w Kazimierzu Dolnym.

Amos Oz fot. Michiel Hendrickx (Wikipedia)

Postanowiłam pokazać pisarzowi Kazimierz nad Wisłą – pisze Danuta Sękalska-Wojtowicz na kartach Akcentu miasteczko, gdzie przetrwały jeszcze ślady dawnej Polski i gdzie przed wojną mieszkała  duża społeczność żydowska. Wysłałam  mu faksem do miasteczka Arad na skraju pustyni Negew, gdzie wtedy mieszkał, dokładny program wizyty. Odpisał z podziękowaniem, szczególnie był wdzięczny za szansę odwiedzenia Kazimierza i za uprzejme zaproszenie Fundacji Marii Kuncewiczowej do drewnianej willi pisarki. To brzmi uroczo. (…) Jechaliśmy samochodem ulubioną przez mojego męża drogą przez lasy kozienickie. Oz był zauroczony jesiennym krajobrazem. Zwracał uwagę na domy, na las, obfitość wód i na delikatność światła. (…) Zajechaliśmy do Kazimierza, do Kuncewiczówki. W domu pisarki, autorki m.in. Miasta Heroda, przedwojennego reportażu z Palestyny, (…) w pękającym w szwach salonie Oz miał bardzo żywe spotkania autorskie. (…) potem wyznał, że to, co słyszał… o Kuncewiczowej, widok drewnianej willi, z zewnątrz i w środku – to wszystko sprawiło mu wielka radość, bo mógł sobie wyobrazić życie, jakie kiedyś pulsowało  w tym domu. (…) Podczas spotkania Amos poruszył wiele tematów. Opowiadał o domu rodzinnym, o kibucu, o swoich książkach. Mówił o ambiwalencji uczuć, jakich Żyd doświadcza w Polsce: Wszystkich Żydów – mnie również – łączą skomplikowane więzy emocjonalne z Polską. Ponieważ przez tysiąc lat Polska była ojczyzną Żydów w większym stopniu niż jakikolwiek inny kraj. Nazywano ją Polin. To znaczy: tu odpoczniesz, tu się zatrzymasz. Nasze uczucia są powikłane. Nawet Żydzi nastawieni antypolsko tęsknią za tym krajobrazem, atmosferą. Nawet Żydzi, którzy mają sentyment do Polski, są pełni gniewu. Myślę, że pora, by Żydzi i Polacy stanęli twarzą w twarz i patrząc sobie głęboko w oczy – zaczęli rozmawiać. Najlepszą zaś formą rozmowy jest wzajemne poznanie literatury – mówił. (…) Nazajutrz zaprowadziliśmy Oza do miasteczka, najpierw na kirkut.  Cmentarz żydowski został zniszczony za okupacji przez Niemców, po wojnie tutejsi mieszkańcy zebrali kamienie nagrobne i postawili je od nowa. Czasem górą do dołu, bo nie znali znaków hebrajskich. To wzruszyło mnie do łez – mówił Oz. Ci ludzie zebrali nagrobki i zrekonstruowali te groby. Będę to pamiętał do końca życia. Pokazaliśmy Ozowi miasteczko, sztetel Kazimierz Dolny, jak je nazywał. Żydowski sztetel, polsko-żydowski sztetel, jaki znał z obrazów, rekonstrukcji i muzeów. Po powrocie do Izraela Amos Oz napisał do mnie: Jestem wdzięczny tobie i wszystkim, którzy ofiarowali m ten prezent, podróż do Kazimierza Dolnego.

W  zbiorze esejów pod wspólnym tytułem Czarownik swojego plemienia został zamieszczony wywiad z Amosem Ozem, w którym także pisarz powraca do wizyty w Kazimierzu Dolnym.

Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że te miejsca zaludniają duchy Żydów, a w potrzaskanych płytach nagrobnych, które zostały wmurowane w ścianę – zapisany jest ich żywy dramat – mówił wówczas Oz.

W księdze pamiątkowej Domu Kuncewiczów znaleźliśmy wpis Amosa Oza, dokumentujący spotkanie w Kazimierzu Dolnym.

Autograf Amosa Oza z księgi pamiątkowej Domu Kuncewiczów

Podczas innego spotkania w Domu Kuncewiczów, Danuta Sękalska-Wojtowicz zaprezentowała swój filmowy wywiad z pisarzem. Amos Oz powiedział m.inn., że dzięki pobytowi w Kazimierzu Dolnym udało mu się połączyć fragmenty rodzinnych wspomnień i opisać Równe, w którym przed wojną żyła jego ukochana matka. Efekt tej literackiej rekonstrukcji to piękna i wzruszająca książka Opowieść o miłości i mroku.

Nie mógłbym przystąpić do pisania powieści zaczynając od koncepcji – zwierzał się Oz Danucie Sękalskiej-Wojtowicz – Zaczynam od zapachu, od widoku, od dźwięku, a najpewniej od dotyku, od kontaktu fizycznego. To on wyzwala we mnie reakcję. Dotyk kamienia, drewna człowieka. Cały czas dotykam ludzi. Niektórzy tego nie lubią.

W jednym z wywiadów, zapytany o to co jest tematem jego prozy, odpowiedział:  podróż od człowieka do człowieka. Podróż ta najeżona jest trudnościami, ale warto się w nią wybrać.

Wszystkie książki pisał ręcznie. Komputer służył wyłącznie do ich przepisywania. Dzięki klawiaturze komputera docierały do Domu Kuncewiczów także i słowa Amosa Oza. W jednym z ostatnich maili, jakie – za pośrednictwem Danuty Sękalskiej-Wojtowicz – do nas dotarły było zdanie, że chciałby – choć jako mucha na ścianie odwiedzić Dom Kuncewiczów w Kazimierzu Dolnym.

Jako, że willa „Pod Wiewiórką” niejednokrotnie pokazała nam, że potrafi zbierać pozytywną energię (sama Maria Kuncewiczowa mówiła o niej „istota”) głęboko wierzymy w to, że cząstka dobrych myśli Amosa Oza pozostanie z nami w tym miejscu na zawsze.

Ojciec Albin Sroka

Losy wielu postaci łączą się z Kazimierzem Dolnym. Choć już tu nie mieszkają, to powracają we wspomnieniach. O franciszkaninie, ojcu Albinie Sroce przypomniał nam redaktor Krzysztof Kamiński. W listopadzie 2019 r., wraz z grupą dziennikarzy, odwiedził Kazimierz Dolny To on zwrócił nam uwagę na ciekawostki, jakie kryje niepozorna książeczka w brązowej okładce, stojąca w jego (jak się potem okazało, także i w naszej, muzealnej) biblioteczce.

Ojciec Albin Soroka, zdjęcie ze strony www.jaroslawska.pl

Pan Krzysztof poznał ojca Srokę w Jarosławiu. Zanim jednak zakonnik powrócił w rodzinne strony (urodził się w roku 1937, w Wólce Pełkińskiej nieopodal Jarosławia), pełnił posługę w różnych klasztorach: w Wieliczce, Stopnicy, Gdańsku, Brodnicy i Kazimierzu nad Wisłą. Przygotował do koronacji obrazy Matki Bożej w Kazimierzu n/Wisłą (w 1986 r.), Pińczowie (1993 r.), Wieliczce (1995 r.) i Łukawcu (1991 r.). Jest również autorem monografii historii kultu tych obrazów.

Pobyt ojca Sroki w Kazimierzu Dolnym wiąże się z czasem jego studiów na wydziale prawa kanonicznego w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. To lata 1962-1969. W publikacji Sanktuarium Matki Bożej Zwiastowania w Kazimierzu nad Wisłą znalazł się m.in. rozdział, zawierający prywatne wspomnienia z pobytu w miasteczku.

To miasto zapadło głęboko w moje serce – pisze ojciec Sroka – malowniczo położone w wyjątkowo bogato urozmaiconym terenie, zatopione w zieleni, wiosną i latem czarujące mnóstwem kwiatów, a jesienią bogactwem złotych liści, szczyci się uroczym ryneczkiem i trzema kościołami (…). Ruiny zamku i baszta, Góra Trzech Krzyży, a także spichlerze położone u dołu dopełniają uroku, niżej bystro toczy się Wisła.

Fotografia Edwarda Hartwiga ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Sięgamy po tę książkę nie tylko z powodu malowniczego opisu Kazimierza Dolnego czy też klasztornej rzeczywistości lat 60. XX wieku. Z niemałym trudem powstrzymujemy się od dalszego cytowania anegdot, związanych goszczącymi w murach klasztornych duchownymi (choć smakowite są opisy wypraw wędkarskich ówczesnego rektora KUL, księdza Mariana Rechowicza czy wycieczek ojca Sroki na żółtym kajaku nazwanym „Amor”). Ważne dla nas są informacje o spotkaniach w murach kazimierskiego klasztoru z Marią i Jerzym Kuncewiczami.

Pani Maria przychodziła na nabożeństwa ku czci św. Antoniego we wtorki i 8 rano. Klęczała przed ołtarzem, z przysłonięta czarną woalką twarzą, przystępowała do Komunii św. Po mszy przychodziła do zakrystii, zamawiała msze św. I składała ofiary na „chleb dla ubogich”. (…) Interesowała się życiem franciszkańskim, była zauroczona postacią św. Franciszka, dużo mówiła o urokach i duchowej atmosferze Asyżu. Interesowała się naszym życiem i często zostawiała ofiary na remont zakonu.

Ojciec Albin Sroka poświęcił Marii Kuncewiczowej nie tylko to wspomnienie, ale również wiersz. Otrzymaliśmy go od nieocenionego Krzysztofa Kamińskiego:

Maria Kuncewiczowa

W sześćdziesięciolecie urodzin

W wywiadzie telewizyjnym powiedziała:

Piszę dlatego – bo w przeciwnym razie

Bym… pękła.

To była potrzeba jej duszy.

Jedni śpiewają z nadmiaru uczuć, inni komponują muzykę,

Ona musiała uzewnętrznić swe uczucia w pisaniu…

Pozazdrościłem wielkiej pisarce

I pomyślałem sobie:

Obym ja mógł pęknąć z nadmiaru miłości do Boga!

Ojciec Albin Sroka zmarł 26 października 2012 r. w Jarosławiu.

Swoistym post scriptum do tej opowieści niechaj będzie fragment z Listów do Jerzego, odnoszący się do uroczystości obrazu Matki Boskiej Kazimierskiej z klasztoru franciszkanów.

W niedzielę 7 września 1986 roku patrzyłam z tarasu na pierwszym piętrze po wschodniej stronie Rynku, tej samej, gdzie stoją kamienice Przybyłów, na obchód koronacji (…) Tutaj, pod niebem zamglonym, już przygotowanym na jesień, odbyła się dziękczynna msza, recytowana i śpiewana przez kler i miejscowych parafian. (…) Słuchając mszy, obserwowałam powolną metamorfozę ciżby w zorganizowaną społeczność.(..) Patrzyłam na arcydzieło wspólnoty. Jednocześnie, jak wyziew z głębokiej piwnicy, chłód mną zatrząsnął. Dlaczego dopiero teraz poczułam chłód? Przecież dzień był chłodny od początku. Oszołomiona, nagle zepchnięta w przeszłość, jeszcze słyszałam chór męski śpiewający muzykę kościelną, kiedy szachownica wiernych załamała się, a z podziemia Rynku buchnął gwałt i smród przedwojennego targowiska. Chłopskie chabety wierzgały i rżały smagane batem, a żydowski szwargot, zmieszany z przekleństwami kmiotków, zagłuszał dzwonki ministrantów z ołtarza Królowej. Triumfalny klakson oznajmiał przejazd limuzyny marszałka Sejmu, Ignacego Daszyńskiego, z werandy Berensowskiej gospody doleciała sprośna piosenka Prusza, ulubionego mistrza malarzy spod znaku świętego Łukasza. Po czym hałasy ucichły, a na sakralne podium wtoczył się kłąb nędzy, namiętności i urojeń. Jak we śnie, zobaczyłam dzień rozszczepiony na to, co jest i co było, bez widoku na to, co będzie. Dwie rzeczywistości zlane w jedną rzekę bez ujścia.

Przed wejściem do klasztoru oo franciszkanów, Fotografia Edwarda Hartwiga ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Andrzej Pągowski

Skrupulatnie wykorzystujemy fakt pobytu w Kazimierzu Dolnym postaci związanych z działalnością Domu Kuncewiczów (oddział Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym). Naszej uwadze nie uszło to, że w roku 2017 na Festiwal „Dwa Brzegi” przyjechał grafik, Andrzej Pągowski. Nie bez powodu jest on uważany za mistrza polskiego plakatu. Filmowego i teatralnego, bo Andrzej Pągowski ma na swoim koncie ponad 1.300 projektów plakatów. Można je podziwiać w uznanych galeriach światowych, muzeach i kolekcjach prywatnych. Mikro-zbór prac Andrzeja Pągowskiego ma również Dom Kuncewiczów. Są to plakaty filmów zrealizowanych według dzieł Marii Kuncewiczowej „Cudzoziemka” oraz „Dwa księżyce”. Są one ważne nie tylko dla nas, ale ich autora skoro… na swoim oficjalnym Facebooku Andrzej Pągowski anonsował przyjazd do Kazimierza właśnie nimi.

Chciałabym Pana namówić do podróży w czasie. W roku 1986 swoją premierę ma „Cudzoziemka” w reż. Ryszarda Bera. Jest Pan autorem nie jednego,  ale dwóch plakatów do tego filmu.

Tak, to były czasy kiedy robiło się kilka plakatów. Najczęściej dwa: fotosowy i graficzny. Trochę „po macoszemu” traktowałem plakaty fotosowe, ale po wielu latach dotarło do mnie, że były wykonane bardzo profesjonalnie i robią wrażenie mimo upływu lat. Dwa lata temu, na  wystawie moich prac w Łodzi, jeden z oglądających – młody chłopak, zapytał mnie, w jakim programie komputerowym je robiłem. Odpowiedziałem wtedy „ w programie nożyczki”, ponieważ rzeczywiście wtedy te plakaty robiło się w ten sposób. Dostawałem fotosy, wycinałem, doklejałem, podmalowywałem. Nie starałem się „odnotowywać w pamięci” ilości plakatów fotosowych. Dopiero kiedy robiliśmy łódzką wystawę okazało się, że mam w swoich archiwach 140 plakatów fotosowych do filmów polskich, które powstawały równolegle z plakatami graficznymi. Patrząc na nie widzę, że były one ciekawymi pracami z użyciem fotografii. Do tej grupy zaliczam również plakat do filmu „Cudzoziemka”.

Jak dochodziło do kolaudacji i który plakat oficjalnie promował film? Czy było tak, że na ulicach polskich miast można było zobaczyć równocześnie plakaty fotosowe i graficzne do jednego tytułu?

Jeśli chodzi o dystrybucję to tak. Obydwa plakaty pojawiały się równocześnie „na mieście”. Dodatkowo, tytuł promował też tak zwany telegram. To były „paski” z tytułami. Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta dawne słupy reklamowe z okresu PRL – nie popularne „okrąglaki” ale płaskie „wafle” na nóżkach, oklejane z obu stron. Plakat w formacie B1 wisiał na górze, a na dole był pas, który wypełniał właśnie telegram. Do niektórych plakatów robiono ich mniejsze wersje dla małych i wiejskich kin, w których nie było wymiarowych gablot. Jeśli chodzi o kolaudację to do każdego filmu był zapraszany jeden lub dwóch grafików. Chodziłem jako ten drugi grafik, ale nieskromnie powiem, bardzo szybko zacząłem chodzić jako pierwszy, a potem już jedyny grafik.

Plakat A.Pągowskiego do filmu „Cudzoziemka”. Posiadamy go w zbiorach Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Czy zaprojektowane przez Pana plakaty do „Cudzoziemki” mogła, przed ich oficjalną kolaudacją, widzieć i akceptować Maria Kuncewiczowa?

Tego nie wiem. Jeśli chodziło o Krzysztofa Kieślowskiego, Andrzeja Wajdę czy Andrzeja Barańskiego to kontaktowali się ze mną i byli bardzo zainteresowani stroną plastyczną plakatu. Oglądali je i miałem z nimi bezpośredni kontakt. Nie wiem, czy reżyser postąpił podobnie w przypadku „Cudzoziemki”.

Co artysta powinien wiedzieć o filmie zanim przystąpi do pracy nad plakatem? Czy w przypadku „Cudzoziemki” sięgał Pan po pierwowzór czyli powieść?

Byłem leniwym grafikiem. Nie wdawałem się w czytanie. Chodziłem głównie do kina i oglądałem filmy. Chłonąłem też rozmowy z reżyserami, których dosłownie zadręczałem swoimi pytaniami. Tak jest do dziś – robiłem plakat do filmu Bodo Koxa („Człowiek z magicznym pudełkiem”) i musiał on przejść przez rozmowę ze mną podobnie jak Kieślowski czy Barański. Dużo czytałem jako dziecko…do czytania wróciłem po latach. Wtedy przekonałem się, jak fantastycznym elementem życia i pracy zawodowej może być lektura.

Jak było w przypadku projektu drugiego – autorskiego plakatu do „Cudzoziemki”? Jest bardzo symboliczny. Robi wrażenie także i dziś jako samodzielne dzieło. Wystarczy sprawdzić jakie ceny osiąga na aukcjach internetowych…

W tym przypadku chciałbym przywołać wypowiedź mojego przyjaciela Franciszka Starowieyskiego. Liczyłem się z jego zdaniem bo jako jeden z niewielu artystów potrafił  szczerze pochwalić lub zganić mój projekt. Starowieyski powiedział mi, że projektując plakaty powinno się brać pod uwagę przestrzeń ulicy i fakt, że mamy tylko kilka sekund aby przykuć uwagę; zatrzymać spojrzenie patrzącego. Zaintrygowany widz idzie do kina, ogląda film i po projekcji mówi „tak, zrozumiałem”. Pracowałem i pracuję w realnym czasie ulicznym. To znaczy obserwuję dominanty kolorystyczne ulicy. Jeśli na przykład ulica, zmienna galeria eksponowania plakatu, staje się czerwono-niebieska to mój plakat będzie czarno-biały. Jeżeli ulica zaczyna być szaro-czarna to moja praca będzie żółta. Zależy mi na tym, że plakat spełnił swoją rolę czyli był zauważony.

plakat do filmu „Dwa księżyce” autorstwa A.Pągowskiego, ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Rok 1993 przyniósł kolejny film według prozy M. Kuncewiczowej. To „Dwa księżyce” w reż. Andrzeja Barańskiego.

Ten plakat jest jak Kazimierz Dolny.  Zielonkawy, trochę ceglano-brązowy. To jeden z moich ulubionych plakatów. Praca jest bardzo mocno osadzona w klimacie filmu – twarz jednego z bohaterów w otoczeniu tytułowych księżyców, z których każdy symbolizuje inny świat: realny i oniryczno-erotyczny. Mogłem to zrobić także ze względu na twórcę filmu. Andrzej Barański robi poetyckie filmy. Nie czuje się tu gwiazdorstwa, ale śledzi piękną, liryczną, literacką opowieść. Pewnie z tego powodu przed przyjazdem do Kazimierza na moim oficjalnym FB przywołałem tę pracę. Lubię ją, cenię i patrzenie na nią wciąż sprawia mi przyjemność.

Projektując swoje prace uważnie przygląda się Pan otoczeniu, w którym będą eksponowane. Jaki więc byłby plakat promujący współczesny Kazimierz Dolny?

Zrobiłem autorski plakat do tegorocznego festiwalu „Dwa Brzegi”. Jest on zupełnie inny niż oficjalny, czarno-różowy. Nie wiem, czy mi wypada, ale uważam, że ten festiwal nie jest czarno-różowy. Kazimierz jest kolorowy, dziś przyjemnie rozgrzany. Patrzę na ruiny zamku w otoczeniu kwiatów i zieleni i czuję się jak we Włoszech. Klimat, atmosfera, ludzie – o dziwo – jest bardziej włoski niż polski. Kolory, których użyłem w autorskim plakacie festiwalu są bardziej zgaszone niż barwy dzisiejszego dnia. Może przez to, że dla mnie Kazimierz ma swoją patynę, zaskakującą architekturę dopełnianą przez przyrodę. Wszystko tworzy wyjątkową całość, która cieszy oko.

Plakat festiwalu „Dwa Brzegi”, zaprojektowany przez A.Pągowskiego (z oficjalnej strony artysty pagowski.pl)

Andrzej Pągowski to bohater rozmowy, której towarzyszy Maria Kuncewiczowa. Ten cykl chcemy kontynuować. Nasze Muzeum prosi o kontakt mieszkańców i bywalców, którzy  w latach 60. – 80. XX w. przebywali w Kazimierzu Dolnym znali państwa Kuncewiczów i chcieliby podzielić się swoimi wspomnieniami z tych czasów. Zależy nam na przywołaniu tej epoki, a osobiste spotkania z Marią i Jerzym Kuncewiczami mogą stać się do tego pretekstem. 

Ewa Wiśniewska

Przyjaciółką Domu Kuncewiczów jest Ewa Wiśniewska, znakomita polska aktorka; niezapomniana odtwórczyni roli Róży w filmie „Cudzoziemka” w reżyserii Ryszarda Bera. Premierowy pokaz filmu odbył się jesienią 1986r. Specjalną projekcję, z udziałem twórców i Marii Kuncewiczowej, autorki literackiego pierwowzoru i filmowego scenariusza „Cudzoziemki” zorganizowano również w Kazimierzu Dolnym.

ślubne zdjęcie Róży – Ewy Wiśniewskiej z filmu „Cudzoziemka” stało w sypialni Marii Kuncewiczowej, fot. ze zbiorów Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym

Ewa Wiśniewska wędrując po wnętrzach oddziału literackiego MNKD niejako sama zaczęła wywoływać duchy wspomnień. Często w jej refleksjach pojawiało się słowo „pamiętam” i ten fakt postanowiliśmy wykorzystać.

Spotykamy się w ogródku Domu Aktora (bo tak nazywany jest budynek dawnej łaźni, zaprojektowany niegdyś przez samego Jana Koszczyc-Witkiewicza). Ignorujemy gwar tętniącego życiem miasteczka, a wysoki żywopłot izoluje nas od otoczenia.

Czy, w Pani opinii,  Maria Kuncewiczowa była w latach 80.XX w. pisarką, dla której pielgrzymowało się do Kazimierza?

Pielgrzymowało się do niej będąc w Kazimierzu, ale nie była to popularność typu „wszechobecnego” Henryka Sienkiewicza. Świadczy o tym to, że tylko dwie je powieści zostały zekranizowane. Ale niektórzy mieli dostęp do tej literatury.

A czy Pani wcześniej po nią sięgała?

Nie, zrobiłam to dopiero gdy „wybuchła” sprawa wzięcia udziału w filmie. To pani Maria zdecydowała, że mam zagrać. Przywieziono jej z Warszawy zdjęcia trzech aktorek i to ona powiedziała „ta, ta ma nos Róży”. W ten sposób dostałam tę rolę. Potem przyjeżdżałam jeszcze kilkakrotnie do pani Marii.

Czy udzielała Pani jakichś wskazówek?

Ona nie znała polskich aktorów, nie interesowała się tym. Nasze rozmowy dotyczyły rozświetlenia postaci Róży. Rozszerzała krąg mojej wiedzy, chciała nadać tej postaci określony wyraz. Potem, przyjechaliśmy do niej z Jerzym Kamasem, odtwórcą roli Adasia (filmowym mężem Róży), żeby zobaczyła nas razem jako filmowych partnerów.

Czy na takie wizyty jeździło się trochę jak na „audiencję” do królowej? Pamięta Pani może tę pierwszą?

Przyznaję, że jechałam bez obaw – luźno. Wcale nie dlatego, że byłam tak pewna siebie. Celowo używam tego słowa, bo wiedziałam, że zdjęcia do filmu rozpoczęły się kilka miesięcy temu, z inną aktorką. Pani Maria zobaczyła pierwsze prace i powiedziała „nie”. Wtedy rozpoczęto na nowo poszukiwania odtwórczyni roli głównej. Pomyślałam więc sobie :”Matko Boska, mogę przyjechać…”.  Do dziś pamiętam panią Marię, witającą nas na schodach z lekko przekrzywioną peruką… To był widok niezapomniany dla mnie.

Postać Róży można albo pokochać albo znienawidzić…

A ja starałam się ją bronić. Zdarzyło mi się to dwukrotnie. W „Sonacie jesiennej” Bergmana grając Charlottę, broniłam postać wspaniałej artystki – wirtuoza, w przeciwieństwie do Róży, która sobie uzurpowała prawo do tego, ze jest artystką, a była tylko rzemieślnikiem. Natomiast jej parcie na to, żeby być kimś przerodziło się w terror w stosunku do córki; żeby z niej chociaż zrobić artystkę. Dopiero pod koniec życia przyznaje, że to jest niesłuszna droga, że trzeba słuchać siebie. Starałam się więc bronić Różę, choć jej wyobraźnia przeczyła rzeczywistości, przecież ona tylko chciała być artystką. Chciała – robiąc spustoszenie wokół siebie i nie bardzo sobie to uświadamiała.

W „Cudzoziemce” doszukiwano się wątków biograficznych. W Pani rozmowie z Marią Kuncewiczową, której fragment zarejestrowała ekipa dokumentalisty, Ludwika Perskiego, pisarka przyznaje, że są tu także wątki autobiograficzne.

Tak ale nie śmiem oceniać artyzmu pani Marii, bo swój jakby „zaniżyła’ wcielając w postać Róży też i siebie.

Kadr z filmu „Cudzoziemka”. Zdjęcie wybieramy nieprzypadkowo. Posłużył się nim A.Pągowski do zaprojektowania plakatu do tego obrazu. Wyciął aktorkę z tła, dodając elementy graficzne. Efekt? Na jednej ze ścian Domu Kuncewiczów…

Ale we wspomnianej rozmowie powiedziała Pani też „Róża to ja”. Nie chodzi tu o niezrealizowany talent… Kobieta złamana, kobieta zrezygnowana. Co w niej wówczas Pani odnalazła?

Przede wszystkim jeżeli chodzi o tę jej pierwszą i największą miłość – Michała, który zawiódł jej oczekiwania. A ona, będąc tak kategoryczną jak była, nie potrafiła przetrwać tego stanu zawieszenia uczucia. A cierpiała cały czas wspominając Michała.

A potem to małżeństwo z rozsądku…

Takie były czasy, pewnie teraz jakaś młoda dusza by się zbuntowała i powiedziała „nie”. Oczywiście, każdy aktor kreując rolę nawiązuje do swoich przeżyć, do swoich doznań, do swojej psychiki. Jeżeli jest to czas niemłodej już duszy aktorskiej jaką ja byłam wtedy, łatwiej to przełożyć na odczucia prywatne.

Jak wyglądały Pani rozmowy z Marią Kuncewiczową?

Ja byłam oczarowana panią Marią. Natomiast ona nie demonstrowała swojego wieku. Nie miałam świadomości, że rozmawiam ze starszą od siebie kobietą ponieważ ona miała młodzieńczy zapał. Posiadała niesłychany wdzięk, i nie miał on nic wspólnego z upływem lat. Kobietą do końca. Kobietą a nie babcią.

Gra w „Cudzoziemce” miała swoje konsekwencje…

Tak, ale to docenia się dopiero post factum. Rzadko zdarza się w filmie polskim tego typu propozycja.

Była Pani również obecna na pokazie „Cudzoziemki” w Kazimierzu, z udziałem Marii Kuncewiczowej.

Pani Maria odbierała należące się jej hołdy. Nie było to nic nienormalnego. Kiedyś ceniono wartość człowieka, istniał szacunek dla czyjegoś artyzmu, wyjątkowego talentu.

Czy odnalazła Pani ślad tych wspomnień podczas odwiedzin w Domu Kuncewiczów – czyli naszym muzeum?

On jest! Zakusy były różne na to miejsce i ten lęk, że znajdzie się „mądrala” i coś zrobi z tym miejscem, niestety, tak jak z wytwórnią filmową w Łodzi. Ale nie. Dom jest i nawet pozostał w nim ten charakterystyczny zapach. Chwała wam za to!

Nasza rozmowa była znacznie dłuższa. Ta zarejestrowana, ale także prywatna. Spotkanie zostało uwieńczone spacerem do jednej z kazimierskich galerii. Podczas tej krótkiej wędrówki pani Ewa Wiśniewska natychmiast została rozpoznana przez turystów. Witali ją serdecznie, mówiąc o filmach z jej udziałem. Od razu przypomniały mi się jej słowa o tym, że artystów powinno się cenić nie za udział głośnych imprezach, ale za prawdziwy talent. Widocznie duch Marii Kuncewiczowej i tu miał coś do powiedzenia.